Zbigniewa „Inferno” Promińskiego, jednego z najbardziej cenionych polskich perkusistów, nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Przyczynkiem i głównym tematem naszej rozmowy była niedawno wydana płyta Azarath – „In Extremis”, ale zahaczyliśmy też o malarstwo ze snów i koncerty.

Wywiad został przeprowadzony w kwietniu 2017.

*

Chciałbym zacząć od najbardziej oczywistego pytania. Na „In Extremis” musieliśmy czekać aż sześć lat. Biorąc pod uwagę stronę organizacyjną, wszystkie wasze zobowiązania poza Azarath i inne komplikacje, również zdrowotne – jest to raczej zrozumiałe od strony, ujmijmy to, organizacyjnej. Co jednak musiało się wydarzyć, oprócz przezwyciężenia tych trudności, aby ta płyta powstała?

Zbigniew Promiński: Ta płyta jest, tak jak i poprzednie, odzwierciedleniem tego, co nam w duszach gra. Nas nic tak naprawdę nie goni i nie spieszy, nie ma żadnej presji. Nagrywamy wtedy, kiedy uznamy, że to jest właśnie ten moment. Nie musimy się takimi rzeczami przejmować, a i tak uważam, że ten odstęp czasowy nie jest aż tak wielki, w międzyczasie zagrałem mnóstwo tras, udało się nagrać nowy album Witchmaster, udało się pochorować i wyzdrowieć.

Czyli przyczynkiem do powstania tej płyty były jakieś wasze konkretne przeżycia i chęć wyrażenia artystycznie powstałych przy nich emocji?

Zawsze się tak dzieje i te dźwięki, które snują się gdzieś tam po głowie wychodzą na zewnątrz i mamy to, co mamy.

Deklarowaliście, że „In Extremis” to w pewien sposób powrót do korzeni. Zmieniliście nieco kierunek muzyczny, w którym podążaliście na „Blasphemer’s Maledictions”. W moim odczuciu te dwie płyty nie są aż tak diametralnie różne od siebie, nie ma znaczącej wolty stylistycznej, cały czas brzmicie jak Azarath. Czym w twoim odczuciu ten powrót do korzeni się wyraża i czy się udał?

Przede wszystkim muzyka musi się nam podobać, to jest najważniejsze i nie sugerujemy się niczym, czy jest to jakiś powrót do korzeni, czy nie.. Ciężko mi też porównywać te dwa albumy. Był to zupełnie inny okres w życiu, zupełnie inne emocje, a to one mają największy wpływ na te sprawy.

A kiedy dokładnie powstawało „In Extremis”?

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Nie była to praca ciągła, pracowaliśmy tzw. blokami czasowymi. Tak samo sesja była rozłożona w czasie, jeśli się nie mylę, od marca do listopada 2016 roku.

Pracowaliście nad płytą spotykając się i ogrywając materiał na próbach czy korespondencyjnie?

Różnie, ten pierwszy etap jest najbardziej korespondencyjny, kiedy powstają pierwsze zalążki utworów. Gdy powstaną trzy-cztery pierwsze jasno nakreślone numery, wtedy spotykamy się i pracujemy dalej nad resztą – mam tu na myśli gitary i bębny, bo teksty tak naprawdę powstają, kiedy konstrukcje utworów są już całkowicie zamknięte.

Na tym albumie wzięliście na warsztat tematykę samej śmierci – z jednej strony umiarkowanie kreatywnie, gracie było – nie było, death metal, z drugiej – podeszliście do tego w trochę inny sposób, analizując to zagadnienie z punktu widzenia różnych kultur. Skąd pomysł, aby ująć to w ten sposób?

Powiem ci, że jeśli chodzi o pisanie tekstów, to jestem fatalny. Staraliśmy się znaleźć do tego odpowiednią osobę w postaci Grega(Malahida – przyp. Z.P.), który odpowiedzialny jest za połowę tekstów, drugą połowę napisał Marek (Marek „Necrosodom” Lachowski – przyp. red.) i są to już rzeczy bardziej w jego stylu. Razem współpracowali i wszystko ze sobą konsultowali, tak aby tworzyło to spójną całość. Rozmawialiśmy dużo na ten temat, o tym, które rzeczy są ciekawe i nie były wcześniej za bardzo eksploatowane. Mam na myśli chociażby kult Aghori z Varanasi w Indiach, zagadnienia z tybetańskiej księgi umarłych czy Liber ABA Crowley’a.

Ten temat chciałem właśnie pociągnąć, bo tematyka hinduistyczna nie jest zbyt często wykorzystywana w muzyce metalowej. Zdarzała się w twórczości Impaled Nazarene, jest Cult of Fire, na naszym rodzimym gruncie Thunderwar dotykali tej tematyki, ale poza tym jest to raczej rzadka tematyka. Skąd pomysł na te wątki?

To tak naprawdę wyszło bardzo konkretnie od Grega, ponieważ w jakiś sposób udziela się w polskim oddziale O.T.O. (Ordo Templi Orientis – przyp. red.) i sam zaproponował, aby sięgnąć w tę stronę. Pomyślałem – czemu nie, skoro eksploatuje się dzisiaj na maksa wszystkie te tzw. świecznikowe historie. Moim zdaniem wyszło bardzo dobrze, świetnie koresponduje z muzyką i tworzy obraz całości. To samo tyczy się okładki.

Autorką okładki, z tego co wiem, jest twoja małżonka?

Zgadza się.

Pewnie nie będę teraz oryginalny i słyszałeś to już dziesiątki, jeśli nie setki razy, ale moje pierwsze skojarzenie to obraz AA72 Zdzisława Beksińskiego. Okładka powstała specjalnie na potrzeby płyty, czy wybraliście po prostu jeden z obrazów, które namalowała twoja żona?

Na potrzeby płyty. Okładka powstawała pół roku, jest to obraz 1×1 metr na płótnie, malowany techniką olejną. W kontekście kompozycji istotną inspiracją był szpaler zmumifikowanych mnichów z katakumb w Palermo. Przeszedł on mnóstwo zmian i transformacji aby osiągnąć wreszcie swoją ostateczną tożsamość. Moim zdaniem wyszło rewelacyjnie a jeśli chodzi o porównanie – chyba można to odebrać tylko jako komplement.

Nie miałem nic innego na myśli. Jeśli zaś chodzi o kulisy powstawania obrazu, nie tyle techniczne, co merytoryczne… Znalazłem w internecie informacje, że twoja żona określa swoje malarstwo jako hipnagogiczne. Hipnagogia to jest ten stan świadomości pomiędzy jawą a snem, kiedy omamy lub doświadczenia są bardzo zintensyfikowane. Zastanawiam się, czy jest jakaś analogia pomiędzy tym, a stanem zawieszania między życiem i śmiercią?

Mnóstwo rzeczy związanych z malarstwem Marty, w zasadzie większość, ma związek ze snami. To jest przełożenie tego wszystkiego na płótno. Z tego, co ja zrozumiałem – tak to właśnie wygląda.

Miałeś jakiś wpływ na to, jak ten obraz ostatecznie wygląda, czy postawiłeś na pełne zaufanie?

Miałem zaufanie, bo wierzę w talent i warsztat. Jakieś sugestie się oczywiście z mojej strony pojawiały, ale jeśli chodzi o wykonanie, technikę – umówmy się, ja się na tym kompletnie nie znam więc nawet by mi nie wypadało.

Chciałem jeszcze zapytać o dosyć niedawną sprawę. W połowie marca, w przeddzień premiery albumu, z Azarath odszedł Necrosodom. Możesz powiedzieć coś o powodach jego odejścia? 

Jest to naturalna kolej rzeczy, kiedy coś nie działa tak jak trzeba, takie rzeczy się dzieją. Na razie nie chcemy się za bardzo ustosunkowywać do tego, dopóki nie zbierzemy nowego składu. Najbliższy festiwal zagramy w składzie gościnnym i nie ma sensu o tym pisać. Ale jak już znajdziemy następcę, odniesiemy się do wszystkiego – mam nadzieję, że w ciągu miesiąca i dłużej to nie będzie trwało.*

*(cztery dni po opublikowaniu wywiadu zespół ogłosił, że zastępczo współpracuje ze Skullriperem z Embrional – przyp. P.K.)

No właśnie, jutro gracie na, nomen-omen, Inferno Festival w Norwegii. Chciałem zapytać za to o koncerty w kraju, bo na razie poza wspomnianym festiwalem ogłaszaliście tylko swój występ na Party San Metal Open Air 10 sierpnia.

Będzie to ostatni weekend września i pierwszy weekend października plus jakieś dwa dni w tygodniu, czyli łącznie 8 koncertów. W tej chwili mamy te daty zarezerwowane i przygotowujemy się powolutku do koncertów, bo już w trakcie prób przy przygotowywaniach do tych festiwali myśleliśmy o jesiennej trasie.

Na koniec chciałem zadać dwa pytania niezwiązane z Azarath. Jakiś czas temu pojawiły się w sieci dwa utwory projektu The Fall, w którym grałeś z Piotrem Połaciem (Bracia Figo Fagot) i Piotrem Rutkowskim (Spirit). Jak doszło do tej współpracy i czy zamierzacie ją kontynuować?

Nie zamierzamy, bo raz – nie pozwala na to czas i logistyka, dwa – nie zahulało to chyba do końca tak, jak powinno. Chcieliśmy po prostu spróbować, bo kiedyś siedząc przy jakimś piwku postanowiliśmy się spotkać w sali prób i zwyczajnie sprawdzić, jakiego rodzaju energia z tego wyjdzie. Na tamtą chwilę było bardzo fajnie. Niestety z nadmiaru obowiązków, które każdy z nas ma na głowie, nie jest możliwa kontynuacja tego tworu.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2018/12/bracie-figo-fagot-behemoth-inferno-600x500.jpg

Czy możesz coś zdradzić na temat nowej płyty Behemoth, nad którą pracujecie?

W przypadku Behemoth wygląda to tak, że nie do końca wiadomo, co to będzie. Te utwory w tym początkowym okresie brzmią zupełnie inaczej niż nagrane w studiu. Mimo tego, że mamy już 13 utworów i w maju wchodzimy do studia z zamiarem nagrania singla, to ciężko mi stwierdzić, jaką to wszystko będzie miało formę na samym końcu i jak będzie brzmiało. Powiem ci tylko, że jeśli miałbym określić to jednym słowem – będzie dość epicko.

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Co ma wspólnego Iron Maiden z muzyką stołecznego Thunderwar i ile z mitologii jest na „Black Storm” dowiecie się z naszego wywiadu z Kamilem ‚Madness’ Mandesem.

Wywiad został przeprowadzony na początku 2017 roku.

*

Skąd ten pociąg do oldchoolu? Męczy was nowoczesny metal, ośmiostrunowe gitary zestrojone niżej niż bas i cyfrowe brzmienie?

Jak to skąd? W muzyce metalowej musi być Diabeł i Rock’n’Roll. Bez tych dwóch decydujących czynników wychodzi pozbawiona emocji, jałowa i cyfrowa kupa gnoju, która nigdy nie będzie poważana zarówno przeze mnie, jak i przez innych, dumnych Heavy Metal Maniacs. Pierwotne, oldschoolowe brzmienia to dzwony do dzisiaj bijące w naszych paskudnych sercach i zepsutych duszach od czasów usłyszenia pierwszych tnących dzięków Maidenów i od zrozumienia kultu siły i idei metalu dzięki Manilla Road… Wiesz już co było dalej? Taa… kapele takie jak Venom czy Celtic Frost tchnęły w nas bezwzględną, barbarzyńską siłę bez której nie potrafilibyśmy teraz normalnie funkcjonować. Po wszystkich tych latach obcowania z muzyką, która od zawsze dawała nam tak prawdziwego, mocnego, emocjonalnego kopa – masz rację, męczy nas ośmiostrunowe wiosło. Pewnie moje słowa brzmią fanatycznie. Robię to jednak na potrzeby wywiadu, w rzeczywistości jestem oczywiście bardziej wyluzowany… „Modern metal! I don’t give a fuck! UH! I was raised on rock!”

Wybór gatunku muzycznego, jakim się zajmujecie argumentowaliście w wywiadach tym, że współcześnie death i black metal pozwalają na ogromną elastyczność stylistyczną. Czerpiecie chyba jednak przede wszystkim nie z najnowocześniejszych trendów w blacku czy death metalu, ale właśnie z korzeni tej muzyki?

To, co siedzi w głowie naszego kompozytora, Witolda Ustapiuka, nie wie nawet On sam. Nie jestem w stanie dokładnie określić czym w i jakim stopniu aktualnie się inspiruje. Chłop ma łeb na karku i zajebistego skilla muzycznego, a jego riffy charakteryzują się przebojowością i posępną melodyką. Jest to wszystko elegancko osadzone w blackowo/deathowym bagnie. Z moich obserwacji wynika, że na jego styl gry wielki wpływ ma scena skandynawska, Staroświecki Heavy Metal i Wielcy Mistrzowie gitarowego kunsztu. To ostatnie można usłyszeć w jego niebagatelnych, solówkowych onanizacjach, którymi raczy nas w każdym utworze. Nie chciałbym oczywiście pominąć Olszaka, który też raz na ruski rok wpadnie na jakiś ciekawy pomysł, ale jest to margines, o którym wypada tylko wspomnieć. Jego plusem jest to, że potrafi nas zmobilizować i nie brzydzi się sprawami organizacyjnymi, jak na przykład ja. Nasz kochany perkusista, Vit, to nieokrzesany demon, który za garami czuje się jak alkoholik w nocnym 24/7. Doskonale radzi sobie z dwoma pałkami i pedałami naraz. Jego gra kojarzy mi się z jakimś nieobliczalnym, kosmicznym wirem, do którego wpadają i wypadają ciała niebieskie, niczym kulki w maszynie losującej lotto. Ja natomiast tylko wydzieram się do mikrofonu w imię prastarych Bogów. Ścieżka basowa to pikuś, każdy idiota zagrałby to co ja, więc nawet nie będę się rozpisywać na ten temat. Kompozycyjnie nie udzielam się dla zespołu, choć prywatnie lubię tworzyć bluesowe wałki i nordyckie ballady. Nie jestem w stanie powiedzieć Ci dokładnie z czego czerpiemy inspiracje prowadząc nasz zespół. Może z siebie nawzajem?

Zaryzykowaliście chyba dość mocno, jeśli chodzi o datę wydania waszego albumu – druga połowa grudnia nie jest chyba najlepszym czasem jeśli chodzi o marketing – mam tu na myśli wszelkie podsumowania roczne i tak dalej. Uważacie, że to była dobra decyzja?

Chyba  jakoś specjalnie się tym nie zamartwialiśmy szczerze mówiąc. Jeśli uważasz, że było to duże ryzyko, to chyba dobrze – do odważnych świat należy. Lub jak kto woli „ryzyk – fizyk”. I tak byliśmy w kliku podsumowaniach końcowo-rocznych, więc nie ma tragedii. Przynajmniej mogłem dać bratu pod choinkę swój album. Traktuję to jako duży plus.

Już od czasów „Birth of Thunder” braliście na warsztat tematykę mitologiczną, ba! obecna jak i wcześniejsza nazwa nawiązują do słowiańskiego boga grzmotu. Tymczasem w jednym z utworów, ‚Path of the Aghori’ pojawiają się tropy hinduskie. Skąd ten pomysł, moglibyście więcej opowiedzieć o tym kawałku?

Pomysłodawcą i twórcą tego, jak i większości kawałków na płycie jest Michał „Drzewiak” Drzewiecki. Nasz serdeczny druh i kumpel od wódki. Gość niezwykle bystry i oczytany. Zna się na kulturach tego świata, zatem opowiedział nam kiedyś o sekcie Aghori. Jest to plemię kanibali, mieszkających na indyjskich bagnach i żywiących się martwymi, nie tylko ludźmi. Temat jak najbardziej mocny i pożądany przez nas. Jeśli chodzi o tematykę pogan, to z pewnością będę dalej pisać o tym niektóre teksty, gdyż to głównie moja pasja. Nie będę jednak chłopaków męczył każdym kawałkiem o Odynie czy Perunie, bo skoro tego nie czują, to na cholerę im to. Nie chcę, by Thunderwar uchodził za zespół z łatką mitologiczną, jeśli tylko ja w tym siedzę. Nie cierpię pozerstwa.

O tym, że autorem okładki jest Eliran Kantor, że chcieliście coś oldschoolowego zarówno jeśli chodzi o wykonanie jak i o formę, mówiliście już w kilku wywiadach, nie będę się więc powtarzał. Interesuje mnie jednak to, co ów obraz przedstawia – jeśli się nie mylę, przedstawia XVI arkan tarota, Wieżę, niezwykle groźny symbol. Skąd taki pomysł na okładkę, dlaczego akurat tarot?

Okładka płyty nawiązuje do numeru ‚New Age Prophecy’ opowiadającego o zniszczeniu starego ładu i porządku i powstaniu nowych wzorców, obyczajów. Dlaczego akurat tarot? Po pierwsze znowu Drzewiak. On zarzucił pomysł, a my wyraziliśmy aprobatę. Po drugie, ta tematyka jest w miarę „nie tknięta” a jednocześnie dosyć wdzięczna dla naszego nurtu. Jak sam zauważyłeś, Wieża w tarocie to niebezpieczny symbol. Czyż porządny, metalowy album nie powinien być w takie symbole odziany?

Pomysł wyszedł całkowicie od autora po tym jak zapoznał się z waszą muzyką, czy przedstawiliście mu swoją koncepcję i pracował wedle waszych wskazówek?

Przedstawiliśmy koncepcje i pracował wedle wskazówek, jednak tak dobrego efektu końcowego nikt z nas się nie spodziewał.

Nie mogę się uwolnić od wrażenia, że bonusowy utwór, ‚Iconoclast’, niezwykle odstaje klimatem od reszty albumu, przez całą płytę mamy grzmoty, skandynawskie brzmienia, szeroko rozumianą epickość i tak dalej, a tu nagle wjeżdża taki kawałek, coś, co parę lat temu mogliby nagrać Behemoth lub Hate. Nie mieliście podobnych odczuć? Jak ten materiał znalazł się na płycie?

Nie lubię tego numeru i byłem za tym, żeby wypieprzyć go z płyty. Niestety, udało mi się to zrobić tylko połowicznie. Nie ma go w wydaniach dla prawdziwych wyjadaczy, czyli na kasetach i winylach. Na digipacku i jewelcase jest dodany jako „bonus track”.  Chłopaki się uparli. Szkoda. ‚Iconoclast’ jest jednym z naszych najstarszych numerów i nie dość że kurewsko mi się znudził, to jeszcze irytuje mnie ta jego – jak dobrze zauważyłeś – „Behe-Hejtowska”- motoryka. Nie cierpię go grać i mam nadzieję, że wkrótce całkowicie przejdzie w zapomnienie. Dopilnuję tego, nie martw się.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Przy okazji festiwalu Tak Brzmi Miasto, Piotr rozmawiał z liderem Ketha, mR.tripem, znanym również jako Maciej Janas. Maciej opowiedział nam o planach zespołu na przyszłość, nadchodzącym krążku grupy i personalnym aspekcie muzyki.

Wywiad przeprowadzony w listopadzie 2016

*

Przed chwilą właśnie skończył się koncert na festiwalu Tak Brzmi Miasto, wystąpili Black Palm i Ketha. Rozmawiam z Mr. Tripem, mózgiem tego drugiego zespołu. Powiedz, jak w ogóle znaleźliście się na tym festiwalu?

Mr. Trip: Napisał do nas Michał, jeden z organizatorów z Krakowskiej Sceny Muzycznej. Ustaliliśmy ich i nasze oczekiwania, spotkaliśmy się na jakimś wspólnym mianowniku i zagraliśmy.

To wasz pierwszy koncert od dłuższego czasu. Trudno było was namówić?

Nas w ogóle nie jest trudno namówić, tylko po prostu nie narzekamy na nadmiar propozycji. Walczyliśmy w tym roku o naprawdę dużo rzeczy, trasy z kilkoma zaprzyjaźnionymi zespołami, które są dużymi bandami i z tego niestety nic nie wyszło. Sami nie porywamy się, żeby grać jako headliner jakąkolwiek trasę, to się mija z celem. Nie przyciągamy tłumów i nie będziemy przyciągać, bo nie jesteśmy jakimś specjalnie znanym ansamblem, więc bez podczepki pod kogoś z ugruntowaną pozycją raczej niewiele nam to da. Po drugie, każdy z nas ma rodziny i inne zobowiązania, więc nie porywamy się na jechanie kilka weekendów z rzędu, żeby grać gigi dla kilkudziesięciu osób, i to w najlepszym wypadku. Przypadki, gdy przyszło ponad sto osób, w Krakowie się zdarzyło nawet ponad 200, można niestety policzyć na palcach jednej ręki. Poza tym skoncentrowaliśmy się na przygotowywaniu płyty, która jest już prawie cała nagrana. Zostały wokale, pracujemy nad miksami. Więc wiesz, nas nie jest trudno namówić, ale ktoś nas musi namawiać. Dlatego kiedy tutaj pojawiła się propozycja ze strony Tak Brzmi miasto, zgodziliśmy się prawie że z miejsca. Nas nie interesuje, czy tu jest jakikolwiek budżet, czy cokolwiek z tego dostajemy. My chcemy grać. Sprawia nam to przyjemność, jest to część naszego życia. Jeżeli tylko ktoś nas spyta, to my zagramy.

Pierwszego kwietnia napędziliście trochę wszystkim stracha pewnym oświadczeniem (chodzi o oświadczenie opublikowane na FB Kethy w Prima Aprilis informujące, że obecnie nagrywana płyta będzie też ostatnią, a zespół zakończy działalność z końcem 2016 r.). Część osób odebrała to na poważnie. Czy w tym momencie możemy powiedzieć, że przyszłość Kethy jest pewna?

Wiesz, nie na darmo opublikowaliśmy ten post pierwszego kwietnia. To jest raczej śmieszne i garstkę ludzi to obchodzi. My się zawsze możemy z tego wycofać, ale też zawsze możemy powiedzieć, że to jednak było serio. Nie powiem ci, co będzie, ponieważ ja sam jestem teraz życiowo w pewnym bardzo ciężkim miejscu, pracuję za granicą i jestem tu z doskoku. Jest też szereg innych rzeczy, które mają wpływ na to co będę robił i gdzie będę to robił. Ciężko mi więc wyrokować. Na ten moment priorytetem jest skończenie płyty i jej wydanie. Zmieniamy też wydawcę. Odeszliśmy z Instant Classic i wydamy to gdzie indziej. Gdzie – na razie nie będę tego zdradzał. Być może w czymś nam to pomoże, a może będzie dalej tak, jak było. Wydamy płytę, zobaczymy jaki będzie odbiór, zdecydujemy.

W takim razie chciałem podpytać o samą płytę. Czy jest to kontynuacja kierunku, który obraliście na waszej ostatniej EP-ce, czy postanowiliście podążyć tym razem w zupełnie inną stronę?

Generalnie idziemy w stronę piosenek, to jest ciekawe. Dzisiaj graliśmy sporą część tego materiału na początku koncertu. Chcieliśmy uprościć te struktury, skondensować ilość pomysłów przypadających na jeden numer, tak, żeby zamykały się w klasycznym podziale zwrotka-refren-solo-refren. To jest wbrew pozorom bardzo trudny schemat, bo musisz mieć naprawdę cholernie dobre rzeczy, żeby ułożyć z tego songa. Jest to  zbiór ośmiu kawałków, z których każdy jest troszeczkę z innej bajki. W każdym jest groove, chodziło nam o to, aby te utwory bujały i wydaje mi się, że ta płyta taka będzie. Jest też inne podejście do wokali, pozostają one co prawda w stylistyce metalowej, ale gdzieś tam się wtrąca ta melodia. Byłbym jednak daleki od stwierdzenia, że poszliśmy w kierunku tego, co robią post/ nu metalowe zespoły, bo to jest rzecz, która kompletnie mi się nie podoba i nie jest to na pewno kierunek, w którym chcemy iść.

A skąd w ogóle pomysł, żeby pójść w taką bardziej piosenkową stronę? Wyszło to wam naturalnie, czy postawiliście sobie jakieś założenia?

Nigdy nie narzucam sobie żadnych założeń, gdy piszę materiał, po prostu tak wyszło. Zaczęło się od jednego numeru. Jak zwykle wgrywałem gitarę do kompa, układałem do tego jakieś prostackie bębny i stwierdziłem, że po co mam tu dokładać trzeci i czwarty riff, skoro mam dwa fajne i to się dobrze zazębia? Spróbujmy więc pograć nimi. Tu nie było żadnej kalkulacji, bo w tym sensie na nic nie liczę, że nagramy kolejną płytę, to będzie taki breakthrough i się wybijemy i pojedziemy w świat. To absolutnie nie nastąpi, a ja nie jestem też już 15-sto latkiem, więc mam też pewną świadomość co można osiągnąć i jak to można osiągnąć. Musielibyśmy grać masę koncertów i tu wracamy do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Wyszło to naturalnie, ja jestem bardzo zadowolony z tego że jest prostszy i wpada w uchu. Zobaczymy jaki będzie odbiór.

Teksty dalej będą utrzymane w stylistyce science-fiction, czy tym razem będzie to zupełnie coś innego?

Nie, zupełnie co innego, tylko wiesz, teksty są w tym momencie cholernie osobiste. Między wierszami jest to opowieść o tym, co się wewnątrz mnie dzieje przez ostatnie miesiące i jak to wpływa na wszystkie wartości które miałem, którym hołdowałem przez lata mojego życia. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że to chyba nie jestem ja, że ja mam inne poglądy na pewne rzeczy. Pewnie między wierszami będzie się dało wyczytać, o co chodzi, ale mi specjalnie na tym nie zależy. Teksty są ważne dla mnie i ważne było też jak rytmika tych słów wpasowuje się w utwór, ale nigdy nawet nie będę drukował ich w książeczce lub tłumaczył, o co w nich chodzi. To nie ja. Nie będę tego publicznie wyjaśniał.

Kiedy zatem możemy się spodziewać jakichś konkretniejszych informacji na temat płyty: tracklisty, daty wydania i tak dalej?

Na pewno wydamy to do wiosny, bo tak mamy ustalone z wydawcą. Mamy więc presję z góry i dobrze, że się ona pojawiła. Mamy zrobiony też klip do utworu mającego promować ten album. Chcieliśmy go wypuścić w grudniu, ale już teraz wiem, że nie nagram właściwych wokali do tego czasu, więc wypuścimy go zapewne po Nowym Roku. Jak już ruszymy z klipem, to podejrzewam, że ta data będzie oscylować między lutym a marcem, może kwietniem, ale to już ostateczność. Chciałbym mieć to zamknięte do końca zimy.

Na koniec mam jeszcze dwa pytania niezwiązane już z zespołem. Czy mógłbyś wymienić swoje trzy ulubione albumy z tego roku? Niekoniecznie metalowe, pamiętam, że kiedy ostatnio rozmawialiśmy, zagłębiałeś się mocno w jazz.

Jazz, tak! Z pewnością Kamasi Washington, to jest taki trzypłytowy album, bardzo fajne granie bez słabych momentów a to są przecież prawie trzy godziny muzyki! (Mr. Tripowi najprawdopodobniej chodzi o wypuszczony w maju ubiegłego roku album „The Epic” – przyp. red.) Na pewno też ostatni album Jamesa Blake’a, tak jak nie lubiłem wcześniej takiej nudy, tak ten album to jest u niego jakiś totalny level-up. Wacław Zimpel nagrał też dla naszej wytwórni, Instant Classic, płytę zatytułowaną „LAM”. Składa się chyba z czterech części, najmniej podoba mi się ta najdłuższa, z wyraźną rytmiką, najbardziej lubię tę pejzażową stronę, zarówno początek jak i zamknięcie tego albumu sprawia, że mam miękkie kolana, gdy tego słucham. No i Beyonce jest świetna, naprawdę!

W audycji mamy cykl, w którym pytamy ludzi związanych w jakiś sposób ze sceną o ich ulubione undergroundowe dźwięki, mało znane prawdziwe perełki, które zasługują na większą uwagę. Jakie są twoje typy?

Bez końca będę polecał zespół Hetane z Wrocławia. Nie wiem, czy jeszcze będą coś wydawać, musiałbym zapytać Magdę lub Jelenia, ale niedawno rejestrowali swój trzeci materiał. Mają dwie płyty na koncie, jest to bardzo fajne granie, Magda śpiewa rewelacyjnie. Gitarowa muzyka ze szczyptą elektroniki i dozą transowości i podkreślę to po raz kolejny – ze świetnymi wokalami. Magda  pięknie śpiewa po angielsku, co jest na naszym podwórku pewną rzadkością. Bardzo żałuję, że nie są na jakimś topie, uważam, że na to zasługują, ale podejrzewam, że wpłynął na to też szereg różnych innych okoliczności.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję pięknie i pozdrawiam

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Przy okazji trasy „Za ćmą w dym” udało nam się po raz drugi porozmawiać z Michałem „Nihilem” Kuźniakiem. Choć nie udało się nam zupełnie uciec od tematu „Wesela”, staraliśmy się skupić głównie na Furii. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak z perspektywy Nihila wygląda japoński metal, jak nasz rozmówca postrzega swój rozwój jako tekściarza i co u licha dzieje się z Morowe i innymi projektami spod znaku Let The World Burn – zapraszamy do lektury.

Wywiad został przeprowadzony na początku 2018 roku.

*

W kilku wywiadach podkreślałeś, że muzyka zachodnia, zwłaszcza mainstreamowa, jest w kryzysie. Czy mógłbyś rozwinąć tę myśl? Co jest z nią nie tak?

Właściwie to nie wiem, czy muzyka jest w kryzysie, czy ja sam. Ale zakładając, że to muzyka jest pod kreską, określiłbym to tak: jest prościej, coraz więcej schematów jest powielanych, melodie są słabsze, teksty są słabsze, wszystko jest na niższym poziomie. Przy czym sprzedawane jest to w taki sposób, że ludzie myślą, że jest na odwrót. Zdecydowanie, jeśli porównamy dzisiejszą muzykę mainstreamową z tą sprzed kilkudziesięciu lat, to ewidentny jest wyższy poziom starszych nagrań. Również wykonawczy – kiedyś przecież nagrywano na setkę, trzeba było po prostu umieć grać. Dzisiaj nie musimy tego robić, studio zrobi to za nas. To wszystko w jakiś sposób przekłada się na jakość muzyki.

Czy moglibyśmy skonkretyzować nieco ten problem? Co najbardziej nie podoba Ci się w dzisiejszej muzyce popularnej a jakich wykonawców sprzed tych kilkudziesięciu lat mógłbyś zaproponować jako kontrprzykład?

Pierwszy przykład z dawnych lat, który mi się nasuwa to chociażby Led Zeppelin, którzy porażają do dzisiaj jakością swojej muzy, zupełnie się ona nie zestarzała i wciąż kopie tak jak wtedy. I to jest fajna różnica i chyba właśnie ten wyznacznik – dzisiejsze hity dezaktualizują się po paru miesiącach i potem przestają istnieć. Nie pamiętamy ich, a te piosenki z dawnych lat, nawet z lat 90′, gdy puszczą je w radio, wszyscy je kojarzą, nawet jeśli nie słuchają na co dzień muzyki popowej. Nie pamiętamy dzisiejszych utworów, a te stare się tak wrzynają, że są nieśmiertelne. Nieskończone. Ciężko mi teraz podać jakiś konkretny kontrprzykład ze współczesnej muzyki popularnej, ale chyba o to właśnie chodzi, po prostu nie pamiętam tych rzeczy.

Nic nie zostaje? A chociażby (tutaj Piotr podejmuje równie żałosną co brawurową próbę zanucenia „ …Baby One More Time” Britney Spears) z początku lat dwutysięcznych (właściwie z 1998 r., czyli sprzed prawie 20! lat, za szybko ten czas leci – przyp. P.K.)? Czy to nie jest kwestia tego, że muzyka rockowa nie jest aż tak bardzo w mainstreamie jak dawniej i sposób samej dystrybucji muzyki się zmienił – każdy słucha wszystkiego, nie ma nowych ikon, herosów tej muzyki?

Zdecydowanie nie ma, ponieważ dzisiaj nie wygląda to tak, że wybijają się osobowości, które mają to szczęście, że oprócz popularności posiadają też talent, technikę, wszystkie elementy niezbędne do tego, żeby być ikoną. Dzisiaj działa to raczej na zasadzie castingów – trzeba mieć twarz albo odpowiednio kształtną dupę, resztę się dorobi. Nie trzeba mieć techniki, nie trzeba umieć śpiewać, nie trzeba mieć nawet dobrych piosenek. Jeśli chodzi o Britney Spears, gdy przypomniałeś ten tekst – faktycznie, pamiętam go, ale mam wrażenie, że było to po prostu nam wciskane tak mocno, że gdzieś się wryło.

Niedawno odbyliście trasę po Japonii, udało wam się wyruszyć poza Europę. Czy dostrzegasz podobne tendencje również tam, czy udało Ci się uszczknąć trochę tej kultury i muzyki? Japończycy wydają się bowiem niezwykle spragnieni muzyki z Europy, spoza Azji (co byłoby pewnym paradoksem, gdyż kultura japońska jest niezwykle ksenofobiczna). Jak to wygląda w zestawieniu z ich własną muzyką, którą miałeś okazję zaobserwować?

Zgadza się, jest to paradoks. Zauważyłem, że faktycznie jest tak jak powiedziałeś – Japończycy są niezwykle głodni Europy, a jeszcze bardziej Stanów Zjednoczonych. Zdziwiło mnie to, wydawało mi się, że po wydarzeniach XX wieku nie będą z nimi żyć zbyt dobrze – a tymczasem w Japonii grają w baseballa! Wracając do muzyki – nie wiem, jak jest z mainstreamem, nie miałem okazji się temu przyjrzeć, zdążyłem za to zauważyć jak jest z metalem. I jest tak jak mówicie – są napaleni na europejski metal. Bardzo ciekawe było też dla mnie to, że oglądając i słuchając japońskich supportów, miałem wrażenie jakbym słyszał zespoły europejskie, ale 10 czy 20 lat temu. Czułem bijącą z tego dzikość, szczerość, taki szczeniacki szał, który już u nas zniknął – z czego zdałem sobie sprawę właśnie wtedy. W europejskim metalu jakoś się poukładaliśmy, zaczęliśmy myśleć koncepcyjnie, jesteśmy lepsi technicznie, wykraczamy poza kanon subkulturowy, w przeciwieństwie do lat 80′, 90′ – nie jest to już garażowe, zbuntowane granie. A u Japończyków właśnie takie granie wyczułem i to było świetne.

Muzykę z Japonii postrzega się u nas częściej raczej jako ciekawostkę, nie ma chyba w Europie jakiejś szczególnej potrzeby jej poznawania, nie widzi się na przykład zbyt wielu zespołów stamtąd koncertujących, czy to po Polsce czy po Europie. Myślisz, że mają potencjał, żeby jakoś zainteresować zachodniego odbiorcę tym podejściem, o którym wspomniałeś?

I mają i nie mają i może od tej drugiej kwestii zacznę. U niektórych zespołów, które miałem okazję oglądać, oprócz tej dobrej dla muzyki dzikości widziałem też po prostu fascynację Zachodem i powielanie naszej ścieżki. Z drugiej strony, nie trzeba być w Japonii, żeby wiedzieć, że mają też coś swojego, również dzikiego, ale w sposób inny niż nasz. Mam na myśli te najbardziej ekstremalne rzeczy, noise’owe i tak dalej. Dla nas, Europejczyków i Amerykanów jest to coś zupełnie egzotycznego, my tak nie potrafimy. Więc są dwie strony medalu, dobra i zła.

Wróćmy jednak do Furii – w Japonii spotkaliście się z dobrym przyjęciem, prawda?

Tak, zdecydowanie.

Zastanawiam się jak jest z odbiorem waszej muzyki przez słuchaczy, którzy nie znają języka polskiego. Mimo tego, że zdarzały wam się utwory instrumentalne, chociażby bardzo eksperymentalna jak na was EP-ka „W melancholii”, to jednak wydaje mi się, że Twoje teksty są czynnikiem, który porządkuje postrzeganie waszej muzyki. Czy Twoim zdaniem odbiór emocji, które próbujesz przekazać w Furii, bez rozumienia tekstu, jest możliwy?

Mam nadzieję, że w jakiejś mierze tak. Wiem, że na pewno nie da się zrobić tego w ten sposób, żeby to stuprocentowo oddać – no bo jak wytłumaczyć Japończykowi czym jest Śląsk? Albo Siemianowice? Ale z drugiej strony, naszym celem jest też nauczyć się robić muzykę tak, żebyśmy nie musieli używać słów. To, jak mi się wydaje, w dużej mierze się udaje – mam odsłuchy od ludzi, którzy obcują z naszą muzyką i nie są polskojęzyczni i oni łapią to, co jest przekazywane w sferze muzycznej. To zaskakujące i satysfakcjonujące. Właśnie o to chodzi i dobrze by było jeszcze lepiej to robić, żeby przekazywać wyłącznie muzyką to, co ma się do powiedzenia.

Jak patrzysz na swój rozwój jako tekściarza? Gdy rozmawialiśmy dwa tygodnie temu, mówiłeś, że Wyspiańskim nie chcesz się już poza „Weselem” wspomagać, że „fedrujecie w sobie”, że pozwolę sobie zacytować. W waszej twórczości zdarzały się jednak epizody, gdy stosowałeś zapożyczenia – chociażby na EP-ce „Huta Laura/ Katowice/ Królewska Huta” śpiewasz tekst Sergiusza Jesienina. Natomiast w kontekście tego, o czym powiedziałeś przed chwilą – wydaje mi się, że Twoje teksty zbiegiem lat stawały się coraz bardziej oszczędne w słowa…

Ciężko powiedzieć, ponieważ nie jestem obiektywny wobec siebie. Ale takie sytuacje, jak ta z teatrem: przychodzi do mnie Jan Klata i porównuje „Zamawianie Drugie” z Wyspiańskim, zestawia je z tekstem „Wesela” w spektaklu, nie rezygnuje z tekstu utworu, ale wręcz mówi, że to gra razem, żebyśmy to wpletli, takie sytuacje sprawiają, że mam wrażenie, że się rozwinąłem, że te teksty są lepsze. Starsze rzeczy postrzegam jako grafomanię i brak warsztatu, ale z drugiej strony widzę w nich szczerość, siebie wtedy – mimo tego, że warsztatowo nie są dobre, podpisuję się pod nimi. Przygotowaliśmy na tę trasę dwa numery z demówek i numer z „Martwej…”, którego wcześniej nie graliśmy. Gdy braliśmy je na warsztat przed trasą, zastanawiałem się, czy by nie „przearanżować” tych tekstów, bo nie podobają mi się w całości. Ale stwierdziłem, że tego nie zrobię, skoro wygrzebujemy stare numery, to niech teksty zostaną, nawet jeśli są złe warsztatowo. Ale wtedy warsztat był dla nas zupełnie nieistotny. Liczyło się szczeniackie walenie po pysku i totalna otwartość.

Jednak cały czas pozwalasz sobie trochę się ze słuchaczem pobawić, wziąć go pod włos – w utworze „Tam jest tu” z „Księżyca… „ jest fragment „kiedy pierdnę, podamy sobie dłonie”, który zupełnie przełamuje cały ten patos i to, w jaki sposób te emocje były wcześniej budowane.

Nie, nie bawię się ze słuchaczem, ponieważ nie biorę go zupełnie pod uwagę. Piszę o sobie, o nas, odbiorca tu nie ma nic do rzeczy, to są sprawy, które są w nas. A że pierdzimy… to też i o pierdzeniu się coś znajdzie.

Wspominałeś w lutym w jednym z wywiadów, że planujesz powrót z Morowe. Czy plany te są aktualne?

Chce mi się odpowiedzieć, że tak, tylko nie chcę kłamać. Problem polega na tym, że nie mamy zupełnie czasu. Ta trasa, jakieś pojedyncze koncerty a głównie teatr pochłaniają masę czasu. To jedyny powód odkładania tego na później, bo morowego materiału mamy bardzo dużo i moglibyśmy już właściwie przystępować do kończenia sprawy. Bardzo chcę to zrobić, bardzo podoba nam się materiał, który mamy – ale na razie hamuje nas brak czasu.

Twoje pozostałe projekty, CSSABA, FDS – również zeszły na razie na drugi plan?

Ta sama sytuacja co z Morowe, z FDS mamy nową płytę praktycznie już zrobioną i to od lat, mam masę jakichś pojedynczych numerów. Jest jeszcze jedna rzecz – na Furię pojawił się pewien popyt, na co chętnie przystaliśmy. Dzięki temu całą resztę muzyki, którą robimy, robimy na totalnym luzie, takim posuniętym do granic możliwości. Podobają mi się efekty tego.

Gdybyś miał występować dzisiaj z Morowe, czy zdecydowałbyś się na w pewien sposób teatralne prezentowanie tej muzyki, maski, pewną anonimowość?

Ciężkie pytanie. Nie umiem odpowiedzieć, bo nie mam jeszcze kształtu tej nowej płyty i tekstów, o czym powinienem był powiedzieć wcześniej – to jest powód, z którego Morowe „stoi”. Odpowiedź zależałaby od tekstów, grafiki i całej otoczki – a tych jeszcze nie ma.

A czy planujecie robić coś jeszcze z Massemord? Furia wydaje mi się być waszym dojrzalszym obliczem, ale też czymś, co robiliście przez lata i zmieniało się razem z wami, podczas gdy Massemord to był po prostu cios, strzał w pysk. Masz jeszcze w sobie tę agresję, którą chciałeś przekazywać w Massemord?

Nie, zdecydowanie nie mam jej tyle, co kiedyś. To samo, swoją drogą, tyczy się też reszty zespołu. Z Massemord mamy jednak o tyle fajną sytuację, że raz na jakiś czas zagramy koncert – średnio raz do roku – i to się bardzo dobrze sprawdza, dzięki temu możemy te numery wykonywać szczerze. Póki co, dobrze nam z tym i tak chyba zostanie. Istnieje temat nowego Massemord, ale wiem, że jeśli ta płyta ma powstać, to będzie długo kapało…

A czy istnieje już temat nowej Furii? „Księżyc… „ był bardzo dobrze przyjętym albumem, czy macie już głód tworzenia nowego materiału?

Tak, w zasadzie mamy już dwa materiały, na razie w sferze koncepcji i przemyśleń – bardzo konkretnych. Nie realizujemy ich jeszcze z powodu braku czasu i z powodu ciągnięcia tematu samego „Księżyca…”, który wciąż rezonuje – przecież dopiero teraz, rok po premierze, gramy polską trasę promującą płytę, do tego teatr… Nowa Furia kapie, ale świadomie i celowo się z tym wstrzymujemy, nie rzeźbimy w tym jeszcze.

Nie czujecie presji ze strony fanów, krytyki? Nie czujecie się przytłoczeni sukcesem?

Nie.

 

Zdjęcie: Aleksandra Kucia

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

Coś się kończy, coś zaczyna. Na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy wokół pewnego szwedzkiego zespołu składającego się z bezimiennych ghouli i papieża, zrobiło się niemałe zamieszanie. Teraz, przebudzone po latach spoczynku, powracają duchy przeszłości. Magna Carta Cartel wrócili z nową EPką „The Demon King”. Rozmawialiśmy z Martinem Persnerem, wokalistą i gitarzystą grupy na temat nowej płyty MCC, emocjach po odejściu M. z Ghost oraz kondycji współczesnej szwedzkiej sceny.

Wywiad został przeprowadzony w 2017 roku.

*

Piotr Kleszewski: Wokół sytuacji z Ghost było ostatnio sporo zamieszania, nie dolewajmy jednak oliwy do ognia. Cały ten zgiełk w pewien sposób przyćmił powrót MCC do świata żywych, choć szczerze mówiąc, wy sami również nie ujawnialiście zbyt wielu szczegółów. Czy mógłbyś krótko podsumować to, co działo się w ostatnim czasie w MCC, kiedy zdecydowaliście się na wskrzeszenie zespołu i w jakim obecnie składzie gracie?

Martin Persner: Tak, rzeczywiście Magna Carta Cartel był zespołem uśpionym, ponieważ większość nas grała również w Ghost. Pisaliśmy wówczas również muzykę dla MCC (a także dla Tid), ale nie wydawało nam się właściwym zarejestrować i wydać ten materiał – było tak dlatego, ponieważ nie byłoby najmniejszej szansy na to, że będziemy mieć czas, aby koncertować jako MCC. Brakowało nam zwyczajnie czasu i energii z racji tego, jak intensywnie koncertowaliśmy w Ghost. Plan na to, żeby koncertować i nagrywać jako MCC istniał jednak od dawna – i teraz, zupełnie nagle, okazało się, że jest na to czas. Jak widać, pomysł przebudzenia MCC nie jest czymś nowym. Obecny skład zespołu to: Martin Persner (wokal, gitara), Arvid Persner (perkusja, gitara) i Pär Glendor (bas, gitara).

Słowa „Sway”, pierwszego utworu singla promującego EPkę „The Demon King” brzmią „Stops for a blink/ Letting the mask fall to ground” („Zatrzymuje się na mgnienie oka/ Pozwalając by opadła maska”), jeśli dobrze usłyszałem, to zmieniliście je w stosunku do wersji demo. Również w dalszej części tekstu, trudno nie zauważyć pewnej ukrytej ironii i retrospektywności. To twój sposób na radzenie sobie z widmami przeszłości? Po wszystkim czujesz raczej ulgę czy żal?

Byłoby całkiem ciekawe, gdyby tak właśnie było, nieprawdaż? (śmiech) Ale nie, jest zupełnie inaczej. „Sway” pochodzi jeszcze z roku 2004. Napisanie całej piosenki zajęło mi jakieś 20 minut, a opowiada ona o dziewczynie. Nigdy wcześniej ani później nie napisałem całej piosenki tak szybko – tekst, muzyka, wszystko za jednym razem. Tekst, który napisałem w 2004 r. jest DOKŁADNIE tym samym, który można usłyszeć w najnowszej wersji. No dobra, tak naprawdę zmieniłem dosłownie jedno słowo kiedy nagrywałem tym razem wokale. Jeśli je znajdziesz, uściskam cię serdecznie i postawię ci piwo gdy będziemy mieli okazję się spotkać.

„Sway” zostało nagrane trzy razy: w 2004 roku (demo), 2010 (demo) i w 2016 (tym razem na potrzeby pierwszego oficjalnego wydania na EPce „The Demon King” w 2017 r.). Aby wyklarować sytuację jeszcze bardziej: tekst jest o kimś, kto jest wściekły na dziewczynę. Refren piosenki miał być pierwotnie śpiewany przez wokalistkę, ponieważ tekst refrenu odnosi się do sytuacji właśnie z perspektywy dziewczyny. To bardzo gorzka i gniewna piosenka, ale nie jest o osobie, o której myślisz. Wersję demo z 2010 roku trzymaliśmy na swoim profilu na MySpace, ktoś ją znalazł i wrzucił na YouTube kilka lat temu. W międzyczasie ktoś inny, nieco mniej zdolny jeśli chodzi o język angielski spisał ze słuchu tekst (choć nie mogę mieć do tego kogoś pretensji – nie mam ani dykcji jak rzecznik króla, ani jakość nagrania nie była oszałamiająca). Tak, czy inaczej – ktoś źle usłyszał tekst i utrwalił błąd (wiesz, jak „Aids in Space” albo „Pink Freud”), teraz ta zła wersja krąży w obiegu, a ludzie dostają ataku sraczki i myślą, że zmieniliśmy słowa. Hm, nie mają racji. Miejmy nadzieję, że przynajmniej dobrze się bawili.

Chciałbym też dodać, że w przypadku utworu „Turn” rzeczywiście zmieniłem słowa, ponieważ po powrocie do pracy nad nim zorientowałem się, że wersja z 2010 była jedynie szybką prowizorką i w zasadzie nie opowiadała o niczym. Zarówno ja, jak i MCC rozumiemy, że ludzie są przekonani, że te teksty opowiadają o sytuacji z Ghost i całej tej gównoburzy, ale tak po prostu nie jest. Ale z drugiej strony? (śmiech) Wydaje mi się, że ludzie znajdują  przekaz dotyczący Ghost nawet w naszych instrumentalnych utworach, gdziekolwiek i jakkolwiek im to pasuje. Ludzie lubią dramy. I nikt nie może być bardziej zadowolony z sytuacji niż my sami – tworzymy sztukę i kreujemy emocje, więc jest tak, jak być powinno. Nie czuję ani żalu ani ulgi.

Najprawdopodobniej przez jakiś czas, kto wie jak długo, będziesz musiał męczyć się z plakietką „tego gościa, który grał w Ghost”. Twoim zdaniem to bardziej przekleństwo czy błogosławieństwo, które możesz wykorzystać?

To nie jest i nie może stać się problemem. Taka jest prawda. I dobrze. Gdybyśmy byli zespołem, który brzmi, wygląda i próbuje być jak Ghost – wtedy porównania i plakietka „byłego muzyka Ghost” byłaby bardzo smutną i złą rzeczą.  Ale na szczęście nie jesteśmy, więc jest to błogosławieństwo. Chociaż, bardziej niż błogosławieństwo, są to blizny i ordery. Jest dobrze.

Najbardziej uderzającą rzeczą w waszej muzyce jest dla mnie kontrast pomiędzy estetyczną, kojącą i piękną muzyką a tematyką tekstów. Na przykład „The Demon King” jest metaforyczną opowieścią o osobie zmagającej się z zaburzeniami kompulsywnymi i fobią społeczną. Skąd pomysł na połączenie tak relaksujących i przyjemnych dźwięków z tak trudnymi i trapiącymi tematami?

Muzyka jest pejzażem, przez który podróżują teksty – a czasami na odwrót. Ciężko byłoby napisać wściekły, black metalowy kawałek i śpiewać w nim o tym, jak ciężki jest cień Króla Demonów. Brzmiałoby to głupio, ponieważ nie jest to w żadnym wypadku piosenka o tym, jak satysfakcjonującym jest podążanie za ciemnością i strachem. Nie, to raczej smutna i ciężka historia opowiadająca o radzeniu sobie z emocjami. Tekst zyskuje na mocy, jeśli dodasz go do takiej muzyki, przynajmniej tak jest w tym przypadku. To nie jest wściekły kawałek – to list otwarty o tym, jak zmęczony jesteś tym wszystkim. Zbyt zmęczony, by krzyczeć. Osobiście, lubię kiedy tekst utworu jest smutny i mroczny, a muzyka nieco radosna. Tworzy to interesujący kontrast. Powiedziałbym, że „The Demon King” nie jest ani idealną piosenką na imprezy, ani też szczególnie mrocznym – przynajmniej nie dla nas, nie w ramach tego, co zwykliśmy określać smutną muzyką. Ludzie muszą jednak zrozumieć jedną rzecz – jeśli cały czas słuchasz TYLKO metalu, a potem nagle odpalisz sobie MCC, oczywistym jest, że będzie to brzmieć odprężająco i miękko. Ale hej, jest przecież mnóstwo muzyki, która stosowała te zabiegi dużo wcześniej, niż MCC – dlatego czuję się nieco zaskoczony i zagubiony, gdy słyszę opinie, że to co robimy jest dziwne, inne lub nowe. Dla nas ta muzyka wcale nie jest odprężająca, choć muszę przyznać, że coraz lepiej rozumiemy dlaczego ludzie uważają, że jest. Znajomi zasypiają, gdy pokazujemy im nowe kawałki i tak dalej…

Jednak, próbując mimo wszystko odpowiedzieć na twoje pytanie, pomysł na tekst pojawił się w tym przypadku jeszcze przed pomysłem na muzykę, co jest dosyć niecodzienne przy naszym trybie pracy. Wydaje mi się, że staraliśmy się znaleźć odpowiedni nastrój do tych słów. Tekst jest smutny, wydaje mi się, że sama piosenka trochę też, z drugiej strony – jest utrzymana w tonie „po prostu to powiedzmy i miejmy to z głowy”. Jasne, mogliśmy zrobić z tego dużo bardziej ponury numer, jednak jest coś pociągającego w pomyśle zrobienia popowej/ rockowej piosenki z tekstem o czymś okropnym. Zapewnia to pewną równowagę. No i przede wszystkim, kto ma jeszcze kurwa siłę, żeby słuchać tekstów o niczym? Chyba naprodukowano ich już w wystarczających ilościach.

Mimo tego, że skupiacie się przede wszystkim na muzyce, dużą wagę przykładacie do wizualnego aspektu tworzonej przez was sztuki. Waszą EPkę ilustruje baśniowy obraz autorstwa Davida M. Brinley’a. Jest to od początku do końca jego pomysł, czy dawaliście mu jakieś wskazówki?

Poprosiliśmy go, aby to zrobił. Konkretnie jego, bo znamy go i uwielbiamy jego prace. Powiedzieliśmy mu, jakie mamy oczekiwania – miał to być mały chłopiec, który w swoim śnie lub wizji spotyka się ze swoimi lękami w komnacie Króla Demonów. Wysłaliśmy Davidowi oczekiwania co do kolorów i pomysły, a ja sam nawet stworzyłem rysunek poglądowy, aby lepiej zrozumiał, o co chodzi. Całość jest mocno inspirowana twórczością szwedzkiego artysty, Johna Bauera. Wszyscy dorastaliśmy w kontakcie z jego sztuką, jest w niej coś jednocześnie swojskiego, a jednak strasznego – i jest to coś, z czym wszyscy możemy się utożsamiać.

Powiedzmy, że mój rysunek poglądowy nieco odstawał jakością od oczekiwań i nie trafił ostatecznie na okładkę… Wtedy Brinley namalował ogromy obraz. Nie jest łatwą rzeczą sprawić, aby artysta przedstawił autentycznie SWOJĄ wizję tego, o co go prosisz, łatwe jest za to instruowanie go tak, aby zrobił dokładnie to, co ty chcesz. To właśnie dopuszczenie pomysłów z zewnątrz jest wyzwaniem, jednak niekiedy trzeba iść na kompromisy, przynajmniej odrobinę. Mieliśmy bardzo określoną wizję tego, co chcemy – Brinley zaś uczynił tę wizję swoją i przelał na płótno. Nie wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrażaliśmy. Wygląda tak, jak Brinley sobie wyobrażał, że my to sobie wyobrażamy – to już jest interesująca sprawa sama w sobie – a z efektu finalnego jesteśmy niezwykle zadowoleni.

Swoją sztukę opisujecie jako „skrojone pod radio wersje soundtracków do codziennego życia i śmierci”. To po prostu błyskotliwa dewiza, czy rzeczywiście tak silnie inspirują was sztuki wizualne, film, telewizja? Wiem, że chyba uwielbiacie Bergmana… (jako wyjaśnienie tekstów w jednym z postów na Facebooku MCC wrzucili fragment wywiadu z Ingmarem Bergmanem)

Błyskotliwa dewiza. Ale też wyjaśnienie, dlaczego brzmimy tak, a nie inaczej. Melodie MCC zazwyczaj mają w sobie sporo dramatyzmu i sprawiają wrażenie, że chodzi o sprawę życia i śmierci – trudno się pisze zwykłe, pop/rockowe piosenki, gdy wyłazi z ciebie taka muzyka. Prawdopodobniej lepiej nadawałaby się do filmów, niestety nie wiemy jak robić filmy, więc jesteśmy zmuszeni pozostać przy tym, co umiemy robić – przy pisaniu piosenek. Więc może brzmieć nieco dziwnie, rockowe kawałki  przepełnione pełnymi dramatyzmu melodiami. Prawie jak muzyka ze ścieżki dźwiękowej, z której ktoś zrobił rockowe szlagiery.

Jak większość ludzi w naszym wieku, dorastaliśmy otoczeni telewizją, muzyką i filmami. Wszystkie z tych rzeczy są ogromną i ważną częścią naszego życia, tym o czym mówimy, jak postrzegamy świat, jak rozumiemy ludzi, jak nie rozumiemy ludzi i tak dalej. Mają na nas wpływ. Zdarza się czasem, że widzisz film i zaledwie jedna, krótka scena sprawia, że wpadasz na pomysł na całą piosenkę, album, cokolwiek. Wszytko to się łączy – filmy, telewizja, muzyka, sztuka, kultura. Wszystkie te rzeczy zawsze zawierają w sobie odrobinę pozostałych. Są dla siebie lustrzanymi światami.

Trzy z pięciu utworów, które znalazły się na EPce były wcześniej wypuszczone jako wersje demo. Dlaczego wybraliście akurat te piosenki? Mieliście w końcu dużo materiału, z którego mogliście wybierać na czym pracować.

Nie, dwa utwory nagraliśmy w 2010 roku jako demo („Sway” i „Turn”), wyciekły one później na YouTube. „The Demon King” jest zupełnie nową rzeczą, „Mayfire” jest najstarsze z nich wszystkich, a „Jennifer” to, oczywiście, cover. Myślę, że mamy w tej chwili jakieś 20-25 piosenek, nad którymi pracujemy. Niektóre mają ponad 10 lat, są to utwory, których nigdy nie skończyliśmy lub nie mieliśmy okazji ich zarejestrować lub wydać. Gdy przebudziliśmy MCC z letargu, pomyśleliśmy, że sensowniej będzie wykorzystać piosenki, które naprawdę lubimy i wreszcie nagrać je tak, aby zabrzmiały tak jak od zawsze chcieliśmy – teraz w końcu mieliśmy taką możliwość. Rozumiemy, że dla niektórych osób, które słuchały MCC od dłuższego czasu, EPka może wydawać się czymś dziwnym, ponieważ część tych utworów już znają. Dla nas jednakże, był to naturalny krok, ponieważ naprawdę bardzo chcieliśmy zarejestrować i wydać „Sway” i „Turn” – wypuszczenie EPki z samymi nowymi utworami, a potem powrót do starych na długogrającym albumie dopiero byłby dziwny. Bardzo dziwny. Dlatego też zdecydowaliśmy się „wykorzystać” je teraz, na początku. Również dlatego, że to po prostu dobre piosenki i w końcu mogliśmy oddać im sprawiedliwość. Nigdy nie zakładaliśmy, że za żadne skarby nie będziemy do nich wracać. Chcieliśmy mieć z głowy te starsze rzeczy, być może będzie to stanowić dobry pomost do następnego długogrającego albumu, który z pewnością zabrzmi inaczej niż „Goodmorning Restrained”. Może dobrze jest nie wystraszyć ludzi za bardzo, kiedy nagle powracasz z niebytu – zwłaszcza, że ludzie najbardziej lubią te piosenki, które już znają.

„Jennifer” to – jak sam stwierdziłeś – „piosenka napisana przez Berta Sommera na długo, zanim ktokolwiek zaangażowany w MCC poczuł jak to jest mieć złamane serce.” Dlaczego zdecydowaliście się akurat na ten cover?

To po prostu piosenka, którą śpiewałem grając na akustyku. Prawdopodobnie pierwsza, którą byłem w stanie zaśpiewać czując się komfortowo i nie nienawidząc własnego głosu. To pierwsza piosenka, którą mogłem śpiewać nie czując wstydu. Dlaczego? nie wiem. Zdecydowaliśmy się to nagrać, bo – pomijając mnie odważającego się śpiewać – to po prostu świetny kawałek. Staraliśmy się, aby zabrzmiał jak ścieżka dźwiękowa z filmu, to jak został nagrany. Jak coś, co Clannad zrobiliby dla filmu lub telewizji. Drewno i ogień. Przyroda.

Szwedzka scena była kiedyś jedną z najbardziej charakterystycznych na świecie. Jak oceniasz jej kondycję na dzień dzisiejszy, w czasach internetu i globalizacji?

Szczerze mówiąc nie wiem zbyt wiele o współczesnej szwedzkiej scenie, zwłaszcza o scenie metalowej. Od wczesnych lat 80′ lub może jeszcze wcześniej, zależy co zaklasyfikujesz jako „metal”, ta scena była szczególnie odważna i wiele zespołów z niej się wywodzących wypracowało swoje unikalne brzmienie. Niekiedy tak unikalne, że stawało się wręcz określeniem odrębnego stylu grania, który znajdował swoich naśladowców. Jeśli chodzi o szwedzką scenę jako taką, jestem nieco zaskoczony, że artyści cieszący się największą popularnością w kraju i na całym świecie, wykonawcy popowi czy DJe prezentują niezwykle mdłą muzykę, pozbawioną jakiegokolwiek klasycznego, szwedzkiego sznytu. Wszyscy oni wydają się myśleć i komponować w nowoczesnym, amerykańskim stylu, niezwykle przewidywalnym, przez co okrutnie nudnym, nawet jeśli same melodie są dobre. Ich muzyka nie opisuje świata, który byłby ekscytujący, ich horyzont nie wykracza poza kupienie nowej pary jeansów. Było wiele szwedzkich zespołów, którym udało się wypłynąć na szerokie wody i zyskać sławę dzięki temu, że miały coś, co odróżniało je od ich amerykańskich lub brytyjskich odpowiedników. W dzisiejszych czasach to wszystko wygląda po prostu na wyścigi w ściąganiu, w czym nie ma nic fajnego. Nie robi to na mnie dobrego wrażenia. Wszystkie zespoły ściągają i podbierają pomysły od innych, jednak kiedy nie umiesz stworzyć czegoś, co sprawi, że ty zabrzmisz jak TY, to nie ma to najmniejszego sensu.

Z drugiej strony, oczywiście – nudne zespoły wciąż mogą tworzyć świetne piosenki, które jednak mogłyby lub powinny być napisane przez kogoś innego. Internet i globalizacja mają na nas, rzecz jasna, ogromy wpływ -przez internet przemysł muzyczny stał się bardziej ostrożny i nie może sobie pozwolić na ryzyko – wypuszczają więc to, o czym wiedzą, że się sprzeda. Podobnie wygląda to w przypadku kinowych blockbusterów – mało w tym wszystkim głębi. Najgorszy rodzaj rozrywki, jeśli chcesz znać moje zdanie. Zawsze będą istnieć wartościowe, niezależne filmy czy zespoły. Jednak kiedyś raz na jakiś czas nawet ci najpopularniejsi artyści czy przeboje kinowe miewały w sobie coś interesującego. Może po prostu się starzeję. Albo po prostu lubię rozmyślać. Nie wiem. Dobrodziejstwem internetu jest to, że umożliwia słuchanie najrozmaitszej muzyki z różnych źródeł, więc niby nie ma znaczenia, co odważą się wydać duże wytwórnie, a czego nie. Tak długo, jak ludzie interesują się muzyką, wszystko będzie w porządku. Ludzie umieją szukać, a jeśli umieją szukać, to w końcu coś znajdą. Wypada mieć tylko nadzieję, że zawsze będą się pojawiać nowe pomysły i nowi artyści, niezależnie od tego, co aktualnie jest na topie. Jestem przekonany, że tak będzie. W tym sensie szwedzka scena wciąż jest zdrowa i żywa, tak jak to było od lat. Jest więcej zespołów niż kiedykolwiek wcześniej, więcej ludzi słucha coraz więcej różnych rodzajów muzyki, po prostu dlatego, że mogą. Tak rodzą się interesujące idee.

Oczywiście, ktoś mógłby narzekać, że przed erą internetu muzycy z różnych krajów mieli swój autentyczny język muzyczny, podejście do melodii – szwedzka melodrama, włoskie „nuty przeznaczenia” i tak dalej. I można by pójść jeszcze dalej i stwierdzić, że było to jeszcze bardziej autentyczne przed epoką radia. Tak czy inaczej, myślę, że sprowadza się to do tego, że jedni muzycy są świetni w kopiowaniu i uczeniu się jak pisać muzykę, która brzmi dokładnie tak jak coś, co im się podoba – współcześnie duża jest szansa na to, że będzie to coś, co słyszą najczęściej, o ile nie są wystarczająco zaangażowani w poszukiwania. Inni z kolei dodają bardziej osobiste rzeczy, coś co sprawia, że słyszysz to i myślisz sobie „hej, to musi być szwedzkie” i tak dalej – dzieje się tak dlatego, że ludzie są ze sobą połączeni kulturowo i sposobem myślenia bardziej, niż niekiedy chcieliby to przyznać. Im różniejszej muzyki słuchają, tym więcej spotykają inspiracji, z tego samego powodu internet jednak sprawia, że zanika lokalny lub narodowy charakter brzmienia.

W skrócie: szwedzka scena dobrze sobie radzi. Być może ludzie w Szwecji wciąż nieco się boją słuchania szwedzkich zespołów i przyznania, że są dobre, ponieważ te zawsze próbują brzmieć jak ktoś inny, ale czy nie jest tak i w innych krajach? Czasami się jednak wciąż się zdarza, że zespoły chcą grać taką muzykę, o jakiej nigdy nikt nie słyszał. Więc pod tym względem – u nas wszystko po staremu.

Jakie są plany MCC na najbliższą przyszłość?
Przygotować się do występów na żywo i nagrania naszego drugiego pełnego albumu.

Dziękuję za poświęcony czas.
Bardzo dziękuję!

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Na konferencji i festiwalu Tak Brzmi Miasto, tuż po panelu „Muzyka a teatr” udało nam się przeprowadzić wywiad z Janem Klatą, dramaturgiem, reżyserem i byłym dyrektorem Starego Teatru Narodowego im. H. Modrzejewskiej w Krakowie oraz Michałem „Nihilem” Kuźniakiem, którego osoba prawdopodobnie jest wam doskonale znana. W pośpiechu, ale z rozwagą, do wtóru brzękających o talerze łyżek i szmeru konferencji, rozmawialiśmy o Furii w „Weselu” i „Weselu” w Furii.

Wywiad przeprowadzony w listopadzie 2017 roku.

*

Michał Smoll: Jakiś czas temu byłem w MOCAKu (Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie), jedną z prezentowanych ekspozycji był fragment „Wesela” w reżyserii Andrzeja Wajdy, przyspieszony do granic ludzkiej percepcji z podłożoną do tego muzyką rave’ową. Kiedy narodził się pomysł, że muzyka Furii z albumu „Księżyc Milczy Luty” będzie pasować to „Wesela” i jak zmieniła się wymowa dramatu, lub jak poszerzył on swoją wymowę w połączeniu z tą konkretną muzyką?

Jan Klata: Pomysł, żeby zrobić „Wesele” z muzyką Furii powstał w momencie, kiedy usłyszałem płytę „Księżyc Milczy Luty”, co więcej – już po pierwszych kilkunastu sekundach pierwszego utworu, „Za Ćmą w Mgłę”…

Michał Kuźniak: „…w Dym”!

JK: Wiem! Widzisz, ciągle mówię o mgle, bo jakoś mi się to układa fatalistycznie i ogólnopolsko… Dosyć zasadniczym zagadnieniem, jeśli chodzi o „Wesele”, jak Pan słusznie zauważył, jest to, jaka muzyka będzie towarzyszyć tekstowi. Zresztą Andrzej Wajda podchodził do „Wesela” trzykrotnie, w latach 60′ i 90′ „Wesele” w jego reżyserii było wystawiane na deskach Starego Teatru, a w 1972 r sfilmowane – również we współpracy z aktorami Starego Teatru. I o ile jeśli chodzi o samą muzykę, żadne z tych podejść nie było przełomowe, było po prostu pewnym rodzajem wariacji na temat muzyki ludowej, tak już sam pomysł, żeby w roli Chochoła obsadzić Czesława Niemena, który śpiewał i przesądzał o całym finale, był prawdziwie rewolucyjny. A jak to się rozwijało w naszym przypadku? Panowie z Furii przyszli po prostu na pierwszą próbę, potem umówiliśmy się, że zobaczymy się za miesiąc – w tamtym momencie wiedziałem mniej-więcej, które fragmenty muzyczne będą w odpowiednich momentach…

MK: Podkreślam – mniej więcej.

JK: Oczywiście, gdyż te kwestie narodziły się również trochę z zetknięcia z aktorami. Gdy wszystko zostało mniej-więcej zaplanowane, nie pozostało nam nic innego jak poddać się wzajemnej interakcji. Jej owoc ocenią oczywiście widzowie, ale kiedy myślę o nim w kontekście mojej drogi artystycznej – jest on jednym z najciekawszych..

MS: Do obecnej chwili „Wesele” zostało wielokrotnie wystawione. Wspominałeś już wcześniej, w trakcie panelu, jak udział w „Weselu” wpłynął na wasze występy na żywo. Jak zmieniła się natomiast sama muzyka Furii, czy może nabrała jakiegoś dodatkowego znaczenia?

MK: Jeśli chodzi o samą muzykę, to nic się nie zmieniło, może poza tym, że lepiej ją wykonujemy – grać w Starym Teatrze i to grać dobrze, sprawnie, jest prawdziwym wyczynem. Tym bardziej, że gramy będąc unieruchomieni na specjalnych postumentach, co jest dla nas pewną przeszkodą, gdyż jesteśmy przyzwyczajeni do raczej żwawych zachowań na scenie. Natomiast sztuka i aktorzy wzbogacili muzykę o dodatkową wartość emocjonalną. Nie chodzi mi nawet o samą treść sztuki, która być może się jakoś przenika z treścią muzyki, ale o same emocje. Tak jak wcześniej wspominałem na panelu – wykonywanie tego materiału na żywo przed „Weselem” było dla mnie czymś „na sto procent”. Teraz, z tym co robią aktorzy – jest to 150% albo i więcej.

Piotr Kleszewski: Czyli nie chodzi nawet o to, co zostaje po spektaklu, ale o to, co dzieje w jego trakcie, jak to wszystko ze sobą działa?

MK: Tak. I pod tym kątem to co robimy zdecydowanie się zmieniło.

PK: Inicjatywa wyszła ze strony pana dyrektora Jana Klaty – czy trudno było namówić was do tego pomysłu? Co widziałeś w tym projekcie dla Furii i co przede wszystkim tobą powodowało? Ciekawość?

MK: Tak, zdecydowanie ciekawość. Właściwie już w momencie, gdy Jan Klata pierwszy raz do mnie zadzwonił z zaproszeniem na pierwszą pogawędkę, wiedziałem jak to się skończy. Wiedziałem, że będziemy chętni jak tylko usłyszałem „Wesele” i „Wyspiański” – nagle stało się to oczywiste, jakby Furii wydarzyła się jakaś zupełnie naturalna rzecz.

PK: I sam Wyspiański wystarczył?

MK: Nie, sam Wyspiański nie jest ważny. W Furii wykopujemy z siebie, fedrujemy w sobie, nie będziemy się w przyszłości wspomagać Wyspiańskim. Najbardziej pociągającą dla nas rzeczą był ten inny, teatralny świat. Gramy już kilkanaście lat, wiemy z czym to się je, ale dzięki temu nagle wchodzimy z naszym repertuarem w zupełnie inny świat, który rządzi się swoimi prawami. Dzięki temu czuję się jak nowo narodzony. I to jest chyba w sztuce najpiękniejsze, że można się odradzać. Zaczynać od nowa.

PK: Kontynuując temat przenikających się światów, kooperacja Klata-Furia jest chyba najgłośniejszym („dosłownie i w przenośni”, jak dodaje Nihil) przykładem spotkania świata muzyki metalowej ze światem kultury wysokiej…

JK: Nie kultury wysokiej, a instytucjonalnej. To co robi Furia jest kulturą wysoką, to będą teraz ambasadorzy polskiej kultury za granicą tak jak i inne kapele metalowe, chociażby Behemoth. Myślę, że te podziały na kulturę „wysoką”, z dyplomem i etatem a kulturę… no właśnie, jaką? Niską, wulgarną, popularną? Te podziały nie mają przecież żadnego sensu i mówię to z perspektywy byłego dyrektora jednej z najważniejszych jeśli nie najważniejszej instytucji teatralnej w Polsce. To nie ma żadnego znaczenia. To samo zresztą było z hip-hopem – wiem, że rozmawiamy w audycji sprofilowanej mocno na muzykę metalową, ale wcześniej pracowałem zarówno w Starym Teatrze jak i w Teatrze Polskim we Wrocławiu z Robertem Piernikowskim, który też przecież nie ma dyplomu ani etatu, pochodzi ze środowiska hip-hopowego. On również został powitany przez aktorów z otwartymi ramionami, jest fantastycznym wojownikiem i miałem okazję wiele się od niego nauczyć.

Początkowo dla mnie, później też dla aktorów, bardzo ważnym aspektem spotkania z muzykami Furii było wrażenie kontaktu z ludźmi, którzy są wolni. Oczywiście, płacą za to ogromną cenę: nie są na etacie, nie są finansowani z pieniędzy podatnika, ale jednocześnie mają coś niezwykłego, czego uznani artyści etatowi, dyplomowani, przez swoje przyzwyczajenia nie zauważają: wolność, niezależność, pewne nieprzejmowanie się i niepoddawanie się presji instytucjonalnej. Jest to coś bardzo pięknego i dla nas cennego, a także skłania nas to do ciągłych przemyśleń nad sytuacją, w której my sami się znajdujemy. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że sprawa w Starym Teatrze skończy się tak jak się kończyła – myśleliśmy, że jesteśmy w stanie uprawiać sztukę w sposób wolny i niezależny, mniej-więcej tak jak ma to miejsce w cywilizowanych krajach. Okazuje się, że nie… Muzycy Furii wnieśli do naszego teatru aurę bycia z innego świata, świata wolnego, w którym z dumą płaci się cenę za własną niezależność

PK: W trakcie panelu mówiłeś o tym, że bardzo chcielibyście kontynuować w jakiś sposób działalność związaną z teatrem. Ta współpraca z pewnością jest przetarciem pewnych ścieżek, ale z drugiej strony, czy konkretnie wam, Furii, nie będzie ona mogła trochę blokować dalszych działań? Wiesz, jakiś reżyser będzie chciał zrobić coś w tym stylu, ale zatrzyma się, zastanowi – pomyśli „Nie, Klata już coś takiego zrobił, nie ma sensu”.

MK: Mówiąc o tym, że chciałbym zostać w teatrze, nie miałem na myśli konkretnie Furii. Gdyby pozbierać do kupy wszystkie projekty, w których uczestniczy każdy z nas, zrobiłaby się z tego naprawdę pokaźna dyskografia. Robimy przeróżną muzykę, to jest nie tylko metal, ale wszystko co ciemne, brudne i emocjonalne. I patrząc z tej właśnie perspektywy mam nadzieję na współpracę ze światem teatralnym. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego, że Furia miałaby teraz zagrać na przykład w „Dziadach”… (obaj panowie wybuchają głośnym śmiechem)

PK: Mówił Pan wcześniej o tym, że recenzenci, ludzie przychodzący na spektakl, często nie są wcześniej zaznajomieni z muzyką Furii…

JK: Co innego ludzie, co innego recenzenci. Nie wiem, jak jest w świecie muzycznym, ale w świecie teatralnym zaobserwowałem, że istnieje ogromny rozdźwięk pomiędzy tym, jak widzowie odbierają spektakl i jak potem potrafią go przeanalizować, w nieskażony środowiskowymi, koteryjnymi uprzedzeniami sposób, a tym, jak są pisane recenzje. To rozszczepienie jest chore. Czytam często na Facebook’u czy przesyłane mailowo przez widzów wrażenia ze spektakli i to są tak ciekawe, wchodzące w dialog z tym co robimy rzeczy, że mogą zawstydzić tak zwanych regularnych recenzentów teatralnych. Nie czas teraz na dyskusję na temat recenzentów, w trakcie naszej rozmowy zauważyłem zresztą, że ludzie, którzy piszą o muzyce, słuchają płyt, chodzą na koncerty, mają znacznie zdrowsze, sensowniejsze uwagi na temat tego, co słyszą, niż to, co mają do powiedzenia recenzenci teatralni.

Być może jest to wrażenie mylne i trawa jest po prostu zawsze bardziej zielona po drugiej stronie trawnika. Jednak bardzo dużo o wielu rodzajach muzyki, które wcześniej były zupełnie mi obce, dowiedziałem się czytając Rafała Księżyka czy innych ludzi, którzy się znają na muzyce, a jednocześnie są bardzo erudycyjni. Z pełną pokorą podchodzę do tego, że nie zjadłem wszystkich rozumów i mnóstwo rzeczy wciąż mam do odkrycia. Staram się poszerzać swoje horyzonty. Tymczasem mam wrażenie, że spora część środowiska teatralnego, ze szczególnym uwzględnieniem ludzi piszących zawodowo recenzje, co musi być zresztą niezwykle frustrującym zajęciem, nie ma wcale na to ochoty.

MS: Chciałbym ponownie nawiązać do dzisiejszej konferencji podczas Tak Brzmi Miasto, jednak tym razem od innej strony. Padła nazwa „Twin Peaks”. Przy okazji 3 sezonu, który ukazał się nie tak dawno temu, słyszałem sporo negatywnych reakcji, często zarzucających Lynchowi zbytnie udziwnienie i uteatralnienie serialu. Gdzie – już nie tylko w kontekście „Twin Peaks” – sztuka zderza się z granicą percepcji przeciętnego odbiorcy?

JK: Tworząc adaptację „Wesela” nie myślałem o odbiorcy przeciętnym. Odnosiłem się do tekstu Stanisława Wyspiańskiego, w którym w co drugim wersie nieprawdopodobnie zaznaczona jest muzyczność. To nie jest tylko kwestia realistycznego umieszczenia na imprezie weselnej zespołu, bo „musi jakaś muzyka grać”, ale też zahaczenie tego tekstu i fraz, które są frazami właściwie rapowymi. To są hip-hopowe frazy, które się rymują, czasami częstochowsko, czasami jest to totalnie grafomańskie, ale zawsze jest tam pewien rodzaj niezwykle istotnego zagłębienia w muzyce. „Wesele” Wyspiańskiego, musi być zanurzone, a nawet tonąć w muzyczności. I tak są też potraktowane niektóre monologi. Pan Młody mówi do muzyki granej przez zespół Furia. To nie jest tylko kwestia grania przez nich do układów choreograficznych Maćko Prusaka. To było bardzo mocne wyjście od tekstu , a nie od tego, czy widzowie Starego Teatru będą zszokowani, czy nie. Widzowie Starego Teatru przez ostatnie 4 i pół roku mieli okazję usłyszeć różnego rodzaju muzykę podczas spektakli, więc nie obawiałem się, że teraz będą zszokowani. Oczywiście jest też tak, że część stałych bywalców, przedstawicieli krakowskiej inteligencji, którzy wcześniej nie słyszeli tego rodzaju muzyki, reaguje przy pierwszych dźwiękach dezaprobatą. Ale – Michał, ty sam dobrze wiesz jak to jest, bo widzisz to z góry – potem ci ludzie reagują oklaskami, wstają do owacji, płaczą. I to nie jest reakcja generacyjna. Nie jest tak, że ludzie do 40 roku życia są zachwyceni, a ci starsi, którzy mają gorszy słuch, lub są profesorami i są przyzwyczajeni do muzyki Brahmsa to odrzucają.

MK: To mnie bardzo zaskoczyło, bo ja się nastawiałem właśnie na coś takiego.

JK: Dwutorowy odbiór?

MK: Tak. Jestem wręcz zszokowany. Okazuje się, że wiek, czy status nie są barierą.

PK: Czy zauważasz pewną tendencję, do tego, że polski black metal, ten bardziej poszukujący i podążający nieco innymi ścieżkami, rzeczywiście coraz bardziej przenika się z kulturą instytucjonalną? Bo o ile wasza współpraca jest najgłośniejszą, to na myśl przychodzi mi chociażby Projekt O, w ramach którego muzycy Odrazy, Mord’A’Stigmata i Medico Peste grali w Fabryce Schindlera do wizualizacji (właściwie do ujęć z filmu zarejestrowanego z ukrycia przez żołnierza AK, koncert odbył się w trakcie wydarzenia „Pamiętaj z Nami” organizowanego przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa). Cz widzisz przestrzeń do współpracy i czy stanie się to pewną tendencją?

MK: Tak, zdecydowanie. Metal wchodzi, a raczej wszedł już dawno temu do mainstreamu. Zwykli ludzie już coraz mniej się go boją. Zaczynają go doceniać i dostrzegać, że to nie jest zwykły zbuntowany, garażowy łomot (tak jak to było postrzegana w latach 80 i 90), tylko ekipa podrosła, poduczyła się i zaczęła tworzyć ciekawe rzeczy. Takie, które mogą aspirować – zostawmy już tę głupią nazwę – do sztuki wysokiej. Teraz mi się przypomina chociażby „Essential Kiling” Skolimowskiego, gdzie wykorzystany został numer Antigamy.

PK: Jak myślisz, dlaczego właśnie black metal? Dlaczego osoby związane z kulturą instytucjonalną, lub po prostu spoza tej metalowej stylistyki i subkultury interesują się właśnie nim?

MK: Po prostu ją odkryli. Kontynuując nieco moją poprzednią wypowiedź – oni nie wiedzieli o takiej muzyce. Nie zdawali sobie sprawy z jej istnienia, ale ktoś im ją podsunął i w końcu ją docenili. Dostrzegli, że to mogą być ciekawe rzeczy. Tym bardziej, że w moim odczuciu muzyka mainstreamowa jest obecnie w głębokim kryzysie. Dlatego dla kogoś, kto wcześniej nie słyszał takiej muzyki jak black metal, odkrycie jej może być piorunujące. Jeśli oczywiście uda się mu trafić na coś na wysokim poziomie.

JK: Odpowiem ze swojej perspektywy i mojego środowiska. Płyta „Księżyc milczy luty” nie ukazała się 10 lat temu, a w zeszłym roku, więc nie miałem okazji odnieść się do niej wcześniej. Nie jest też tak, że ludzie teatru słuchają tylko muzyki mainstreamowej. Ja dobrze znałem akurat historię muzyki metalowej i wykorzystywałem jej fragmenty w moich spektaklach, ale była to wyłącznie muzyka wykorzystywana na zasadzie obiektu znalezionego, jako sample. Mieliśmy kilkunastominutową sekwencję w „Tytusie Andronikusie” do zapętlonego riffu Behemotha. Wykorzystywaliśmy norweski metal, mieliśmy nawet Xastur w Starym Teatrze. Nie ściągało to słuchaczy muzyki metalowej, bo było to za mało, a publiczność teatralna nie wiedziała co to jest, słyszała po prostu hałas. To co usłyszałem w muzyce Furii, spowodowało, że byłem zachwycony, olśniony i momentalnie pomyślałem sobie, że musimy współpracować na żywo przy „Weselu”. Nie generalizuję tego, nie wiem, czy akurat teraz polska muzyka metalowa stała się bardziej interesująca niż 10 czy 15 lat temu i z tego powodu trafiła nam się współpraca, czy dlatego, że zdarzyło nam się „Wesele”. Faktem jest, że ani razu nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby dobór muzyki był jednocześnie główną decyzją interpretacyjną jakiegoś tekstu. A zrobiłem do tej pory ponad 40 spektakli. Tutaj tak jest. Nie wiem co by się zdarzyło, gdybyśmy się nie polubili i gdyby Michał i koledzy powiedzieli, że nie mają ochoty pracować z nami. Chyba musiałbym „Wesele” wtedy odwołać. Nie miałem planu „B”. Zwykle reżyser bierze też za to pieniądze podatników, żeby mieć plan „B”, „C”, itd. W tym przypadku, to była dla mnie sytuacja typu wóz albo przewóz. Oczywiście byłem głęboko przekonany, że to wypali, ale różni się trafiają artyści. Czasami coś nie gra. Z Tomaszem Stańko, o ile się bardzo lubimy i cenimy, to mogłoby się na przykład nie dograć. To jest też kwestia oczekiwań, nastawienia. A tutaj to fantastycznie zaczęło działać i wiem też z opowieści aktorów, że na nich ogromne wrażenie zrobiło to, jak wyglądały interakcje z chłopakami i jak dużo dało im to do myślenia nie tylko o sobie, jako o ludziach na etacie, ale też artystach i jak to fantastycznie działa na ich obecność sceniczną.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

W dniu 14 stycznia w krakowskiej Spółdzielni Ogniwo odbyła się dyskusja o reaktywacji festiwalu Metalmania. Wśród zaproszonych na nią gości znalazł się Łukasz Dunaj, dziennikarz muzyczny z niemal dwudziestoletnim doświadczeniem, redaktor naczelny i wydawca Noise Magazine. Udało nam się z nim porozmawiać o festiwalu, roli mediów muzycznych we współczesnym świecie, a także o wyzwaniach, które niesie ze sobą prowadzenie magazynu o muzyce niezależnej.

Wywiad został przeprowadzony w styczniu 2017 roku.

*

Michał Smoll: Zostańmy jeszcze chwilę przy Metalmanii. Czy masz może jakieś przemyślenia, których może nie poruszyłeś przy okazji tej dyskusji, nie nadawały się do niej, a chciałbyś je przekazać?

Łukasz Dunaj: Wasze luźne spostrzeżenia, którymi podzieliliście się jeszcze przed rozmową, którą w tej chwili prowadzimy, mniej więcej pokrywają się z tym, co tak naprawdę zostało mi w głowie po dzisiejszej dyskusji. Festiwal w formie obecnej nie nawiązuje moim zdaniem dialogu ze współczesnością sceny metalowej. Nie jest odzwierciedleniem potrzeb młodszego pokolenia słuchaczy. Z racji tego, że zajmuję się pisaniem muzyce od prawie 20 lat, może mi już w niektórych momentach brakować świeżości spojrzenia. To co powiedzieliście: że ten festiwal nie jest dla was interesujący, że na przykład dużo chętniej kupilibyście bilety na małą scenę, ponieważ jest z waszego punktu widzenia dużo bardziej interesująca, jest dla mnie ciekawą i cenną informacją, bo pokazuje, że dokonuje się pewna zmiana pokoleniowa w myśleniu o muzyce metalowej. I fajnie, że tak jest. To, czym się  próbujemy trochę zajmować w Noise pokazuje, że jakoś jeszcze trzymamy kontakt z ludźmi, którzy są młodsi od piszących i to mnie napawa optymizmem. Chociaż jest to coś, co usłyszałem już w zasadzie po dyskusji, ale na pewno zabiorę to ze sobą.

MS: Zawsze intrygowały mnie kryteria doboru muzyki, recenzji i wywiadów, jakie są zawarte w twoim magazynie. Czy zdarzyło się może, że któryś z twoich redaktorów przyszedł z jakimś materiałem, jakąś muzyką, która mu się spodobała a ty stwierdziłeś, że nie będzie pasować do formuły magazynu?

ŁD: Takie przypadki miały miejsce, choć nie było ich zbyt wiele. Pamiętam, że raz odrzuciłem wywiad z jakimś zespołem ze sceny deathcore, ciekawy w przekonaniu osoby, która go przeprowadziła. Tutaj jednak zaważyły raczej kwestie merytoryczne. Uznałem, że akurat ten wywiad nie spełnia norm, które staramy się zachowywać w Noise jeśli chodzi o kwestie czysto redakcyjne. Mniej to miało związku z muzyką wykonywaną przez ten zespół, chociaż nie jestem akurat fanem tego gatunku. Zdaję sobie sprawę, że spektrum tematów, które poruszamy dla niektórych i tak jest już na zbyt dużym przegięciu. Odbieram sporo sygnałów od osób czytających nasz magazyn, że nie są w stanie przyjąć czy zrozumieć formuły, którą obraliśmy. Mnie się wydaje, że to wszystko jest jednak spójne, zawiera się w pewnym spójnym mianowniku. Czy tym mianownikiem będzie dla kogoś ten umowny mrok, czy ciężar gatunkowy, którym ta muzyka emanuje – myślę, że można znaleźć wspólną płaszczyznę dla artystów, których opisujemy w Noise. Czy jest to artysta ze sceny punkowej, noise’owej, jazzowej czy metalowej – ja wciąż widzę gdzieś tę korelację. Może ma to związek z moją wizją tego magazynu, której będę bronił jak niepodległości. A jeśli chodzi o to, że nie jest to pismo dla wszystkich – cóż, pewnie tak po prostu jest.

MS: Pamiętam, jak kiedyś w jednym ze wstępniaków pisałeś o mailu, który dostałeś od czytelnika, czy raczej ex-czytelnika. Osoba ta twierdziła, że piszecie o muzyce, którą znacie tylko wy i mała grupka osób. Bardzo mnie to rozbawiło. Wciąż dostajecie takie maile?

ŁD: Teraz częściej są to wiadomości na Facebooku, bo tak można nieco prościej i szybciej troszkę tego jadu wstrzyknąć. W moim przekonaniu ludzie mają absolutne, niezbywalne prawo, żeby krytykować to co im się nie podoba, nie pasuje. Dojście do tego etapu akceptacji krytyki było oczywiście długotrwałym procesem. Na początku takie sytuacje budziły pewien mój wewnętrzny sprzeciw, bo na tyle czuję się emocjonalnie zaangażowany w to pismo i identyfikuję się z nim do takiego stopnia, że niekiedy odbierałem krytykę bardzo osobiście. Natomiast teraz, jak to się mówi, dupa mi stwardniała. Przez te dwa i pół roku istnienia Noise Magazine zrozumiałem, że to jest  również pewna nieunikniona część naszej działalności – zawsze będą ludzie, którzy będą coś krytykować, będą się nie zgadzać, nie będzie im się coś podobać. Na przykład każda negatywna recenzja albumu, którą zamieszczamy, budzi kontrowersje mimo tego, że nie mamy punktacji liczbowej. Zdarza się, że wybieram się na jakiś koncert, podchodzi do mnie człowiek i mówi „Stary, super magazyn, ale ta recenzja to ni chuja”. Tak to mniej więcej działa, biorę to jednak na klatę i uważam, że tak naprawdę  jest to w pewien sposób piękne, Dopóki mamy się o co spierać, kłócimy się o muzykę, nie zgadzamy się – to znaczy, że to wszystko wciąż żyje, budzi emocje, a czasami kontrowersje.

Piotr Kleszewski: Ostatnie pół-plotkarskie pytanie. Czy dużo głosów krytyki czy niezrozumienia pojawiło się po materiale ze Słoniem, czy może byli jacyś bardziej kontrowersyjni artyści?

ŁD: Materiał ze Słoniem faktycznie spotkał się z dość negatywnym przyjęciem. Co ciekawe, biografia Necro, którą zamieściliśmy numer wcześniej, wzbudziła pozytywne reakcje i odzew. Widzę w tym pewną sprzeczność. To, że więcej negatywnych emocji wzbudził materiał ze Słoniem, wiązało się moim zdaniem z tym, że jest to artysta z polskiej sceny hip-hopowej. Chyba właśnie to pociągnęło za sobą bardziej negatywny feedback. Nie jest to natomiast coś, co sprawiło, że stwierdziłem „No nie, więcej polskiego artysty hiphopowego w Noise nie będzie”. Cieszę się, że mam takie możliwości i mogę pozwolić sobie na publikacje poświęcone artystom z bardzo różnych półek gatunkowych, i tego, że mimo wszystko jakoś się wpisują w obraz naszego magazynu, czy to będzie zespół Hańba!, czy artyści ze sceny elektronicznej jak Zamilska.

PK: Pisaniem o muzyce zajmujesz się od prawie że dwóch dekad. Natomiast od niedawna pełnisz w Noise funkcję redaktora naczelnego. Nie tylko kreujesz rzeczywistość, którą przekazuje magazyn, swoim piórem, ale też sprawujesz pieczę nad pozostałą częścią redakcji. Która rola w opowiadaniu o muzyce daje ci większą satysfakcję? Rola redaktora naczelnego, który tworzy i kontroluje jakiś organizm, czy kogoś, kto sam pisze?

ŁD: Jeszcze jakiś czas temu powiedziałbym, ze absolutnie jest to pisanie. Dlatego, że jest to nawet nie tyle kreowanie, co przedstawianie pewnego wycinka rzeczywistości, w tym przypadku muzycznego. Od pewnego czasu to się zmienia i opracowując nowy numer, wymyślając w zasadzie jego kształt od A do Z, kiedy udaje się zrealizować te zamierzenia, powiedzmy te 80% naszych planów przeistacza się w rzeczywistość, którą ludzie mogą przeczytać na papierze, czuję ogromną satysfakcję. Zmieniłem trochę tok rozumowania, nie myślę już na zasadzie „Okej, fajnie żebym napisał o dobrych rzeczach i mógł je przedstawić ludziom” tylko „Fajnie, że my napisaliśmy”. To jest również pewna mentalna zmiana. Myślę w kategorii magazynu jako „my”. Jestem równie dumny kiedy zrobię dobry wywiad, jak wtedy, kiedy dostanę dobry wywiad od którejś osoby współpracującej. A nawet, paradoksalnie, to drugie zaczęło mi sprawiać większą przyjemność. Moje ego dziennikarskie na szczęście z wiekiem maleje i odczuwam wielką satysfakcję, jeśli któraś ze współpracujących osób przedstawi naprawdę zajebisty materiał.

MS: Czujesz się czasami jak trendsetter? W trzecim numerze Noise zamieściliście na okładce Kinga Dude’a. Wtedy nie był jeszcze aż tak popularny w Polsce, a mam wrażenie, że to po tym właśnie numerze jego popularność zaczęła wzrastać. Teraz gdy gra koncert, sale w Warszawie czy Krakowie są zapełnione, a ludzie chętnie wracają na jego występy. Zresztą on sam wielokrotnie powtarzał, że lubi wracać do Polski i dobrze się tu czuje. Wydaje mi się, że podobnie sprawy potoczyły się też w przypadku Chelsea Wolfe. Nie masz takiego wrażenia, że jesteście już magazynem nie tylko piszącym o muzyce, ale też w pewien sposób kreującym wyobraźnię słuchacza w Polsce i to, po co sięga?

ŁD: Gdyby było tak, jak mówisz, to byłaby to najwspanialsza nagroda za cały ten trud i znój, który wkładamy z kolegami i koleżankami w tworzenie tego pisma. Jeśli chodzi o King Dude’a – absolutnie nie chciałbym przypisywać sobie czy naszemu magazynowi zasług w stworzeniu jego popularności (w Polsce –red.). Może dołożyliśmy jakąś malutką cegiełkę. Nie chcę powiedzieć – bo nie lubię tego słowa – że za jego popularność odpowiada trend na muzykę, którą robi TJ Cowgill, ale okoliczności na pewno pomogły. Ponadto, jest bardzo fajnym, komunikatywnym gościem. Okładka w Noise była zresztą jego pierwszą okładką, którą „dostał” w jakimkolwiek magazynie. Do dzisiaj to zresztą wspomina, jak mam okazję się z nim kontaktować, więc gdzieś to w nim żyje i to jest miłe. Chelsea Wolfe była już artystką dość popularną przed naszymi publikacjami, ale być może jakieś wzmocnienie też nastąpiło i właśnie po płycie „Abyss” jej popularność w naszym kraju się zwiększyła. Jeżeli rzeczywiście nasze pisanie o chociażby Oranssi Pazuzu sprawi, że ten zespół będzie w Polsce większy, to nas to bardzo cieszy. Przede wszystkim to są wykonawcy, którzy wnoszą nową wartość. Twoje słowa, że może komuś pomogliśmy, sprawiają, że warto to robić, warto pisać, To świadczy też o tym, że metal nie kończy się na tych rzeczach, które pojawiają się w głównym nurcie.

PK: Jeśli chodzi o Chelsea, to nie do końca się z Michałem zgodzę, moim zdaniem bardziej pomógł  czwarty sezon „Gry o Tron” [piosenka „Feral Love” została wykorzystana w trailerze serialu; przyp.red.]. Wracając jednak do meritum… Pytaliśmy cię przez cały czas o kształtowanie pewnej rzeczywistości jako dziennikarza, jako redaktora naczelnego. Zmieniając nieco perspektywę – powiedz, czego oczekujesz od mediów muzycznych z punktu widzenia odbiorcy?

ŁD: Jako odbiorca… To, co powiem, będzie trochę gorzkie. Ja już niczego nie oczekuję. Uważam, że dziennikarze muzyczni dawno przestali być trendsetterami – to trochę w nawiązaniu do waszego poprzedniego pytania. Stali się opisywaczami rzeczywistości zastanej, niczego nie odkrywają. Jeżeli mają szczęście, to po prostu uda im się coś szybko zauważyć. Teraz tak naprawdę wszystko kreuje społeczność – nazwijmy ją tak – internetowa, oczywiście w pewnym cudzysłowie. To ludzie, którzy piszą o muzyce na blogach, tak naprawdę pierwsi kreują pewne zjawiska i świetnie, jeśli media nieco bliższe głównemu nurtowi, są w miarę szybko w stanie to wyłapać. My – jako magazyn –  mam wrażenie, cały czas nadążamy, chociaż mam i tak cały czas kaca, że mnóstwo rzeczy nam i tak przez to wielkie sito gdzieś umyka, że nie łapiemy wszystkich dźwięków, które chcielibyśmy opisać, przedstawić sylwetki wszystkich artystów, którzy za tym stoją. Staramy się jak możemy, ale nie zawsze jest to możliwe. Natomiast od mediów głównego nurtu oczekuję jedynie, żeby ci ludzie budzili się troszeczkę wcześniej. To jest to, o czym pisał niedawno felieton Piotrek Weltrowski. Żeby zauważali takie zespoły jak Mgła czy Furia po ich drugiej płycie, a nie po szóstej czy piątej, jak to ma miejsce do tej pory. W tym „oficjalnym” dyskursie pojawiają się też takie wątki jak Furia inspirująca się Kubą Ziołkiem lub na odwrót… Myślę, że to jest kwestia nienadążania tych mediów głównego nurtu, za tym jak muzyka się zmienia, jak ewoluuje i międzygatunkowo przenika. Na przykład bardzo mnie zmartwiło, gdy dwa lata temu album Author & Punisher przeszedł u nas kompletnie bez echa, mimo wydania w wytwórni Phila Anselmo, w Housecore. Mam nadzieję, że dopiero tegoroczny koncert w Polsce coś w tej materii zmieni, bo jest to niesamowity artysta. Chciałbym właśnie może, żeby takie rzeczy były bardziej docenianie.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

Artur Rumiński, wszechstronny gitarzysta, prawdziwy tytan pracy. W ubiegłym roku zagrał między innymi na albumach Furii, Mentora czy ARRM. Nie spoczywa jednak na laurach i już zapowiada kolejne wydawnictwa. 

Wywiad został przeprowadzony w lutym 2017

Udzielasz się w ogromnej liczbie projektów, między innymi THAW, Furii, Mentorze, ARRM… Powiedz, masz jakieś wykształcenie muzyczne?

Nie, jestem samoukiem. Nigdy też specjalnie dużo nie ćwiczyłem i uważam, że jestem słabym gitarzystą, zdobywałem po prostu doświadczenie grając z innymi ludźmi.

Pewnym wspólnym pierwiastkiem dla Twoich przedsięwzięć muzycznych – czy tych metalowych, czy też bardziej alternatywnych –  jest nawet jeśli nie mrok, to raczej mało pozytywna aura. Nie miałeś nigdy ochoty na jakąś odskocznię, coś funkowego, bluesowego?

Nie potrafiłem nigdy grać bluesa i funka, ale chętnie bym spróbował. Pewnie coś takiego w przyszłości nagramy.

W zeszłym roku nagrałeś płyty z Furią, ARRM i Mentorem – każda z nich została niezwykle doceniona przez krytyków. Czy był to dla ciebie duży zastrzyk pozytywnej energii, czy raczej podchodzisz do tego obojętnie?

Większość projektów typu ARRM czy Mentor to była chwilowa zajawka i granie ze znajomymi, niczego się nie spodziewaliśmy, tymczasem ludzie fajnie to odebrali. To z pewnością napędza do ciągnięcia dalej tych projektów.

Mówiłeś kiedyś, że Furia to przede wszystkim zespół Nihila. Jaki był twój wkład w „Księżyc Milczy Luty”, byłbyś w stanie określić to chociażby procentowo, albo wskazać momenty albumu, gdzie miałeś pole do popisu?

Tak jak powiedziałeś, to są głównie pomysły Nihila. Przynosi gotowe kawałki, które wspólnie ogrywamy na próbie i każdy stara się dodać na tyle, na ile może coś od siebie. To jest jego projekt, my próbujemy się do niego dograć i tak powstaje całość.

Nihil przynosi ze sobą las, jak sam powiedział w jednym z wywiadów. Co w takim razie ty ze sobą przynosisz? 

Wydaje mi się, że przynoszę do tego lasu trochę powietrza, psychodelii i narkotyków (śmiech). Chyba tyle. Próbuję ubarwić to, co on zrobił.

Ustaliliśmy, że Furia to zespół Nihila. Który ze swoich pozostałych projektów postrzegasz najbardziej jako twój?

Praktycznie wszystkie. I Mentor i ARRM powstały przed zespołem Thaw, wtedy zostały jednak odłożone na bok ze względu na to, że zaczęliśmy działać z Thaw. Do każdego z nich wkładam wszystko co mam, wszystkie umiejętności, każdy traktuję poważnie i na równi.

Jak doszło do współpracy ARRM i Lonker See?

To była szybka akcja, zadzwoniłem do Bora i zapytałem, czy są zainteresowani – w pięć minut ustaliliśmy, że tak. My mieliśmy wcześniej nagrany jeden dwudziestominutowy numer, który nie zmieścił nam się na płycie, a oni weszli do studia i zarejestrowali improwizowany materiał w jeden dzień. Tak powstał split.

Dlaczego zdecydowałeś, żeby ten split nagrać akurat z nimi?

Bo bardzo podoba mi się ich płyta. Tyle.

Co planujecie dalej z Mentor?

Na pewno pod koniec roku nagrywamy nową płytę, w tej chwili pracujemy nad utworami. Chcemy też jak najwięcej grać na żywo, bardzo dobrze nam się razem gra.

Możemy się spodziewać kontynuacji muzycznej drogi obranej na „Guts, Graves and Blasphemy”?

Będzie ostrzej, może mniej rock n’ rollowo, ale na pewno ostrzej i szybciej. Na razie ciężko mi więcej powiedzieć, bo mamy dopiero początki dwóch numerów. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Słyszałem, że również z Thaw planujecie nagrywać nowe rzeczy. Na jakim etapie są w tej chwili prace nad płytą?

Z Thaw płytę już praktycznie kończymy, w tej chwili walczymy z miksami. Płyta powinna ukazać się do końca czerwca, a jeśli się to nie uda, to na jesień.

Wydaliście z Thaw kasetę „St. Phenome Alley”, która ukazała się w Unquiet Records w limitowanym nakładzie 120 sztuk. Dlaczego zdecydowaliście się na właśnie taki format?

Był to eksperyment, wszyscy w zespole w jakiś sposób interesujemy się muzyką improwizowaną, awangardową i chcieliśmy zobaczyć, co nam wyjdzie jeśli zabierzemy się do tego jako zespół.

I jak to twoim zdaniem wypaliło?

Mogliśmy zrobić to lepiej, ale jesteśmy zadowoleni. To był pierwszy rzut, może zrobimy coś takiego jeszcze w tym roku, może w następnym. Dla nas też jest to po prostu rodzaj szkoły, uczymy się improwizować.

Podobnego pod względem formatu czy improwizowanego charakteru?

Pod względem improwizacji, bo nie chcemy na razie zakładać, to to będzie. Po prostu wchodzimy do studia, gasimy światło i nagrywamy to, co nam wyjdzie i wybieramy. Może znowu dwa dwudziestominutowe numery, może jeden godzinny, może trzygodzinny…

W jakim formacie najchętniej słuchasz muzyki? Są to cedeki, czy może jesteś zwolennikiem brzmienia winyli?

Obecnie mam w domu tylko adapter, więc słucham muzyki tylko z adaptera. Nie pogardzę jednak CD czy kasetą, jestem fanem wszystkich nośników, nie robi to dla mnie dużej różnicy.

Twoim zdaniem muzyki takiej jak Thaw czy nawet Mentor warto słuchać na winylach? Panuje przekonanie, że jak jest winyl, to powinna być to muzyka raczej dynamiczna, rockowa, progresywna…

Też bardziej gustuję w takich klimatycznych płytach na winylach, ale uważam, że wszystkie te nasze projekty nie są stricte metalowe, jest w nich jakieś zacięcie rockowe i w moim mniemaniu całkiem przyjemnie się tego słucha.

Pytanie na prawie sam koniec, w nawiązaniu do pewnego zdjęcia, które wrzucił Wojtek Kałuża po jednym z waszych koncertów… Chyba rzadko kiedy można cię zaobserwować uśmiechniętego. Zdarza ci się pokazywać swoją bardziej pozytywną stronę na koncertach?

Tak to wychodzi, bierze się to chyba ze skupienia: mam dużo rzeczy do ogarnięcia, różne efekty, martwię się, żeby nic się nie zepsuło, staram się jak najlepiej zagrać… Stąd chyba wychodzi ta cała powaga, taki po prostu jestem. Poza sceną jestem totalnie pozytywny.

Czyli ta prezencja sceniczna nie jest wynikiem mrocznej natury?

Nie, nie mam mrocznej natury (śmiech)

Wspominałeś już o Thaw i Mentor. Jakich jeszcze płyt z twoim udziałem możemy się spodziewać w tym roku? Trzech, czterech, może więcej?

Myślę, że więcej. Na pewno będzie Thaw, Mentor, ARRM, z Furią też robimy już coś nowego, nie wiem, czy uda nam się wbić jeszcze w tym roku jakąś EPkę. W planie mam jeszcze dwa albo trzy projekty. Pierwszy będzie zupełnie punkowy, drugi będzie w składzie ARRM z wokalistą, coś w klimacie The Black Angels, The Doors… Mam nadzieję jeszcze nagrać solową płytę, która będzie zupełnie niesłuchalna. To znaczy trzy solowe płyty, wszystkie niesłuchalne…

Ale to wszystko w tym roku?

Tak, taki jest plan. Chcę przebić poprzedni rok.

Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ