Przez długie lata norweski Shining kojarzył się metalowcom przede wszystkim ze specyficzną mieszanką metalu, jazzu i industrialu. Na tym zbudowali swoją potęgę, swój dosyć zapalony fanbase i poniekąd estetykę, która nie jest w metalu eksplorowana tak często. Ale panowie są wyjątkowo odporni na sentymenty, więc postanowili wszystko zburzyć i zacząć od nowa. Bo „Animal” to nie ten Shining, który większość z was poznała na „Blackjazz”. Na próżno szukać tutaj awangardowych odjazdów, dominacji saksofonu i pierwiastka tożsamego z muzyką progresywnego. Teraz Norwedzy nastawieni są na czad i prostolinijność hard rocka. Dlaczego tak jest opowiadał nam wokalista, niezmordowany filar formacji – Jorgen Munkeby.

*

Czujesz się bardziej jazzmanem czy metalowcem?

W pewnym sensie czuję się jednym i drugim. Ciężko oszacować, w którą z tych stron ciągnie mnie bardziej. Wiesz, dorastałem z muzyką metalową, miała ona ogromny wpływ na moją muzyczną edukację. Z drugiej strony już w dosyć młodym wieku zacząłem grać jazz i to, jak słychać na naszych płytach, nie pozostało na mnie bez wpływu. Zwłaszcza na „Blackjazz” poczułem się metalowcem i jazzowcem w równym stopniu. A teraz? Nie klasyfikowałbym siebie w żadnej z tych dwóch kategorii. Jestem muzykiem. Tyle.

Wielu fanów i krytyków muzycznych lubi opisywać twoją muzykę jako „awangardową” lub „rewolucyjną”. Jak podchodzisz do takich opinii?

Cóż, tutaj musimy wrócić do „Blackjazz”. Ten album to bardzo duża rzecz. Do niego dopasowałbym określenia, których użyłeś w swoim pytaniu. Ponadto nie jest on łatwy w odbiorze, mówimy w końcu o dosyć intelektualnej porcji sztuki, gdzie wielokrotnie warto doszukać się drugiego dna. Mówiąc w skrócie: jeśli za odnośnik weźmiemy historię muzyki, nie tylko metalowej, to „Blackjazz” jest jak najbardziej rewolucyjny. Spodobał się nam ten kierunek, więc kolejne krążki były w prostej linii jego kontynuacją. Ale z naszym najnowszym materiałem jest inaczej. On także jawi się awangardowym i rewolucyjnym, aczkolwiek w historii Shining. Bo właśnie to wydawnictwo jest pierwszym w naszej historii bez parcia w intelektualną stronę muzyki. Wszystko brzmi prościej i jednoznaczniej, stawiamy przede wszystkim na emocje. Dodałbym nawet, że puszczamy oko w stronę słuchaczy. „Animal” może spotkać się z dobrym odbiorem wśród każdej grupy fanów, tak przyjemna to płyta. Bo właśnie o to chodzi. Silenie się na eksperymenty nie ma nic wspólnego z eksperymentowaniem. Poszukiwanie siebie, odkrywanie nowych ścieżek, tak właśnie rozumiemy szeroko pojęte eksperymentatorstwo. Ale uciekam od istoty pytania. Ludzie klasyfikują naszą muzykę w pewien sposób i spoko, ale nie zajmuje mnie to zbytnio. Sam nie próbuję tego robić.

Wspominasz o dużym ładunku emocjonalnym nowej płyty i uciekaniu od gmatwania jej na siłę. Czy to, że uprościliście formułę i daliście się ponieść jest przyczynkiem do zatytułowania wydawnictwa „Animal”? Sam rozumiesz, zwierzę działa zgodnie z instynktami.

W pewnym sensie. Na nowej płycie za odnośnik wzięliśmy przede wszystkim proste, ludzkie emocje. To jest coś, co łączy każdego człowieka na świecie. W dodatku teksty utworów na „Animal” traktują głównie o umieraniu i śmierci. No, bo właśnie, kto o nich nie myśli bądź nie myślał? Z racji prostszego, lecz dosadniejszego przekazu, nasz nowy krążek nie musi być wnikliwie analizowany. Po prostu dostajesz po twarzy wszystkimi rzeczami, które się w nas kotłują, a co z tym zrobisz, to już twoja sprawa. Jest to ciekawe, zwłaszcza w świecie metalu, gdzie każdy chce być mroczny, inteligentny i mistyczny bardziej niż cała reszta. My idziemy w drugą stronę.

Czy przy komponowaniu „Animal” byliście zdeterminowani, aby pójść w stronę prostszych kompozycji, czy cały pomysł wyszedł raczej spontanicznie?

Skłoniłbym się ku obu z tych wariantów. Oczywiście, naszym celem było uproszczenie formuły w pewnym stopniu, ale z drugiej strony dużo do myślenia dały nam nasze koncerty. Niezależnie od tego, jakie kawałki na nich graliśmy, wymiana energii z fanami była niesamowita. Wszystko zdawało się być tak szczere, surowe i niesamowite, że chcieliśmy przenieść ten element na płytę studyjną. Prawdopodobnie to był główny bodziec decydujący o kierunku artystycznym „Animal”. Zauważyliśmy też, że taki sposób tworzenia przychodzi nam znacznie lżej, więc mamy ciastko i zjadamy ciastko. Fani dostają pakiet kawałków, które są idealne na koncerty: można machać głową, pięścią, nucić i wszystko inne, a my czujemy ogromne pokłady przyjemności przy ich tworzeniu. Bardzo nam się taki układ podoba. Jednak jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć. Mimo to, że świetnie nam się te kawałki pisało, bez wahania mogę stwierdzić, że żadnej swojej płycie nie poświęciłem tyle czasu Żadnej nie dopieszczałem tak długo, żadna nie wymagała ode mnie takiego wkładu. To tylko potwierdza, jak wiele zespołowi dał „Animal”. Zarówno duchowo, jak i pod kątem kariery, ścieżki, którą podążamy. W sumie zabawna sprawa. Potrzebowałem tylu lat i tylu następczyń „Blackjazz”, by w końcu zrozumieć, jak wiele znaczy dla mnie prostsza muzyka. Oczywiście nie myśl teraz, że deprecjonuję te płyty, bo wciąż je kocham i mam konkretne dreszcze wykonując je na żywo. Po prostu w życiu zawsze przychodzi moment na zmiany. U nas przyszedł właśnie teraz.

Pragnę zauważyć, że „Animal” to siedlisko wspaniałych melodii i bardzo chwytiwych melodii, planujecie pilotować tę ścieżkę w przyszłości?

Wiesz co, nie mam bladego pojęcia. Zwyczajnie nie mam. Mimo to, jeśli rzucisz okiem na całą naszą dyskografię i historię stojąca za zespołem, możesz już sam wymyślić sobie odpowiedź. „Zmiana” to pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl przy opisywaniu naszej muzyki. Nagrywaliśmy już naprawdę różne rzeczy i zamiast wybierania bezpiecznej ścieżki, gwałtownie z niej zbaczaliśmy. I nie robimy tego, bo tak sobie planujemy w biurze, wszystko wynika z potrzeby serca i własnej satysfakcji. Takową osiągnęliśmy przy nagrywaniu „Animal” i mam nadzieję, że przyszłość również będzie tak samo owocna.

A myślisz, że właśnie dzięki „Animal” Shining może zjednać sobie legiony zupełnie nowych fanów?

Pewnie, definitywnie. Zauważam to nawet teraz, na koncertach, kiedy widuję zupełnie innych ludzi niż w przeszłości. Fani podchodzą do nas i mówią, że wcześniej totalnie nie mieli pojęcia o bycie pod nazwą Shining, a teraz nie mogą przestać nas słuchać. Nie ukrywam: cieszy mnie to niezmiernie. Oczywiście, w przyszłości możemy grać inaczej, fani odejdą, pojawią się nowi, trudno. Gramy przede wszystkim dla siebie, ale jeśli znajduje się grupa osób, której sprawiamy tym przyjemność, to nic, tylko być zadowolonym z dobrze zrobionej roboty.

Wprawdzie wasza nowa płyta jest zupełnie inna, ale ludzie od niepamiętnych czasów lubią wpychać was do szufladki z napisem „progresywny metal”. Jak ci się to widzi?

W ogóle nie przepadam za tą etykietą, moim zdaniem jest ona bardzo błędnie interpretowana. A co do tej stylistyki? Fanem nie jestem, rzadko kiedy słucham, choć miałem w młodości okres, gdzie Dream Theater byli moim życiem. Ale to było kiedyś. Uważam, że tzw. „metal progresywny” raczej zbyt progresywny nie jest. No, bo nie powiesz mi, że rozwój danej kapeli stoi pod znakiem zwiększania częstotliwości solówek i łamania rytmu. Zgadza się, to bardzo techniczna muzyka, ale czy progresywna? Nie do końca. Dzięki, postoję. Poza tym, my nigdy nie staliśmy nawet obok metalu progresywnego. No, chyba, że mieszankę metalu i jazzu ludzie uznają za prog metal. Cóż, ja nie.

Wcześniej wspomniałeś, że już ogrywacie nowy materiał na koncertach. Masz na „Animal” ulubioną piosenkę do gry na żywo?

Cóż, na koncertach gramy różne kawałki z płyty, a setlistę zmieniamy całkiem często. Na razie ciężko mi powiedzieć, które utwory budzą we mnie największą satysfakcję podczas gry na żywo. Może tytułowy? Sam nie wiem, czas jeszcze pokaże, bo to jednak wciąż jest dla nas bardzo świeża sprawa. Mimo tego, już wiemy, że ta płyta obije się szerokim echem wśród słuchaczy. „Animal” już teraz jest najpopularniejszym kawałkiem Shining, na Spotify ma znacznie większą ilość odtworzeń od całej reszty. To niewątpliwie napawa dumą.

OK. No, na sam koniec zapytam czy słyszałeś już najnowszy materiał szwedzkiego Shining (śmiech)?

Nie słyszałem, średnio za nimi przepadam.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza: TUTAJ