Jestem fanem muzyki deathmetalowej, ale nawet z perspektywy jej fascynata spokojnie mogę stwierdzić, że przeżywa ona pewien kryzys. Dzisiejsza scena tego gatunku raz po raz częstuje słuchacza setkami zakochanych w Sztokholmie klonów Dismember i Entombed. Jeśli z kolei ktoś woli słoneczne USA od Szwecji, to dostanie kserokopię dokonań Morbid Angel, Death bądź Immolation. Skoro o Death mowa, nietaktem byłoby pominięcie technicznej frakcji death metalu, gdzie stanowczo za duża ilość nut wcale nie dodaje kompozycjom wigoru. Człowiek ma prawo czuć się rozczarowanym, wiedząc, że w tej estetyce coraz mniejsza grupa wykonawców pamięta o dostarczaniu negatywnych emocji, z naciskiem na gniew. Na szczęście Venom Prison wiedzą, że tutaj chodzi przede wszystkim o strzał w zęby, bez jednoczesnego podszywania się pod innych wykonawców.

Najnowszy materiał brytyjskiego ansamblu już w ciągu pierwszych kilkudziesięciu sekund wymierzył mi serię bolesnych sierpów i po wszystkim zaśmiał się nonszalancko. Wynika to z faktu, że muzyka składająca się na “Samsara” nie polega na wytłuczeniu jak największej ilości dźwięków, bo tak należy. Baza tego wydawnictwa to niczym nieposkromiony gniew i pierwotna agresja, które decydują o intensywności i przede wszystkim poziomie wyprowadzanych przez zespół ciosów. Warsztat nie odgrywa tu najistotniejszej roli, ponieważ wszyscy wiemy, że dobrą piosenkę można napisać będąc średnio uzdolnionym pod kątem technicznym muzykiem. Nie żebym zarzucał Venom Prison kompozytorski prymitywizm, w żadnym wypadku. Po prostu pragnę zaznaczyć, że to pasja oraz chęć wyrządzenia słuchaczowi krzywdy czynią ten album tak dobrym i wyjątkowym. Ponadświetlna prędkość riffów, karkołomne wyczyny sekcji rytmicznej, tona hałasu? To wszystko tu jest, ale bez autentycznej nienawiści wobec bliźnich powyższe składowe nie robiłyby aż takiego wrażenia. Fermentująca agresja spaja je w jedno i nadaje mocy, której mogliby zespołowi pozazdrościć starzy deathmetalowi wyjadacze, którzy nagrywają muzykę, bo nagrywają i nic szczególnego za tym nie stoi. Tymczasem u Venom Prison sprawa ma się inaczej.

Deathmetalowe strzały sukcesywnie wbijają i tak zaniepokojonego już słuchacza w ziemię, a wielokrotne przebieżki po hardcore punkowym terytorium tylko wzmacniają siłę rażenia “Samsary”. Swoje robi też wspaniale zrównoważona produkcja. Kopalni gruzu tutaj nie uświadczycie, ale człowiek za konsoletą zadbał o to, aby całość emanowała brudem i surowością, tak przecież ważnymi w tej estetyce. Warto wspomnieć także o wokalnych wyczynach Larissy Stupar, bez której być może nie odbierałbym omawianego w tym tekście materiału tak samo. Jej lawirowanie między głębokim do przegięcia growlem i skrzekiem w wysokich rejestrach także wpływają na “Samsarę” jako całość. Głos tej wokalistki oraz upór w wypluwaniu swoich płuc jak najbardziej imponują (skojarzenia z Code Orange są tu na miejscu) i dodają płycie parę punktów w potencjometrze dziczy. Tak właśnie trzeba.

Dawno nie trafiłem na tak surową porcję death metalu gęstego od emocji, a jednocześnie nie spoglądającego w stronę kiczu, patosu czy nastoletniej naiwności. Venom Prison to obecnie w pełni ukształtowany zespół sztyletujący słuchaczy świetnie skrojonymi piosenkami. Prawdopodobnie jeden z najlepszych młodych reprezentantów metalu śmierci na chwilę obecną.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/venom_prison_samsara-500x500.jpg
Artysta Venom Prison
Tytuł Samsara
Wydawca Prosthetic Records
Data premiery 15 marca 2019
Czas trwania 00:42:00
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasz:
TUTAJ

Z muzyką Sigh nigdy nie było mi po drodze. Trafiłem na nich przypadkiem, przy okazji przeglądania recenzji, w którymś muzycznym periodyku. Jeśli mnie pamięć nie myli, był to Metal Hammer, ale, jako że miało to miejsce ponad dekadę temu, jest duża szansa, że mnie myli. Pamiętam jednak dobrze, że moją uwagę przykuła okładka recenzowanej tam płyty. Poszedłem więc za ciosem i sprawdziłem, co do zaoferowania ma kwintet z Tokio. Tu spotkałem się niestety ze ścianą — mikstura czegoś, co leżało tylko koło awangardowego blacku, wymieszana z folkiem i przeszkadzajkami dobieranymi chyba na zasadzie „co popadnie” miała może momenty, ale było ich zbyt mało, abym w wymownym, nonszalanckim geście zdjęcia słuchawek z głowy nie stwierdził „Pass, kurwa, nie dam rady!”. Co więc takiego spowodowało, że zapomniałem o wcześniejszych animozjach i znów sięgnąłem po muzykę Sigh?

A no znów to samo — okładka. Mam do nich słabość, nie ukrywam. Kolejna w historii wydawnictw Sigh praca autorstwa Elirana Kantora jest wyjątkowa nie tylko ze względu na oryginalny styl artysty (serio, zobaczcie jego prace — sztos!). Otóż z dzieła zdobiącego „Heir...” bije zupełnie inny nastrój, niż dla przykładu z „Scenes from Hell” tego samego twórcy. Może się wydawać, że zespół Sigh przemyślał swoje dokonania i zrezygnował tu ze wszystkiego, co wcześniej przyprawiało mnie o dreszcze. Nie irytuje już toporne brzmienie perkusji, przypadkowe sample, wciskane na siłę, infantylne, syntezatorowe melodyjki, nudne, oklepane aranże, jest za to całkiem sporo rzeczy cieszących uszy.

Zacznijmy od tłustego brzmienia wykręconego na płycie. Sekcja rytmiczna choć mocna, nie wychodzi na pierwszy plan, co daje większe pole do popisu gitarom i wokalom. Także partie syntezatorów spowodowały, że muzyka Sigh zyskała na głębi i mrocznej przestrzeni. Nie ma tu jakiejś dramatycznej zmiany stylu obranego niegdyś przez zespół — jeśli kogoś przynależność gatunkowa tokijczyków doprowadza do alergii, to nie znajdzie za wiele dla siebie, ba, po odsłuchu może pojawić się swędząca wysypka lub uporczywy katar. Mnie wytrzymałość i cierpliwość pozwoliła  na przełamanie wcześniejszych niechęci, dzięki czemu mogę docenić ten album za jego nieprzewidywalność i różnorodność. Oprócz klasycznego podejścia do formuły avant/ melodic black metalu, słuchacz co chwilę dostaje w ryj czymś ciekawym, wychodzącym poza sztampowość gatunku. Są więc liczne zmiany tempa, ale stosowane odpowiednio precyzyjnie, dzięki czemu nie odczuwamy miotania nami niczym manekinem podczas crash-testu. 'Hunters Not Horned' miło odjeżdża w kosmiczno-indyjski trip, jeszcze ciekawiej powracając do głównego motywu utworu. 'In Memories Delusional' zaczyna się oldschoolowym cross-overowym, ultraszybkim riffem (trochę Slayer, trochę newscholowy hardcore), co jakiś czas racząc utrzymanymi w takiej konwencji zwolnieniami. Trochę szkoda, że dostajemy jedynie  w ten sposób urozmaicony przekładaniec, bo kompozycja aż prosi się o bardziej odjechane zmiany i niekonwencjonalne zagrywki. Za to już trylogia 'Heresy', która pełna jest dzikich, acz precyzyjnie zrealizowanych pomysłów, zahaczających o to, co tworzyli szaleńcy z Thee Maldoror Kollective (w drugiej części  tejże trylogii - 'Acosmism'), czy Mayhem w obu aktach „A Bloodsword And A Colder Sun” (tu część pierwsza - 'Oblivium'), wszystko nam rekompensuje. Doskonale wypadła też ostatnia część 'Heresy' - 'Sub Species Aeternitatis', gdzie zespół zaprasza nas w rejony nieco bardziej pokurwionych tematów, nie będę psuł wam więc zabawy opisem. Zamykające całość, dwie ostatnie kompozycje wracają do tego, czym twórcy „Heir To Despair” uraczyli nas na początku, wciąż nie jest nudno, można więc dobrnąć do końca albumu bez uczucia przesytu, czy zmęczenia. A w kategorii dźwiękowej, w jakiej mieści się Sigh, można to zapisać jako sukces.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/Sigh-band-2018-800x507.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/Sigh_Heir-to-Despair_Okładka-500x500.jpg
Artysta Sigh
Tytuł Heir To Despair
Wydawca Candlelight Records
Data premiery 13 października 2018
Czas trwania 00:52:42
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Melodyjny death metal to taki gatunek, z którego “opłaca się” naśmiewać. A bo melodyka przywodząca na myśl wyjątkowo niskich lotów heavy metal, a bo produkcja za ładna, a bo to wszystko takie grzeczne. Tak, słyszeliśmy te wszystkie wytarte argumenty z milion razy. Pytanie tylko, czy metal zawsze musi być upaćkany w smole i zagrany najbrzydziej na świecie? No, nie musi. Muzyka Soilwork świetnym tego dowodem, bo Szwedzi już od początków działalności stawiają na wysoką jakość i precyzję w tworzeniu swoich produktów.

Czasami jednak zdarzało się, że pedantyczna dbałość o najdrobniejsze szczegóły niespecjalnie czyniła wydawnictwa Soilwork ciekawszymi. Wręcz przeciwnie. Kilka ostatnich płyt grupy raczej zmusza do ziewania za sprawą perfekcyjnych do granic patentów brzmieniowych, riffowej zabawy na zasadzie “ma być szybko, ale melodyjkę dorzuć!” i wyjątkowo tendencyjnych wokali Björna Strida. Jeśli myślicie, że przesadzam, polecam zaznajomienie się z dwupłytowym (sic!), trwającym prawie półtorej godziny “The Living Infinite”. Gwarancja zmęczenia materiału, przeładowania pomysłami i przesytu gwarantowane już po lekturze trzech pierwszych utworów.

No, ale to było parę lat temu. Do “Verkligheten” z kolei podchodziłem bez większych emocji, a już tym bardziej bez żadnych oczekiwań. Może dzięki temu podejściu szybko zaprzyjaźniłem się z krążkiem, a powracanie do takich numerów jak “The Wolves Are Back in Town” autentycznie dostarcza mi dużo radości. Oczywiście nie myślcie sobie, że oto na jedenastym albumie autorzy “Stabbing the Drama” zmienili formułę i wpuścili dużo świeżego powietrza do kompozycji. Nie, jest po staremu. Mamy więc całą kolekcję riffów ze skarbca riffów po szwedzku. Czasami kipiących od heavy metalu, momentami odurzonych thrash metalem, a w jeszcze innych przypadkach takich, co to przypominają o czasach świetności sztokholmskiej sceny deathmetalowej. No, ale z inną produkcją, wiadomo. Często w całość tej układanki wtyka się klawiszowe brzmienia a'la progresywny metal w zimowym swetrze, a Björn Strid na każdym kroku pokazuje, że lubi pokrzyczeć, ale jednocześnie żywi gorące uczucia do czystego głosu Ihsahna. Mimo odrestaurowania tych znanych już sztuczek nowy Soilwork porywa do tańca. A dlaczego? Cóż, tutaj w grę wchodzi ciężki do zdefiniowania pierwiastek energii, który się po prostu ma albo nie. Bo na przykład przy paru poprzednich produkcjach zespołu ciężko o niego było. A teraz brzmi to dużo lepiej. Może nie jak banda wkurzonych na świat nastolatków, ale kolesi, którzy umieją pisać dobre numery i rozsądnie wyważyć elementy agresji oraz melodii. Ja to kupuję w pełni, nawet mimo tego do przesady podniosłego refrenu w “Arrival”, przymykając oko na wyjątkowo rycerski nastrój “Full Moon Shoals” i nie obrażając się za przesadną dominację rozpoetyzowanej melodii w “Witan”. To są tylko drobne wady i detale, które nie przesłaniają świetnie wyśrubowanych riffów, dobrze rozpisanych wokali Strida (cóż on wyrabia w “Bleeder Despoiler”) czy ogólnego poziomu kompozycji bogatych w brzmieniowe smaczki i dużą ilość zadowalających zmian tematów muzycznych.

Powiem szczerze, że Soilwork w takim wydaniu jak na “Verkligheten” kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Niby po staremu, a jednak z mocniejszym silnikiem. Niby z dbałością o szczegóły, ale jednocześnie z odrobiną rock'n'rolla w tej całej układance. Dobra rzecz.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/soilwork-Verkligheten-450x450.jpg
Artysta Soilwork
Tytuł Verkligheten
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 11 stycznia 2019
Czas trwania 00:50:17
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/Saor-Forgotten-Paths-500x500.jpg

Saor
"Forgotten Paths"

W ogromie obecnie istniejących kapel atmospheric black metalowych trudno znaleźć takie które by faktycznie się wyróżniały. Trend zapoczątkowany przez Ulver a spopularyzowany przez Agalloch rozrósł się do takich rozmiarów że nie trudno usłyszeć “no brzmi jak atmoshit”. Saor wychodzi jednak naprzeciw temu stwierdzeniu, prezentując unikalne brzmienie w wydawałoby się zmęczonym gatunku. Zespół niedawno wydał swoją czwartą płytę - “Forgotten Paths”.

Blasty i celtyckie melodie. Tak można by w dużym skrócie podsumować dyskografię Saor na przestrzeni ich (a właściwie jego, Andy Marshall jest jednym stałym członkiem projektu) siedmioletniej letniej kariery. Ale jak to się mówi - diabeł tkwi w szczegółach. W przypadku Saor są to kompozycje oraz sposób w jaki używane są elementy folkowe. Każdy utwór na najnowszej płycie jest bogatą, zmienną kompozycją. Natkniemy się w nich zarówno na blackową młóckę jak i postowy fragment z wokalem Neige, który po chwili staje się akompaniamentem dla growlu Andy’ego i gitar. Wspomniane instrumenty celtyckie nie służą tylko “ładnym melodiom” jak to często ma miejsce w folkowych kapelach, a uzupełniają i rozciągają brzmienie gitary, perkusji oraz wokali (najlepszym przykładem będzie utwór ‘Bròn’, na którym skrzypce i gitara akustyczna są wplecione w część “metalową”).

Najbardziej cieszy fakt że jest to płyta inna niż jej poprzedniczki. “Aura” i “Roots” były mistyczne, “Guardians” “epicki”, majestatyczny. Ta płyta jest stonowana, co nie znaczy że brakuje na niej elementów które wręcz stawiają na baczność (środek utworu ‘Monadh’). Mam wrażenie że na taki odbiór płyty wpływają gościnne udziały Neige z Alcest, czy też wokale Sophie Rogers.

Słowem podsumowania - kolejne porządne wydawnictwo z rąk Andy’ego Marshalla, pozycja obowiązkowa dla każdego fana muzyki atmosferycznej.

Artysta Saor
Tytuł Forgotten Paths
Wydawca Avantgarde Music
Data premiery 15 lutego 2019
Czas trwania 00:38:37
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ


http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/4-way-split-dopelord-spaceslug-major-kong-weedpecker-500x500.jpg

Dopelord + Weedpecker + Major Kong + Spaceslug
"4 Way Split"

Dopelord, Weedpecker, Major Kong i Spaceslug na jednym wydawnictwie? Czyżby mokry sen każdego fana stonera znad Wisły miał się właśnie spełnić? Liczyłem na to, że “4 Way Split” okaże się dobrym pretekstem dla wszystkich czterech zespołów do współpracy i stworzenia utworów będących fuzją stylów oraz doświadczeń każdego z nich. Tak się niestety nie stało. Zamiast tego dostaliśmy solidny pokaz umiejętności każdego z graczy. Solidny, ale w większości przypadków również przewidywalny.

Dopelord nawet nie udają, że mają inne intencje, niż dostarczenie starym fanom prezentu w postaci powrotu do “Black Arts, Riff Worship & Weed Cult”. Przynajmniej w warstwie muzycznej, bo tekstowo ‘Toledo’ odstaje od największych szlagierów z długogrającego debiutu. Trudno złapać na czymś ucho i skandować razem z zespołem jak na ‘Preacher Electric’, czy ‘Addicted To Black Magick’. Od strony instrumentalnej potwierdza się jednak niesłabnący talent Dopelord do tworzenia riffów, które nuci się tygodniami. Oddani fani będą zachwyceni, reszta nie odnajdzie tu nic nowego.

Kompozycje z “III” Weedpeckera, tchnęły więcej powietrza i przestrzeni w twórczość grupy. ‘Rise Above’ potwierdził tylko, że nie był to jednorazowy wyskok. Mógłby się on spokojnie znaleźć na wspomnianym wydawnictwie i by nie odstawał od ‘Liquid Sky’, czy ‘Molecule’. Ta powtórka z rozrywki była zdecydowanie milsza, bo wciąż świeża.

Głównym problemem jaki miałem z wieloma kawałkami Major Kong był brak wokali. Czasami ich numery błagały wręcz o wypełnienie głosem. W przypadku ‘The Mechanism’ nie odnosi się takiego wrażenia. Cała uwaga skupia się na instrumentach, które rzeczywiście uderzają z mocą bomby (może nie atomowej, ale wciąż potężnej), a nie tylko markują uderzenie.

Najwięcej do powiedzenia na “4 Way Split” ma jednak najmłodsza ze wszystkich ekipa Spaceslug. Tempo z którym wypuszczają nowe długograje nie staje im na drodze w ciągłej eksploracji. ‘Ahtmosphere’ kontynuuje wędrówkę ślimaka zapoczątkowaną na “Eye The Tide” i przenosi ją w bardziej płynące z wokalami melodie. Zdecydowanie najciekawszy moment całego splitu.

Werdykt końcowy? Trudno mi oceniać “4 Way Split” całościowo, bo nie jest to spójne wydawnictwo. Wszystkie zespoły wyszły z niego obronną ręką, ale mimo to wciąż czekam bardziej na samodzielne wydawnictwa każdego z nich, niż na pojedyncze kawałki.

Artysta Dopelord + Weedpecker + Major Kong + Spaceslug
Tytuł 4 Way Split
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 1 lutego 2019
Czas trwania 00:25:40
Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ


http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/john-garcia-and-the-band-of-gold-500x500.jpg

John Garcia
"John Garcia & The Band Of Gold"

Kojarzycie Kyuss, nie? Na pewno kojarzycie. To ojcowie stoner rocka, którzy jako pierwsi wpadli na pomysł wsadzenia Black Sabbath do starego Pontiaca Firebirda i wywiezienia ich na sam środek pustyni. Wiadomo, w tej muzyce wszystko grało, ale w szeregach kapeli nie do końca, bo jednak za długo razem nie pograli, a poszło o konflikty między motorami napędowymi grupy: gitarzystą Joshem Hommem (dzisiaj znanym głównie z Queens of the Stone Age) i wokalistą, którego płytę mam właśnie na warsztacie.

Solowa twórczość Garcii zawsze przechodziła gdzieś obok mnie. Nawet nie wiem, dlaczego tak było, ale nigdy nie miałem ochoty tego zmieniać. Aż nagle w pewnym momencie poznałem poprzedni krążek sygnowany nazwiskiem niegdysiejszego piosenkarza Kyuss, „The Coyote Who Spoke in Tongues”. Jeśli nie znacie, to naprawdę polecam: wyobraźcie sobie tę samą pustynię, co na „Blues for the Red Sun”, tylko że nocą. Co więcej: bez wzmacniaczy, bez chrzęstu przesterowanych gitar. Macie tylko akustyka, klawiszowca, który zagra jeden akcent lub dwa, oraz charakterystyczny do bólu głos Garcii. A teraz ponownie wyobraźcie sobię tę właśnie pustynię. Lekko zmęczony poprzednim wieczorem bohater tego tekstu wstaje i próbuje mniej więcej zorientować się w terenie. Nagle podchodzi do niego banda obcych ludzi, która mówi, że kocha jego twórczość i chciałaby z nim pograć. Zdezorientowany muzyk myśli sobie „a co mi tam!” i zgadza się. No, ale wiecie jak to jest z tym ciężkim porankiem po upojnej nocy. Brak chęci na cokolwiek, pomysłów też. I tak też brzmi ten krążek. Z jednej strony prężą się przede mną riffy z generatora stoner-rockowych riffów, z drugiej bardzo uproszczona rekonstrukcja pomysłów Kyuss, albo samego Garcii z poprzedniego wydawnictwa. Brak mi w tym jakiejś iskry, odrobiny tego zaczadzonego dymem wypalanych fajek powietrza i jadu. Słyszę tylko poprawne nagrania człowieka, który postanowił w najprostszy ze sposobów odciąć kupony od własnej przeszłości. Słabo. A jak weźmiemy pod uwagę fakt, że ów materiał jest rzekomym pożegnaniem Garcii z tworzeniem muzyki, to jakoś tak przykro się człowiekowi robi…

Artysta John Garcia
Tytuł John Garcia & The Band Of Gold
Wydawca Napalm Records
Data premiery 4 stycznia 2019
Czas trwania 00:40:57
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ


http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/wang-wen-invisible-city-500x500.jpg

Wang Wen
"Invisible City"

Mimo że mamy rok 2019, wciąż zostało trochę wydawnictw z poprzedniego roku które warto omówić. Dziś chciałbym wam przedstawić niezbyt popularną kapelę z Chin - Wang Wen z płytą “Invisible City”.

Wang Wen nazywany jest w środowisku “post-rockowym” chińskim Mono i częściowo można przyznać temu rację, szczególnie jeśli zna się ich najpopularniejszą płytę “Eight Horses”. Niemniej, od jej wydania minęło już 5 lat a zespół rozwinął się muzycznie. Kolejnym kamieniem milowym ich podróży po świecie post-rocka jest najnowsze dzieło - “Invisible City”.

Co możemy znaleźć na tej płycie? Wszystko. Nie wkręcam, dosłownie wszystko. Od wstawek noisowych, po mocno przesterowane gitary, typowe post-rockowe kompozycje, charakterystyczne dla gatunku tremola, aż po wyraźnie ambientowe i jazzowe partie. Płyta może sprawiać wrażenie mniej eksperymentalnej od “Sweet Home, Go!” ale chińczycy wciąż zachowują charakterystyczną dla siebie przestrzeń do “udziwniania”. Co szanuję, bo post-rock wciąż wielu kojarzy się z smutnymi, powoli budowanymi melodiami bez większych wariactw. Najważniejsza w post-rocku jest kompozycja i rozmieszczenie dźwięków w panoramie, a Wang Wen robi to perfekcyjnie. Jeśli szukacie dobrego porównania, to dwie pierwsze solowe płyty Stevena Wilsona przychodzą mi jako pierwsze na myśl. Zorganizowany chaos, w którym każdy dźwięk z pozoru niepasujący okazuje się być niezbędny do stworzenia atmosfery i brzmienia.

Nie sposób nie wspomnieć o pochodzeniu muzyków mówiąc o tej płycie. Wang Wen wywodzi się z miasta Dalian, na południu Chin. Zespół określa miasto umierającym, a w efekcie znikającym, niewidzialnym. Wielu młodych Chińczyków wybiera przeprowadzkę w bardziej ‘żywe’, metropolitalne części Chin, w efekcie powodując, że Dalian pustoszeje. “Invisible City” jest muzyczną próbą uchwycenia tej sytuacji. W efekcie otrzymujemy płytę, której brzmienie kojarzy się z pustymi ulicami miasta. Efekt potęgują recytowane wersy w języku flamandzkim, wybrzmiewające jakby z megafonów.

Bardzo trudno jest mi ująć w słowa to wydawnictwo, bo bardziej niż po prostu muzykę (gdzie oczywiście nie wykluczam tego aspektu) traktuje tę płytę jako osobliwe doświadczenie. Nie jest to z pewnością ich opus magnum, ale ewidentnie widać że zespół utrzymuje swój wyjątkowy charakter i osobowość, którą rozwija.

Artysta Wang Wen
Tytuł Invisible City
Wydawca Pelagic Records
Data premiery 25 września 2018
Czas trwania 00:54:38
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ


Robicie podsumowania muzyczne na facebooku? Takie, które się publikuje na feedzie i sprawdza u znajomych, co w mijającym (lub minionym) roku było ciekawe? Ja robię, owszem, ale w przeciwieństwie do większości dziennikarzy i praktykujących to kolegów, nie robię tego w grudniu. Cierpliwie czekam i wrzucam odpowiedniego posta dopiero w trzecim lub czwartym tygodniu stycznia nowego roku. Dlaczego? Bo mam świadomość ograniczeń, które powodują, że o masie świetnych płyt nawet bym nie wspomniał, gdybym odnosił się jedynie do własnego reaserchu. W taki sposób trafiłem na „Idol” amerykańskiego Horrendous, którą Anthony „the internet busiest, music nerd” Fantano wymienił jako jeden z niewielu metalowych tytułów na swojej, liczącej 50 pozycji liście. Do tego zadziałał obraz zdobiący album i po pierwszych kilku chwilach, już ze świadomością istnienia tego wydawnictwa, wiedziałem, że nie przejdę obok niego obojętnie.

Death metal, który wykonuje Horrendous to ten, który określilibyśmy mianem technicznego. Zamiast jednak ślepo naśladować klasyków pokroju Cynic, Death, czy Atheist, na swojej najnowszej płycie muzycy posługują się nie tylko zaawansowaną techniką wykonawczą, ale i kompozycyjną oraz aranżacyjną. To w sumie zbliża ich do Voivod, ale nie róbmy z tej recenzji for fans of.... Tak więc (bęcki u polonistki za więc na początku zdania) po trzech płytach, na których gimnastyka muzyczna wychodziła na pierwszy plan wespół z ciężarem, „Idol" udanie wypełniają zaskakujące eksperymenty brzmieniowe, a w piosenkach znajduje się mniej kalkulacji, na rzecz świeżego powietrza. To powoduje, że utwory wypełniające album zachęcają do ciągłego wsłuchiwania się w jego treść. Gdy po dwóch/trzech odsłuchach wiedziałem już, z czym mam do czynienia, zszokowany wsłuchiwałem się w to, co z moją percepcją wyprawiają Amerykanie. Utwory nie tylko zmieniają tempo, ale i natężenie, nabierając specyficznej aerodynamiki.

Chodzi o to, że środki ekspresji zapętlają się tu niczym łańcuchy DNA, a części poszczególnych utworów utrzymują naszą uwagę zwróconą w kierunku tego, co następuje po sobie na „Idol" przez całość trwania materiału. Już pierwsza, następująca po intrze „...Prescience" kompozycja „Soothsayer", wpada w ucho świetnym głównym riffem i — nie boję się użyć tego słowa — przebojową partią jednej z gitar, co sprytnie spina klamrą całość utworu. Ta oryginalna, jak na progowy death oczywiście, przebojowość pojawia się jeszcze kilka razy, ani na trochę nie oddalając muzyki Horrendous od swoich nieprzebojowych korzeni. „Golgothan Tongues" przecinają melodyjne solówki i zagrywki, wplecione w walcowy rytm. „Devotion-Blood for Ink" zaskakuje śpiewaną partią położoną na cynicowy chill, przy czym nie brak tu i momentów, które łatwo można skojarzyć choćby z hardcorem (wypuszczenia jedynie perkusji i gitar). Zresztą w tej kompozycji dzieje się niemal wszystko, co można sobie wymarzyć w technicznym death metalu, nie powodując uczucia przesytu ilością elementów. Świetną robotę robi tu bas — grany wysoko we wstępach i wszelakich bridge'ach jazzuje aż miło, grany nisko dropuje kawałki do niezbędnego w tej stylistyce poziomu. Do tego całość zwieńcza piękna dwuminutowa, instrumentalna ballada „Threnody..." i wisienka na torcie w postaci „Obulus". Jeśli chcielibyście kiedyś komuś pokazać, że metal to nie tylko wyziewy z piekła, czy innej studni, puśćcie mu je Zaskoczenie tej osoby i wasza satysfakcja — murowane.

Aha, no i wokale. Madafuckin' wokale. Obłąkany scream — jest, obłąkany gowl — jest, obłąkane, delikatne chórki — są. Jest tu nawet obłąkany czysty śpiew, który pod kątem produkcji przypominać może pana Åkerfeldta. Nie, że zżyna, czy coś. Horrendous wiedzą, jak wprowadzić do swojej muzyki z pozoru niepasujące elementy, ale robią to tak, że piosenki nie tracą rozpędu, ale płyną tym samym tempem, tylko nieco innym stylem. A jak wokale to i teksty. Tu nie będę się rozpisywał, wrzucę cytat: „You dig my grave / You run me through / Show me my demons / My angels, My muse / The frayed ends of a dream / Tied in a noose / Show me my saviors / My spectres, My devils, my dues". Jak dla mnie — bomba! Owszem, jest w lirykach na „Idol” masa dziwnych słów, konstrukcji stylistycznych i przerzutni z wersu do wersu, ale są miejsca i dla takich, nasyconych emocjami perełek. Nie wypada też nie zwrócić uwagi na piękną grafikę Briana Smitha, która zdobi album. Podczas gdy większość wydawnictw death metalowych kieruje się oldschoolowym gorem albo kosmiczną psychodelią, okładka „Idol" prezentuje trochę jednego, trochę drugiego, dodając unikalny styl artysty, odwołujący się zarówno do Gigera, jak i Beksińskiego. Dzięki temu ciężko nie wpatrywać się w jego obrazy, analizując poszczególne części tworzące widowiskową całość.

Nie piszę o minusach płyty, bo najzwyczajniej ich nie słyszę. Jak wspomniałem na początku, jest to moim zdaniem jeden z najciekawszych krążków 2018 roku. Jeśli określenie progresywny death metal nie wywołuje u was niechęci, jestem pewien, że łykniecie „Idol" w dużych dawkach. Wielokrotnie. Jeśli poszukujecie ciekawej muzyki, niebanalnie zaaranżowanej przez kreatywnych muzyków, również się nie zawiedziecie.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/01/49746373_853891834797091_2954775398992314368_n-500x500.jpg
Artysta Horrendous
Tytuł Idol
Wydawca Season of Mit
Data premiery 28 września 2018
Czas trwania 00:40:04
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Crushing misanthropic sludge crust - już sam opis tego co gra Lambs, nie zwiastuje muzyki dla potulnych baranków bożych. Miażdżące brzmienie wciska w fotel już od pierwszych sekund 'Fear Is Your Key'. 

Źródła inspiracji Lambs można mnożyć w nieskończoność. Od black metalu z wpływami hardcore, poprzez crust, czy na sludge kończąc. Zaskakująca jak dla takiej muzyki produkcja, która przywodzi na myśl wydawnictwa blackmetalowe, doskonale koresponduje z pierwotnym krzykiem wywodzącym się w większym stopniu ze sceny crust.

‚You Will Follow Me Down’ prezentuje bardziej hardcorowe podejście w porównaniu z blackmetalowymi blastami w utworze otwierającym wydawnictwo. Mroczna i przytłaczająca atmosfera uderza w słuchacza od razu, bez nawarstwiania się i budowania napięcia (prawie jak w życiu). Najbardziej w niej zanurzony jest prawdopodobnie trzeci, ostatni utwór „And Your Time Will Colapsed”. Nagła wolta następuje w jego połowie, gdy tempo ulega zwolnieniu, a kurtyna niepokoju opada na słuchacza. Perkusja w mantryczny sposób wybija rytm, podczas gdy wokal zamienia się w opętańczą recytację przy wtórze rzężących gitar. Takie momenty sprawiają i emocje nimi wzbudzane sprawiają, że chce się do nich wracać.

Atmosfery dopełniają teksty. Mizantropijne i pełne punkowej nienawiści. Nie są one odkrywcze i stawiają filozoficzne pytania na które nie ma odpowiedzi, ale doskonale spełniają swoją rolę w połączeniu z mrocznym podkładem. Całość kończy się szybciej niż wynosi intensywność blastów w ‚Fear Is The Key’.

Gdybym miał wskazać jeden ulubiony moment z całej EP-ki miałbym problem. Tych nieco ponad 13 minut tak intensywnej muzyki powinno się słuchać od początku do końca i traktować jako całość. Na pewno jednym z ciekawszych momentów jest zwolnienie w ostatnim utworze, które kontrastuje z resztą, a jednocześnie jest spójne jeśli chodzi o atmosferę w której wydawnictwo jest utrzymane.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/01/lamb-betrayed-from-birth-500x500.jpg
Artysta Lambs
Tytuł Betrayed From Birth
Wydawca Drown Within Records; Unquiet Records; Dullest Records; Wooaaargh
Data premiery 1 września 2015
Czas trwania 00:13:27
Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

Them Pulp Criminals to duet tworzony przez Tymoteusza Jędrzejczyka i Igora Herzyka. Pierwszy z gentlemanów znany jest chociażby z Ragehammer a w TPC odpowiada za teksty i wokal. Drugi natomiast związany był z rozmaitymi, ciekawymi krakowskimi bandami i projektami zupełnie różnymi od thrashu czy blacku, ponadto samodzielnie zarejestrował, wyprodukował i wypuścił w świat trzy albumy solowe – w TPC odpowiada, jak nietrudno się domyślić, za całość warstwy muzycznej. Już teraz muszę ostrzec, Panie i Panowie, o tych dwóch wkrótce może zrobić się głośno.

W jakiej stylistyce może być zatem projekt black/ thrashowego wokalisty i muzyka parającego się indie/ alternatywą, w dodatku wydawany przez Malignant Voices? Jak się okazuje, do czynienia mamy z mrocznym, nawiedzonym country/ folkiem z elementami rockabilly i surfu, smaczku zaś dodaje lucyferiańska stylizacja a la King Dude (którego zresztą niedawno supportowali na koncercie w Krakowie). I tutaj na chwilę pozwolę sobie zboczyć z tematu.

Rzeczą, która nieodmiennie mnie zastanawia, zwłaszcza przy okazji obserwowania rosnącej popularności stonera w Polsce, jest pewna fascynacja amerykańskością. Jak to jest, że muzyka wyrosła z kalifornijskich pustyń, pełna przestrzeni i przesiąknięta zapachem zielska, zdobyła w nadwiślańskim kraju taką popularność? Naszą biedną, zarastającą Pustynię Błędowską, można przerzucić kamieniem, palmę mamy jedną, w stolicy, w dodatku sztuczną, a o autostradach lepiej w ogóle nie wspominać. A jednak, stonerowych kapel powstaje coraz więcej, coraz więcej ludzi uczęszcza na coraz liczniej funkcjonujące festiwale stonerowe. I chociaż nie brakuje wtórności i sztuczności, to są też zespoły, którym w kraju bigosu, dziurawych międzymiastówek i Golfa „trójki” w gazie udaje się pichcić dźwięki na miarę kraju Harleya, pustyni i Route 66.

Piszę o tym, choć „Lucifer is Love” ze stonerem absolutnie nic wspólnego nie ma, ponieważ właśnie na tym zachłyśnięciu się amerykańskością, na tej niemal bezczelnej stylizacji, opiera się debiut Them Pulp Criminals. Stylizacji bardziej amerykańskiej niż cheesburger z frytkami, Ford Mustang i kowbojski kapelusz razem wzięte. Szczęśliwie, jest to stylizacja bardzo umiejętnie przeprowadzona.

Trwający około pół godziny krążek to siedem autorskich kompozycji oraz cover Siouxsie and The Banshees. Utwory są dość krótkie, a każdy jeden jest chwytliwy jak cholera i sprawia, że stopa sama zaczyna wystukiwać rytm. Paleta zróżnicowanych piosenek buja nas raz w rytmie powolnego country, raz pędzącego, podszytego niepokojem rockabilly, a klimatyczny storytelling zabiera nas w krainę niesamowitych opowieści, gęstego papierosowego dymu, alkoholu, bezdroży i Diabła – miłośnicy Ghoultown czy „Murder Ballads” Nicka Cave’a będą zachwyceni. Folklor w wydaniu Them Pulp Criminals jest jednak odpowiednio uwspółcześniony, straceńcy nie mkną przed siebie na narowistym rumaku, a w lśniącym kabriolecie, upiory nawiedzają zaś nie leśne trakty, a zionące pustką i śmiercią autostrady.

Do opowiadania takich mrożących krew w żyłach historii trzeba mieć nie tylko pomyślunek, ale i głos – i jak najbardziej Tymoteusz Jędrzejczyk taki głos posiada, przez większość czasu dostarczając słuchaczowi doznań niezwykle przyjemnych, a językiem angielskim posługując się bez zarzutu. Jedynie „The 130” i „Last of the Gang to die” miejscami brzmią nieco sztucznie, jednak rekompensuje to w 100% przepięknie wychrypiane, zamykające płytę „Sacred Ground”. Zagrane „Lucifer is Love” jest równie dobrze, co zaśpiewane – Herzyk doskonale sprawdził się zarówno jako kompozytor jak i aranżer. Świetną robotę robi też gościnny występ Łukasza Pietrzaka na harmonijce w tytułowej piosence.

Jeśli chodzi o brzmienie i produkcję krążka – jestem pod naprawdę niemałym wrażeniem. Jak deklaruje duet na swoim bandcampie, proces zarówno nagrywania jak i produkcji albumu odbywał się w domu . Nie słychać tej budżetowości w ogóle – owszem, jest surowo, ale o to właśnie w outlaw country chodzi.

Jedna rzecz mnie tylko frapuje jeśli chodzi o ten niezwykle obiecujący debiut. Jak już wspomniałem, słowem-kluczem jest „stylizacja”. Cały czas w trakcie odsłuchu płyty towarzyszyło mi uczucie nie tyle sztuczności w plastikowym sensie, co pewnej umowności: trochę jak w trakcie seansu filmowego (tak przy okazji, to muzyka TPC świetnie wkomponowałaby się moim zdaniem w soundtrack jakiegoś obrazu Tarantino). Nie mogę jednak powiedzieć, że seans ten nie dostarczył mi przeogromnej przyjemności i rozrywki.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/01/them-pulp-criminals-lucifer-is-love-500x500.jpg
Artysta Them Pulp Criminals
Tytuł Lucifer Is Love
Wydawca Malignant Voices
Data premiery 12 sierpnia 2016
Czas trwania 00:28:35
Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Jednym z moich ulubionych momentów jest, kiedy Youtube losowo podrzuca mi jakiś kawałek i w ciągu 10 minut odkrywam swoją nową ulubioną rzecz. Tak było z zespołem Harakiri for the Sky – z totalnego randoma zmieniłem się w ich ogromnego fana. Dziś mam przyjemność opowiedzieć wam o ich najnowszym longplayu – “Arson”.

Harakiri for the Sky jest austriacką kapelą post-black metalową, istniejącą od 2011 roku. Podstawowy skład to Michael „JJ” V. Wahntraum (wokal, teksty) oraz Matthias „MS” Sollak (gitara, bas, perkusja). Nagrali cztery albumy długogrające, ostatni wyszedł w 2016 roku. Przełom i prawdziwą popularność kapeli zapewnił im trzeci krążek, “III: Trauma”. Austriacy poszli za ciosem i relatywnie szybko wydają czwarty album – “Arson”.

Post i black metal zdają się być udanym mariażem od lat, a na jej fali powstało sporo popularnych kapel jak Alcest, Deafheaven, King Apathy czy Ghost Bath. Idealnym podsumowaniem brzmienia jakie znajdziemy pośród takich zespołów jest stwierdzenie Michaela Nelsona – “like a Cocteau Twins/Burzum collaborative split”. Choć można wziąć te zdanie za dowód na monotonność gatunku, to jest wręcz na odwrót. Każda kapela “wykuwa” swój charakterystyczny styl, przez co Harakiri for the Sky nigdy nie zostanie porównane do Deafheaven mimo tego że w teorii grają to samo. Co więc wyróżnia HFTS na tle innych kapel?

Najlepszą odpowiedzią będzie zanurzenie się w ten album, a mogę wam obiecać że jeśli jesteście podatni na atmosferyczną muzykę, “Arson” pochłonie was bez chwili zastanowienia. Pierwszy utwór ‘Fire, Walk With Me’ od samego początku pokazuje nam z czym będziemy mieć do czynienia przez cały album. Dostajemy bardzo szybki, dynamiczny, melodyjny kawałek w którym dominują gitary i wokal JJ-a. Drugie skrzypce gra perkusja, której zespół mógł użyć o wiele bardziej niż na poprzednim nagraniu, bo w końcu udało im się za garami posadzić żywą osobę i to nie byle kogo. Partie perkusyjne nagrał Kerim “Krimh” Lechner znany między innymi z Septicflesh czy Decapitated.

Niesamowicie poprawiła się produkcja i brzmienie zespołu. Urok ich drugiego albumu “Aokigahara” polegał m.in. na surowym brzmieniu, ale ten trik nie będzie działać wiecznie. Przy nagrywaniu trzeciej płyty, zespół wszedł już do profesjonalnego studia – to samo miało miejsce przy “Arson”. Płyta brzmi świetnie, każdy instrument ma swoje miejsce w panoramie dźwięku, a przy tego typu muzyce jest to niezwykle ważne.

Wracając do pierwszego utworu – na przestrzeni całego kawałka mamy zaprezentowaną praktycznie całą ideę grania zespołu. Jeden instrument zaczynający utwór i będące jego “rdzeniem”, głównym motywem, który jest stopniowo uzupełniany przez wokale i resztę instrumentarium tworząc solidny, spójny utwór. Jeśli sięgnięcie po pierwszy singiel ‘You Are The Scars’ zauważycie podobny “algorytm”. Oczywiście każdy utwór wyróżnia się na swój sposób, czy to tempem czy melodią. Jeśli jesteście fanami gatunku to z pewnością zauważyliście że sporo utworów wprowadza niesamowite melodie jednocześnie ich nie rozwijając. Matthias Sollak robi dokładnie odwrotnie – pisze przepiękne linie melodyczne, wiedząc kiedy może pozwolić na ich powtórzenie, kiedy rozwinąć zaprezentowany temat, kiedy zmienić tempo czy też wprowadzić kolejny instrument. Wszystko to powoduje że otrzymujemy materiał który przyciąga nas od pierwszej do ostatniej sekundy, nie dając ani jednego powodu by stwierdzić “meh, nudne”.

Na osobną pochwałę zasługuje wokal JJ.-a. Nie umiem inaczej nazwać jego screamów i growli jak niesamowite. Agonalne, pełne desperacji i gniewu krzyki, które fantastycznie komponują się a tak atmosferyczną i głęboką muzyką. Mam zarzut jedynie co do żeńskiego wokalu w ostatnim utworze ‘Manifesto’, który zupełnie mi nie pasuje do muzyki HFTS. Jak się dowiedziałem z wywiadu, który będziecie mieli przyjemność przeczytać – był to swego rodzaju eksperyment, więc mam nadzieję, że więcej go już nie doświadczymy.

Podsumowując, “Arson” to bogata, piękna, fantastyczna płyta, pełna niesamowitej atmosfery, brzmienia które porywa słuchacza od samego początku. Jeśli cenisz sobie muzykę emocjonalną, depresyjną, pełną agonalnych wokali, atmosfery a jednocześnie wierzysz że taka muzyka niekoniecznie musi być smętna, ta płyta jest dla Ciebie.

PS W limitowanym wydaniu “Arson” oprócz wszystkich dobroci otrzymać można również piękną zapalniczkę – świetny pomysł na korelacje “merchu” z tytułem nagrania, szanuję.

 

Przeczytaj wywiad z Harakiri For The Sky

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/01/harakirki-for-the-sky-arson-500x500.jpg
Artysta Harakiri For The Sky
Tytuł Arson
Wydawca Art of Propaganda
Data premiery 16 lutego 2018
Czas trwania 01:06:36
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ