Co ma wspólnego Iron Maiden z muzyką stołecznego Thunderwar i ile z mitologii jest na „Black Storm” dowiecie się z naszego wywiadu z Kamilem ‚Madness’ Mandesem.

Wywiad został przeprowadzony na początku 2017 roku.

*

Skąd ten pociąg do oldchoolu? Męczy was nowoczesny metal, ośmiostrunowe gitary zestrojone niżej niż bas i cyfrowe brzmienie?

Jak to skąd? W muzyce metalowej musi być Diabeł i Rock’n’Roll. Bez tych dwóch decydujących czynników wychodzi pozbawiona emocji, jałowa i cyfrowa kupa gnoju, która nigdy nie będzie poważana zarówno przeze mnie, jak i przez innych, dumnych Heavy Metal Maniacs. Pierwotne, oldschoolowe brzmienia to dzwony do dzisiaj bijące w naszych paskudnych sercach i zepsutych duszach od czasów usłyszenia pierwszych tnących dzięków Maidenów i od zrozumienia kultu siły i idei metalu dzięki Manilla Road… Wiesz już co było dalej? Taa… kapele takie jak Venom czy Celtic Frost tchnęły w nas bezwzględną, barbarzyńską siłę bez której nie potrafilibyśmy teraz normalnie funkcjonować. Po wszystkich tych latach obcowania z muzyką, która od zawsze dawała nam tak prawdziwego, mocnego, emocjonalnego kopa – masz rację, męczy nas ośmiostrunowe wiosło. Pewnie moje słowa brzmią fanatycznie. Robię to jednak na potrzeby wywiadu, w rzeczywistości jestem oczywiście bardziej wyluzowany… „Modern metal! I don’t give a fuck! UH! I was raised on rock!”

Wybór gatunku muzycznego, jakim się zajmujecie argumentowaliście w wywiadach tym, że współcześnie death i black metal pozwalają na ogromną elastyczność stylistyczną. Czerpiecie chyba jednak przede wszystkim nie z najnowocześniejszych trendów w blacku czy death metalu, ale właśnie z korzeni tej muzyki?

To, co siedzi w głowie naszego kompozytora, Witolda Ustapiuka, nie wie nawet On sam. Nie jestem w stanie dokładnie określić czym w i jakim stopniu aktualnie się inspiruje. Chłop ma łeb na karku i zajebistego skilla muzycznego, a jego riffy charakteryzują się przebojowością i posępną melodyką. Jest to wszystko elegancko osadzone w blackowo/deathowym bagnie. Z moich obserwacji wynika, że na jego styl gry wielki wpływ ma scena skandynawska, Staroświecki Heavy Metal i Wielcy Mistrzowie gitarowego kunsztu. To ostatnie można usłyszeć w jego niebagatelnych, solówkowych onanizacjach, którymi raczy nas w każdym utworze. Nie chciałbym oczywiście pominąć Olszaka, który też raz na ruski rok wpadnie na jakiś ciekawy pomysł, ale jest to margines, o którym wypada tylko wspomnieć. Jego plusem jest to, że potrafi nas zmobilizować i nie brzydzi się sprawami organizacyjnymi, jak na przykład ja. Nasz kochany perkusista, Vit, to nieokrzesany demon, który za garami czuje się jak alkoholik w nocnym 24/7. Doskonale radzi sobie z dwoma pałkami i pedałami naraz. Jego gra kojarzy mi się z jakimś nieobliczalnym, kosmicznym wirem, do którego wpadają i wypadają ciała niebieskie, niczym kulki w maszynie losującej lotto. Ja natomiast tylko wydzieram się do mikrofonu w imię prastarych Bogów. Ścieżka basowa to pikuś, każdy idiota zagrałby to co ja, więc nawet nie będę się rozpisywać na ten temat. Kompozycyjnie nie udzielam się dla zespołu, choć prywatnie lubię tworzyć bluesowe wałki i nordyckie ballady. Nie jestem w stanie powiedzieć Ci dokładnie z czego czerpiemy inspiracje prowadząc nasz zespół. Może z siebie nawzajem?

Zaryzykowaliście chyba dość mocno, jeśli chodzi o datę wydania waszego albumu – druga połowa grudnia nie jest chyba najlepszym czasem jeśli chodzi o marketing – mam tu na myśli wszelkie podsumowania roczne i tak dalej. Uważacie, że to była dobra decyzja?

Chyba  jakoś specjalnie się tym nie zamartwialiśmy szczerze mówiąc. Jeśli uważasz, że było to duże ryzyko, to chyba dobrze – do odważnych świat należy. Lub jak kto woli „ryzyk – fizyk”. I tak byliśmy w kliku podsumowaniach końcowo-rocznych, więc nie ma tragedii. Przynajmniej mogłem dać bratu pod choinkę swój album. Traktuję to jako duży plus.

Już od czasów „Birth of Thunder” braliście na warsztat tematykę mitologiczną, ba! obecna jak i wcześniejsza nazwa nawiązują do słowiańskiego boga grzmotu. Tymczasem w jednym z utworów, ‚Path of the Aghori’ pojawiają się tropy hinduskie. Skąd ten pomysł, moglibyście więcej opowiedzieć o tym kawałku?

Pomysłodawcą i twórcą tego, jak i większości kawałków na płycie jest Michał „Drzewiak” Drzewiecki. Nasz serdeczny druh i kumpel od wódki. Gość niezwykle bystry i oczytany. Zna się na kulturach tego świata, zatem opowiedział nam kiedyś o sekcie Aghori. Jest to plemię kanibali, mieszkających na indyjskich bagnach i żywiących się martwymi, nie tylko ludźmi. Temat jak najbardziej mocny i pożądany przez nas. Jeśli chodzi o tematykę pogan, to z pewnością będę dalej pisać o tym niektóre teksty, gdyż to głównie moja pasja. Nie będę jednak chłopaków męczył każdym kawałkiem o Odynie czy Perunie, bo skoro tego nie czują, to na cholerę im to. Nie chcę, by Thunderwar uchodził za zespół z łatką mitologiczną, jeśli tylko ja w tym siedzę. Nie cierpię pozerstwa.

O tym, że autorem okładki jest Eliran Kantor, że chcieliście coś oldschoolowego zarówno jeśli chodzi o wykonanie jak i o formę, mówiliście już w kilku wywiadach, nie będę się więc powtarzał. Interesuje mnie jednak to, co ów obraz przedstawia – jeśli się nie mylę, przedstawia XVI arkan tarota, Wieżę, niezwykle groźny symbol. Skąd taki pomysł na okładkę, dlaczego akurat tarot?

Okładka płyty nawiązuje do numeru ‚New Age Prophecy’ opowiadającego o zniszczeniu starego ładu i porządku i powstaniu nowych wzorców, obyczajów. Dlaczego akurat tarot? Po pierwsze znowu Drzewiak. On zarzucił pomysł, a my wyraziliśmy aprobatę. Po drugie, ta tematyka jest w miarę „nie tknięta” a jednocześnie dosyć wdzięczna dla naszego nurtu. Jak sam zauważyłeś, Wieża w tarocie to niebezpieczny symbol. Czyż porządny, metalowy album nie powinien być w takie symbole odziany?

Pomysł wyszedł całkowicie od autora po tym jak zapoznał się z waszą muzyką, czy przedstawiliście mu swoją koncepcję i pracował wedle waszych wskazówek?

Przedstawiliśmy koncepcje i pracował wedle wskazówek, jednak tak dobrego efektu końcowego nikt z nas się nie spodziewał.

Nie mogę się uwolnić od wrażenia, że bonusowy utwór, ‚Iconoclast’, niezwykle odstaje klimatem od reszty albumu, przez całą płytę mamy grzmoty, skandynawskie brzmienia, szeroko rozumianą epickość i tak dalej, a tu nagle wjeżdża taki kawałek, coś, co parę lat temu mogliby nagrać Behemoth lub Hate. Nie mieliście podobnych odczuć? Jak ten materiał znalazł się na płycie?

Nie lubię tego numeru i byłem za tym, żeby wypieprzyć go z płyty. Niestety, udało mi się to zrobić tylko połowicznie. Nie ma go w wydaniach dla prawdziwych wyjadaczy, czyli na kasetach i winylach. Na digipacku i jewelcase jest dodany jako „bonus track”.  Chłopaki się uparli. Szkoda. ‚Iconoclast’ jest jednym z naszych najstarszych numerów i nie dość że kurewsko mi się znudził, to jeszcze irytuje mnie ta jego – jak dobrze zauważyłeś – „Behe-Hejtowska”- motoryka. Nie cierpię go grać i mam nadzieję, że wkrótce całkowicie przejdzie w zapomnienie. Dopilnuję tego, nie martw się.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ