Zajęło mi to więcej czasu niż się spodziewałem, na swoje usprawiedliwienie powiem, że pierwotnie miałem nagrać recenzję, ale okazało się, że nie będę mieć możliwości zrobić tego w sensownym czasie. Więc zapraszam was do zapoznania się z moją opinią na temat najnowszego albumu White Ward wyjątkowo w formie „pisemnej”.

„Love Exchange Failure” został wydany 20 września nakładem Debemur Morti Productions. Jest to drugi krążek ukraińskiej post-black metalowej kapeli White Ward, drugi longplay, po wydanym w 2017 roku niezwykle udanym debiucie „Futility Report”. Pośród wielu osób które zachwalały pierwszy album znalazłem się również ja, więc naturalnym było, że na ich drugi album będę czekać z niecierpliwością. Gdyby ktoś mnie teraz spytał czy było warto czekać, czy album spełnił moje oczekiwania, odpowiedziałbym „tak i nie”.

Na chwilę odchodząc od tej konkretnej płyty, chciałbym poruszyć ogólny temat odbioru muzyki. Mianowicie, oprócz podstawowych kryteriów które przyjmuje przy ocenianiu jakości muzyki, oprócz elementu „przyjemności” ze słuchania, często patrzę jak muzyka oddziałuje na mnie wizualnie. Można to nazwać pewnymi „rytuałami”, bądź zwyczajnie aspektem wizualnym, ale generalnie wierzę w to, że pewna muzyka jest w stanie kojarzyć się z czymś bardzo wizualnym. Jak np. słucham płyty „The Light That Dwells in Rotten Wood” to kojarzę tę muzykę z Islandią na której spędziłem pół roku. Przykładów mógłbym wymienić wiele, jestem też świadom, że jest to bardzo personalna sprawa i prawdopodobnie nie ma ona przełożenia (a przynajmniej w taki sposób jak dla mnie) dla osób które będą to czytać, ale mimo to postaram się to jak najlepiej wyjaśnić na przykładzie najnowszego krążka muzyków z Odessy.

„Love Exchange Failure” jest taką płytą jak wyżej opisałem. O ile uważam, że debiut w całokształcie jest lepszym albumem, tak ta płyta działa na mnie w sposób wyjątkowy. Okładka trochę zdradza o jakiej atmosferze mówię, więc postaram się to jak najbardziej zwięźle opisać. Chodzi mi o typowe dla naszego kraju blokowiska wprost z lat 70. Żelbetonowe kolosy o kształcie żyletki, gdzie klatki mają jeszcze normalne domofony bez kodów, a najlepsze co spotkało mieszkańców to odmalowanie elewacji 10 lat temu. Takie miejsca mają dla mnie swój urok i czasami zamiast jechać gdzieś autobusem, szczególnie wieczorem, wybieram spacer przez takie blokowiska i właśnie ta płyta będzie mi prawdopodobnie od teraz w takich sytuacjach towarzyszyć. White Ward w niesamowity sposób wykreowało tę miejską, nocną atmosferę która do mnie niesamowicie trafia.

W kwestii muzycznej jest generalnie super, poza jednym utworem. Widać, że zespół rozwinął się w kontekście konstrukcji utworów. Wciąż mają odwagę zmieniać wszystko w obrębie utworu, ale brzmi to teraz bardziej dojrzale i konsekwentnie. Jazzowe elementy są fenomenalne, najlepsze na całym albumie. Tym razem saksofon nie jest już tak wyeksponowany jak na pierwszej płycie, ale kiedy dostaje swoje solowe partie to od razu wiemy, że jest on niezbędny. Mariaż Bohren, Badalamentiego oraz Toby'ego Drivera z black metalem wyszedł tutaj świetnie, wielkie słowa pochwały dla Dimy Dudko.

Kolejnym fantastycznym elementem są czyste wokale. Każdy z trzech wokalistów zrobił niesamowitą robotę, a szczególnie ujął mnie Ivan Kozakavych na ostatnim utworze. To co mi też się spodobało to to, że zespół wykorzystał te wokale do podzielenia płyty na dwie części – bardziej blackową, agresywną na początku i późniejszą, bardziej jazzową.

Część blackowa jest w porządku do bardzo dobrej. Są momenty które wydają mi się być nieco zbyt repetetywne, ale w całokształcie nie jest to aż tak zauważalne. Wciąż mamy momenty wręcz genialne, jak chociażby środek tytułowego utworu. To co mi się najbardziej podoba w tej „sekcji” to to jak gitary tworzą świetny duet z saksofonem, kontrybuując do wspomnianej przeze mnie atmosfery.

Niestety płyta cierpi na dwie wady. Pierwszą z nich jest produkcja. Pierwotnie mój problem z wokalem zrzucałem na fakt, że za mikrofonem stanął Andrii Pechatkin, basista zespołu (po wielu zmianach na tej pozycji, w rozmowie z zespołem dowiedziałem się, że Andrii był trochę „na przypał”, ale okazało się, że sprostał zadaniu). To co uwielbiałem na poprzedniej płycie to był wokal Andrewa Rodina którego bardzo mi brakowało na tym krążku. Jednakowoż po większej liczbie przesłuchań zrozumiałem, że to w dużej mierze kwestia produkcji, zaś koncert potwierdził, że Andrii świetnie radzi sobie wokalnie.

Największy problem mam z jednym utworem, który moim zdaniem w ogóle nie powinien się na płycie znaleźć. Mówię o czwartym numerze, 'Shelter'. Jest to dziwny, dysharmoniczny, irytujący kawałek instrumentalny, który ma nas wprowadzić do drugiej części płyty, a co niestety dla mnie robi, to całkowicie łamie krążek, wybija z atmosfery, rytmu. Szkoda, że zespół się na niego zdecydował.

Im dłużej słucham tej płyty tym bardziej mi się podoba. Nie będzie to na pewno moja płyta roku, nie będę też mówił, że jest najlepszą płytą zespołu, ale jestem bardzo zadowolony z drogi jaką obrali i nie mogę się doczekać ich następnego albumu.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/a3449550015_10-500x500.jpg
Artysta White Ward
Tytuł Love Exchange Failure
Wydawca Debemur Morti Productions
Data premiery 20 września 2019
Czas trwania 01:07:04
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Staszka:
TUTAJ