Parę słów wyjaśnienia. Wywiad z Michaelem Berdanem z Uniform może i powinien brzmieć na spóźniony, bo leżał z pół roku. Weźcie na to poprawkę, a też nie uważam by to mocno zaburzało odbiór.

*

Trzy zdaje się być liczbą idealnie oddającą najnowszy twój krążek - trzeci longplay na którym po raz pierwszy udzielają się trzy osoby (do zespołu dołączył nowy perkusista - Greg Fox), zmieniliście trochę brzmienie. Odbierasz to trochę jak nowy początek dla Uniform?

Szczerze mówiąc, przyjemnie jest stąpać po nowych terytoriach. Kiedy założyliśmy zespół, wraz z Benem, chcieliśmy utrzymać wszystko w ciasnej, wyizolowanej atmosferze, co było o wiele łatwiejsze mając tylko dwójkę ludzi. Wspieraliśmy się automatami perkusyjnymi oraz syntezatorami. Działało to przez długi czas, ale jest pewna granica którą osiągasz z takim hiper-mechanicznym brzmieniem, nie wchodząc w terytorium takich zespołów jak Godflesh czy Suicide. Po pewnym czasie staje się to mało kreatywne i dodanie perkusisty było dość naturalną koleją rzeczy. Chcieliśmy czegoś nowego, wiedzieliśmy że jesteśmy na to gotowi, mieliśmy już nowe riffy, utwory miały już swoją strukturę. Z każdą płytą chcemy dodać inny element, sięgnąć po coś, co będzie stanowiło dla nas wyzwanie. W przypadku drugiej płyty było to stworzenie dźwięku od początku do końca na komputerze, zaś przy najnowszym krążku chcieliśmy zobaczyć czy możemy istnieć jako żywy, organiczny zespół, zachowując wciąż nasze “elektroniczne” brzmienie. Mamy ogromne szczęście że możemy pracować z Gregiem. Początkowo Greg miał grać tylko z nami podczas trasy i mieliśmy na myśli innego perkusistę - Seana McGuinnessa z Pissed Jeans. Niestety, nie mógł dotrzeć na nagrania z powodu zatrucia pokarmowego, więc poprosiliśmy o pomoc Grega, co w efekcie sprawiło że dołączył do zespołu.

Wspomniałeś hiper-mechaniczne brzmienie, wasz Bandcamp określa waszą muzykę jako dystopijno-cyberpunkową. Co uważasz na temat takiego stwierdzenia, jakobyście byli kapelą cyberpunkową?

Nie jest tak że się nie zgadzam, w sumie to dość celne określenie. Wielokrotnie spotykałem się z taką łatką, bądź innymi podobnymi. Nie przeszkadza mi bycie przypisywanym do konkretnej idei, nie mam problemu z tym że Uniform może być dla kogoś miejscem pomiędzy Fear Factory a Godflesh. Sam, z braku lepszych określeń, uważam swój zespół za kapelę rockową. Owszem, zmieniamy się co album, ale wciąż operujemy wokół tej samej idei - zespołu rockowego.

Chciałbym spytać się o tytuł. Jest on oczywistym odniesieniem do powieści Stephena Kinga - "The Long Walk" (Wielki Marsz, przyp. red.). Książka porusza dystopijną wizję świata. Chciałbym się dowiedzieć jak to współgra z albumem.

Nie było to naszym celem aż do ostatniej chwili, długo po tym jak muzyka została napisana. Pierwotnie album miał się nazywać “Penance” ale inna kapela z którą się kumplujemy nagrała swój album pod dokładnie tym samym tytułem. Przez kilka dni zastanawiałem się nad tematami utworów i jak to odnosiło się do mojego życia, rodziny, ludzi wokół mnie. Na myśl przyszła książka „The Long Walk”. Większość odniesień w naszych piosenkach i tytułach albumów pochodzi z horrorów lub powieści. Książka opowiadają o dzieciach urodzonych w faszystowskim reżimie i co roku są zmuszane do udziału w biegu długodystansowym. Jeśli spadną poniżej 3-4/mil na godzinę, otrzymują ostrzeżenie i po pewnej ilości ostrzeżeń zostają zabici na miejscu. Liderzy narodu ustanowili to wydarzeniem narodowym, podobnym do walk gladiatorów. Dzieci zapisują się, ponieważ zwycięzca dostaje szansę spełnienia swojego życzenia, cokolwiek by to nie było. Uczestnicy biegu pochodzą z przygnębiającego, ekonomicznie ubogiego kraju. Podczas wyścigu zdają sobie sprawę, co oznacza śmiertelność, co poświęcają, stają się coraz bardziej zdesperowani. Pod koniec nikt tak naprawdę nie wygrywa, ponieważ jedyny ocalały popada w obłęd, mając w głowie śmierć pozostałych 99 uczestników.

Uważam tę książkę za bardzo odpowiednią do naszej sytuacji. Żyjemy w niesprawiedliwych sytuacji ekonomicznej, gdzie bogaci mają wszystko, a biedni mają prawie nic. Uczysz się, jak ciężko pracować, aby odnieść sukces, a sukces to mieć rodzinę, dobrą pracę i dużo pieniędzy. I szczerze mówiąc - nigdy nie ma dość pieniędzy, prestiżu. Im więcej staramy się osiągnąć, tym bardziej popadamy w obłęd. Kiedy byłem młody, zdałem sobie sprawę, że nie chcę tego robić, nigdy nie czułem się zobligowany by pracować w przemyśle czy posiadać dom z idealną rodziną. Uważam że książka pokazuje rozpad poprzez konkurencję i nie chcę mieć w tym udziału. Ta książka ubiera również w słowa moje myśli o zorganizowanych religiach. Nie jest to tak dosłowne, jak moje spojrzenie na kapitalizm poprzez pryzmat tej powieści, ale czuję, że byłem w długiej podróży ku mojej idei wiary. Dorastałem w katolickiej rodzinie, byłem ministrantem, et cetera. Szybko zdałem sobie sprawę, że bycie dobrym przez Kościół oznacza życie w strach przed potępieniem. Uciekłem od Kościoła, co przerodziło się w moją niechęć do zorganizowanych religii, szczególnie do Kościoła Katolickiego. Z wiekiem odkryłem, że są różne rodzaje medytacji  które mogą służyć jako sposób na walkę z lękiem. W końcu doszedłem do idei modlitwy będącej niemal mantrą, czymś, co powtarzam w kółko, aby odnaleźć spokój. W pewnym momencie zacząłem patrzeć na te modlitwy i słowa w tych modlitwach, a większość z nich miała związek z życzliwością i akceptacją. Zacząłem powoli zbliżać się do chrześcijaństwa, spędzać czas w kościołach, czytać i słuchać rzeczy. Zacząłem ponownie identyfikować się jako praktykujący katolik. Mimo to wszystkie rzeczy, które mnie niepokoiły w Kościele, są nadal bardzo obecne.

Na sam koniec tematów około płytowych mianowicie, całkowicie szczerze - okładka jest absolutnie fenomenalna. Powiedz nam jak w ogóle wpadliście na taką okładkę?

Nasz menedżer, Fred Pessaro, jest bardzo zaradną osobą. Długo dyskutowaliśmy na temat okładki płyty i nie mogliśmy się na nic zgodzić. Wspomniał o fotografie z Manhattanu, Johnie Conn, osobie bardzo zaangażowanej w kulturę graffiti szczególnie w Nowym Jorku. John zrobił okładki płyt dla Harleya Flannagana, Magrudegrinda. Przejrzeliśmy przez jego portfolio i znaleźliśmy to zdjęcie, które bardzo do mnie przemówiło, przedstawiając ludzką stronę religii. Jeśli chodzi o religie, podstawową ideą jest radykalna życzliwość i współczucie. Kiedy się ożenisz z kapitalizmem i potrzebą konkurowania ze sobą, kończysz popychając ludzi, którzy są najbardziej potrzebujący, “tokenizując ich”. Dla mnie ten dzieciak był kimś, kto szukał duchowości i szukał pomocy, miłości od wyższej mocy, i który został odepchnięty przez rządową strukturę kościoła. Może to być gej, któremu powiedziano, że jest zły, kobieta, która dokonała aborcji i powiedziano jej, że jest mordercą. Rządowa struktura powstrzymuje nas od wzajemnej miłości. To właśnie oznacza dla mnie okładka.

W świecie metalowym/rockowym “coming out” jako chrześcijanin nie wydaje się być najsensowniejszym pomysłem. Jest parę aspektów tego problemu. Po pierwsze - metal chrześcijański jest okropny, po drugie - bycie ateistą, gardzenie chrześcijaństwem, jest postawą powszechnie akceptowalną. Metal promuje również otwartość umysłu niezależnie od poglądów, niemniej jest spory konflikt na linii kościół-muzyka metalowa. Dodatkowo dochodzą obecne problemy z Kościołem, które sprawiają że bycie chrześcijaninem nie jest zbyt przychylnie traktowane. I w tej sytuacji jesteś ty, który przebył długą drogę by odnaleźć swoją wiarę. Jesteś bardzo otwarty z byciem chrześcijaninem, praktykującym katolikiem. Jak myślisz - jak ludzie to odbierają? Boisz się ich reakcji?

Nie obawiam się zarówno reakcji innych ani tego że wpłynie to na przyszłość zespołu. Wiadomo, nie ma nigdy 100 % pewności. Ale całkowicie się z tobą zgadzam. Jesteśmy bardzo dalecy od nagrywania kawałków w stylu “Nasz Bóg jest super”.

To, co muszę robić jako muzyk i ktoś, kto próbuje zgłębić swoje wnętrze poprzez sztukę, to bycie szczerym cały czas. Kiedy tworzyliśmy ten album, ta postawa była dla mnie najważniejsza. Nie mogę się odwrócić od tego kim jestem tylko dlatego że opinia publiczna może mnie odebrać w taki czy inny sposób. Patrzę także na resztę zespołu, Ben jest niepraktykującym Żydem, Greg jest pół-praktykującym Żydem, inni ludzie, z którymi pracujemy, to albo „niereligijni”, albo “ledwo” religijni. Prawdopodobnie jestem najbardziej religijny spośród wszystkich. Częścią tego albumu jest moja chęć połączenia i identyfikowania z religią, drugą zaś wytknięcie i rozliczenie błędów kościoła. Czuję, że kiedy patrzysz na ogólny gniew na religię w metalu i punku lub w społeczeństwie lewicowym, z którym się identyfikuje, będąc demokratycznym socjalistą, te rzeczy nie są znikąd.

Ludzie mają prawo do gniewu wobec religii, ludzki aspekt zarządzania większości religii spowodowała więcej bólu, wojen i represji niż większość zorganizowanych rządów krajowych. To ważna rzecz, o której należy mówić, tym bardziej,że będąc kimś kto praktykuje tę religię, muszę mieć świadomość że chcę połączyć się z czymś “spoza” co równie dobrze może lub może nie istnieć. Wybieram wiarę w Boga, w moc większą niż ja. Nie wiem, czy to prawda. Nie wierzę już w teologiczne niebo lub piekło. Myślę, że cokolwiek czym może być Bóg, jest o wiele większe i bardziej skomplikowane niż mój umysł lub umysł kogokolwiek innego mógłby sobie wyobrazić. Więc nie godzę się na to, czym jest lub nie jest Bóg. Wszystkie te prawdziwe ludzkie dolegliwości pochodzą od ludzi którzy mówią że znają Bożą wolę. Dla mnie wolą Bożą jest kochać bliźniego, starać się być dobrym dla wszystkich, których spotkasz. Jeśli ludzie mnie nie lubią, gdy mówię, że chcę być miły, to dobrze. Jeśli zniechęca ich myśl że jesteśmy zespołem chrześcijański, to niestety w takiej interpretacji Black Sabbath również nim jest. Tak samo Slayer. Mówię o swojej wierze otwarcie i ludzie mogą to interpretować, jak im się podoba. Nie do mnie należy decyzja, jak ludzie powinni lub nie powinni odbierać moją pracę.

Wspomniałeś, że pokazujesz bolączki kościoła, jak na przykład wykorzystywanie dzieci. Dotykasz również tematu bogactwa kościoła. Bardzo celnie punktujesz kościół, co oczywiście jest słuszne, należy to robić, ale czy myślisz, że jesteś w dobrej pozycji, aby o tym mówić? Czy uważasz, że działanie w kierunku wyznawania grzechów kościoła może być również sposobem na wyznanie własnych grzechów? Ujmując to w innej perspektywie - czy ta płyta oprócz mówienia o kościele jest twoją własną spowiedzią?

Jak najbardziej jestem grzesznikiem. To co mnie przyciągnęło z powrotem do Kościoła to właśnie próba walki z moim grzechem, poszukiwanie wsparcia, porady, przewodnictwa. Próbuje znaleźć sposób by żyć lepiej bez bycia przytłoczonym tym “duchowym brudem”. Mimo to wciąż jestem człowiekiem, nikt z nas nie jest biały jak śnieg. Jak wspomniałem wcześniej, jak najbardziej jestem grzesznikiem, nie czuje się w żaden sposób lepszy od innych. Mając to na uwadze, odnalazłem siebie w katolicyzmie ze względu na to że się w nim urodziłem. Nie sprawia to że nie mógłbym się odnaleźć w innej religii, na fundamentalnym poziomie uważam je za bardzo podobne. Różnicą między nimi są problemy z którymi się mierzą - w takim katolicyzmie masz np. celibat który moim zdaniem jest bardzo uciążliwy, może prowadzić ludzi do wielu różnych złych rzeczy. Ludzie powinni mieć normalne relacje seksualne. Wygląda na to, że Kościół w końcu zaczyna zauważać ten problem. Papież zwołuje spotkanie z arcybiskupami, aby porozmawiać o tym po raz pierwszy.

Moje ostatnie pytanie. Czy sądzisz, że tworzenie ponurej, mrocznej muzyki, która również pokazuje ciebie, mnie, wszystkich jako grzeszników i że wszyscy jesteśmy na tym Wielkim Marszu, może być także przesłaniem łaski? Czy wierzysz w możliwość mówieniu o łasce poprzez swoją muzykę?

Jest taki zespół z Chicago, chrześcijański, zwany Trouble. Ich teksty dotyczą Boga, ale także strachu przed diabłem, lęku przed potępieniem. Czuję, że możesz przekazać wiadomość, która jest tematycznie i z natury chrześcijańska, nie będąc jednocześnie tak oczywistą i narzucającą się. Nie jestem fanatykiem, nie chcę próbować nawracać nikogo na moją religię. Ale czuję, że w uniwersalny sposób można mówić o wewnętrznym konflikcie i bólu, i starać się o odkupienie i próbować szukać zrozumienia przez dobroć, a także uznać swój ból i wady. To jest z natury chrześcijańskie. Nie muszę mówić wyraźnie o Bogu w piosenkach i nadal być w stanie przekazać tę wiadomość.

Dzięki za rozmowę!

Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława

TUTAJ

Kiedy niespełna dwa lata temu muzycy Katatonii ogłosili zawieszenie zespołu, wielu fanów depresyjnej muzyki Szwedów było wyjątkowo bliskich napadom padaczki i zawałowi serca. Ale tandem Nystrom-Renkse pozostał niewzruszony i kanalizował swoją energię w ramach innych przedsięwzięć. A teraz wrócili i już niedługo ruszają koncertować po Europie. Z racji powrotu formacji do żywych i wspomnianej wyżej trasy koncertowej mieliśmy przyjemność porozmawiać z enigmatycznym wokalistą Katatonii – Jonasem Renkse.

*

W specjalnym ogłoszeniu opublikowanym tuż przed zwieńczeniem trasy „Fallen Hearts of Europe” w 2017 roku, napisaliście, że zawieszacie Katatonię celem odpoczynku i przeanalizowania, co przyszłość ma do zaoferowania zespołowi. Wielu zastanawiało się czy faktycznie wrócicie. I wróciliście.

Jestem gorącym wyznawcą teorii, że wszystko ma swój czas. Mniej więcej w połowie roku 2017 czuliśmy, że najwyższa pora dać sobie chwilę na odpoczynek, ale równie zdeterminowani byliśmy kilka miesięcy temu, decydując się na wskrzeszenie formacji. Po prostu wiedzieliśmy, że teraz nadszedł odpowiedni moment, a przerwa w funkcjonowaniu pod tym szyldem dobrze nam zrobiła.

Czy namowy fanów do reaktywacji, których pojawiło się nadzwyczaj wiele na przestrzeni ostatniego roku, też miały swój wpływ na decyzję o powrocie zespołu?

Nie powiedziałbym, by wpłynęły na nas w jakikolwiek sposób. Jesteśmy zespołem, który działa zgodnie ze swoimi życzeniami, a nie zachciankami innych ludzi. Owszem, nie zrozum mnie źle, poświęcenie naszych fanów wywarło na nas ogromne wrażenie, ale to był jednak tylko dodatek, coś na zasadzie miłej niespodzianki.

Pierwszą rzeczą, którą Katatonia zrobi po reaktywacji, będzie mini-trasa koncertowa, na której będziecie odgrywali dziesięcioletnią już „Night Is the New Day” w całości. Skąd ten pomysł? „The Fall of Hearts” wciąż jest bardzo świeżym materiałem, nie mieliście ochoty dać mu kolejnej szansy?

Niekoniecznie. Na trasie promującej „The Fall of Hearts” zdążyliśmy zaprezentować wszystkie utwory z płyty wielokrotnie, nie pomijaliśmy niczego, nie stawialiśmy na prezentację staroci, uznając najnowszy materiał wyłącznie za pretekst do grania koncertów. „Night Is the New Day” to z kolei nieco zapomniana perełka w naszej dyskografii, więc 10-lecie jest wspaniałym momentem na jej odkurzenie. Przyznam, że nie możemy się doczekać!

Skoro już o rocznicach rozmawiamy – „Tonight’s Decision” kończy w tym roku 20 lat. Ten album był prawdziwym przełomem w waszej twórczości. Planujecie zagranie utworów z tego krążka na nadciągającej trasie?

Nie, powiedziałbym nawet, że nie było ku temu najdrobniejszych przymiarek. „Tonight’s Decision” jest świetnym albumem, ale obecne wcielenie Katatonii to nieco inna sprawa niż kiedyś, co powoduje, iż „Night Is the New Day” znacznie lepiej pasuje do naszej obecnej formuły tworzenia i grania koncertów.

Wasze muzyczne kariery po zawieszeniu Katatonii działały wyjątkowo prężnie. Ty i Anders (Nystrom, gitarzysta – przyp. red.) nagraliście nowy album z Bloodbath i ruszyliście w trasę koncertową, Niklas (Sandlin, basista – przyp. red.) zaprezentował swoje deathmetalowe fascynacje w LIK, a Daniel (Liljekvist – przyp.red.) zarejestrował partie perkusji na najnowszej płycie Craft. Czy te wszystkie projekty dodały wam siły i przywróciły tęsknotę za macierzystą formacją?

Tak, słusznie uważasz. Po pracy związanej z powyższymi szyldami odczuliśmy powiew świeżego powietrza i wpłynęło to na nas i Katatonię samą w sobie. W dodatku był to bardzo nam potrzebny moment relaksu i wyluzowania się od nieco poważniejszych spraw. Podsumowując: wszyscy dobrze na tym wyszliśmy.

„The Fall of Hearts” było nieco odmiennym wydawnictwem na tle waszych poprzednich dokonań. To wciąż ta sama melancholijna Katatonia, ale jakby nieco bardziej pozytywna, pokazująca słuchaczom światełko nadziei. Planujecie pilotować tę ścieżkę, komponując nowy materiał, czy niekoniecznie?

Każdy album Katatonii to pewien zapis i odzwierciedlenie naszych myśli, sytuacji emocjonalnej oraz innych rzeczy z powyższymi związanych. „The Fall of Hearts” była nieco bardziej skomplikowanym materiałem w ramach twórczości zespołu i bardzo dobrze. Robienie tej samej płyty dwa razy pod rząd mija się z celem, nie tak postrzegamy rozwój tej formacji. Oczywiście, nie powiedziałbym, że wymyślamy koło na nowo z każdym kolejnym rokiem, bo nie odczuwamy takiej potrzeby, musi być jakiś balans i tyle. A mówiąc o drugiej części pytania: sam nie wiem. Nie podjęliśmy żadnych kroków, jeśli o komponowaniu nowej muzyki mowa. Czas pokaże, co spłodzimy i jak to zabrzmi.

Tak, jak mówisz, Katatonia zawsze stawiała na rozwój i stopniowe poszerzanie swoich muzycznych wizji. Mimo to, obaj wiemy, że macie duży odsetek fanów życzących sobie, abyście wciąż nagrywali płyty w stylu „Last Fair Deal Gone Down”  czy „Viva Emptiness”. Nie wzbudza to w tobie irytacji?

W żadnym wypadku. Jestem dumny ze wszystkich płyt, które wydaliśmy z Katatonią. To jedna rzecz. A druga wygląda tak, że sam jestem fanem muzyki i na podstawie swoich doświadczeń spokojnie mogę powiedzieć, iż mam pewne ulubione etapy w twórczości swoich ulubionych artystów i sam mógłbym słuchać tych istotnych dla mnie wydawnictw bez końca. To zupełnie normalna i ludzka rzecz.

W ubiegłym roku zaśpiewałeś gościnnie kilka wersów na najnowszej płycie niemieckich post-metalowców z The Ocean. Ich muzyka jest oryginalna, ale jednak zawiera w sobie kilka elementów, z którymi jesteście kojarzeni także i wy. Czy ta współpraca dała tobie impuls i swego rodzaju inspirację do tworzenia?

Nie powiedziałbym, aczkolwiek The Ocean to grupa bardzo utalentowanych ludzi z talentem do pisania świetnej muzyki i bardzo jasno określonymi celami w tworzeniu. To wzbudza ogromny podziw, bez wątpienia, ponieważ dawno nie spotkałem tak kreatywnego, a jednocześnie stanowczego w swoich przedsięwzięciach zespołu. No i bardzo miło wspominam ich koncert w Berlinie, na którym miałem przyjemność pojawić się na scenie i dorzucić swoich parę groszy do wykonania numeru „Devonian:Nascent”, świetna sprawa.

Jak myślisz, była w Katatonii ta jedna osoba, która najbardziej podekscytowała się decyzją o reaktywacji?

Nie wiem, co odpowiedzieć, więc powiem, że nie mam pojęcia (śmiech). Wszyscy czuliśmy przyjemne podniecenie związane z przywróceniem Katatonii do świata żywych, każdy z nieco innych powodów. Tak to ujmę.

Powiedz, Jonas, jest szansa na zobaczenie was w Polsce przed końcem 2019 r.?

Na to pytanie także nie jestem w stanie odpowiedzieć, drogi przyjacielu (śmiech). Ale powiem ci, że wyczekuję powrotu do waszego kraju. Polska jest jednym z najlepszych państw, w jakich przyszło nam grać, publiczność zawsze wariuje i najczęściej zna teksty kawałków na pamięć. Sam chyba się domyślasz, że sprawia to ogromną przyjemność i daje poczucie, że pchanie tego wózka dalej ma sens.

Owszem, a teraz zmieńmy nieco temat. Wiem, że ty i Anders jesteście wielkimi fanami twórczości Marka Kozeleka (twórca takich projektów jak Red House Painters czy Sun Kil Moon – przyp.red.). Co sądzicie o jego płytach wydanych po świetnej „Benji”, kiedy to drastycznie zmienił swoją muzykę pod kątem stylistyki i tekstów?

Szczerze przyznam, że nie należę do zagorzałych fanów jego późniejszej twórczości, o której wspominasz. Mimo to, cały czas jestem na bieżąco z wieściami z jego obozu, najpewniej wynika to z sentymentu. Kozelek to mój ulubiony artysta wszechczasów, nawet nie potrafię określić, jak wiele szacunku do niego żywię. Owszem, obecnie nasze drogi nieco się rozmijają, ale cieszy, że człowiek cały czas komponuje, gra i ma bazę oddanych fanów. Zresztą wpadłem nawet na jego koncert w Sztokholmie kilka miesięcy temu.

I jak było?

Nieźle. Dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem (śmiech).

W jednym z wywiadów, których udzieliłeś podczas trasy promującej „Viva Emptiness” wyznałeś, że twoim marzeniem jest zwiedzenie całego świata. Czy teraz, 16 lat później, możesz spokojnie stwierdzić, że możesz odhaczyć ten cel ze swojej listy?

Cóż, na pewno zagrałem w większej ilości miejsc od tamtego czasu, to na pewno, ale czy zwiedziłem wszystkie zakątki świata, które zwiedzić chciałem? No, prawie.

Katatonia to taki zespół, który chyba nigdy nie doczekał się poziomu popularności, na jaki zasługiwał. Żałujesz pewnych decyzji podjętych przez was w dalszej bądź bliższej przeszłości?

Biznesowo? Jak najbardziej. Muzycznie? W życiu. Włożyliśmy w ten zespół ogromną część naszego życia i nagraliśmy muzykę, z której jesteśmy cholernie dumni. Miło wiedzieć, że możemy pozostawić po sobie tak fajną pamiątkę. A co do popularności… Obecnie na nią nie narzekamy, na koncerty przybywa sporo osób, płyty rozchodzą się w niezłych nakładach. Jest w porządku i oby było jak najdłużej!

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Dużą przyjemnością jest obserwowanie ewolucji duńskiej VOLI. Zaczynali jako niezbyt obiecujące dziecko Meshuggah przywiązane do melodii i nie przykuwali uwagi na dłużej. Ale pewne rzeczy na szczęście uległy zmianie. „Applause of a Distant Crowd” to w końcu stanowczy krok do przodu w twórczości Europejczyków. Kompozycje mają rozpoznawalny sznyt, a charakterystyczna chwytliwość poszczególnych numerów przyciąga już od pierwszych sekund spędzonych z krążkiem. Z racji niedawnej premiery najnowszego albumu VOLI i nadchodzącej trasy koncertowej u boku Haken porozmawiałem z perkusistą grupy, Adamem Janzim.

*

Jak wiele swoich marzeń spełniłeś?

Ciężko powiedzieć, wiesz? Powiedziałbym raczej, że w życiu chodzi nie tyle o spełnianie marzeń, co o realizację pewnych celów i stawianie sobie nowych wyzwań. Jeśli to robisz, uczestniczysz w swojej własnej, świetnej podróży. Mimo to, trzeba uważać, aby sama podróż nie stała się nazbyt monotonna!

Pytam o to z prostej przyczyny: kiedyś oglądałem cover jednego z utworów VOLI twojego autorstwa i z miejsca pomyślałem, „wow, koleś jest dobry”, a teraz nie dość, że dobry, to jeszcze stał się ich perkusistą!

Dziękuję za komplement! Oczywiście, jak się pewnie domyślasz, zasilenie szeregów VOLI było – wciąż jest – dla mnie ogromnym krokiem w przód i dowodem, że to wszystko ma sens. Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że to najlepszy element mojej podróży. Póki co.

Brzmi świetnie, ale czy zawsze jest tak różowo? Grasz w duńskim zespole, który jeszcze nie wyrósł na wielką gwiazdę, często ruszacie w trasy koncertowe, co pewnie wiąże się z finansową niestabilnością u każdego z was. A może się mylę?

Nie mylisz, bo każdy, w tym i my, napotyka w życiu na pewne przeszkody. Sztuką jednak jest te przeszkody pokonywać albo przynajmniej omijać, sam rozumiesz. Poza tym i tak jestem bardzo zadowolony. Gram muzykę z ludźmi, których uwielbiam, co od dawna było moim marzeniem. Ponadto poznałem masę nowych, często świetnych osób i ciężko mi narzekać. Oczywiście, wspomniane przez ciebie problemy w jakimś stopniu nas dotykają, ale to nawet dobrze. Dzięki nim czujemy się silniejsi, a odrobina stresu czyni bycie członkiem tej formacji ciekawszym. Warto jest zacisnąć zęby w wypadku niekomfortowych sytuacji, jeśli przyszłość wygląda optymistycznie.

Do VOLI dołączyłeś na niedługo przed rozpoczęciem sesji nagraniowych najnowszego krążka. Jak oceniłbyś swój wkład w jego powstanie? Odpowiadałeś tylko za nagranie i zaaranżowanie partii perkusyjnych, czy jednak coś namieszałeś przy komponowaniu?

Przy komponowaniu nie namieszałem, bo kiedy rozpocząłem swoje członkostwo w VOLI, cały materiał na „Applause of a Distant Crowd” był już napisany. Kiedy wchodziliśmy do studia, chłopaki zaprezentowali mi swoje szkice brzmienia i partii bębnów, a ja na ich bazie działałem już sam i modyfikowałem je tak, aby wszystko brzmiało odpowiednio. To wyjątkowo dobre i wnoszące doświadczenie. Z efektu jestem zadowolony i ja, i reszta, więc nic, tylko się cieszyć, nie?

Pewnie. Chciałbym też zauważyć, że „Applause of a Distant Crowd” to ogromny postęp w porównaniu do „Inmazes”. Piosenki są prostsze, stawiacie na przebojowość, a melodie zdają się odgrywać najistotniejszą rolę w waszej muzyce.

Zgadzam się z tobą. Najnowsza płyta to kolejny, zupełnie naturalny krok w ewolucji zespołu i jest to rzecz warta odnotowania. Słuchamy mnóstwo różnej muzyki  i tym razem daliśmy ponieść się wpływom oraz głosowi serca w stu procentach. Wiesz, kiedy już byłem gotowy do nagrania swoich partii, wszyscy zebraliśmy się w jednym miejscu i rozmawialiśmy o tym, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Pierwszą rzeczą, która uległa stanowczej zmianie, jest produkcja. Zdecydowaliśmy, że dobrze temu krążkowi zrobi opatrzenie go organicznym i naturalnym brzmieniem, które uwypukli jego najlepsze elementy. To nie jest tak, że odcinamy się od „Inmazes”, ale ten album już został nagrany, bezsensownym jest powtarzanie się.

Zauważyłem, że duża część młodych progmetalowych formacji z roku na rok robi wszystko, aby ich muzyka stawała się coraz melodyjniejsza i chwytliwsza. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?

To bardzo interesująca obserwacja. Szczerze? Nie potrafię ci powiedzieć, co tego powodem. Może chodzi o to, że muzycy chcą uczynić swoje dzieła rozpoznawalnymi w ramach gatunku, a obaj wiemy, że nie jest to nic zaskakującego. Bo widzisz, dla mnie chwytliwość nie wiąże się z ładnymi partiami wokalnymi, które można nucić podczas porannego golenia. Chodzi właśnie o chęć odciśnięcia własnego śladu na tej progmetalowej ścieżce, zrobienia czegoś wyrazistego, bez bycia posądzanym o podprowadzanie motywów tej czy innej kapeli. Chyba właśnie dlatego tak się dzieje.

Miałem też wspomnieć o bardzo przestrzennej produkcji „Applause of a Distant Crowd”, ale wyręczyłeś mnie w tym przy okazji swojej poprzedniej odpowiedzi…

Tak, „Inmazes” jest spoko i w ogóle, ale jednak produkcja tej płyty trochę kłuje w uszy pod kątem sterylności dźwięków. Nasz najnowszy materiał w ogóle nie potrzebuje takich zabiegów, bo naturalność odsłania jego największe atuty. No i w dodatku sami jesteśmy fani niezbyt skompresowanego, ciepłego brzmienia.

Na najnowszej płycie waszego autorstwa wiele jest momentów wyciszenia, które wyrażają chociażby „Ruby Pool” czy „Vertigo” o mocno balladowym sznycie. Z trudem przyszło wam skomponowanie tak odmiennych od waszej dotychczasowej twórczości utworów?

Nie, bo słuchamy naprawdę przeróżnej muzyki, co daje miejsce i na metal, i na chwilę spokoju. Pisanie i nagrywanie tych numerów przyszło nam raczej naturalnie, a efekt  zadowala. Osobiście, byłem najbardziej podekscytowany wlaśnie w chwilach, gdy „wbijałem” perkusję na potrzeby tych bardziej refleksyjnych utworów. Musiałem wtedy zwalniać tempo, zostawić odpowiednią ilość przestrzeni, a jednocześnie budować ten senny rytm. Super sprawa.

VOLA działa od prawie trzynastu lat, a jednak cały czas jesteście w gronie tych „obiecujących” kapel, nie gracie tras jako headlinerzy. Nie frustruje was to?

Nie frustruje, bo na wszystko jest w życiu czas i cierpliwość naprawdę popłaca. Na naszej ostatniej trasie (VOLA supportowała Monuments wraz z Kadinją i Atlas - przyp. red.) poznaliśmy masę wspaniałych osób, a samo podróżowanie po świecie z tak dobrą ekipą definitywnie nas wzbogaciło i zaostrzyło apetyt na ogrywanie swojej muzyki podczas koncertów. Wiesz, moim zdaniem nie powinno traktować się zespołów grających przed główną gwiazdą jako jakichś amatorów znikąd. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku, to nie są żadne zawody.

Wracając jeszcze do chwytliwości poruszanej w jednym z poprzednich pytań: twoje partie perkusyjne są jak najbardziej skomplikowane, ale jednak nie gmatwasz rytmu do granic możliwości.

Masz rację, bo też nie chodzi o to, aby komplikować muzykę do tego stopnia, by wychodził z niej jakiś dziwaczny i zupełnie niesłuchalny twór. Oczywiście, kiedy znajdzie się trochę miejsca, wrzucę jedno czy dwa przejścia więcej, ale moim głównym zadaniem jest praca nad tym, aby kręgosłup rytmiczny zespołu działał najlepiej jak się da. Wiesz, to trochę jak podczas rozmowy. Musisz mówić, ale też uważnie słuchać. Balans to niesłychanie potrzebna rzecz, uwierz mi.

Wielu wciąż postrzega VOLĘ jako jednego z wielu obywateli świata djentu, zgodziłbyś się z tym stwierdzeniem?

Nie zgodziłbym. Jeśli ktoś chce przypisywać nas do jednej szufladki stylistycznej, proszę bardzo, ale my to widzimy nieco inaczej. Oczywiście, gatunek, o którym mówisz, to jedna z naszych wielu inspiracji, więc rozumiem luźne skojarzenia, ale VOLA jako stuprocentowo djentowy zespół? Nie.

Zechciałbyś wyjaśnić, dlaczego djent cieszy się znacznie większą bazą fanów w USA niż na terenie Europy?

Chciałbym, ale nie wiem, co powiedzieć (śmiech). Może jest tam popularniejszy, ale wiem, że w Europie także istnieje zapotrzebowanie na taką muzykę. Potwierdzają to chociażby festiwale typu Euroblast czy UK Tech Fest.

Na sam koniec powiedz mi, jak to jest być progmetalowym Shią LaBeouf?

W sumie… Całkiem zabawnie (śmiech)! Dużo ludzi wspominało mi o tym podobieństwie do niego, ale jakoś nie potrafię go dostrzec.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej od Łukasza:
TUTAJ

Wywiad, po licznych przejściach, został „domknięty” już w czerwcu 2018 r., w związku z perturbacjami związanymi z tworzeniem strony publikujemy go dopiero teraz – niech Czytelnik ma na względzie, że część informacji mogła się zdezaktualizować.

*

Od premiery „Tremendum et Fascinatio” minęło ponad 5 lat – długo kazaliście czekać słuchaczom na wasz kolejny materiał i gdy ten w końcu się okazał, była to „jedynie” EP-ka, a nie pełnowymiarowy album. Skąd taka długa przerwa i czy „Herzogian Darkness” zwiastuje nadchodzący w niedalekiej przyszłości album?

Silencer: Złożyło się na to kilka czynników - od zmian w składzie, przez zaangażowanie każdego z nas w inne projekty muzyczne, po fakt, że 3 ostatnie lata spędziłem za granicą. Prace nad następcą „Tremendum” trwają i mamy nadzieję wejść do studia jeszcze przed końcem 2018 r. Pomijając kwestie muzyczne, chcieliśmy wypuścić wpierw EP-kę po części też po to, by o sobie przypomnieć i skrócić i tak już bardzo długą przerwę między wydawnictwami.

Podczas „milczenia” Medico Peste byliście jednak zaangażowani w inne projekty – nie jest tajemnicą, że część z was tworzy koncertowy skład Mgły, po drodze pojawiło się też Owls, Woods, Graves, dosyć szczególne przedsięwzięcie jak Project O, do którego chciałbym jeszcze później wrócić, a pod koniec zeszłego roku, już po wydaniu „Herzogian Darkness”, ukazał się debiutancki album solowego projektu The Fall – Over the Voids... Zastanawiam się, jaka zależność jest między tymi projektami a ciszą w obozie MP – czy działalność przy tych projektach była dla was formą muzycznej odskoczni od macierzystego zespołu, w ramach którego nie byliście w stanie realizować wszystkich swoich artystycznych pomysłów, czy może trochę na odwrót – pochłonęło was to na tyle, że dla MP mieliście mniej czasu?

The Fall : Na pewno jest trochę tak, że przez zastój w Medico ruszyliśmy z innymi pomysłami, i te które wymieniłeś to nawet nie są wszystkie, w które się zaangażowaliśmy. Te projekty zrodziły się z czasowej próżni i nie były odskocznią, bo to po prostu coś innego. Jeśli chodzi o mnie to wynikało to z nagromadzenia jakichś riffów i pomysłów, które niekoniecznie pasowały do MP. Nie jesteśmy natomiast przeładowani projektami tak, żeby to kolidowało z MP, czas znajdzie się na kilka projektów, jeśli oczywiście masz motywacje i chce ci się grać.

Mówisz o pomysłach „niepasujących” do Medico, ale czy jako muzyk jesteś w stanie zupełnie oddzielić te wpływy, to co robisz w jednym projekcie od innych? Nie jest tak, że gdzieś drogą osmozy to wszystko sobą przesiąka?

The Fall: Poza tym, że Ty jako osoba grasz w jakimś zespole, to zespół sam w sobie jest jakimś zjawiskiem. Jeśli muzyk dochodzi do zespołu, to oczywiście wnosi tam trochę siebie, ale sam zespół, jeśli już jest czymś uformowanym, jakimś duchem, także wpływa na muzyka, sugeruje mu co ma zagrać, w którą stronę pójść pomysłami. Oczywiście jako muzyk masz swój styl, i tak jak mówisz – zachodzi tutaj osmoza, ale w pewnym momencie musisz popatrzeć na swoje pomysły z oddali i wtedy być można zauważyć, że ten dziwny amebiczny twór w pewnych miejscach można przeciąć i uzyskać z niego kilka bardziej jednolitych i konsekwentnych w byciu sobą istot.

Na „patrona” waszego najnowszego mini-albumu wybraliście Wernera Herzoga, wybitnego reżysera o bardzo specyficznym, silnie zarysowanym stylu, ujawniającym się niezależnie od tego, czy robi horror, kino quasi-historyczne czy dokument przyrodniczy. Nie chcę pytać, dlaczego akurat Herzog, ponieważ wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie dostarcza sama muzyka – ciekaw jestem jednak, jakie są wasze zapatrywania na wzajemne oddziaływanie sztuk wizualnych i muzyki. „Herzogian Darkness” to bowiem nie tylko płyta, ale też pieczołowicie skonstruowany koncept: wyjątkowa oprawa graficzna i niemal godzina wizualizacji stworzonych przez BFV/ Inside Flesh, które wyświetlacie w trakcie koncertów.

The Fall: Jest to trudne pytanie. Muzyka w moim wypadku zawsze rodzi w głowie jakieś obrazy, więc teoretycznie nie potrzebuje dodatkowej ilustracji. To tworzenie obrazu w głowie jest czymś co jest bardzo głębokie, dotyka pewnego sedna. Wszystkie pomoce wizualne – grafiki, teledyski, image muzyków – to coś co moim zdaniem nie powinno zastąpić tego obrazu, ale być dodatkowymi wskazówkami do niego, mają cie nakierować na to, co mieliśmy na myśli. Ja podchodzę do tego w dziwny sposób, nie przepadam za teledyskami, podobają mi się bardzo rzadko i prawie nigdy nie oglądam ich do końca, bardziej wolę wizuale na koncertach, które są jakby rodzajem hintu dla twojej wyobraźni, angażują trochę uwagi, ale nie za dużo. Parę razy byłem na gigach – Current 93, Ulver, GY!BE – gdzie wizualizacje mocno mną wstrząsnęły i pamiętam je do dziś.

Jak w ogóle nawiązaliście współpracę/ trafiliście na BFV/IF? Wbrew pozorom wizualizacje, które dla was zrobili nie są aż tak poryte, jeśli zestawi się je z pozostałą ich twórczością.

The Fall: Niestety nie ma tutaj żadnej wiejącej grozą anegdoty – łącznikiem byli po prostu wspólni znajomi. Jakiś czas temu znalazłem w necie zdjęcie BFV/IF, bardzo proste – przedstawiające nagą postać leżącą w dziwnym, kościelnie wyglądającym budynku i uznałem, że fajnie pasowałoby to do naszej muzyki. Ważne też, że okropnie byliśmy znudzeni współczesną estetyką bm, gdzie każdy na okładce ma okultystyczną rycinę, która jest tak naprawdę zestawem losowych, niewiele znaczących symboli, które można by generować automatycznie.

Zarówno na krakowskim FOAD Fest na którym wystąpiliście na początku grudnia 2017 r. jak i na czterech jesiennych koncertach za naszą wschodnią granicą (Wilno, Mińsk, St Petersburg i Moskwa) można było zaobserwować, że porzuciliście towarzyszący wam wcześniej sceniczny anturaż – „trupie” szaty i habit zastąpiły czarne bluzy, zniknął corpse paint i wisielcze sznury, na koncertach na Wschodzie (w przeciwieństwie do gigu w Krakowie) Silencer zrezygnował nawet z zakrywania twarzy. Skąd ta decyzja? Czy współczesny black metal dojrzał na tyle, że podobne zabiegi odnoszą waszym zdaniem efekt przeciwny do zamierzonego?

S: Nie wiem czy słowo 'dojrzał' jest tym, które użyłbym do opisania tego, w co wyewoluował black metal, ale na pewno zaszły duże zmiany w sferze zarówno wizualnej jak i światopoglądowej. Na ostatnich koncertach promowaliśmy nie tylko Herzogian Darkness, ale też wspomniane wcześniej wizualizacje. Uznaliśmy, że przyjęcie minimalistycznego image'u będzie adekwatne do inspirowanej post-punkiem płyty i odciągnie uwagę widzów od muzyków, skupiając go na tym, co istotne, czyli wizualnej narracji. Na ile trwały będzie ten zabieg to się jeszcze okaże.

W co w takim razie Twoim zdaniem wyewoluował black metal?

S: Miałem tu na myśli zmianę w panującej modzie. W 2010 roku gdy zacząłem na koncertach MP zakładać habit i czarną szmatę na twarz, celem nadrzędnym była izolacja, która pomagała mi się ‘wyłączyć’ i skupić na muzyce. Na rodzimym poletku dominował wtedy jeszcze ‘klasyczny’ trupi image. Obecnie ‘domyślnym’ imagem staje się zestaw kaptur+szmata. Jest to ewolucja, w niektórych przypadkach wynikająca ze skupienia zespołów na muzyce i mniejszego znaczenia image’u w przekazie. Nazwanie tych zmian dojrzewaniem mogłoby sugerować wyższość nowego nad starym, a dla mnie to tylko osobista preferencja.

TF: Ciężko mi bardzo objąć słowem i opisać black metal A.D. 2018, bo bardzo trudno jest takim analitycznym okiem patrzeć na teraźniejszość. Myślę, ze to co jest teraz będziemy mogli sprawnie i chłodnym okiem opisać dopiero za jakieś 5-10 lat, kiedy stanie się to już historią.

Można jeszcze tę sztukę uprawiać „ideowo”?

The Fall: Dobre pytanie. Chyba tak, bo jakaś idea nas wiąże. Większość ludzi słuchających BM jest podobna i dość podobnie kieruje swoim życiem. Pytanie brzmi czy można tę ideę traktować radykalnie, czy można zabić człowieka, spalić kościół, pójść do więzienia, odrzucić doczesne dobra, dziewczynę, pracę, rodzinę i pierdolnąć wszystkim w imię black metalu. Na pewno można, ale w tym momencie będzie to raczej absolutny margines dotyczący kilku odludków i samobójców, którzy swój elityzm subkulturowy potraktowali zbyt poważnie, i nikt nie będzie na nich patrzył z takim romantyzmem, z jakim patrzy się na Deada czy Jona z Dissection.

Jak już jesteśmy przy „dojrzewaniu” black metalu – w ostatnich latach, oprócz rosnącej popularności tej muzyki, wykraczającej już poza podziemie (występy Mgły, Furii czy hehe Batushki na OFFie, docenianie płyt blackowych w prasie muzycznej niezwiązanej ze środowiskiem), dało się też zauważyć zainteresowanie tą stylistyką ze strony twórców kultury instytucjonalnej – najgłośniejszym przykładem takiej współpracy jest chyba udział Furii w święcącej sukcesy inscenizacji „Wesela” Wyspiańskiego w reżyserii Jana Klaty, wy sami natomiast braliście udział w Project O – jednorazowym występie przy okazji wydarzenia „Pamiętaj z Nami”, którego zapis ukazał się potem jako EP-ka „Kir” Odrazy. Waszym zdaniem tego typu współpraca to sprawy epizodyczne, czy może będziemy mogli mówić za jakiś czas nawet o pewnej tendencji?

The Fall: W Norwegii takie rzeczy to oczywiście norma. Duże festy, wernisaże, eventy ocierające się o black metal są tam traktowane jako część ich dorobku kulturowego, coś z czego są w jakiś sposób dumni i zdają sobie sprawę, ze jest to ważna część eksportu kulturowego. Instytucje dopłacają do takiej muzyki i też na pewno czerpią z niej profity. W Polsce black metal to po prostu black metal, jeden z gatunków muzycznych, a nie żadna integralna część naszej kultury. Może się natomiast z naszą kulturą przecinać, mieć jakieś punkty wspólne.

Furia jest zespołem bardzo polskim w swoim wyrazie. Czasem myślę, ze to zespół blackmetalowy o największym współczynniku polskości jaki znam. Słuchasz i w głowie masz nocny pejzaż jak malowany pędzlem Chełmońskiego, tekst dzwoni jakimś pijanym Leśmianem, do tego jeszcze pył węgielny prawie wyczuwalny w riffach . Do Wesela pasują jak ulał. Szczęśliwie udało mi się zobaczyć przed zdjęciem z afisza. Co do Projektu O, to tam ekstremalność muzyki – jej ciężar i depresja przecięły się właśnie z tematyką obozową. Ciężka muzyka stanowiła adekwatne tło do zilustrowania bardzo przykrych i tragicznych wydarzeń. Ale powracając do Twojego pytania – to tylko epizody, i choć te epizody mogą się jeszcze kiedyś pojawiać, to black metal nie jest jednak równoległy z kulturą Polską i nie ma szans na stopienie tych dwóch ze sobą, a szczególnie stopienie na płaszczyźnie instytucjonalnej.

W zainteresowaniu mainstreamu black metalem, wykraczającym już poza „sensacyjne” podejście do ekstremalnej muzyki, widzicie dla tej sceny szanse czy raczej zagrożenia? Czy może w ogóle nie postrzegacie tego w ten sposób?

Wydaje mi się, ze przełom w tej kwestii nastąpi jak wyjdzie „Lord Of Chaos”. Analogowa, brudna i surowa muzyka zostanie przedstawiona w wysokobudżetowym, wycyzelowanym holywoodzkim filmie. Mi black metal ciągle kojarzy się z piwnicznym zapachem grzyba w salce, gitarą za 300zł i jednak jakimś poczuciem zła czy zagrożenia. Sam byłem trochę przerażony jak pierwszy raz byliśmy z Silencerem na festiwalu Inferno w Norwegii, gdzie odpustowość przekroczyła wszystkie moje normy – warsztaty z muzykami, mercz w każdej wyobrażalnej postaci, rejs statkiem, na który się spóźniliśmy bo piłem rano piwko, wielka klimatyzowana sala na koncerty, oraz Dimmu Borgir, którzy wyglądało jak postacie z gry video. Nie wywołuje to we mnie jakiegoś uczucia buntu czy niesmaku. Po prostu jest to dziwne. Z jednej strony może chciałbym żeby to wyglądało inaczej, z drugiej strony każdy z nas jest też beneficjentem tego zjawiska – przecież gdyby nie fakt popularności black metalu, to na ten festiwal w ogóle byśmy nie pojechali.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej od Piotra:
TUTAJ

25 stycznia Mono wydaje nową płytę - “Nowhere Now Here”. Z tej okazji udało nam się porozmawiać z Takaakira 'Taka' Goto na temat zmian w zespole, procesie twórczym stojącym za utworami oraz przyszłością zespołu.

*

"Mono" po japońsku, o ile mi wiadomo, oznacza "rzecz", jest czymś co się dodaje do innych słów, takich jak "tabemono". (jedzenie - przyp.red.) Czy tak możemy rozumieć nazwę zespołu? Jeśli nie, to co ona oznacza?

MONO oznacza "jeden". Wybraliśmy tę nazwę jako coś, co jest ponad językami, krajami, kulturą czy rasą, ponieważ wierzymy, że nie ma czegoś takiego jak granice w muzyce.

Niedawno (około sierpnia, września - przyp. red.) pokazałeś nam, że skończyliście pracę nad nowym albumem. Kiedy możemy się spodziewać nowej płyty? I co ważniejsze - czego możemy oczekiwać od nowego albumu?

Po raz kolejny nagraliśmy nasz nowy album ze Stevem Albini. Jesteśmy przyjaciółmi Steva od ponad 15 lat i już pracowaliśmy razem nad wieloma płytami, więc poszło bardzo gładko. Ponieważ to było nasze pierwsze nagranie z nowym członkiem (perkusistą), towarzyszyło nam uczucie świeżości, jakby zespół się odrodził i czujemy, nasze sesje w studio były intensywne jak nigdy wcześniej. Czujemy, że zbliżyliśmy się do naszego ideału w kontekście muzycznej ekspresji i brzmienia.

Planujemy wydanie singli cyfrowych we wrześniu i październiku, a następnie wydanie nowego albumu na początku przyszłego roku.

Wasze poprzednie 2-3 albumy są generalnie bardziej "mroczne" niż reszta waszej muzyki. Czy zamierzacie podążać tą ścieżką?

W zeszłym roku, ze względu na różne problemy, spędziliśmy jeden z najtrudniejszych czasów jako zespół od czasu naszego debiutu. Znaleźliśmy się w ciemności i nie mogliśmy zobaczyć, co było przed nami. Powiedzieliśmy sobie jednak, że "najciemniejsza godzina nocy zawsze poprzedza świt". Rozwiązaliśmy problem z brakującym członkiem zespołu. Muzyka na nowym albumie przedstawia te okoliczności i uczucia.

Jedynym sposobem, w jaki możemy uwolnić nasze zmartwienia i gniew, i odzyskać spokój, jest muzyka.

Twoja muzyka nie zawiera wokalu, z wyjątkiem "The Hand the Holds the Truth” na którym usłyszeliśmy Tetsu Fukagawę  z envy. Czy to jednorazowa rzecz, czy też zamierzacie używać wokali w przyszłości?

Wypróbowaliśmy już coś, czego nigdy wcześniej nie robiliśmy na nowej płycie. Warto na to czekać. [Basistka zespołu udzieliła się wokalnie na pierwszym singlu - 'Breathe'.; Przyp. Red.]

Wasze utwory wydają się bardzo skomplikowane i bardzo dobrze przemyślane. Ja i prawdopodobnie wielu innych chcielibyśmy dowiedzieć się, jak wygląda proces komponowania, pisania tych utworów. Skąd czerpiecie inspirację, w jaki sposób ta inspiracja jest następnie przekształcana w dźwięki?

Komponowanie to proces wchodzenia do twojego serca. Wchodzę głęboko w głąb siebie i zaczynam odtwarzać swoje serce w utworze, wyciągając lśniące, jasne elementy przypominające duszę z szaleńczej ciemności. Jestem “utrwalany” poprzez pisanie utworów. Czuję, że "jest w porządku, abym mógł żyć", "istnieje powód, dla którego nadal jestem kim jestem" i wyrażając te uczucia, że jestem zbawiony przez moje pisanie, czuję, że mogę z pewnością rezonować ze wszystkimi ludźmi na świecie.

To może być trochę dziwne pytanie, ale chciałbym wiedzieć, co sądzisz o waszej muzyce - czy lepiej jest ją przeżyć na żywo, w domu, czy może oba? Pytanie bierze się z tego, że przeżywasz swoje koncerty (we Wrocławiu, z Alcest i pg.lost, świetny koncert!) i jak emocjonalne są wasze występy. Pomyślałem, że przeżywanie waszej muzyki na żywo jest czymś zupełnie innym niż słuchanie jej na CD.

Nie uważamy, że mamy coś takiego jak granica pomiędzy naszymi albumami i koncertem, ponieważ zawsze nagrywamy nasze płyty również na żywo. Oczywiście jakość jest dla nas ważna, ale nie jesteśmy zainteresowani tworzeniem technicznych lub “przeprodukowanych” albumów. Wiemy, że nie potrzebujemy takich rzeczy w najmniejszym stopniu, aby przekazać uczucia i myśli, które chcemy wyrazić. Ale na żywo są elementy wizualne, więc myślę, że muzyka kończy się byciem jeszcze bardziej emocjonalną.

Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ

Przez długie lata norweski Shining kojarzył się metalowcom przede wszystkim ze specyficzną mieszanką metalu, jazzu i industrialu. Na tym zbudowali swoją potęgę, swój dosyć zapalony fanbase i poniekąd estetykę, która nie jest w metalu eksplorowana tak często. Ale panowie są wyjątkowo odporni na sentymenty, więc postanowili wszystko zburzyć i zacząć od nowa. Bo „Animal” to nie ten Shining, który większość z was poznała na „Blackjazz”. Na próżno szukać tutaj awangardowych odjazdów, dominacji saksofonu i pierwiastka tożsamego z muzyką progresywnego. Teraz Norwedzy nastawieni są na czad i prostolinijność hard rocka. Dlaczego tak jest opowiadał nam wokalista, niezmordowany filar formacji – Jorgen Munkeby.

*

Czujesz się bardziej jazzmanem czy metalowcem?

W pewnym sensie czuję się jednym i drugim. Ciężko oszacować, w którą z tych stron ciągnie mnie bardziej. Wiesz, dorastałem z muzyką metalową, miała ona ogromny wpływ na moją muzyczną edukację. Z drugiej strony już w dosyć młodym wieku zacząłem grać jazz i to, jak słychać na naszych płytach, nie pozostało na mnie bez wpływu. Zwłaszcza na „Blackjazz” poczułem się metalowcem i jazzowcem w równym stopniu. A teraz? Nie klasyfikowałbym siebie w żadnej z tych dwóch kategorii. Jestem muzykiem. Tyle.

Wielu fanów i krytyków muzycznych lubi opisywać twoją muzykę jako „awangardową” lub „rewolucyjną”. Jak podchodzisz do takich opinii?

Cóż, tutaj musimy wrócić do „Blackjazz”. Ten album to bardzo duża rzecz. Do niego dopasowałbym określenia, których użyłeś w swoim pytaniu. Ponadto nie jest on łatwy w odbiorze, mówimy w końcu o dosyć intelektualnej porcji sztuki, gdzie wielokrotnie warto doszukać się drugiego dna. Mówiąc w skrócie: jeśli za odnośnik weźmiemy historię muzyki, nie tylko metalowej, to „Blackjazz” jest jak najbardziej rewolucyjny. Spodobał się nam ten kierunek, więc kolejne krążki były w prostej linii jego kontynuacją. Ale z naszym najnowszym materiałem jest inaczej. On także jawi się awangardowym i rewolucyjnym, aczkolwiek w historii Shining. Bo właśnie to wydawnictwo jest pierwszym w naszej historii bez parcia w intelektualną stronę muzyki. Wszystko brzmi prościej i jednoznaczniej, stawiamy przede wszystkim na emocje. Dodałbym nawet, że puszczamy oko w stronę słuchaczy. „Animal” może spotkać się z dobrym odbiorem wśród każdej grupy fanów, tak przyjemna to płyta. Bo właśnie o to chodzi. Silenie się na eksperymenty nie ma nic wspólnego z eksperymentowaniem. Poszukiwanie siebie, odkrywanie nowych ścieżek, tak właśnie rozumiemy szeroko pojęte eksperymentatorstwo. Ale uciekam od istoty pytania. Ludzie klasyfikują naszą muzykę w pewien sposób i spoko, ale nie zajmuje mnie to zbytnio. Sam nie próbuję tego robić.

Wspominasz o dużym ładunku emocjonalnym nowej płyty i uciekaniu od gmatwania jej na siłę. Czy to, że uprościliście formułę i daliście się ponieść jest przyczynkiem do zatytułowania wydawnictwa „Animal”? Sam rozumiesz, zwierzę działa zgodnie z instynktami.

W pewnym sensie. Na nowej płycie za odnośnik wzięliśmy przede wszystkim proste, ludzkie emocje. To jest coś, co łączy każdego człowieka na świecie. W dodatku teksty utworów na „Animal” traktują głównie o umieraniu i śmierci. No, bo właśnie, kto o nich nie myśli bądź nie myślał? Z racji prostszego, lecz dosadniejszego przekazu, nasz nowy krążek nie musi być wnikliwie analizowany. Po prostu dostajesz po twarzy wszystkimi rzeczami, które się w nas kotłują, a co z tym zrobisz, to już twoja sprawa. Jest to ciekawe, zwłaszcza w świecie metalu, gdzie każdy chce być mroczny, inteligentny i mistyczny bardziej niż cała reszta. My idziemy w drugą stronę.

Czy przy komponowaniu „Animal” byliście zdeterminowani, aby pójść w stronę prostszych kompozycji, czy cały pomysł wyszedł raczej spontanicznie?

Skłoniłbym się ku obu z tych wariantów. Oczywiście, naszym celem było uproszczenie formuły w pewnym stopniu, ale z drugiej strony dużo do myślenia dały nam nasze koncerty. Niezależnie od tego, jakie kawałki na nich graliśmy, wymiana energii z fanami była niesamowita. Wszystko zdawało się być tak szczere, surowe i niesamowite, że chcieliśmy przenieść ten element na płytę studyjną. Prawdopodobnie to był główny bodziec decydujący o kierunku artystycznym „Animal”. Zauważyliśmy też, że taki sposób tworzenia przychodzi nam znacznie lżej, więc mamy ciastko i zjadamy ciastko. Fani dostają pakiet kawałków, które są idealne na koncerty: można machać głową, pięścią, nucić i wszystko inne, a my czujemy ogromne pokłady przyjemności przy ich tworzeniu. Bardzo nam się taki układ podoba. Jednak jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć. Mimo to, że świetnie nam się te kawałki pisało, bez wahania mogę stwierdzić, że żadnej swojej płycie nie poświęciłem tyle czasu Żadnej nie dopieszczałem tak długo, żadna nie wymagała ode mnie takiego wkładu. To tylko potwierdza, jak wiele zespołowi dał „Animal”. Zarówno duchowo, jak i pod kątem kariery, ścieżki, którą podążamy. W sumie zabawna sprawa. Potrzebowałem tylu lat i tylu następczyń „Blackjazz”, by w końcu zrozumieć, jak wiele znaczy dla mnie prostsza muzyka. Oczywiście nie myśl teraz, że deprecjonuję te płyty, bo wciąż je kocham i mam konkretne dreszcze wykonując je na żywo. Po prostu w życiu zawsze przychodzi moment na zmiany. U nas przyszedł właśnie teraz.

Pragnę zauważyć, że „Animal” to siedlisko wspaniałych melodii i bardzo chwytiwych melodii, planujecie pilotować tę ścieżkę w przyszłości?

Wiesz co, nie mam bladego pojęcia. Zwyczajnie nie mam. Mimo to, jeśli rzucisz okiem na całą naszą dyskografię i historię stojąca za zespołem, możesz już sam wymyślić sobie odpowiedź. „Zmiana” to pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl przy opisywaniu naszej muzyki. Nagrywaliśmy już naprawdę różne rzeczy i zamiast wybierania bezpiecznej ścieżki, gwałtownie z niej zbaczaliśmy. I nie robimy tego, bo tak sobie planujemy w biurze, wszystko wynika z potrzeby serca i własnej satysfakcji. Takową osiągnęliśmy przy nagrywaniu „Animal” i mam nadzieję, że przyszłość również będzie tak samo owocna.

A myślisz, że właśnie dzięki „Animal” Shining może zjednać sobie legiony zupełnie nowych fanów?

Pewnie, definitywnie. Zauważam to nawet teraz, na koncertach, kiedy widuję zupełnie innych ludzi niż w przeszłości. Fani podchodzą do nas i mówią, że wcześniej totalnie nie mieli pojęcia o bycie pod nazwą Shining, a teraz nie mogą przestać nas słuchać. Nie ukrywam: cieszy mnie to niezmiernie. Oczywiście, w przyszłości możemy grać inaczej, fani odejdą, pojawią się nowi, trudno. Gramy przede wszystkim dla siebie, ale jeśli znajduje się grupa osób, której sprawiamy tym przyjemność, to nic, tylko być zadowolonym z dobrze zrobionej roboty.

Wprawdzie wasza nowa płyta jest zupełnie inna, ale ludzie od niepamiętnych czasów lubią wpychać was do szufladki z napisem „progresywny metal”. Jak ci się to widzi?

W ogóle nie przepadam za tą etykietą, moim zdaniem jest ona bardzo błędnie interpretowana. A co do tej stylistyki? Fanem nie jestem, rzadko kiedy słucham, choć miałem w młodości okres, gdzie Dream Theater byli moim życiem. Ale to było kiedyś. Uważam, że tzw. „metal progresywny” raczej zbyt progresywny nie jest. No, bo nie powiesz mi, że rozwój danej kapeli stoi pod znakiem zwiększania częstotliwości solówek i łamania rytmu. Zgadza się, to bardzo techniczna muzyka, ale czy progresywna? Nie do końca. Dzięki, postoję. Poza tym, my nigdy nie staliśmy nawet obok metalu progresywnego. No, chyba, że mieszankę metalu i jazzu ludzie uznają za prog metal. Cóż, ja nie.

Wcześniej wspomniałeś, że już ogrywacie nowy materiał na koncertach. Masz na „Animal” ulubioną piosenkę do gry na żywo?

Cóż, na koncertach gramy różne kawałki z płyty, a setlistę zmieniamy całkiem często. Na razie ciężko mi powiedzieć, które utwory budzą we mnie największą satysfakcję podczas gry na żywo. Może tytułowy? Sam nie wiem, czas jeszcze pokaże, bo to jednak wciąż jest dla nas bardzo świeża sprawa. Mimo tego, już wiemy, że ta płyta obije się szerokim echem wśród słuchaczy. „Animal” już teraz jest najpopularniejszym kawałkiem Shining, na Spotify ma znacznie większą ilość odtworzeń od całej reszty. To niewątpliwie napawa dumą.

OK. No, na sam koniec zapytam czy słyszałeś już najnowszy materiał szwedzkiego Shining (śmiech)?

Nie słyszałem, średnio za nimi przepadam.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza: TUTAJ

Przy okazji premiery „Arson”, czwartego albumu studyjnego Austriaków z Harakiri for the Sky porozmawialiśmy z Matthiasem Sollakiem, kompozytorem i instrumentalistą grupy o procesie twórczym, okładkach i nie tylko.

Wywiad przeprowadzony został w styczniu 2018.

*

Na początek powiedzcie, dlaczego Harakiri for the Sky? O co chodzi z waszą nazwą?

O pochodzenie nazwy powinieneś teoretycznie zapytać naszego wokalistę Michaela, który ją wymyślił, ale pytanie to zadawano nam już tyle razy, że na szczęście ja też znam odpowiedź! Nasz wokalista zawsze próbował określić uczucie kiedy umierasz i wydaje ci się, że spadasz, ale zamiast tego – lecisz. To osobliwa metafora “zabicia się i wznoszenia”.

Miałem okazję posłuchać “Arson” przed naszą rozmową, absolutnie powalająca płyta. Jak waszym zdaniem różni się od waszych poprzednich dokonań?

Dla mnie największą różnicą był przebieg sesji nagraniowej. Wykorzystaliśmy akustyczną perkusję, nie podkręcaliśmy jej brzmienia w studiu, zatrudniliśmy sesyjnego perkusistę – to również było dla nas nowe doświadczenie. Był nim Krimh z Septicflesh i świetnie wywiązał się ze swojego zadania – na płycie słyszysz dokładnie to, co zagrał. Dzięki temu “Arson” brzmi bardziej organicznie.

Gdyby pokusić się o podsumowanie ewolucji waszego stylu, nie sposób nie zauważyć zmian, które nastąpiły przy okazji “III: Trauma” jeśli chodzi o jakość produkcji, porzuciliście szorstki sound na rzecz delikatności. Zamierzacie pozostać przy brzmieniu, które wypracowaliście na “III:Trauma”?

Pierwsze dwie płyty (“Harakiri for the Sky” z 2012 r. i “Aokigahara” z 2014 r., przyp. S.G.) nagrałem domowymi sposobami, zupełnie samodzielnie. Gdy zaczęliśmy pracować w studiu nasza muzyka w naturalny sposób nabrała przejrzystości i zaczęła brzmieć “profesjonalnie”. Do tej jakości aspirujemy.

W swoich tekstach dotykacie dość skomplikowanych i wymagających subtelnego ujęcia tematów takich jak depresja, samotność, pustka egzystencjalna, macie nawet wers, w którym wprost śpiewacie “fuck this life”. Skąd u was taka tematyka?

Nasz wokalista jest moim bliskim przyjacielem od niemalże 10 lat i zapewniam cię, że jego teksty i rzeczy, o których opowiada, nie mają w sobie nic ze stereotypowych, generycznych bzdur, o których śpiewają inne kapele. Te tematy są mu niezwykle bliskie, on przeżył te rzeczy i potrafi ująć swoje doświadczenia w bardzo uczciwy sposób. Rzecz w tym, że swoje osobiste, indywidualne przeżycia opisuje przy pomocy różnych metafor, żeby więcej ludzi mogło się identyfikować z emocjami, które przeżywał. Utwór, o którym wspomniałeś został napisany w kilka tygodni po samobójczej śmierci jego przyjaciela – Michael skanalizował swoje emocje w piosence. Niekiedy nawet ja sam utożsamiam się z jego tekstami – są tak autentyczne i uniwersalne.

Kto jest autorem okładek waszych płyt, w jaki sposób te obrazy łączą się z waszą muzyką?

Pierwsze trzy okładki wykonał Tristan z Austrii, nasz przyjaciel. Na nowym albumie chcieliśmy spróbować nowego podejścia i zatrudnić profesjonalistę, okazała się nim być artystka z Czech. Przedstawiliśmy jej surowy zarys i nasz pomysł na treść okładki, ale sposób wykonania pozostawiliśmy jej własnej intuicji. Kolejną sprawą była oprawa graficzna książeczki – do każdej piosenki wykonała wyjątkowy rysunek, kierując się jedynie muzyką i tekstami utworów. Obserwowanie jak nasza muzyka wpływa na innych ludzi było bardzo ciekawym doświadczeniem.

Gdybyście mieli wybrać jeden zespół, z którym możecie zagrać – kto by to był?

Jeśli zależałoby to od muzyki, którą lubię, to chciałbym zagrać z Katatonią, Daylight Dies lub Woods of Desolation. Zabawne, że na tej trasie będziemy grać z DOOL, to naprawdę dziwne połączenie, niemniej wydaje mi się, że bardzo interesujący będzie koncert na którym dwa bardzo różne od siebie zespoły starają się wykreować podobny nastrój. Podobnie to wygląda jeśli chodzi o trasę z Rome i Draconian. Nie chodzi o to, żeby grać z zespołami, które lubisz, ale tymi, dzięki którym stworzycie na koncercie niezwykłą atmosferę.

Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ

W dwa lata po premierze wyśmienitych „Królów życia” Maciej Krzywiński ani myśli, by zwalniać tempo. Już od kilku tygodni na rynku dostępna jest nowa biografia jego autorstwa – „Zgniła zieleń”, na kartach której autor bardzo dogłębnie przedstawił historię Type O Negative, Carnivore i innych projektów Petera Steele. Z tej okazji porozmawialiśmy z nim na temat książki i nie tylko.

Wywiad przeprowadzony w kwietniu 2017.

*

Czym różni się Maciek, który wiele lat temu po raz pierwszy przesłuchał Type O Negative od Macieja, który napisał o nich książkę?

Wiekiem.

Niczym oprócz wieku?

Włosów mi trochę ubyło, ale na szczęście wciąż mam żel, zmarszczek za to przybyło, lecz przede wszystkim mam szerszą perspektywę, która pozwoliła mi się za tę książkę zabrać. Poza tym kiedy pierwszy raz miałem styczność z Type O Negative, nie powaliła mnie ich oferta muzyczna. Powodem było zetknięcie z „October Rust”, którą do dzisiaj uznaję za swój najmniej ulubiony album grupy Steele’a. Poza tym byłem wtedy zwyczajnie zbyt słaby, aby pisać książki. Recenzje też, ale nie powstrzymało mnie to przed popełnianiem takowych.

Pod pewnymi względami jesteś więc bogatszym człowiekiem. Kiedyś nie dostawałeś gróźb karalnych, a obecnie możesz pochwalić się wieloma. Czy takie otwarte deklaracje zrobienia ci krzywdy łechtają ego?

Aż tak źle chyba ze mną nie jest. Ego może mi połechtać pozytywna opinia żony na temat przyrządzonego przeze mnie obiadu, a nie upstrzona błędami ortograficznymi wiadomość od czternastoletniej fanki Nightwish, która chciałaby mi wymierzyć karę cielesną. Mimo to zarówno pochwały, jak i krytyka wymierzone w stronę moich tekstów są dobre. Przecież najgorsza jest obojętność. Poza tym nie przesadzajmy już z tymi „wieloma”. Wszystkie te pogróżki mógłbym wyliczyć na palcach dwóch rąk. Pozwolę sobie dodać, że żadnej z nich nie zgłaszałem do prokuratury.

A jak wygląda sprawa z pozytywnymi opiniami odnośnie twoich tekstów? Nie zwracasz na nie uwagi, czy lubisz przeczytać od czasu do czasu miłe słowo odnośnie swojego artykułu?

Nie tyle nie zwracam na nie uwagi, co traktuję z dystansem. Żyjemy w epoce cyfryzacji i większość tych pochlebnych głosów jest w gruncie rzeczy anonimowa. Trudno sobie brać takowe do serca. Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że nie przeczytałem żadnej recenzji swojej poprzedniej książki, ale generalnie nie warto podniecać się cudzymi opiniami. Dla zdrowotności. I nie chodzi mi o to, że jestem nieomylny i odporny na wszelką krytykę, ale jeżeli sam nie jesteś przekonany do wartości swojego dokonania – niezależnie od tego, czy mówimy o książce, czy o pasztecie z królika – to chyba nie powinieneś wychodzić z nim do ludzi. Dodam jednak na marginesie, że kiedy podczas Metalmanii wraz z InRockową ekipą stałem na stoisku ze „Zgniłą zielenią”, podchodzili do nas różni starsi metalowcy z cokolwiek nieciekawymi wyrazami twarzy. Aż się człowiek zastanawiał: „Czy on chce mi przyjebać za tę negatywną recenzję Protector?”. Na szczęście mimika okazała się zwodnicza. Ludzie byli bardzo przyjacielsko nastawieni i obeszło się bez rękoczynów.

O tych „nieciekawych” dżentelmenach wspominał Krzysztof Słyż – szef Arachnophobia Records. Ponoć przy jego stoisku dochodziło do nieprzyjemnych wymian zdań.

Przeczytałem o tym na Krzysztofowym Fejsie. Świetna narracja swoją drogą, niezagospodarowany talent literacki, przynajmniej w małych formach. W naszym przypadku było lepiej. Ludzie odwiedzający stoisko InRocka wykazali się wyższym poziomem savoir-vivre’u. Chociaż nie ukrywam, że robiliśmy zakłady, czy ktoś przypadkiem nie będzie chciał po ósmym piwie zwrócić śniadania na książki. Nie stało się tak, i dobrze, bo śniadanie to, jak wiadomo, najważniejszy posiłek całego dnia.

Jak oceniasz tegoroczną edycję Metalmanii? Czy podzielasz zdanie uczestników, którzy na tej imprezie wyczuli powrót – jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało – metalowego ducha z pierwszych edycji festiwalu?

Atmosfera festiwalu była bardzo dobra, temu nie mogę zaprzeczyć. Niektóre zespoły, które wzięły w nim udział, lubię i poważam, choć uważam, że duża scena była trochę za bardzo zanurzona w sentymentach. Spośród weteranów Coroner dał jeden z najlepszych koncertów wieczoru, ale dla odmiany Tygers of Pan Tang, Samael albo Moonspell to nie była moja bajka. Dwie ostatnie formacje robiły za główne gwiazdy festiwalu, chociaż od lat nie wydały znaczących albumów. Może zawdzięczały ten przywilej temu, że swoje sety oparły na repertuarze ze swoich tzw. klasycznych płyt. Wprawdzie za duże nadużycie uznaję nazywanie jakiegokolwiek materiału Moonspell „klasycznym”, ale to temat na inną opowieść. W każdym razie wydaje mi się, że tegoroczna edycja festiwalu miała na celu wybadanie gruntu pod względem frekwencyjnym, więc po części jestem w stanie zrozumieć nieco asekuracyjne propozycje. Nie zapominajmy jednak o małej scenie. Zespoły zebrane właśnie na niej zagwarantowały najlepsze koncerty, a w dodatku mogą one poszczycić się twórczą formą wyższą niż niektórzy weterani, których poczynania w sobotę obserwowały tysiące osób. Chociaż – bądźmy szczerzy – nagranie lepszego materiału od tych, którymi ostatnio raczą nas Moonspell, Samael czy nawet Sodom, nie jest jakąś wielką sztuką. Większość grup z małej sceny żyje i się rozwija, a część tych z dużej od lat już tylko wegetuje. A co do wskrzeszenia „metalowego ducha” ze starych lat… Nie wiem. Szczerze mówiąc, średnio mnie to zajmuje.

Wspomniałeś o Samael, co daje pretekst do rozwinięcia innego tematu: eksperymenty w metalu. W jednym ze swoich felietonów opublikowanych na łamach Metal Hammer broniłeś kapel, które usilnie próbowały wyswobodzić się z tłocznego metalowego światka. Nie uważasz jednak, że Samael i masa im podobnych kapel wręcz zatonęły w swojej rewolucji i ciężko się ich słucha?

Samael zdecydował się na woltę o tyle interesującą, że z radykalnej – zwłaszcza jak na początek lat dziewięćdziesiątych – i surowej kapeli blackmetalowej przeistoczył się w to… W to, co robi teraz. Faktycznie, kiedy lata temu swoją stylistykę zmiksowali z brzmieniami syntezatorowymi, a nieco później i z automatem perkusyjnym, mogło się to wydawać czymś niespotykanym. Rzecz w tym, że od prawie dwóch dekad Szwajcarzy są jak najdalsi od eksperymentów i trudno mówić o jakiejkolwiek ewolucji ich stylu, a co dopiero rewolucji. Wprawdzie kiedy rozmawiałem z Vorphalackiem, zapewniał mnie, że nowa płyta będzie sumą wszystkich doświadczeń skumulowanych pod szyldem Samael, ale chyba się na to nie nabiorę. Przed premierą poprzedniego albumu mówił to samo.

Czy któreś z tych kapel, które ostentacyjnie pokazały fanom środkowy palec w drugiej połowie lat 90., zaskarbiły sobie twoją sympatię? Wracasz do takowych?

Kiedyś o tym rozmawialiśmy. I nie, nie wskażę tutaj „Host” Paradise Lost (śmiech). Pokuszę się za to o wspomnienie „Diabolus in Musica” Slayer, co chyba też cię nie zdziwi. Tak na marginesie, to, wbrew obiegowej opinii, Slayer wcale nie tłukł przez lata wariantów tej samej wściekle rozpędzonej piosenki. Przynajmniej przez pierwsze dwie dekady działalności wciąż modyfikowali swój styl, no bo nikt mi nie wmówi, że „Show No Mercy” przypomina „Hell Awaits”, „Reign In Blood” – „South of Heaven”, a ta ostatnia – „Diabolus In Musica”. Każdy z wymienionych albumów był inny, każdy charakteryzował się nieco odmiennymi składowymi, chociaż nieposkromiona agresja była elementem, który je wszystkie spajał. „Diabolus in Musica” to nieco bardziej radykalny zryw i odejście od klasycznego rdzenia ich muzyki, aczkolwiek uważam ten album za jeden z najlepszych powstałych pod szyldem Slayer. Dodam jeszcze – co niesamowicie mnie boli – że jest wielokrotnie lepszy od „Repentless”, który miał być chyba reanimacją starego ducha tej formacji. Niestety, ta płyta nie ma w sobie nawet połowy gniewu cechującego „Diabolus…”. Nie zrozum mnie źle – lubię ją. Zresztą każdą płytę Slayera lubię. Na tym polu jestem bardzo daleki od obiektywizmu.

Wspomniałeś o tym, że „Repentless” mogło być próbą reanimacji oldskulowego ducha Slayer, ale zapomniałeś dodać, że symbolicznym pochówkiem zespołu chyba również. Moim zdaniem, nie nagrają już następnego materiału.

Różnie z tym może być. Kerry King zapewnia, że materiał na kolejny album jest już w fazie przygotowań i że na pewno zostanie wydana jeszcze jedna płyta. Sam na to liczę.

Chociaż na chwilę poruszmy temat „Zgniłej zieleni” (śmiech). W obu biografiach twojego autorstwa frontmani omawianych w nich kapel wręcz przytłaczali resztę składu swoją charyzmą. Nie uważasz, że deprecjonowanie zasług pozostałych członków zarówno Faith No More, jak i Type O Negative jest dosyć krzywdzące?

Tak i nie. W tych dwóch zespołach sytuacja na linii frontman-reszta składu wyglądała nieco inaczej. Trzon Faith No More od zawsze stanowił tercet Gould-Bordin-Bottum. Jak sam dobrze wiesz, bez Pattona w szeregach zespół nagrał dwie pierwsze płyty, a na tej przełomowej – „The Real Thing” – gdzie Mike był już wokalistą, jego praca ograniczała się jedynie do dopisania tekstów i melodii wokalnych. Na pozostałych albumach Faith No More Patton też nie był wiodącą siłą twórczą. W Type O Negative natomiast Steele od początku do końca rządził. Mimo zaledwie jednej zmiany składu w całej historii zespołu, to niezmiennie on odpowiadał za całą muzykę i teksty. Już choćby dlatego rozkład sił w obu zespołach był diametralnie odmienny. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że pozostali członkowie Type O Negative byli do bani. Wręcz przeciwnie, oni – jak powiedziało mi kilka osób z otoczenia zespołu – dawali liderowi wsparcie na poziomie czysto życiowym, co jest przecież ważniejsze od nutek. A poza tym Josh Silver był odpowiedzialny za produkcję płyt kapeli, co również jest warte wspomnienia.

Mike Patton, o którym wspomniałeś wcześniej, ma wśród swoich wielbicieli opinię świętej krowy. Że niby taki Midas – czego nie dotknie, to zamienia się w złoto. Nie uważasz jednak, że nieludzka ilość pochwał nad licznymi projektami Pattona jest nieco przesadzona? Bądźmy szczerzy, gość ma na swoim koncie parę niewypałów.

Nie zgodziłbym się z tobą do końca co do tych niezliczonych pochwał. Natknąłem się na negatywne jak i neutralne recenzje jego dokonań. Jak pewnie wiesz, nawet ostatni album Faith No More spotkał się z mieszanym odbiorem. Myślę, że wpływ na entuzjastyczne opinie może mieć środowisko, z jakiego wywodzą się Patton i Faith No More właśnie. Kiedy członek rockowo-metalowego składu wyskakiwał z materiałem zupełnie odbiegającym od gitarowej muzyki, mógł uchodzić za nowatora, którym w rzeczywistości wcale być nie musiał. Dzisiaj już takie mariaże nikogo nie zaskakują i to może właśnie dlatego o Pattonie jest nieco ciszej, niż zazwyczaj. A tak nawiasem mówiąc, Mike’owi najlepsze rzeczy wychodzą z reguły wtedy, kiedy działa przy wsparciu wyjątkowo wyrazistych osobistości. Tak jest w Faith No More i było choćby w Mr. Bungle.

Wbrew pozorom, Faith No More i Type O Negative łączy kilka rzeczy. Pomijając już sam fakt, że obie kapele dzielnie zniosły próbę czasu, ich muzyka raczej nie trąci myszką. Mimo to, ci pierwsi byli dosyć ciężkim do sklasyfikowanie bytem, a „zielonych” po dziś dzień ochoczo wpycha się do szuflady z napisem „gotycki metal”. Czy twoje pierwsze zetknięcie z tym gatunkiem zaowocowało odrazą doń równie wielką, co teraz?

Owszem (śmiech). Właśnie dlatego tym bardziej sądzę, że klasyfikowanie muzyki Type O Negative jako gotyckiego metalu jest bardzo krzywdzące. Jak wiadomo, zespół wyrastał z nowojorskiej sceny hardcore punka, a do swojej muzyki dodatkowo przemycali wpływy tradycyjnego hard rocka w duchu Black Sabbath, a czasem Deep Purple – to za sprawą Josha akurat – The Beatles, a nawet pierwotnego szorstkiego industrialu, do tego dochodziły inspiracje popem. Podczas gdy Teatry Tragedii tego świata miały pomysł na muzykę płaski jak biust czarownicy, Steele czerpał, skąd się tylko dało. Bo jak mawiał, kraść trzeba od najlepszych. Te wszystkie formacje gotycko-metalowe najczęściej starały się tymczasem klecić para-metalowe riffy i kreować dosyć naiwny klimat na klawiszach. No i te wokalistki, które znacznie lepiej niż na sesjach nagraniowych poczynały sobie na sesjach fotograficznych, a i to nie było regułą, bo jak się jedna z drugą ubrały w te czarne firany, to bywało, że najsztywniejsze wzwody miękły. Jednakowoż faktem jest, że Type O Negative na pewien czas ulegli tej gotyckiej konwencji, czego dowodem „October Rust” – chyba najbardziej rozpoetyzowany (w złym tego słowa znaczeniu) i wysoce koniunkturalny materiał.

Temat niewłaściwego przekuwania wzorców również jest ciekawy. Można go przełożyć zarówno na współczesny prog-metal, gdzie prędkość solówek przesłoniła bogactwo muzycznych krajobrazów albo thrash metal w wykonaniu młodych kapel, które nie chcą chłostać, tylko ciąć jak najszybsze riffy.

Moim zdaniem muzycy dzielą się na imitatorów i kontynuatorów. Ci pierwsi są zainteresowani środkami do celu, a ci drudzy celem jako takim. Przykładem kontynuowania czyjegoś – w tym wypadku Slayera – dziedzictwa może być death metal. Wiadomo, że ten zespół miał niebagatelny wpływ na narodziny death metalu, aczkolwiek jego wynalazki były jedynie narzędziami w rękach rozwścieczonych deathmetalowców, przynajmniej tych najzdolniejszych. Bo jak mawiał i Morbid Angel, i Bóg na niebiesiech: „Kto ma uszy, niechaj słucha”. No i pojętni usłyszeli wystarczająco dużo, by tworzyć po swojemu.

Jeśli już mowa o czyimś dziedzictwie przekładanym na nowe i jeszcze bardziej zaawansowane, pragnąłbym przełożyć to na nowoczesną scenę crossover thrash metalu. Świetnym tego przykładem ostatni krążek Power Trip – wpływy są wręcz namacalne, ale przepis na wpierdol podany w sposób wciąż obezwładniający słuchacza.

Zgadzam się – Power Trip nagrał dobrą płytę. Nie mogę jednak powiedzieć, bym z zapartym tchem śledził wszystko, co opatrywane jest tagiem „crossover thrash”. Na pewno wolę konwencję uprawianą przez Power Trip od oblicza crossoveru w bandanach, o tych wszystkich Bonded By Bloodach i Havokach nie wspominając.

Na sam koniec poruszmy temat twojej radiowej audycji – „Krzywo i nie na temat”. Prowadzisz ją już pół roku.

Nie, po dwie godziny co środę. Ale faktycznie pierwszą wyemitowaliśmy z pół roku temu. Cóż, jest to całkiem miłe zajęcie. W dodatku zupełnie odmienne od pisania. Otóż gdy podczas nawijania na antenie w pewnym momencie się wyłożysz, każdy to słyszy. Nie poprawisz zdania za pomocą klawisza „backspace”. Nie cofniesz czasu. Ma to swój urok i daje motywującego kopniaka.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Michał miał okazję dać upust swoim ejtisowym fascynacjom, rozmawiając z jednym ze swoich ulubionych twórców synthwave’owych dźwięków, czyli Williamem Malcolmem, odpowiedzialnym za projekt Nightrun87. Na naszej stronie znajdziecie również recenzję jego ostatniego mini-albumu- „Video Girl”. Tymczasem poniżej Kraków rozmawia z Sopotem o VHSach, kasetach, nostalgii i dziewczynach.

Z Malcolmem rozmawialiśmy pod koniec 2016 roku.

*

Jesteśmy niedługo po premierze Twojego ostatniego wydawnictwa zatytułowanego „Video Girl”. Jakie jest jego przyjęcie?

Bardzo pozytywne! Otrzymałem mnóstwo korzystnych komentarzy od słuchaczy i widzów teledysku. Dużą zasługą tego jest niewątpliwie fakt, że album jest na tyle zróżnicowany, że niemal każdy jest w stanie znaleźć dla siebie coś interesującego.

Rok 2016 był pracowitym dla Ciebie okresem. Na początku roku ukazało się „Starships”, potem współpracowałeś z Tranquilizer, z którymi nagrywałeś i koncertowałeś, a w końcu możemy słuchać „Video Girl”. Coś pominąłem?

Te bardziej przyziemne sprawy, mam tu na myśli przeprowadzkę i remont..haha

Jak przy tylu różnych projektach i ciągłym nagrywaniu muzyki znajdujesz czas na cokolwiek poza nią?

Kocham tworzyć, nagrywać i bawić się muzyką i tak też spędzam większość swojego czasu. Poza tym jestem fanem amerykańskiej popkultury m.in.  amerykańskich komiksów, horrorów z lat 80’tych. Odpoczywam też chętnie przy grach Nintendo.

Nie jest żadną tajemnicą, że oprócz muzycznej nostalgii jesteś również fanem klasycznych i kultowych już filmów z ubiegłego wieku. Masz gdzieś wciąż zachowany odtwarzacz VHS, czy wybrałeś jednak DVD?

Kilka lat temu przeszło mi przez myśl, żeby zamienić wszystkie posiadane przeze mnie video na format DVD albo Blu-Ray. Mam całkiem sporą kolekcję video, zajmuje więcej miejsca na półkach niż DVD.  Niemniej jednak jakość obrazu i dźwięku jest gorsza, ale video ma coś czego DVD nigdy nie będzie miało – “duszę”. Nic nie zastąpi klimatu starego topornego pudełka video, z epicką okładką i cytatem z filmu typu: “The good news is your dates are here. The bad news is….They’re dead”!

Kim jest ta tajemnicza Video Dziewczyna?

Video Dziewczyna jest zainspirowana motywem z mangi pt. Video Girl Ai, który opiera się na uczuciach człowieka do wirtualnej postaci.  Temat jak i jego szerokie możliwości do interpretacji spowodowały, że postanowiłem go wykorzystać w swojej twórczości.

Przy okazji „Video Girl” współpracowałeś z dwiema Paniami o pięknych głosach: Marthsia i Wiosną. Czy pisząc utwory ‘Video Girl’ i ‘Enjoy’ na których się pojawiły, myślałeś już o tym, że to one w tych kompozycjach się pojawią, czy może ta kolaboracja wynikła później?

Od początku pisałem “Enjoy” z myślą o duecie z Wiosną i na szczęście się zgodziła. “Video Girl” powstało z początku jedynie z moim wyobrażeniem damskiego głosu. Wiedziałem czego szukam i kiedy tylko Marthsia wysłała mi demo z próbkami swojego głosu, wiedziałem, że jest to głos jakiego potrzebuję. Mam nadzieję, że będę miał okazję współpracować z Marthsią i Wiosną przy kolejnych projektach muzycznych.

Utwór ‘Get Off The Train’ powstał wcześniej niż reszta materiału. Dlaczego zdecydowałeś się go umieścić na tym wydawnictwie?

‚Get Off The Train’ miał trafić na mój pierwszy album ale po przesłuchaniu całego materiału zdecydowałem, że za bardzo odbiega od reszty. Tak samo nie pasował do albumu “Starships”. Miałem pomysł, żeby go wydać jako singiel ale mniej więcej w tym samym czasie zacząłem pracę nad “Video Girl” i tam ostatecznie znalazł swoje miejsce.

Wraz ze wzrostem popularności synthwave’u widzi się coraz większe zainteresowanie kasetami jako nośnikami muzyki. Czy Twoim zdaniem jest to spowodowane wyłącznie nostalgią, czy może oferuje ona coś czego nie mają inne nośniki?

Podobnie jak z video, kasety magnetofonowe mają “duszę”. Jest w tym też sporo nostalgii, która wiąże się z samą koncepcją synthwave’u, klimatem jak i charakterem tego rodzaju muzyki. Kasety zmieniają też jakość utworów potęgując klimat lat 80! Nie mogło obyć się bez nich.

Jakie masz muzyczne plany na 2017?

Już od roku zbieram pomysły i natchnienie na duży LP. Wracam do studio na początku stycznia i już trwają rozmowy z innymi muzykami, wykonawcami i producentami z którymi chciałbym współpracować przy kolejnej produkcji. Do tego koncerty i występy live są w planach. Będzie pracowity nowy rok.

GosT czy Perturbator? Kto w tym roku rozdał karty?

John Carpenter z albumem Lost Themes II!

Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

Zbigniewa „Inferno” Promińskiego, jednego z najbardziej cenionych polskich perkusistów, nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Przyczynkiem i głównym tematem naszej rozmowy była niedawno wydana płyta Azarath – „In Extremis”, ale zahaczyliśmy też o malarstwo ze snów i koncerty.

Wywiad został przeprowadzony w kwietniu 2017.

*

Chciałbym zacząć od najbardziej oczywistego pytania. Na „In Extremis” musieliśmy czekać aż sześć lat. Biorąc pod uwagę stronę organizacyjną, wszystkie wasze zobowiązania poza Azarath i inne komplikacje, również zdrowotne – jest to raczej zrozumiałe od strony, ujmijmy to, organizacyjnej. Co jednak musiało się wydarzyć, oprócz przezwyciężenia tych trudności, aby ta płyta powstała?

Zbigniew Promiński: Ta płyta jest, tak jak i poprzednie, odzwierciedleniem tego, co nam w duszach gra. Nas nic tak naprawdę nie goni i nie spieszy, nie ma żadnej presji. Nagrywamy wtedy, kiedy uznamy, że to jest właśnie ten moment. Nie musimy się takimi rzeczami przejmować, a i tak uważam, że ten odstęp czasowy nie jest aż tak wielki, w międzyczasie zagrałem mnóstwo tras, udało się nagrać nowy album Witchmaster, udało się pochorować i wyzdrowieć.

Czyli przyczynkiem do powstania tej płyty były jakieś wasze konkretne przeżycia i chęć wyrażenia artystycznie powstałych przy nich emocji?

Zawsze się tak dzieje i te dźwięki, które snują się gdzieś tam po głowie wychodzą na zewnątrz i mamy to, co mamy.

Deklarowaliście, że „In Extremis” to w pewien sposób powrót do korzeni. Zmieniliście nieco kierunek muzyczny, w którym podążaliście na „Blasphemer’s Maledictions”. W moim odczuciu te dwie płyty nie są aż tak diametralnie różne od siebie, nie ma znaczącej wolty stylistycznej, cały czas brzmicie jak Azarath. Czym w twoim odczuciu ten powrót do korzeni się wyraża i czy się udał?

Przede wszystkim muzyka musi się nam podobać, to jest najważniejsze i nie sugerujemy się niczym, czy jest to jakiś powrót do korzeni, czy nie.. Ciężko mi też porównywać te dwa albumy. Był to zupełnie inny okres w życiu, zupełnie inne emocje, a to one mają największy wpływ na te sprawy.

A kiedy dokładnie powstawało „In Extremis”?

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Nie była to praca ciągła, pracowaliśmy tzw. blokami czasowymi. Tak samo sesja była rozłożona w czasie, jeśli się nie mylę, od marca do listopada 2016 roku.

Pracowaliście nad płytą spotykając się i ogrywając materiał na próbach czy korespondencyjnie?

Różnie, ten pierwszy etap jest najbardziej korespondencyjny, kiedy powstają pierwsze zalążki utworów. Gdy powstaną trzy-cztery pierwsze jasno nakreślone numery, wtedy spotykamy się i pracujemy dalej nad resztą – mam tu na myśli gitary i bębny, bo teksty tak naprawdę powstają, kiedy konstrukcje utworów są już całkowicie zamknięte.

Na tym albumie wzięliście na warsztat tematykę samej śmierci – z jednej strony umiarkowanie kreatywnie, gracie było – nie było, death metal, z drugiej – podeszliście do tego w trochę inny sposób, analizując to zagadnienie z punktu widzenia różnych kultur. Skąd pomysł, aby ująć to w ten sposób?

Powiem ci, że jeśli chodzi o pisanie tekstów, to jestem fatalny. Staraliśmy się znaleźć do tego odpowiednią osobę w postaci Grega(Malahida – przyp. Z.P.), który odpowiedzialny jest za połowę tekstów, drugą połowę napisał Marek (Marek „Necrosodom” Lachowski – przyp. red.) i są to już rzeczy bardziej w jego stylu. Razem współpracowali i wszystko ze sobą konsultowali, tak aby tworzyło to spójną całość. Rozmawialiśmy dużo na ten temat, o tym, które rzeczy są ciekawe i nie były wcześniej za bardzo eksploatowane. Mam na myśli chociażby kult Aghori z Varanasi w Indiach, zagadnienia z tybetańskiej księgi umarłych czy Liber ABA Crowley’a.

Ten temat chciałem właśnie pociągnąć, bo tematyka hinduistyczna nie jest zbyt często wykorzystywana w muzyce metalowej. Zdarzała się w twórczości Impaled Nazarene, jest Cult of Fire, na naszym rodzimym gruncie Thunderwar dotykali tej tematyki, ale poza tym jest to raczej rzadka tematyka. Skąd pomysł na te wątki?

To tak naprawdę wyszło bardzo konkretnie od Grega, ponieważ w jakiś sposób udziela się w polskim oddziale O.T.O. (Ordo Templi Orientis – przyp. red.) i sam zaproponował, aby sięgnąć w tę stronę. Pomyślałem – czemu nie, skoro eksploatuje się dzisiaj na maksa wszystkie te tzw. świecznikowe historie. Moim zdaniem wyszło bardzo dobrze, świetnie koresponduje z muzyką i tworzy obraz całości. To samo tyczy się okładki.

Autorką okładki, z tego co wiem, jest twoja małżonka?

Zgadza się.

Pewnie nie będę teraz oryginalny i słyszałeś to już dziesiątki, jeśli nie setki razy, ale moje pierwsze skojarzenie to obraz AA72 Zdzisława Beksińskiego. Okładka powstała specjalnie na potrzeby płyty, czy wybraliście po prostu jeden z obrazów, które namalowała twoja żona?

Na potrzeby płyty. Okładka powstawała pół roku, jest to obraz 1×1 metr na płótnie, malowany techniką olejną. W kontekście kompozycji istotną inspiracją był szpaler zmumifikowanych mnichów z katakumb w Palermo. Przeszedł on mnóstwo zmian i transformacji aby osiągnąć wreszcie swoją ostateczną tożsamość. Moim zdaniem wyszło rewelacyjnie a jeśli chodzi o porównanie – chyba można to odebrać tylko jako komplement.

Nie miałem nic innego na myśli. Jeśli zaś chodzi o kulisy powstawania obrazu, nie tyle techniczne, co merytoryczne… Znalazłem w internecie informacje, że twoja żona określa swoje malarstwo jako hipnagogiczne. Hipnagogia to jest ten stan świadomości pomiędzy jawą a snem, kiedy omamy lub doświadczenia są bardzo zintensyfikowane. Zastanawiam się, czy jest jakaś analogia pomiędzy tym, a stanem zawieszania między życiem i śmiercią?

Mnóstwo rzeczy związanych z malarstwem Marty, w zasadzie większość, ma związek ze snami. To jest przełożenie tego wszystkiego na płótno. Z tego, co ja zrozumiałem – tak to właśnie wygląda.

Miałeś jakiś wpływ na to, jak ten obraz ostatecznie wygląda, czy postawiłeś na pełne zaufanie?

Miałem zaufanie, bo wierzę w talent i warsztat. Jakieś sugestie się oczywiście z mojej strony pojawiały, ale jeśli chodzi o wykonanie, technikę – umówmy się, ja się na tym kompletnie nie znam więc nawet by mi nie wypadało.

Chciałem jeszcze zapytać o dosyć niedawną sprawę. W połowie marca, w przeddzień premiery albumu, z Azarath odszedł Necrosodom. Możesz powiedzieć coś o powodach jego odejścia? 

Jest to naturalna kolej rzeczy, kiedy coś nie działa tak jak trzeba, takie rzeczy się dzieją. Na razie nie chcemy się za bardzo ustosunkowywać do tego, dopóki nie zbierzemy nowego składu. Najbliższy festiwal zagramy w składzie gościnnym i nie ma sensu o tym pisać. Ale jak już znajdziemy następcę, odniesiemy się do wszystkiego – mam nadzieję, że w ciągu miesiąca i dłużej to nie będzie trwało.*

*(cztery dni po opublikowaniu wywiadu zespół ogłosił, że zastępczo współpracuje ze Skullriperem z Embrional – przyp. P.K.)

No właśnie, jutro gracie na, nomen-omen, Inferno Festival w Norwegii. Chciałem zapytać za to o koncerty w kraju, bo na razie poza wspomnianym festiwalem ogłaszaliście tylko swój występ na Party San Metal Open Air 10 sierpnia.

Będzie to ostatni weekend września i pierwszy weekend października plus jakieś dwa dni w tygodniu, czyli łącznie 8 koncertów. W tej chwili mamy te daty zarezerwowane i przygotowujemy się powolutku do koncertów, bo już w trakcie prób przy przygotowywaniach do tych festiwali myśleliśmy o jesiennej trasie.

Na koniec chciałem zadać dwa pytania niezwiązane z Azarath. Jakiś czas temu pojawiły się w sieci dwa utwory projektu The Fall, w którym grałeś z Piotrem Połaciem (Bracia Figo Fagot) i Piotrem Rutkowskim (Spirit). Jak doszło do tej współpracy i czy zamierzacie ją kontynuować?

Nie zamierzamy, bo raz – nie pozwala na to czas i logistyka, dwa – nie zahulało to chyba do końca tak, jak powinno. Chcieliśmy po prostu spróbować, bo kiedyś siedząc przy jakimś piwku postanowiliśmy się spotkać w sali prób i zwyczajnie sprawdzić, jakiego rodzaju energia z tego wyjdzie. Na tamtą chwilę było bardzo fajnie. Niestety z nadmiaru obowiązków, które każdy z nas ma na głowie, nie jest możliwa kontynuacja tego tworu.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2018/12/bracie-figo-fagot-behemoth-inferno-600x500.jpg

Czy możesz coś zdradzić na temat nowej płyty Behemoth, nad którą pracujecie?

W przypadku Behemoth wygląda to tak, że nie do końca wiadomo, co to będzie. Te utwory w tym początkowym okresie brzmią zupełnie inaczej niż nagrane w studiu. Mimo tego, że mamy już 13 utworów i w maju wchodzimy do studia z zamiarem nagrania singla, to ciężko mi stwierdzić, jaką to wszystko będzie miało formę na samym końcu i jak będzie brzmiało. Powiem ci tylko, że jeśli miałbym określić to jednym słowem – będzie dość epicko.

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ