Dużą przyjemnością jest obserwowanie ewolucji duńskiej VOLI. Zaczynali jako niezbyt obiecujące dziecko Meshuggah przywiązane do melodii i nie przykuwali uwagi na dłużej. Ale pewne rzeczy na szczęście uległy zmianie. „Applause of a Distant Crowd” to w końcu stanowczy krok do przodu w twórczości Europejczyków. Kompozycje mają rozpoznawalny sznyt, a charakterystyczna chwytliwość poszczególnych numerów przyciąga już od pierwszych sekund spędzonych z krążkiem. Z racji niedawnej premiery najnowszego albumu VOLI i nadchodzącej trasy koncertowej u boku Haken porozmawiałem z perkusistą grupy, Adamem Janzim.

*

Jak wiele swoich marzeń spełniłeś?

Ciężko powiedzieć, wiesz? Powiedziałbym raczej, że w życiu chodzi nie tyle o spełnianie marzeń, co o realizację pewnych celów i stawianie sobie nowych wyzwań. Jeśli to robisz, uczestniczysz w swojej własnej, świetnej podróży. Mimo to, trzeba uważać, aby sama podróż nie stała się nazbyt monotonna!

Pytam o to z prostej przyczyny: kiedyś oglądałem cover jednego z utworów VOLI twojego autorstwa i z miejsca pomyślałem, „wow, koleś jest dobry”, a teraz nie dość, że dobry, to jeszcze stał się ich perkusistą!

Dziękuję za komplement! Oczywiście, jak się pewnie domyślasz, zasilenie szeregów VOLI było – wciąż jest – dla mnie ogromnym krokiem w przód i dowodem, że to wszystko ma sens. Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że to najlepszy element mojej podróży. Póki co.

Brzmi świetnie, ale czy zawsze jest tak różowo? Grasz w duńskim zespole, który jeszcze nie wyrósł na wielką gwiazdę, często ruszacie w trasy koncertowe, co pewnie wiąże się z finansową niestabilnością u każdego z was. A może się mylę?

Nie mylisz, bo każdy, w tym i my, napotyka w życiu na pewne przeszkody. Sztuką jednak jest te przeszkody pokonywać albo przynajmniej omijać, sam rozumiesz. Poza tym i tak jestem bardzo zadowolony. Gram muzykę z ludźmi, których uwielbiam, co od dawna było moim marzeniem. Ponadto poznałem masę nowych, często świetnych osób i ciężko mi narzekać. Oczywiście, wspomniane przez ciebie problemy w jakimś stopniu nas dotykają, ale to nawet dobrze. Dzięki nim czujemy się silniejsi, a odrobina stresu czyni bycie członkiem tej formacji ciekawszym. Warto jest zacisnąć zęby w wypadku niekomfortowych sytuacji, jeśli przyszłość wygląda optymistycznie.

Do VOLI dołączyłeś na niedługo przed rozpoczęciem sesji nagraniowych najnowszego krążka. Jak oceniłbyś swój wkład w jego powstanie? Odpowiadałeś tylko za nagranie i zaaranżowanie partii perkusyjnych, czy jednak coś namieszałeś przy komponowaniu?

Przy komponowaniu nie namieszałem, bo kiedy rozpocząłem swoje członkostwo w VOLI, cały materiał na „Applause of a Distant Crowd” był już napisany. Kiedy wchodziliśmy do studia, chłopaki zaprezentowali mi swoje szkice brzmienia i partii bębnów, a ja na ich bazie działałem już sam i modyfikowałem je tak, aby wszystko brzmiało odpowiednio. To wyjątkowo dobre i wnoszące doświadczenie. Z efektu jestem zadowolony i ja, i reszta, więc nic, tylko się cieszyć, nie?

Pewnie. Chciałbym też zauważyć, że „Applause of a Distant Crowd” to ogromny postęp w porównaniu do „Inmazes”. Piosenki są prostsze, stawiacie na przebojowość, a melodie zdają się odgrywać najistotniejszą rolę w waszej muzyce.

Zgadzam się z tobą. Najnowsza płyta to kolejny, zupełnie naturalny krok w ewolucji zespołu i jest to rzecz warta odnotowania. Słuchamy mnóstwo różnej muzyki  i tym razem daliśmy ponieść się wpływom oraz głosowi serca w stu procentach. Wiesz, kiedy już byłem gotowy do nagrania swoich partii, wszyscy zebraliśmy się w jednym miejscu i rozmawialiśmy o tym, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Pierwszą rzeczą, która uległa stanowczej zmianie, jest produkcja. Zdecydowaliśmy, że dobrze temu krążkowi zrobi opatrzenie go organicznym i naturalnym brzmieniem, które uwypukli jego najlepsze elementy. To nie jest tak, że odcinamy się od „Inmazes”, ale ten album już został nagrany, bezsensownym jest powtarzanie się.

Zauważyłem, że duża część młodych progmetalowych formacji z roku na rok robi wszystko, aby ich muzyka stawała się coraz melodyjniejsza i chwytliwsza. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?

To bardzo interesująca obserwacja. Szczerze? Nie potrafię ci powiedzieć, co tego powodem. Może chodzi o to, że muzycy chcą uczynić swoje dzieła rozpoznawalnymi w ramach gatunku, a obaj wiemy, że nie jest to nic zaskakującego. Bo widzisz, dla mnie chwytliwość nie wiąże się z ładnymi partiami wokalnymi, które można nucić podczas porannego golenia. Chodzi właśnie o chęć odciśnięcia własnego śladu na tej progmetalowej ścieżce, zrobienia czegoś wyrazistego, bez bycia posądzanym o podprowadzanie motywów tej czy innej kapeli. Chyba właśnie dlatego tak się dzieje.

Miałem też wspomnieć o bardzo przestrzennej produkcji „Applause of a Distant Crowd”, ale wyręczyłeś mnie w tym przy okazji swojej poprzedniej odpowiedzi…

Tak, „Inmazes” jest spoko i w ogóle, ale jednak produkcja tej płyty trochę kłuje w uszy pod kątem sterylności dźwięków. Nasz najnowszy materiał w ogóle nie potrzebuje takich zabiegów, bo naturalność odsłania jego największe atuty. No i w dodatku sami jesteśmy fani niezbyt skompresowanego, ciepłego brzmienia.

Na najnowszej płycie waszego autorstwa wiele jest momentów wyciszenia, które wyrażają chociażby „Ruby Pool” czy „Vertigo” o mocno balladowym sznycie. Z trudem przyszło wam skomponowanie tak odmiennych od waszej dotychczasowej twórczości utworów?

Nie, bo słuchamy naprawdę przeróżnej muzyki, co daje miejsce i na metal, i na chwilę spokoju. Pisanie i nagrywanie tych numerów przyszło nam raczej naturalnie, a efekt  zadowala. Osobiście, byłem najbardziej podekscytowany wlaśnie w chwilach, gdy „wbijałem” perkusję na potrzeby tych bardziej refleksyjnych utworów. Musiałem wtedy zwalniać tempo, zostawić odpowiednią ilość przestrzeni, a jednocześnie budować ten senny rytm. Super sprawa.

VOLA działa od prawie trzynastu lat, a jednak cały czas jesteście w gronie tych „obiecujących” kapel, nie gracie tras jako headlinerzy. Nie frustruje was to?

Nie frustruje, bo na wszystko jest w życiu czas i cierpliwość naprawdę popłaca. Na naszej ostatniej trasie (VOLA supportowała Monuments wraz z Kadinją i Atlas - przyp. red.) poznaliśmy masę wspaniałych osób, a samo podróżowanie po świecie z tak dobrą ekipą definitywnie nas wzbogaciło i zaostrzyło apetyt na ogrywanie swojej muzyki podczas koncertów. Wiesz, moim zdaniem nie powinno traktować się zespołów grających przed główną gwiazdą jako jakichś amatorów znikąd. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku, to nie są żadne zawody.

Wracając jeszcze do chwytliwości poruszanej w jednym z poprzednich pytań: twoje partie perkusyjne są jak najbardziej skomplikowane, ale jednak nie gmatwasz rytmu do granic możliwości.

Masz rację, bo też nie chodzi o to, aby komplikować muzykę do tego stopnia, by wychodził z niej jakiś dziwaczny i zupełnie niesłuchalny twór. Oczywiście, kiedy znajdzie się trochę miejsca, wrzucę jedno czy dwa przejścia więcej, ale moim głównym zadaniem jest praca nad tym, aby kręgosłup rytmiczny zespołu działał najlepiej jak się da. Wiesz, to trochę jak podczas rozmowy. Musisz mówić, ale też uważnie słuchać. Balans to niesłychanie potrzebna rzecz, uwierz mi.

Wielu wciąż postrzega VOLĘ jako jednego z wielu obywateli świata djentu, zgodziłbyś się z tym stwierdzeniem?

Nie zgodziłbym. Jeśli ktoś chce przypisywać nas do jednej szufladki stylistycznej, proszę bardzo, ale my to widzimy nieco inaczej. Oczywiście, gatunek, o którym mówisz, to jedna z naszych wielu inspiracji, więc rozumiem luźne skojarzenia, ale VOLA jako stuprocentowo djentowy zespół? Nie.

Zechciałbyś wyjaśnić, dlaczego djent cieszy się znacznie większą bazą fanów w USA niż na terenie Europy?

Chciałbym, ale nie wiem, co powiedzieć (śmiech). Może jest tam popularniejszy, ale wiem, że w Europie także istnieje zapotrzebowanie na taką muzykę. Potwierdzają to chociażby festiwale typu Euroblast czy UK Tech Fest.

Na sam koniec powiedz mi, jak to jest być progmetalowym Shią LaBeouf?

W sumie… Całkiem zabawnie (śmiech)! Dużo ludzi wspominało mi o tym podobieństwie do niego, ale jakoś nie potrafię go dostrzec.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej od Łukasza:
TUTAJ