Nie ukrywam, że od dłuższego czasu szczerze interesuje mnie fenomen europejskiego power metalu. Fenomen zauważalny nie tylko na Starym Kontynencie, ale także i w innych zakamarkach świata. Chodzi o to, że do tej pory trudno jest mi uzmysłowić sobie, dlaczego tak skrajnie przesadzona muzyka spotyka się z tak ekstatycznym uwielbieniem słuchaczy. W jakim sensie przesadzona? Na chwilę obecną pozwolę sobie pominąć aspekt wizerunkowy, do niego przejdę w dalszej części tekstu - tutaj mam na myśli samą muzykę. Muzykę wypełnioną po brzegi karmelowymi melodyjkami, pędem na niewidzialnym koniu po górskich wzniesieniach i karykaturalnie wysokimi partiami wokalnymi. Cóż, nawet przed samym koncertem próbowałem dociec, co takiego ma w sobie ten power metal z państw europejskich. Czy doświadczenie dwóch wyjątkowo rozchwytywanych potentatów gatunku na żywo w jakiś sposób mi w tym pomogło? Jak najbardziej!

Jeszcze stojąc w kilometrowej kolejce, zastanawiałem się, jak do swojego show podejdą muzycy Gloryhammer. Jeśli nie wiecie, o czym tutaj mówię, wystarczy wam szybki rzut oka na ich dowolny klip. Mamy więc gobliny, kosmos, miecze świetlne, ambitne cosplaye Power Rangers i jednorożce. Wobec tego nie zdziwiło mnie specjalnie, że koncert Brytyjczyków wyglądał w zasadzie jak surowa wersja dowolnego teledysku z ich szerokiej filmografii. Było machanie młotami, były wystudiowane ruchy wokalisty i aprobata publiczności, było dużo przekomicznych żartów o piwku oraz wszelkich uciechach życia rycerza. Szczerze powiedziawszy, to spodziewałem się szerokiego aplauzu ze strony publiki - będącej metalowym ekwiwalentem Pyrkonu - ale to, czego doświadczyłem, przerosło moje oczekiwania. Mówimy tutaj jednak o zespole supportującym, tymczasem jak sala B90 długa i szeroka, wszyscy zebrani z pamięci śpiewali teksty każdego numeru. Jest to świetny dowód na to, jak nawet najbardziej przeciętną muzykę może skutecznie przesłonić efekciarski image i konferansjerka w duchu polskiego stand-upu. Wspominam o tym, bo twórczość Gloryhammer wskakuje w każdą możliwą szufladkę, która rodzi się w głowie tuż po zobaczeniu nazwy zespołu. Zaoferowano nam więc skoczno-melodyjny pakiet riffów, obowiązkowe podbicie jaskrawą partią klawiszową z generatora Wacken Music Maker i charyzmatycznego wokalistę lawirującego między rejestrem średnim a kogucio wysokim. Jasne, cały występ budził poczucie zabawnego do przesady, choć z drugiej strony można Brytyjczykom pogratulować zmyślnego pomysłu na siebie i zgrabnie wyreżyserowanego spektaklu. Może i ja tego nie kupiłem, ale każdy z wymalowanych fanów w glanach, bojówkach z klamerkami i wiedźminopodobnych pelerynach już owszem.

No, ale właśnie, czy ja wspominałem coś o show? Bo jakkolwiek sympatyczny substytut Gwiezdnych Wojen z gitarami, o którym piszę wyżej, by nie był, to niemiecki Powerwolf zdmuchnął go z ziemi w tempie ekspresowym. Przepych i patos - te dwa słowa właściwie idealnie sumują koncertową propozycję twórców wysoko cenionego w gatunkowych kręgach “Preachers of the Night”. W związku z tym, gdy wokalista Attila Dorn uprzejmie zapytał, czy jestem gotów na dołączenie do jego “heavymetalowej armii”, udzieliłem odpowiedzi przeczącej, ale to tylko ja. Cała reszta szczelnie zapełnionego klubu rozpływała się w euforii, co w żadnym wypadku nie powinno nikogo dziwić. Sceniczny anturaż Niemców aż buchał od nagromadzenia różnych elementów. Mieliśmy dużą ilość wysokich podestów, dimmuborgiropodobne stroje muzyków, a całości dopełniały statywy mikrofonów w formie odwróconych krzyży i groźny corpsepaint oczywiście. Jeśli dodamy do tego, że każdy muzyk - z wyjątkiem perkusisty - dzielnie trwał w pozie “lewa noga na odsłuchu, prawa lekko odchylona do tyłu”, mamy w zasadzie komplet i efektywną walkę z religią pełną gębą. Jaka muzyka Powerwolf jest, pewnie wiecie. Równie melodyjna jak ta Gloryhammer, ale jednak agresywniejsza, podana z większym naciskiem położonym na powagę, która chyba powinna była mi się udzielić, ale nie do końca tak się stało. Rzecz w tym, że podniośle wyśpiewywane bluźnierstwa w tekstach gryzły mi się z obrazem tańca synchronicznego gitarzystów i rozbieganego w najlepsze klawiszowca. Ale tu rodzi się pytanie - czy muzyka jest najważniejsza na tego typu koncertach? Jestem skłonny zaprzeczyć. Całość tego wydarzenia miała w sobie coś ze zlotu rycerskiego - były więc majestatyczne stroje pań i panów, odpowiednio koordynowane ruchy plastikowego kubeczka z piwem przy szybszych fragmentach piosenek i rytuały odprawiane przez fanów pod sceną i obok niej. Jest to coś, czego nie rozumiem, ale w jakiś sposób doceniam fiksację i pasję.

Doceniam, ponieważ warto mieć własną bańkę i pewną częścią siebie być jej oddanym. O to właśnie chodzi w metalu, o zachowanie w sobie pierwiastka dziecka, totalnego szczyla, który poznał tę muzykę mając lat 15 i zachwycił się jej intensywnością. Doświadczyć czegoś takiego, oglądając rozemocjonowanych fanów to definitywnie ciekawe przeżycie.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ