Kiedy niespełna dwa lata temu muzycy Katatonii ogłosili zawieszenie zespołu, wielu fanów depresyjnej muzyki Szwedów było wyjątkowo bliskich napadom padaczki i zawałowi serca. Ale tandem Nystrom-Renkse pozostał niewzruszony i kanalizował swoją energię w ramach innych przedsięwzięć. A teraz wrócili i już niedługo ruszają koncertować po Europie. Z racji powrotu formacji do żywych i wspomnianej wyżej trasy koncertowej mieliśmy przyjemność porozmawiać z enigmatycznym wokalistą Katatonii – Jonasem Renkse.

*

W specjalnym ogłoszeniu opublikowanym tuż przed zwieńczeniem trasy „Fallen Hearts of Europe” w 2017 roku, napisaliście, że zawieszacie Katatonię celem odpoczynku i przeanalizowania, co przyszłość ma do zaoferowania zespołowi. Wielu zastanawiało się czy faktycznie wrócicie. I wróciliście.

Jestem gorącym wyznawcą teorii, że wszystko ma swój czas. Mniej więcej w połowie roku 2017 czuliśmy, że najwyższa pora dać sobie chwilę na odpoczynek, ale równie zdeterminowani byliśmy kilka miesięcy temu, decydując się na wskrzeszenie formacji. Po prostu wiedzieliśmy, że teraz nadszedł odpowiedni moment, a przerwa w funkcjonowaniu pod tym szyldem dobrze nam zrobiła.

Czy namowy fanów do reaktywacji, których pojawiło się nadzwyczaj wiele na przestrzeni ostatniego roku, też miały swój wpływ na decyzję o powrocie zespołu?

Nie powiedziałbym, by wpłynęły na nas w jakikolwiek sposób. Jesteśmy zespołem, który działa zgodnie ze swoimi życzeniami, a nie zachciankami innych ludzi. Owszem, nie zrozum mnie źle, poświęcenie naszych fanów wywarło na nas ogromne wrażenie, ale to był jednak tylko dodatek, coś na zasadzie miłej niespodzianki.

Pierwszą rzeczą, którą Katatonia zrobi po reaktywacji, będzie mini-trasa koncertowa, na której będziecie odgrywali dziesięcioletnią już „Night Is the New Day” w całości. Skąd ten pomysł? „The Fall of Hearts” wciąż jest bardzo świeżym materiałem, nie mieliście ochoty dać mu kolejnej szansy?

Niekoniecznie. Na trasie promującej „The Fall of Hearts” zdążyliśmy zaprezentować wszystkie utwory z płyty wielokrotnie, nie pomijaliśmy niczego, nie stawialiśmy na prezentację staroci, uznając najnowszy materiał wyłącznie za pretekst do grania koncertów. „Night Is the New Day” to z kolei nieco zapomniana perełka w naszej dyskografii, więc 10-lecie jest wspaniałym momentem na jej odkurzenie. Przyznam, że nie możemy się doczekać!

Skoro już o rocznicach rozmawiamy – „Tonight’s Decision” kończy w tym roku 20 lat. Ten album był prawdziwym przełomem w waszej twórczości. Planujecie zagranie utworów z tego krążka na nadciągającej trasie?

Nie, powiedziałbym nawet, że nie było ku temu najdrobniejszych przymiarek. „Tonight’s Decision” jest świetnym albumem, ale obecne wcielenie Katatonii to nieco inna sprawa niż kiedyś, co powoduje, iż „Night Is the New Day” znacznie lepiej pasuje do naszej obecnej formuły tworzenia i grania koncertów.

Wasze muzyczne kariery po zawieszeniu Katatonii działały wyjątkowo prężnie. Ty i Anders (Nystrom, gitarzysta – przyp. red.) nagraliście nowy album z Bloodbath i ruszyliście w trasę koncertową, Niklas (Sandlin, basista – przyp. red.) zaprezentował swoje deathmetalowe fascynacje w LIK, a Daniel (Liljekvist – przyp.red.) zarejestrował partie perkusji na najnowszej płycie Craft. Czy te wszystkie projekty dodały wam siły i przywróciły tęsknotę za macierzystą formacją?

Tak, słusznie uważasz. Po pracy związanej z powyższymi szyldami odczuliśmy powiew świeżego powietrza i wpłynęło to na nas i Katatonię samą w sobie. W dodatku był to bardzo nam potrzebny moment relaksu i wyluzowania się od nieco poważniejszych spraw. Podsumowując: wszyscy dobrze na tym wyszliśmy.

„The Fall of Hearts” było nieco odmiennym wydawnictwem na tle waszych poprzednich dokonań. To wciąż ta sama melancholijna Katatonia, ale jakby nieco bardziej pozytywna, pokazująca słuchaczom światełko nadziei. Planujecie pilotować tę ścieżkę, komponując nowy materiał, czy niekoniecznie?

Każdy album Katatonii to pewien zapis i odzwierciedlenie naszych myśli, sytuacji emocjonalnej oraz innych rzeczy z powyższymi związanych. „The Fall of Hearts” była nieco bardziej skomplikowanym materiałem w ramach twórczości zespołu i bardzo dobrze. Robienie tej samej płyty dwa razy pod rząd mija się z celem, nie tak postrzegamy rozwój tej formacji. Oczywiście, nie powiedziałbym, że wymyślamy koło na nowo z każdym kolejnym rokiem, bo nie odczuwamy takiej potrzeby, musi być jakiś balans i tyle. A mówiąc o drugiej części pytania: sam nie wiem. Nie podjęliśmy żadnych kroków, jeśli o komponowaniu nowej muzyki mowa. Czas pokaże, co spłodzimy i jak to zabrzmi.

Tak, jak mówisz, Katatonia zawsze stawiała na rozwój i stopniowe poszerzanie swoich muzycznych wizji. Mimo to, obaj wiemy, że macie duży odsetek fanów życzących sobie, abyście wciąż nagrywali płyty w stylu „Last Fair Deal Gone Down”  czy „Viva Emptiness”. Nie wzbudza to w tobie irytacji?

W żadnym wypadku. Jestem dumny ze wszystkich płyt, które wydaliśmy z Katatonią. To jedna rzecz. A druga wygląda tak, że sam jestem fanem muzyki i na podstawie swoich doświadczeń spokojnie mogę powiedzieć, iż mam pewne ulubione etapy w twórczości swoich ulubionych artystów i sam mógłbym słuchać tych istotnych dla mnie wydawnictw bez końca. To zupełnie normalna i ludzka rzecz.

W ubiegłym roku zaśpiewałeś gościnnie kilka wersów na najnowszej płycie niemieckich post-metalowców z The Ocean. Ich muzyka jest oryginalna, ale jednak zawiera w sobie kilka elementów, z którymi jesteście kojarzeni także i wy. Czy ta współpraca dała tobie impuls i swego rodzaju inspirację do tworzenia?

Nie powiedziałbym, aczkolwiek The Ocean to grupa bardzo utalentowanych ludzi z talentem do pisania świetnej muzyki i bardzo jasno określonymi celami w tworzeniu. To wzbudza ogromny podziw, bez wątpienia, ponieważ dawno nie spotkałem tak kreatywnego, a jednocześnie stanowczego w swoich przedsięwzięciach zespołu. No i bardzo miło wspominam ich koncert w Berlinie, na którym miałem przyjemność pojawić się na scenie i dorzucić swoich parę groszy do wykonania numeru „Devonian:Nascent”, świetna sprawa.

Jak myślisz, była w Katatonii ta jedna osoba, która najbardziej podekscytowała się decyzją o reaktywacji?

Nie wiem, co odpowiedzieć, więc powiem, że nie mam pojęcia (śmiech). Wszyscy czuliśmy przyjemne podniecenie związane z przywróceniem Katatonii do świata żywych, każdy z nieco innych powodów. Tak to ujmę.

Powiedz, Jonas, jest szansa na zobaczenie was w Polsce przed końcem 2019 r.?

Na to pytanie także nie jestem w stanie odpowiedzieć, drogi przyjacielu (śmiech). Ale powiem ci, że wyczekuję powrotu do waszego kraju. Polska jest jednym z najlepszych państw, w jakich przyszło nam grać, publiczność zawsze wariuje i najczęściej zna teksty kawałków na pamięć. Sam chyba się domyślasz, że sprawia to ogromną przyjemność i daje poczucie, że pchanie tego wózka dalej ma sens.

Owszem, a teraz zmieńmy nieco temat. Wiem, że ty i Anders jesteście wielkimi fanami twórczości Marka Kozeleka (twórca takich projektów jak Red House Painters czy Sun Kil Moon – przyp.red.). Co sądzicie o jego płytach wydanych po świetnej „Benji”, kiedy to drastycznie zmienił swoją muzykę pod kątem stylistyki i tekstów?

Szczerze przyznam, że nie należę do zagorzałych fanów jego późniejszej twórczości, o której wspominasz. Mimo to, cały czas jestem na bieżąco z wieściami z jego obozu, najpewniej wynika to z sentymentu. Kozelek to mój ulubiony artysta wszechczasów, nawet nie potrafię określić, jak wiele szacunku do niego żywię. Owszem, obecnie nasze drogi nieco się rozmijają, ale cieszy, że człowiek cały czas komponuje, gra i ma bazę oddanych fanów. Zresztą wpadłem nawet na jego koncert w Sztokholmie kilka miesięcy temu.

I jak było?

Nieźle. Dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem (śmiech).

W jednym z wywiadów, których udzieliłeś podczas trasy promującej „Viva Emptiness” wyznałeś, że twoim marzeniem jest zwiedzenie całego świata. Czy teraz, 16 lat później, możesz spokojnie stwierdzić, że możesz odhaczyć ten cel ze swojej listy?

Cóż, na pewno zagrałem w większej ilości miejsc od tamtego czasu, to na pewno, ale czy zwiedziłem wszystkie zakątki świata, które zwiedzić chciałem? No, prawie.

Katatonia to taki zespół, który chyba nigdy nie doczekał się poziomu popularności, na jaki zasługiwał. Żałujesz pewnych decyzji podjętych przez was w dalszej bądź bliższej przeszłości?

Biznesowo? Jak najbardziej. Muzycznie? W życiu. Włożyliśmy w ten zespół ogromną część naszego życia i nagraliśmy muzykę, z której jesteśmy cholernie dumni. Miło wiedzieć, że możemy pozostawić po sobie tak fajną pamiątkę. A co do popularności… Obecnie na nią nie narzekamy, na koncerty przybywa sporo osób, płyty rozchodzą się w niezłych nakładach. Jest w porządku i oby było jak najdłużej!

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ