Gdzie właściwie przebiega granica dobrego smaku w muzyce metalowej? Co ją wyznacza? Kiedy zostaje przekraczana? A może w metalu nie istnieje w ogóle takie pojęcie jak dobry smak? Poddajmy to szybkiej analizie: ta stylistyka, niezależnie od odmiany, emanuje kiczem, a żeby to udowodnić wystarczy szybki przelot po historii gatunku. Mieliśmy Judas Priest w kamizelkach obitych odblaskowymi kwadracikami, blackmetalowców w zbrojach i czarnych golfach, thrashmetalowy pociąg do wszystkich odmian jeansu albo deathmetalowców, którzy udowodnili światu, że jednak są na świecie ludzie noszący bojówki moro. I wszystkie te odmiany rocka mają w sobie dużo z cyrku pod kątem samej warstwy muzycznej, co wymaga ponownego cofnięcia się do pionierów spod znaku heavy metalu. Patos, egzaltowane teksty, romantyzm w najgorszym z możliwych, rycerskim wydaniu - to w metalu mamy do dzisiaj. Ale jednak są takie zespoły, które balansują i udowadniają, że ten dobry smak w tej muzyce faktycznie istnieje. Należy do nich właśnie Grand Magus.

Szwedzka formacja, dowodzona przez niezmordowanego JB Christoffersona, zamajaczyła mi na horyzoncie w okolicach premiery „Triumph & Power”. Sama zawartość płyty, badana w ciemno, stanowczo zachęciła mnie do dalszej peregrynacji dyskografii zespołu, a dodatkowym czynnikiem z kategorii plusowych był skowyt fanów, że to już nie to samo, że gdzie podział się ten „ich” zespół. A ja paradoksalnie czuję, że to właśnie wraz z wydaniem dzisiaj już pięcioletniego krążka Grand Magus stał się „moim” zespołem. Bo ma w sobie to, o czym 90% reprezentantów klasycznie heavymetalowego nurtu zapomina: hamulce.

Tak, hamulce w takiej stylistyce są niezwykle ważne. To nie black metal, gdzie połowę wrażenia robi na tobie szerzej niezidentyfikowana dawka szaleństwa, tutaj całość podtrzymuje wspomniany patos, epickie zadęcie w melodyce i wysoce dostojna atmosfera. Ale właśnie, o co chodzi z tymi hamulcami? Ano o to, że Szwedzi doskonale wiedzą, kiedy przestać. Wiedzą, żeby nie forsować zaciekle skrajnych rozwiązań gitarowych, by nie wspinać się po szczytach żenady. Wokalista wie, że wcale nie musi udawać brakującego ogniwa między człowiekiem a delfinem, aby ułożyć świetne partie śpiewu i właśnie takie podejście jest największym plusem „Wolf God”. Grand Magus dobrze zdaje sobie sprawę z niezaprzeczalnie przebojowego potencjału heavy metalu i to on jest bazą tej płyty. Te wszystkie podniosłe partie gitar, celowe zwolnienia w refrenach, one nie są żadną trzecioligową muzyczną rekonstrukcją bitwy rycerskiej – wszystkie idealnie zdadzą egzamin z machania pięścią i tupania nogą podczas koncertów. Bo oszczędność środków wyrazu wspaniale wpływa na kompozycje z „Wolf God”. Czuć tutaj wspaniałe wyważenie wszystkich elementów, brak przeginania w jakąkolwiek stronę. Weźcie sobie taki ‘Spear Thrower’ z tym wyścigowym riffem na wejście. Typowa heavymetalowa kapela zmarnowałaby jego potencjał po pięciu sekundach, mamrocząc o smokach i wprowadzając udawane zwolnienia brzmiące jak upośledzone sieroty po doom metalu. A tutaj? A tutaj całość jedzie na hardrockowym silniku, a refren to już w ogóle taki cukiereczek, że jak nie śpiewacie go w swoim pokoju z niewidzialną gitarą, to ja nie wiem, co jest z wami nie tak. Oczywiście, przykładów jest znacznie więcej, jak chociażby ‘Brother of the Storm’ ze wspaniałą dramaturgią i wybitnie koncertowy utwór tytułowy, ale chodzi o esencję. A ta esencja w przypadku Grand Magus jest bardzo dobrze wycyzelowana i przemyślana.

Płakałbym z radości, gdyby heavy metal regularnie dostarczał mi tonę tak dobrych płyt jak „Wolf God” – dobrze napisanych, kipiących od hitów, robionych ze świadomością, że ta cała zabawna estetyka tekstowa i image w połączeniu z muzyką, to tylko jedne ze środków do celu, nie cel sam w sobie. Tak właśnie trzeba, oby więcej takich albumów.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/grand-magus-wolf-god-500x500.jpg
Artysta Grand Magus
Tytuł Wolf God
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 19 kwietnia 2019
Czas trwania 38 minut
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ