Zmiana. Nie jest to zjawisko, za którym przepadają fani metalu. Było tak 25 lat temu, kiedy thrashmetalowcy szli w stronę lżejszej estetyki, aby mieć co do gara włożyć, jest tak i teraz. A wbrew temu istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo, że metal to jedna z najbardziej rozgałęzionych stylistyk muzyki rozrywkowej w ogóle. Bo nie oszukujmy się, ta odmiana rocka to jeden wielki cyrk. Mamy tu rycerzy wymachujących szablą. Mamy anorektyków z wymalowanymi twarzami biegających po lesie. Mimo to, mamy też gros wykonawców, którzy ten cały hałas traktują jako bazę dźwiękowych poszukiwań, a nie główny cel tychże. I to właśnie oni wydają mi się najbardziej intrygujący. Nie ci udowadniający, że wydadzą z siebie najobrzydliwszy bulgot. Nie ci stawiający na maksymalną opasłość formy. W żadnym wypadku. To właśnie muzycy pokazujący środkowy palec swoim fanom i dryfujący po własnych orbitach wzbudzają u mnie największy szacunek. Bo nie patrzą za siebie, nie kalkulują, a słowa “koniunktura” na pewno nie znajdziecie w ich słowniku. Poniższy ranking to subiektywne zestawienie najlepszych materiałów stworzonych przez tych odważnych kompozytorów. Przez tych, dla których jawna świadomość komercyjnego upadku i bycia zelżonym przez słuchaczy nie znaczyła nic. Oto oni:

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/paradise-lost-host-1000x1000.jpg

Paradise Lost - Host

Paradise Lost od samego początku muzycznej działalności nie kłaniali się swoim wielbicielom w pas. Zaczynali od obskurnego death metalu. Podobało się? To dobrze, czas na zmianę. Później skutecznie wskrzesili unoszonego oparami marihuany ducha Black Sabbath, następnie stali się królami metalu gotyckiego (czego raczej się wstydzili), by potem znów zagrać fanom na nosach. Świadectwem muzycznej niezależności był przede wszystkim wydany w 1997 r. album “One Second”. Krążek bardziej rockowy niż metalowy, flirtujący z syntezatorami, mainstreamową estetyką i dziedzictwem Depeche Mode. Ale to dopiero początek. Bo dwa lata później okazał się “Host”, a po jego premierze już nikt nie miał wątpliwości, że Brytyjczycy sami byli sobie panami. Przynajmniej do czasu. Wydawnictwo wypuszczone na światło dzienne dwie dekady temu wywołało duży gniew wśród fanów kapeli. A bo gitar nie ma, bo to brzmi jak jakiś pop, bo zmiękli. Ale nie zmiękli. Wręcz przeciwnie, muzyka Paradise Lost nigdy wcześniej nie była tak naładowana emocjami i tak szczera. Synth-popowe beaty budzą niepokój, a gitarowe plamy budują specyficznie depresyjną atmosferę. Żeby było jeszcze weselej (albo smutniej) całość układanki dopełnia przejmujący wokal Nicka Holmesa, który pokazał, jak bardzo zmęczony jest życiem i jak bardzo nie zależy mu na łasce innych. Tak trzeba, wielki album.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/mayhem-the-grand-declaration-of-war-1000x1000.jpg

Mayhem - Grand Declaration of War

Jaki Mayhem jest, każdy widzi. Burzliwa historia składu, w której znajdziemy samobójstwo, zamordowanie jednego członka zespołu przez drugiego i naszyjniki z czaszki zmarłego kolegi to właściwie pamiątkowa pocztówka drugiej fali norweskiego black metalu z lat 90. A skoro mamy na stanie takie skrajne wydarzenia, to na usta aż pcha się słowo tak chętnie eksploatowane przez metalowców: “kult”. Kultowa była także zawartość debiutanckiego krążka ekipy z Oslo, “De Mysteriis Dom Sathanas”, który w zasadzie ustanowił standardy gatunku na długi czas. Ale po premierze rzeczonego krążka Mayhem już nie było. Wydawać by się mogło, że sczeźli na cmentarzu historii. Nic więc dziwnego, że ich powrót do żywych spotkał się z mało optymistycznym przyjęciem wśród fanów. No, bo kto to widział, żeby kapela sama odmitologizowała pewien krzywy obraz sceny blackmetalowej i ot tak sobie wracała. A panowie nie dość, że wrócili, to na swoim drugim pełnoprawnym materiale zaprezentowali zupełnie inne wcielenie zespołu, niż wcześniej. Bo “Grand Declaration of War” nie hołduje starym rozwiązaniom. Całość to jak najbardziej black metal, ale prowadzony irytującym, sztucznym (ale jakże fascynującym) brzmieniem perkusji, agresją przeplataną z pozornym spokojem przed burzą i wokalem Maniaca, który miał dwie wady: nie był Atillą, a w dodatku charakterystyczny skrzek uzupełniał wzniosłą melodeklamacją. Jeśli wzbogacimy to wyraźnymi naleciałościami muzyki industrialnej oraz zerkaniem w stronę elektroniki, mamy komplet. Mamy zawartość krążka niezwykle kontrowersyjnego w czasie premiery, ale jednocześnie porywającego, niesłychanie odważnego i opartego na bardzo dopracowanym koncepcie muzyczno-tekstowym. Za to ogromny szacunek. Zresztą sam nie wiem, czy do którejs płyty Mayhem wracam równie często, co do “Grand Declaration of War”.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/slayer-diabolus-in-musica-1000x1000.jpg

Slayer - Diabolus in Musica

Co, zdziwieni wyborem? Że jak to? Że przecież na Slayera nikt nigdy się nie obraził? Guzik prawda, bo po “Diabolus in Musica” na Kerry'ego Kinga i jego kolegów obraziło się sporo osób. Album pojawił się na półkach sklepowych w 1998 roku i spora część słuchaczy bardzo chciała, aby na nich został. A było tak dlatego, ponieważ Slayer wprowadził duże zmiany w swojej formule, nieco już skostniałej po “Divine Intervention”. Może nawet nie tyle skostniałej, co zbyt hermetycznej. Bo nie oszukujmy się, czy w stylistyce tnących jak żyleta riffów i rozpędzonego perkusisty dało się zrobić coś więcej? Dokonać przewrotu, drastycznych zmian? Nie, wystarczyło po prostu wjechać na inny tor i wpuścić nieco powietrza do własnego przedziału. “Diabolus in Musica” nie sprawia wątpliwości, kto ten album nagrał, ale budzi różne opinie z powodu tego, jak nagrał. Zamiast zdrowego thrash metalu łatwiej tutaj o średnie tempo. Zamiast pędzenia na oślep kreowanie psychodelicznej - jak na tę formację oczywiście - atmosfery. Nawet Tom Araya nie stawia tylko na krzyk. Czasami coś szepnie, czasami wręcz zarecytuje, ale wbrew pozorom to tylko wzmacnia poziom intensywności płyty. Nie wiesz, kiedy zleci na ciebie głaz i właśnie to jest najpiękniejsze.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/Katatonia-Discouraged-Ones-1000x1000.jpg

Katatonia - Discouraged Ones

OK, może nie jest to najbardziej kontrowersyjny album w tym zestawieniu, może nie wzbudził tak skrajnych reakcji jak powyższe typy, może. Ale warto zauważyć, że “Discouraged Ones” otworzył Katatonii drzwi do nowego pokoju, w którym Szwedzi - po licznych przemeblowaniach - rezydują do dzisiaj. Albo rezydowali, w końcu zawiesili działalność. No, żeby była jasność, rzućmy okiem na początki załogi Renksego i Nyströma. Zaczynali przecież od uroczo melodyjnego black/doom metalu z tysiącem rozwiązań zapożyczonych od Paradise Lost. Później skręcili w stronę death metalu, dosyć podobnego w schemacie: długie numery, eksploracja paru wyraźnych motywów i maksymalna oszczędność formy. Na “Discouraged Ones”, czyli trzeciej płycie formacji pewne elementy tej całości zostały zburzone i wrzucone do kosza, co nie wzbudziło zadowolenia każdego. Bo opisywana tutaj płyta jest przede wszystkim znacznie bardziej piosenkowa, większość utworów oscyluje raczej w okolicach trzech/czterech minut czasu trwania. Zniknął też growling, zniknął i muzyczny ciężar znany z poprzednich dokonań. Ale pojawił się ciężar emocjonalny. Zakręcenie potencjometru metalu na rzecz wycieczki w stronę rocka gotyckiego rozwinęło Katatonię jako zespół, a jej członków jako kompozytorów. Całe to wydawnictwo brzmi jak jeden wielki utwór z wyraźnym wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. A dlaczego? Bo na pierwszy rzut oka jest dosyć monotonne. Riffy takie podobne do siebie, perkusista (czyli sam Renkse) bez przerwy ogrywa jeden motyw, a wokalista (czyli znowu Renkse!) trochę fałszuje i w dodatku nie prezentuje powalających umiejętności. Rzecz jednak w tym, że właśnie dzięki rzekomym niedociągnięciom “Discouraged Ones” jest tak spójnym i zapadającym w pamięć albumem. Bardziej niż muzyka rolę odgrywa tutaj wykreowanie odpowiedniej atmosfery. Coś jakby końcówka kalendarzowego lata. To słońce teoretycznie wciąż świeci, ale zaraz jesień i wszystko umrze, wszystko marność.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ