Emocje. Emocje to generalnie ciekawy wątek w szeroko pojmowanej muzyce, bez zatrzymywania się przy jakiejkolwiek stylistyce. To one są nośnikiem tego, co artysta chce nam powiedzieć. Jeśli nawiążemy z nim relację, zrozumiemy jego wewnętrzne boje, zostajemy z nim dłużej niż na jedną płytę czy singla. Śledzimy serie życiowych upadków bądź pełnych nadziei wzlotów. Próbujemy dociekać, jak bardzo utożsamiamy się z tekstami, czy więź z ich autorem pozostaje nietknięta, czy może jednak na odwrót. Czy płyta Y to wciąż ten sam poziom przekazywania uczuć, co płyta X? Zadajemy pytania, zostajemy z artystą, obserwujemy go, analizujemy, co się zmieniło. U The National zmieniło się wiele.

Wraz z premierą bardzo dobrej "Trouble Will Find Me" amerykańscy dżentelmeni formujący The National wyraźnie zmodyfikowali swój sposób opowiadania o emocjach. Wszystko stało się bardziej bezpośrednie, opisy życiowych niepowodzeń bardziej dotkliwe, muzyka kłuła w serce skuteczniej, przypominała o przykrych sytuacjach, które przeżyliśmy wszyscy. Z mniejszym naddatkiem metafor, generalizowania, opowiadania naokoło. Warstwa liryczna The National nabrała wyraźnie indywidualny sznyt, przez co jej odbieranie okazało się być znacznie intymniejszym przeżyciem niż kiedykolwiek wcześniej. Świadczy to oczywiście o twórczej ewolucji artystów. Nikt nie tkwi w sidłach młodzieńczej adolescencji, nikt nie udaje, że wszystko jest po staremu. Człowiek zmienia się z dnia na dzień i The National także. Czy to delikatna sugestia, wedle której próbuję wykazać, że oto panowie się starzeją? Bynajmniej, to dojrzewanie.

Każdy dojrzewa w sobie znanym tempie, przechodzi przez najróżniejsze sytuacje i ten stan rzeczy jest świetnie sportretowany na "I Am Easy to Find". Matt Berninger, nawet jeśli wzoruje się na historiach innych, mówi własnym głosem, jego opowieści wciąż zostają w głowie, pojedyncze wersy potrafią wywołać szybki opad szczęki. Nawet mimo tego, że przecież tutaj nikt o śpiewa o magii, smokach i wycieczkach w kosmos. To trywialne sprawy, codzienność w pigułce: życiowe dylematy, lęki, sercowe zawody. Ale życie człowieka to suma prostych spraw. Nawet najbardziej wybujałe opowieści o nieistniejącym świecie nie zastąpią poczucia zrozumienia związanego z tym, że ktoś czuje tak samo. Uwierzcie, każdy z nas kiedyś był bohaterem którejś z opowieści wokalisty The National. Kiedy w ‘Light Years’ słyszymy, że zawsze dzieliły nas lata świetlne, to tak było, wszyscy to wiemy, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, zwyczajnie kłamie. Niby takie proste, a skuteczne. Warto jednak odnotować, że nie tylko na gruncie szeroko pojętej liryki The National zmienił się. Od wcześniej wspomnianej "Trouble Will Find Me" zespół zakręcił potencjometr młodzieńczego rozedrgania w drugą stronę. Mniej w tym rockowej przebojowości "High Violet" czy gęstej atmosfery "Boxer". Piosenki stały się delikatnie unoszonymi bańkami mydlanymi, zespół coraz śmielej uciekał od typowo rockowego instrumentarium, chętniej zerkał w stronę elektroniki i w zasadzie tylko głos Matta Berningera był taki, jakim od zawsze był. "I Am Easy to Find" to dalszy ciąg ewolucji The National od strony muzycznej, tym razem podzielony na trzy strefy. Z jednej strony mamy więc konsekwentne pilotowanie ścieżki znanej chociażby ze "Sleep Well Beast". Dużo w tym elektroniki, leniwych loopów, gitary czy perkusja w zasadzie schodzą na dalszy plan. Druga strona to z kolei kilka wycieczek w przeszłość. ‘Rylan’, ‘Hey Rosey’ czy ‘Quiet Light’ tęsknią za - uwaga: paradoks - dynamiczną melancholią "High Violet", przypominają o tej niepodrabialnej melodyce. Ale chyba trzeci kierunek intryguje najbardziej, czyli nowości. Głównie featuringi. Ilość wokalistek udzielających się na "I Am Easy to Find" gościnnie zamyka się w okolicach kilkunastu, co samo w sobie zaskakuje, bo The National nigdy na taką ekspozycję innych znajomych nie stawiali. Featuringi wnoszą do płyty wiele, dają jej nowe życie. To nie to, co u większości rockowych zespołów, że dodatkowy piosenkarz ma mruknąć trzy słowa w refrenie i sobie pójść. W takim ‘Where Is Her Head’ - wyraźnie energicznym - ogólna werwa utworu spotyka się z kontrastem w postaci delikatnego głosu Eve Owen. Duże wrażenie robią również dobitnie gospelowe smaczki, jak chociażby w miniaturowym ‘Her Father in the Pool’ czy ‘Not in Kansas’.

Pamiętam, że po premierze "Sleep Well Beast" obraziłem się na The National. Bo zamulają, bo to nie "High Violet II", a bo coś tam jeszcze. Teraz obrazy nie ma. Na poziomie czysto emocjonalnym i muzycznym "I Am Easy to Find" jest "moją" płytą, a The National "moim" zespołem. Coś takiego to ogromna sprawa. Posłuchajcie tego albumu, oddajcie mu się bez reszty.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/the-national-i-am-easy-to-find-cover-500x500.jpg
Artysta The National
Tytuł I Am Easy To Find
Wydawca 4AD
Data premiery 17 maja 2019
Czas trwania 1 godz. 3 min.
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Gdzie właściwie przebiega granica dobrego smaku w muzyce metalowej? Co ją wyznacza? Kiedy zostaje przekraczana? A może w metalu nie istnieje w ogóle takie pojęcie jak dobry smak? Poddajmy to szybkiej analizie: ta stylistyka, niezależnie od odmiany, emanuje kiczem, a żeby to udowodnić wystarczy szybki przelot po historii gatunku. Mieliśmy Judas Priest w kamizelkach obitych odblaskowymi kwadracikami, blackmetalowców w zbrojach i czarnych golfach, thrashmetalowy pociąg do wszystkich odmian jeansu albo deathmetalowców, którzy udowodnili światu, że jednak są na świecie ludzie noszący bojówki moro. I wszystkie te odmiany rocka mają w sobie dużo z cyrku pod kątem samej warstwy muzycznej, co wymaga ponownego cofnięcia się do pionierów spod znaku heavy metalu. Patos, egzaltowane teksty, romantyzm w najgorszym z możliwych, rycerskim wydaniu - to w metalu mamy do dzisiaj. Ale jednak są takie zespoły, które balansują i udowadniają, że ten dobry smak w tej muzyce faktycznie istnieje. Należy do nich właśnie Grand Magus.

Szwedzka formacja, dowodzona przez niezmordowanego JB Christoffersona, zamajaczyła mi na horyzoncie w okolicach premiery „Triumph & Power”. Sama zawartość płyty, badana w ciemno, stanowczo zachęciła mnie do dalszej peregrynacji dyskografii zespołu, a dodatkowym czynnikiem z kategorii plusowych był skowyt fanów, że to już nie to samo, że gdzie podział się ten „ich” zespół. A ja paradoksalnie czuję, że to właśnie wraz z wydaniem dzisiaj już pięcioletniego krążka Grand Magus stał się „moim” zespołem. Bo ma w sobie to, o czym 90% reprezentantów klasycznie heavymetalowego nurtu zapomina: hamulce.

Tak, hamulce w takiej stylistyce są niezwykle ważne. To nie black metal, gdzie połowę wrażenia robi na tobie szerzej niezidentyfikowana dawka szaleństwa, tutaj całość podtrzymuje wspomniany patos, epickie zadęcie w melodyce i wysoce dostojna atmosfera. Ale właśnie, o co chodzi z tymi hamulcami? Ano o to, że Szwedzi doskonale wiedzą, kiedy przestać. Wiedzą, żeby nie forsować zaciekle skrajnych rozwiązań gitarowych, by nie wspinać się po szczytach żenady. Wokalista wie, że wcale nie musi udawać brakującego ogniwa między człowiekiem a delfinem, aby ułożyć świetne partie śpiewu i właśnie takie podejście jest największym plusem „Wolf God”. Grand Magus dobrze zdaje sobie sprawę z niezaprzeczalnie przebojowego potencjału heavy metalu i to on jest bazą tej płyty. Te wszystkie podniosłe partie gitar, celowe zwolnienia w refrenach, one nie są żadną trzecioligową muzyczną rekonstrukcją bitwy rycerskiej – wszystkie idealnie zdadzą egzamin z machania pięścią i tupania nogą podczas koncertów. Bo oszczędność środków wyrazu wspaniale wpływa na kompozycje z „Wolf God”. Czuć tutaj wspaniałe wyważenie wszystkich elementów, brak przeginania w jakąkolwiek stronę. Weźcie sobie taki ‘Spear Thrower’ z tym wyścigowym riffem na wejście. Typowa heavymetalowa kapela zmarnowałaby jego potencjał po pięciu sekundach, mamrocząc o smokach i wprowadzając udawane zwolnienia brzmiące jak upośledzone sieroty po doom metalu. A tutaj? A tutaj całość jedzie na hardrockowym silniku, a refren to już w ogóle taki cukiereczek, że jak nie śpiewacie go w swoim pokoju z niewidzialną gitarą, to ja nie wiem, co jest z wami nie tak. Oczywiście, przykładów jest znacznie więcej, jak chociażby ‘Brother of the Storm’ ze wspaniałą dramaturgią i wybitnie koncertowy utwór tytułowy, ale chodzi o esencję. A ta esencja w przypadku Grand Magus jest bardzo dobrze wycyzelowana i przemyślana.

Płakałbym z radości, gdyby heavy metal regularnie dostarczał mi tonę tak dobrych płyt jak „Wolf God” – dobrze napisanych, kipiących od hitów, robionych ze świadomością, że ta cała zabawna estetyka tekstowa i image w połączeniu z muzyką, to tylko jedne ze środków do celu, nie cel sam w sobie. Tak właśnie trzeba, oby więcej takich albumów.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/grand-magus-wolf-god-500x500.jpg
Artysta Grand Magus
Tytuł Wolf God
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 19 kwietnia 2019
Czas trwania 38 minut
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Swego czasu na YouTubie niezwykle popularne były metalowe covery popowych utworów. Dlaczego? Nie wiem, nie pytajcie. Jednak jak to z trendami bywa, i ten zaczął w końcu znikać ze strony głównej (niestety nie kompletnie). Przez chwilę kilku YouTuberów starało się wybić na nieco innym, ale wciąż podobnym koncepcie - “Jak grałby [tutaj wstaw popularny zespół metalowy], gdyby miał brzmienie jak [tutaj wstaw inny popularny zespół metalowy]”. “Obraz pozorny”, czyli najnowszy album krakowskiego Mastemey, jest odpowiedzią na nigdy nie zadane pytanie - co by było, gdyby ten kontent przenieść na długogrający album?

Zespołem który bez wątpienia stanowił dla Mastemey główne źródło inspiracji i który jest wszechobecny już od pierwszych sekund “Obrazu pozornego” jest Gojira. I mówiąc o inspiracji, mam tu na myśli “pożyczanie” riffów i patentów. Nie trzeba być nawet największym fanem muzyki Francuzów, żeby zauważyć podobieństwa. Gdyby podłożyć wokal Duplantiera z ‘Low Lands’ pod ‘Cyfrowi’, można by było nawet nabrać kogoś, że jest to demo tego pierwszego utworu. ‘Nasz upadły’ to z kolei puszczanie oka do opus magnum Gojiry - “From Mars To Sirius”. I można tak wymieniać dalej, bo nawiązań tutaj nie brakuje. Mastemey jednak przepuszcza progresywny death metal przez thrash/ groove metalowy pryzmat. I o dziwo nie brzmi to najgorzej. Panowie są sprawnymi instrumentalistami i z chęcią usłyszałbym więcej ich, a mniej ich idoli. Jeśli jednak nie przeszkadza wam “gojirowanie”, a wręcz brakuje wam go w ostatnim czasie, “Obraz pozorny” może być albumem, który zapełni tymczasowo pustkę po 3 latach bez nowego materiału Francuzów. To znaczy mógłby, gdyby był to album wyłącznie instrumentalny.

Zarówno barwa głosu wokalisty, jak i teksty w języku polskim ciągną ten album w dół. “Obraz pozorny” to zbiór truizmów oraz częstochowskich rymów podanych w co najmniej męczący sposób. Męczy się nie tylko słuchacz, ale również wokalista, który brzmi jakby krzyczenie sprawiało mu trudność. Jest powód dla którego słyszymy tak mało albumów w języku polskim. Śpiewanie po angielsku jest po prostu łatwiejsze - nie trzeba robić lingwistycznych fikołków, żeby zachować sens i można to zrobić bez rozbijania dynamiki. Mastemey podjęło odważną próbę nagrania albumu w rodzimym języku, jednak na tym froncie poległo. Na końcu książeczki do “Obrazu pozornego” znajdziemy napompowaną patosem notatkę tłumaczącą górnolotne przesłanie albumu. Przez wszystkie 8 utworów odbiorca doświadcza moralizatorstwa, który słyszy się zwykle od natchnionych internetowych coachów. I jak na manifest (przynajmniej zespół deklaruje, że “płyta jest manifestem”), dużo w nim ogólników, wskazywania palcami, wygrażania i pouczania, a niewiele rzeczywistego spojrzenia na jakikolwiek problem, o których piętrzeniu się we współczesnym świecie jesteśmy przekonywani. Z jednej strony to zrozumiałe, bo trudno wymagać od muzyków zagłębiania się w tematy moralności, etyki i globalnych problemów, ale z drugiej być może warto sobie odpuścić rolę sumienia ludzkości i misję nawracania świata na właściwe tory, skoro jedyny wniosek z płynący z tekstów, to że “świat na którym żyjemy jest zły, a media chcą nas zniewolić”. “Obraz pozorny” raczy nas zestawem tekstów, które świszczą od patosu i bardziej pasują do Jakuba Czarodzieja, niż do wokalisty zespołu metalowego. Nie mówiąc już o kwiatkach w stylu “Twoje słowa nie znaczą już nic. Jesteś wyklęty. Jesteś jak nic”, czy “Nie chcesz być. Nie chcesz trwać. Ignorancja jest zbawieniem dla was - mas”.  

Jeśli skupić się wyłącznie na instrumentalnej stronie “Obrazu pozornego”, to można się podczas jego słuchania naprawdę dobrze bawić. I nawet płasko brzmiąca perkusja nie odbiera przyjemności ze słuchania gry gitar i basu, które brzmią zajadle i soczyście. Co prawda oryginalności nie można Mastemey zarzucić, ale o dziwo przeniesienie gojirowych patentów na thrashmetalowe/ groovowe poletko sprawdza się nie najgorzej. Niestety zarówno wokal, jak i teksty sprawiają, że raczej odpuszczę sobie ponowne zmagania z “Obrazem pozornym”.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/mastemey-obraz-pozorny-500x500.jpg
Artysta Mastemey
Tytuł Obraz pozorny
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 20 marca 2019
Czas trwania 39 minut
Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

Znacie to uczucie, kiedy ktoś obdarowuje was trywialną mądrością życiową w momencie, kiedy jedyne czego potrzebujecie, to żeby wszyscy zamknęli mordy i dali wam spokój? W sumie to pytanie retoryczne, bo dobrze wiem, że znacie. Czasem jest jednak tak, że znajduje się ktoś, kto dzieli się taką chujową złotą myślą, która okazuje się trafiać idealnie, gdy kompletnie się tego nie spodziewacie. Dawno temu, pewien mądry, zabawny człowiek zrobił mi właśnie taki psikus, kwitując moje rozstanie słowami "Spoko ziom — każdy zakończony związek to szansa na dwa następne". Jak ta anegdota ma się do debiutu zespołu Pył? A no tak, że w skład kapeli wchodzą ludzie, którzy z takich czy innych względów "rozstania" ze swoimi wcześniejszymi kapelami dokonali, ale dzięki temu stworzyli jeden z ciekawszych, pozbawionych realizatorskiej i kompozycyjnej napinki projektów tego roku.

Dwie trzecie Pyłu to Wojciech Lacki i Piotr Paciorkowski z Ampacity — kapeli, która ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu ze spacerockowych, improwizatorskich lotów podążyła w kierunku poprawnego, ale niezbyt oryginalnego rocka progresywnego o dość oldschoolowej proweniencji. Kiedy w 2013 roku na Off Festivalu zespół udzielał mi wywiadu, nikt z zainteresowanych chyba nie podejrzewał, że grupa tak daleko ucieknie od tematów zawartych na genialnym "Encounter One". Trzecia trzecia Pyłu to z kolei Przemysław Głowacki — do niedawna perkusista Marksman. Ten zespół swojej twórczości na przestrzeni lat za bardzo nie zmieniał, ale naładowane emocjami hardcore'y w ich wykonaniu sprawdzają się doskonale w całej rozciągłości dyskografii. Gdy więc dowiedziałem się, że ludzie z tak oddalonych od siebie gatunkowo projektów tworzą coś razem, szybko zacząłem domniemywać, co może powstać z połączenia powyższych. Jeśli jednak wy próbujecie robić teraz to samo, to zaklinam — natychmiast przestańcie! Otóż ostatnie czego tu doświadczycie to mikstura składników Ampacity i Marksman.

To, czym oprósza nas Pył, to niemal trzy kwadranse swobodnego eklektyzmu, kolażu nastrojów i twórczego nieskrępowania, skomponowanego i zagranego bez ani grama przesady, czy ekstrawagancji. Głównym składnikiem jest tu krautrockowy flow ukazany w niezwykle nowoczesnej formie. Kompozytorzy nie bali się zahaczyć o sewentisowo rockujące tematy ('Boy No Power'), odwoływać się do zabrudzonego shoegaze'u ('Niedźwiednik 1'), czy uraczyć nas orientem ('Niedźwiednik 2'). Ten ostatni wraz z wieńczącym album 'aste', wypuszczają na pierwszy plan saksofon, który zaskakuje dokładnie w momencie, kiedy słuchaczowi wydaje się, że wie już o "Pyle" wszystko. Świetnie sprawdza się tu i ówdzie dogrywający tła syntezator. Raz — idzie w parze z rozmytą delay'em gitarą, która daje mu odpowiednio dużo miejsca, by mógł w pełni wybrzmieć. Dwa — fakt ten sprawia, że partie owych instrumentów doskonale ze sobą korespondują, dając nam wytchnienie w spokojniejszych fragmentach albumu. Sporo tu też repetytywności, która szybko wprowadza słuchacza w trans. 'Rhei', 'The Parisian' oraz 'PTSD' pulsują miło, jednak nie dążą do tego, by hipnotyzować bez celu. Aranżacje utworów skonstruowane są tak, że ów spokój jest jedynie składnikiem wyciszającym słuchacza, by z tego stanu wyrwać go zawadiackimi riffami i żwawą grą sekcji rytmicznej. À propos sekcji rytmicznej — to ona sprawia, że bez uczucia przesytu, bo minimalnym nakładem instrumentów, dzieje się tu tak dużo. Duet Lacki — Głowacki rozumie się doskonale, bez problemów przechodzi z motywów wręcz jazzujących ('aste', 'Rhei', czy 'The Parisian' z jaskrawym, funkującym basem i delikatnym fletem), do surowych, punktujących wyraźnie i donośnie partii. Odnoszę się tu zarówno do utworów zawartych na "Pyle" jako ogółu (posłuchajcie uważnie jak sekcja brzmi w 'PTSD', czy 'Niedzwiedniku 1', a potem wróćcie do tych wspomnianych wcześniej — jazzujących), ale również do poszczególnych piosenek. 'Boy No Power', 'Rhei', 'Niedźwiednik 2' (ten ze świetną partią Głowackiego, gdy perkusja wychodzi na pierwszy plan) są idealnymi przykładami na to, że nie trzeba ładować niezliczonej ilości partii instrumentów, by zaintrygować i przez cały utwór trzymać słuchacza w garści, skupionego i bezwolnie poddającego zmieniającym się na albumie nastrojom.

Po kilku przesłuchaniach niektórzy mogą odczuć jednak lekkie znużenie. Kompozycje skonstruowane są w podobny do siebie sposób — długie przechodzą z partii spokojnych w cięższe, by w końcówce znów wyczillować. Krótkie są po prostu spokojne, pozwalają na chwilę oddechu, by przejść płynnie do kolejnych. Brak wyraźnej przebojowości może spowodować, że odbiorcy, idący jednocześnie po linii nieco mniejszego oporu, przestaną do tego albumu wracać. Szkoda, że rozpoczynający krążek 'Nam' nie jest połączony dźwiękową klamrą z wieńczącym go 'aste'. Taki zabieg byłby strzałem w dziesiątkę, ale brak… nazwijmy to "Namaste", nie przeszkadza ani trochę w odbiorze muzyki jako całości. Debiut Pyłu to bardzo oryginalna, intrygująca płyta, która jest dowodem, że kapele, które nie bazują na gatunkowej generyczności, nie muszą silić się na masakrującą skomplikowanymi konstrukcjami chaotyczność, czy aranżacyjną megalomanię. Przydaje się natomiast talent. Czekam na kolejne, niech Pył zapyla i niech znów dostarczy muzykę oprawioną w równie intrygującą co muzyka okładkę.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/pył-zespół-700x500.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/pył-2019-okładka-500x500.png
Artysta Pył
Tytuł Pył
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 1 kwietnia 2019
Czas trwania 00:44:14
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Retro, powroty do przeszłości, muzyczne wehikuły czasu, lata młodości, sentymenty. Niemal każdego artystę, który przekroczy magiczną barierę 30/35 roku życia, ściga przeszłość. Ścigają go wspomnienia, które – w zależności od klasy rzeczonego artysty – spajają się z dobrą muzyką i tekstami, bądź wyjątkowo rozpaczliwymi próbami odwzorowania specyficznego klimatu i atmosfery tych czasów, które przeminęły i nie powrócą. Na szczęście. A dlaczego wspominam o tym przy okazji premiery najnowszego krążka ansamblu Fisz Emade Tworzywo? Czy chcę przez to zasugerować, że oto bracia Waglewscy postanowili zabawić się w muzyczny recykling przeszłości? No, jest w tym trochę prawdy, ale naprawdę tylko trochę.

Do „Radaru” podchodziłem jak do jeża. Wcześniejsze „Drony”, to jedna z ciekawszych propozycji jakie zaoferowała mi polska alternatywa. Normalnym jest, że już w głowie wyświetla się wam ta czerwona kontrolka, która każe sądzić, że jego następca będzie gorszy. Tym bardziej, że przebicie „Dronów” do najprostszych zadań nie należało. Mówimy w końcu o płycie bardzo dojrzałej, gęstej od emocji, ale jednocześnie powściągliwej. Przeładowanej elektroniką, ale jednak dalekiej od przesytu czy przerostu formy nad treścią, która to treść przecież od zawsze stanowiła clue twórczości Fisz Emade.

Jak więc w konfrontacji z wyjątkowo udaną poprzedniczką prezentuje się „Radar”? Na pewno jest inaczej. Nie tak, żebyśmy nie wiedzieli, kto tę muzykę stworzył, ale czuć zmiany. Najistotniejszą z nich jest to, czemu poświęciłem wstęp, czyli wycieczka w zamierzchłe czasy. Lata 80., mówiąc precyzyjniej. Cały album bardzo subtelnie czerpie z tej epoki, co potwierdzają chociażby wyraźnie rockowe (z nutką post-punka) ‘Wolne dni’, czy przepięknie transowa ballada ‘Dwa ognie’. Waglewscy nie zbudowali sobie wehikułu czasu, który zabrał ich jak najdalej od współczesności. Specyficznie dawkowana elektronika z „Dronów” pojawia się chociażby w funkującym ‘Swetrze’, a i zapętlony, brudny beat w połączeniu z auto-tunem stanowią o połowie sukcesu świetnej ‘Melatoniny’. Jednak najbardziej aktualnym i współczesnym wątkiem na „Radarze” są oczywiście teksty. Fisz to bardzo dobry obserwator, który już od czasów debiutanckiego „F3” jest mistrzem fechtowania celnymi spostrzeżeniami i wersami, które wbijają się w czaszkę na dłużej niż tylko dwie minuty. Nie inaczej sprawa ma się z „Radarem”. Poziom tekstów Waglewskiego-wokalisty w zasadzie robią tutaj największą robotę. Ktoś może powiedzieć, że polityka, miłość i społeczeństwo to oklepane tematy. Że jazda po linii najmniejszego oporu. Ale czy to właśnie nie te tematy łączą każdego z nas? Czy to nie jest tak, że jedna z tych trzech składowych nie daje lub nie dała spać każdemu choćby kilka razy? Tym bardziej dobór tematów cieszy, ponieważ Fisz wie, jak pisać, aby chwycić słuchacza za serce. I niezależnie, czy w prześmiewczym tonie mówi o miłym panu z telewizji w ‘Morskich lwach’, o zagubieniu w ‘Jestem w niebie’, a nawet w momencie, kiedy deklaruje, że jego ręka jak skrzydło zasłoni cię (‘Dwa ognie’) – efekt jest ten sam. Czujesz, Słuchaczu, że to także twoje problemy, że borykasz się z nimi, odnotowujesz je, utożsamiasz się z tymi tekstami. I to jest piękne.

Piękny jest cały „Radar”. To świetny krążek skomponowany przez w pełni świadomych muzyków, którzy wiedzą, czego chcą i którzy nie muszą nikomu niczego udowadniać, bo od lat grają we własnej lidze. Nawet gdy w tej pogoni za nowym nieco zwalniają, nawet gdy zdarza im się kogoś zacytować, to zawsze mówią własnym głosem. To się ceni.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/04/fisz-emade-tworzywo-radar-recenzja-500x500.jpg
Artysta Fisz Emade Tworzywo
Tytuł Radar
Wydawca Grand Imperial / Dwa Ognie
Data premiery 8 marca 2019
Czas trwania 52 minuty
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Zaraz po wydaniu „Blur” Artur Rawicz (na kanale serwisu CGM) przeprowadził wywiad z jego autorem — Łukaszem „Małpą” Małkiewiczem. Dziennikarz pytał rapera z Torunia, czy nie obawiał się, że materiał wyszedł bardzo blisko dat premier nowych albumów Sokoła i O.S.T.R.ego. Małpa przyznał, że owszem, ma świadomość siły konkurencji w kontekście sprzedaży i boi się o nią. Jednak by w pełni zrozumieć, co tak naprawdę miał na myśli, należy zagłębić się w liryki na „Blur”, gdyż w przeciwnym wypadku łatwo wyciągnąć tu pochopne wnioski. Otóż w singlowym ‘Nie wiem co będzie jutro’raper przyznał:

„Szukam dziewczyn na krótko / Czuję dumę tylko, kiedy przyglądam się słupkom”.

Czemu od tego zaczynam recenzję „Blur”? A no dlatego, by przybliżyć, co stało się z Małpą przez ostatnie lata, pomiędzy rewelacyjnym „Mówi”, a jego najnowszym wydawnictwem. To ogromnie ważny w odbiorze całości kontekst.

Przypomnę, że debiut torunianina „Kilka numerów o czymś” i drugi jego krążek dzieli aż siedem lat. To bardzo dużo jak na rap-scenę. Dwa ostatnie albumy dzieli już znacznie mniej, bo jedynie trzy lata. Zmiany słychać zarówno w głosie artysty, podejmowanych tematach, jak i muzyce, na którą położone są wersy. W tym samym wywiadzie, o którym wspomniałem na początku, Małpa podzielił się inną, ogromnie ważną informacją na temat powstawania płyty. Otóż tym razem, dzięki miłemu zbiegowi okoliczności, Łukasz stał się posiadaczem pianina. Jak sam wspomniał „naciskał trochę te białe, trochę te czarne i do tego układał słowa”. To nie jest klasyczna metoda na komponowanie rapu, ale właśnie tutaj jest pies pogrzebany – „Blur” nie jest klasyczną płytą rapowa. Wykracza ona poza ramy gatunku, oferując nam podróż w głąb smutków, rozterek i problemów, z którymi musiał mierzyć się Małkiewicz. W ‘Jedyna słuszna droga’ z poprzedniej płyty autor tłumaczył:

„Nie mam nikomu nic do powiedzenia, ziomuś / Po prostu spisuję swoje wspomnienia, by sobie pomóc”.

Teraz pewność skuteczności rzeczonej terapii ustępuje zwątpieniu w jej działanie –

„Moje sumienie to w sumie nie twoja sprawa / Opisuje cierpienie, mam wrażenie, że to mi pomaga” (‘Wszystko o czym śnię’)

A cierpienia jest na tej płycie co niemiara. Tak dużo, że autor powoli się w nim zatraca

„Robię dobrą minę, kiedy błyskają lampy / Mimo tego na zdjęciach wyglądam, jakbym był martwy / Czy nadal będę coś warty? / Gdyby okazało się, że mało we mnie pozostało z Małpy” (‘Wszystko o czym śnię’)

Sporo tu smutnej nawijki o utraconej miłości. Niby to nie nowość – rap powinien być szczery, a nie epatować lansem, o czym wielu młodych twórców chyba zapomina. Niestety jednobarwność opisu uczuć, a także momentami wręcz ciężka do zniesienia rzewność po prostu nudzi. Najgorzej jest, kiedy po raz kolejny słyszymy, jak smutny jest Małpa i gdy zaczyna o tym śpiewać (‘Zanim zaczął się czas’, ‘O krok’, ‘Budzę się’). Dodane gdzieniegdzie kobiece chórki nie ułatwiają przesłuchania tych utworów, bez uczucia emanującej z nich infantylności.

 

W opisach ciemnej strony rap kariery, Łukasz przypomina Pezeta. Sporo tu narzekania na to, że fani nie widzą w swoich idolach ludzi, ale kogoś, kto przyszedł spełniać ich oczekiwania, nie tylko jako performer na scenie, czy autor tekstów, z którymi można się identyfikować. O tym nawija między innymi we ‘Wszystko o czym śnię’:

„Obcy mówią do mnie po imieniu / Jakbyśmy poznali się co najmniej w poprzednim wcieleniu / Najebani plują mi do ucha, wisząc na ramieniu / Ale nikt poza mną nie ma z tym problemu”.

Niestety, podobnie jak Pezet, torunianin ukojenie od obezwładniającej powoli depry, znajduje w giftach płynących ze sławy – alkoholu i narkotykach

„Mam 33 lata i trochę mi smutno / Trochę, bo ostatnio zapijam to wódką [...] / Leczę lęki, tym co jest w zasięgu ręki / Czaisz, barmani leją mi bez kolejki / A szamani oddają perełki i wielkie dzięki” (‘Nie wiem co będzie jutro’).

Także featuringi na początku płyty nie wróżą dobrego rozwoju płyty. Występ Sariusa to raczej forma niż treść (konia z rzędem temu, kto rozumie, co znaczy, że „Nie wiem, co będzie dzisiaj / A jak spytasz co tam słychać / Dla mnie jak: co za różnica / Proza życia, trochę zwyczaj, tytuł, płyta / I to wydać, gra zrobiona / Tak jak dziwka za tytuł magistra”). Ras, mimo że nie nawija tu słabo, to jednak rzuca zwrotką, która nijak nie ma się do poprzednich Małpy. I… i w sumie, to mam z głowy marudzenie, bo cała reszta „Blur” to sztosiwo!

 

Ciężko wartościować, która płyta pod kątem muzycznym jest lepsza – najnowsza, czy poprzednia. „Mówi” jest krążkiem pełną gębą rapowym. Muzyka takich producentów jak Stona, Sherlock, Donatan, The Returners, czy Zetena bujają doskonale, pełne są świetnych bitów, loopów i scratchów, czyli bliższe temu, do czego Łukasz nawijał na debiucie. „Blur”, do którego muzyka w całości wyprodukowana została przez Magierę, wynosi ten element hip-hopu poza jego klasyczną formę. ‘Nie wiem co będzie...’ zaskakuje repetytywnym bitem, a ‘Wszystko o czym śnię’, mogłoby się znaleźć na płycie niejednej, nowoczesnej kapeli postrockowej, gdyby rap zamienić na śpiew (lub zostawić to jako instrumental). Podobnie jest z ‘Pasażerem’, którego bogaty wachlarz dźwięku przypomina nieco utwory Bokki, czy występującego w kawałku Michała Bownika. Słychać, że ten ostatni znalazł wspólny język z Magierą, bo głos wokalisty doskonale wpisuje się w syntezatorowe, down-tempowe brzmienie piosenki wykręcone przez producenta, spuentowane partią smyczków. No i świetnie pociągnięte jest to przez wieńczący „Blur” ‘Lonely (Outro)’. A skoro dotarliśmy znów do featuringów, to nie można nie wspomnieć o fantastycznych, klasycznych pod kątem muzycznym ‘Neofitach’, gdzie swoją zwrotkę dorzucił Miodu. Często używana przez Magierę żywa perkusja, osiągnęłaby równie imponujący poziom groove’u co partie Questlova z The Roots, gdyby tylko częściej akcentowana była wyraźnym uderzeniem w talerz. Również ‘Puste słowa’ brzmią bardziej klasycznie, ten kawałek spowijają jednak gęste dubowe delaye, trąby i klawisz. Down-tempowe rytmy dostarcza też ‘W środku nocy’, przyozdobiony trąbami mogącymi się kojarzyć z ‘Easy’ Son Lux, i któremu blisko do cloudrapowej konwencji. Nie da się doczepić do czegoś w kompozycjach Magiery – miks i mastering powoduje, że wszystkie, głębokie dźwięki syntezatorów, bębnów, pogłosów świetnie korespondują z wyraźnym, czytelnym rapem Małpy i reszty wokalistów, a doskonały sound słychać nawet na nieaudiofilskim sprzęcie, czy średniej klasy słuchawkach. Ponadto, przez wspomniane wychodzenie poza klasyczną koncepcję podkładów do rapu, powinny sprawić przyjemność z ich słuchania nie tylko fanom gatunku.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/małpa-blur-500x500.jpg
Artysta Małpa
Tytuł Blur
Wydawca Proximite
Data premiery 22 lutego 2019
Czas trwania 38 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Off Festival zaczął już ogłaszać kolejnych wykonawców, a to niezwykle cieszy, bo co roku ich line up dostarcza masę ciekawej, muzycznej rozkminy. Przed-przedostatni taki rzut okazał się wyjątkowo ciekawy. Oprócz Electric Wizard, Neneh Cherry, Loyle’a Carnera znalazłem i kilka nieznanych wcześniej perełek, pośród których w mojej playliście w opcji repeat wylądowali londyńczycy z Black Midi (sprawdźcie koniecznie ich występ dla KEXP!) oraz rezydujący w Berlinie Lotic. A że opcja repeat wygenerowała więcej odtworzeń tego drugiego (nie tylko z powodu większej ilości utworów na ostatnim wydawnictwie), nie mogłem nie pozwolić sobie na krótką recenzję jego najnowszego albumu „Power”.

J’Kerian Morgan aka Lotic pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, żyje jednak w Berlinie, co ze względu na preferowaną i performowaną przez niego twórczość i podejście do własnej seksualności nie powinno dziwić. Jako że to drugie jest sprawą prywatną (choć mającą odzwierciedlenie w tym pierwszym), nad którą rozpisywać się nie mam zamiaru, przejdźmy szybko do najnowszego albumu artysty - „Power". Otóż wydał go label Tri Angel, który w swoich szeregach posiada choćby The Haxan Cloak, czy Forest Swords, możecie więc spodziewać się już, w jakich rejonach dźwięku obraca się Lotic. Co ciekawe swoje mroczne, przeszyte naćpano-introwertycznym napięciem kompozycje, oparte o bity spadające na nas z niemałym ciężarem, artysta łagodzi zaskakująco nieprzyjemno-przyjemnymi, delikatnymi, poszarpanymi melodiami. Do tego dodaje przyprawiające o gęsią skórkę, szeptane wokalizy, czy partie brzmień smyczkowych, które zapewne pochodzenie mają również „elektroniczne” ('Hunted', 'Resillance', 'Fragility').

Lotic nie boi się jednak nieco bardziej klasycznych wokali. Cóż, „klasycznych” to może niezbyt fortunne określenie, ze względu na soczyste ich przemiksowanie. W 'Heart' dostajemy ciekawie zaśpiewany featuring Moro, a w 'Bulletproof' i 'Nerve' - mamrotano-bełkotliwy quasi rap, który w sumie wkurwiałby przeokrutnie, gdy podłożyć go pod trytytkowe produkcje łaków pokroju Lil Pumpa, ale tu pasuje idealnie. Dlaczego? A no dlatego, że wokalna nonszalancja i queerowość (pyk, jaki neologizm) artysty uwiarygodnia jego działo. Poza tym piosenki w dużej mierze nawiązują do brzmienia Aphex Twina (szczególnie z „Selected Ambient Works vol. 1" i "I Care Because You Do"), zachowując zdrową zasadę inspiracji klasyką idącej ku samodzielnemu uwspółcześnieniu. Nie da się tu po prostu nie wyczuć cech charakterystycznych artysty, który swoją muzyką buduje nastroje, które przynajmniej z grubsza postarałem się wam opisać.

„Power” nie jest płytą łatwą w odbiorze, choć to, co już napisałem, może tego w pełni nie oddawać. Postaram się więc w podsumowaniu. Jeśli w sobotę około 7:00 rano zdarza wam się zaciągnąć zasłony, w napięciu poszukując tytoniu do jointa, który opanuje natłok myśli zmierzających do ślepych uliczek zamiast puent, odnajdziecie w muzyce Lotic dziwne, niepokojące ukojenie. Nie będzie wam również przeszkadzać fakt, iż kompozycje sprawiają wrażenie niedokończonych. Jeśli jednak tego w zwyczaju nie miewacie, to może się okazać, że kontekst tej muzyki, silnie osadzonej w dniach zlanych w jeden, przy waszym zmieniającym tempo tętnie, niestabilności poziomu endorfin i niestabilności emocjonalnej, jest jednak pewną barierą. Mimo to warto spróbować zmierzyć się z „Power".

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/lotic-power-500x500.jpg
Artysta Lotic
Tytuł Power
Wydawca Tri Angle
Data premiery 13 lipca 2018
Czas trwania 35 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Jestem fanem muzyki deathmetalowej, ale nawet z perspektywy jej fascynata spokojnie mogę stwierdzić, że przeżywa ona pewien kryzys. Dzisiejsza scena tego gatunku raz po raz częstuje słuchacza setkami zakochanych w Sztokholmie klonów Dismember i Entombed. Jeśli z kolei ktoś woli słoneczne USA od Szwecji, to dostanie kserokopię dokonań Morbid Angel, Death bądź Immolation. Skoro o Death mowa, nietaktem byłoby pominięcie technicznej frakcji death metalu, gdzie stanowczo za duża ilość nut wcale nie dodaje kompozycjom wigoru. Człowiek ma prawo czuć się rozczarowanym, wiedząc, że w tej estetyce coraz mniejsza grupa wykonawców pamięta o dostarczaniu negatywnych emocji, z naciskiem na gniew. Na szczęście Venom Prison wiedzą, że tutaj chodzi przede wszystkim o strzał w zęby, bez jednoczesnego podszywania się pod innych wykonawców.

Najnowszy materiał brytyjskiego ansamblu już w ciągu pierwszych kilkudziesięciu sekund wymierzył mi serię bolesnych sierpów i po wszystkim zaśmiał się nonszalancko. Wynika to z faktu, że muzyka składająca się na “Samsara” nie polega na wytłuczeniu jak największej ilości dźwięków, bo tak należy. Baza tego wydawnictwa to niczym nieposkromiony gniew i pierwotna agresja, które decydują o intensywności i przede wszystkim poziomie wyprowadzanych przez zespół ciosów. Warsztat nie odgrywa tu najistotniejszej roli, ponieważ wszyscy wiemy, że dobrą piosenkę można napisać będąc średnio uzdolnionym pod kątem technicznym muzykiem. Nie żebym zarzucał Venom Prison kompozytorski prymitywizm, w żadnym wypadku. Po prostu pragnę zaznaczyć, że to pasja oraz chęć wyrządzenia słuchaczowi krzywdy czynią ten album tak dobrym i wyjątkowym. Ponadświetlna prędkość riffów, karkołomne wyczyny sekcji rytmicznej, tona hałasu? To wszystko tu jest, ale bez autentycznej nienawiści wobec bliźnich powyższe składowe nie robiłyby aż takiego wrażenia. Fermentująca agresja spaja je w jedno i nadaje mocy, której mogliby zespołowi pozazdrościć starzy deathmetalowi wyjadacze, którzy nagrywają muzykę, bo nagrywają i nic szczególnego za tym nie stoi. Tymczasem u Venom Prison sprawa ma się inaczej.

Deathmetalowe strzały sukcesywnie wbijają i tak zaniepokojonego już słuchacza w ziemię, a wielokrotne przebieżki po hardcore punkowym terytorium tylko wzmacniają siłę rażenia “Samsary”. Swoje robi też wspaniale zrównoważona produkcja. Kopalni gruzu tutaj nie uświadczycie, ale człowiek za konsoletą zadbał o to, aby całość emanowała brudem i surowością, tak przecież ważnymi w tej estetyce. Warto wspomnieć także o wokalnych wyczynach Larissy Stupar, bez której być może nie odbierałbym omawianego w tym tekście materiału tak samo. Jej lawirowanie między głębokim do przegięcia growlem i skrzekiem w wysokich rejestrach także wpływają na “Samsarę” jako całość. Głos tej wokalistki oraz upór w wypluwaniu swoich płuc jak najbardziej imponują (skojarzenia z Code Orange są tu na miejscu) i dodają płycie parę punktów w potencjometrze dziczy. Tak właśnie trzeba.

Dawno nie trafiłem na tak surową porcję death metalu gęstego od emocji, a jednocześnie nie spoglądającego w stronę kiczu, patosu czy nastoletniej naiwności. Venom Prison to obecnie w pełni ukształtowany zespół sztyletujący słuchaczy świetnie skrojonymi piosenkami. Prawdopodobnie jeden z najlepszych młodych reprezentantów metalu śmierci na chwilę obecną.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/venom_prison_samsara-500x500.jpg
Artysta Venom Prison
Tytuł Samsara
Wydawca Prosthetic Records
Data premiery 15 marca 2019
Czas trwania 00:42:00
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasz:
TUTAJ

Z muzyką Sigh nigdy nie było mi po drodze. Trafiłem na nich przypadkiem, przy okazji przeglądania recenzji, w którymś muzycznym periodyku. Jeśli mnie pamięć nie myli, był to Metal Hammer, ale, jako że miało to miejsce ponad dekadę temu, jest duża szansa, że mnie myli. Pamiętam jednak dobrze, że moją uwagę przykuła okładka recenzowanej tam płyty. Poszedłem więc za ciosem i sprawdziłem, co do zaoferowania ma kwintet z Tokio. Tu spotkałem się niestety ze ścianą — mikstura czegoś, co leżało tylko koło awangardowego blacku, wymieszana z folkiem i przeszkadzajkami dobieranymi chyba na zasadzie „co popadnie” miała może momenty, ale było ich zbyt mało, abym w wymownym, nonszalanckim geście zdjęcia słuchawek z głowy nie stwierdził „Pass, kurwa, nie dam rady!”. Co więc takiego spowodowało, że zapomniałem o wcześniejszych animozjach i znów sięgnąłem po muzykę Sigh?

A no znów to samo — okładka. Mam do nich słabość, nie ukrywam. Kolejna w historii wydawnictw Sigh praca autorstwa Elirana Kantora jest wyjątkowa nie tylko ze względu na oryginalny styl artysty (serio, zobaczcie jego prace — sztos!). Otóż z dzieła zdobiącego „Heir...” bije zupełnie inny nastrój, niż dla przykładu z „Scenes from Hell” tego samego twórcy. Może się wydawać, że zespół Sigh przemyślał swoje dokonania i zrezygnował tu ze wszystkiego, co wcześniej przyprawiało mnie o dreszcze. Nie irytuje już toporne brzmienie perkusji, przypadkowe sample, wciskane na siłę, infantylne, syntezatorowe melodyjki, nudne, oklepane aranże, jest za to całkiem sporo rzeczy cieszących uszy.

Zacznijmy od tłustego brzmienia wykręconego na płycie. Sekcja rytmiczna choć mocna, nie wychodzi na pierwszy plan, co daje większe pole do popisu gitarom i wokalom. Także partie syntezatorów spowodowały, że muzyka Sigh zyskała na głębi i mrocznej przestrzeni. Nie ma tu jakiejś dramatycznej zmiany stylu obranego niegdyś przez zespół — jeśli kogoś przynależność gatunkowa tokijczyków doprowadza do alergii, to nie znajdzie za wiele dla siebie, ba, po odsłuchu może pojawić się swędząca wysypka lub uporczywy katar. Mnie wytrzymałość i cierpliwość pozwoliła  na przełamanie wcześniejszych niechęci, dzięki czemu mogę docenić ten album za jego nieprzewidywalność i różnorodność. Oprócz klasycznego podejścia do formuły avant/ melodic black metalu, słuchacz co chwilę dostaje w ryj czymś ciekawym, wychodzącym poza sztampowość gatunku. Są więc liczne zmiany tempa, ale stosowane odpowiednio precyzyjnie, dzięki czemu nie odczuwamy miotania nami niczym manekinem podczas crash-testu. 'Hunters Not Horned' miło odjeżdża w kosmiczno-indyjski trip, jeszcze ciekawiej powracając do głównego motywu utworu. 'In Memories Delusional' zaczyna się oldschoolowym cross-overowym, ultraszybkim riffem (trochę Slayer, trochę newscholowy hardcore), co jakiś czas racząc utrzymanymi w takiej konwencji zwolnieniami. Trochę szkoda, że dostajemy jedynie  w ten sposób urozmaicony przekładaniec, bo kompozycja aż prosi się o bardziej odjechane zmiany i niekonwencjonalne zagrywki. Za to już trylogia 'Heresy', która pełna jest dzikich, acz precyzyjnie zrealizowanych pomysłów, zahaczających o to, co tworzyli szaleńcy z Thee Maldoror Kollective (w drugiej części  tejże trylogii - 'Acosmism'), czy Mayhem w obu aktach „A Bloodsword And A Colder Sun” (tu część pierwsza - 'Oblivium'), wszystko nam rekompensuje. Doskonale wypadła też ostatnia część 'Heresy' - 'Sub Species Aeternitatis', gdzie zespół zaprasza nas w rejony nieco bardziej pokurwionych tematów, nie będę psuł wam więc zabawy opisem. Zamykające całość, dwie ostatnie kompozycje wracają do tego, czym twórcy „Heir To Despair” uraczyli nas na początku, wciąż nie jest nudno, można więc dobrnąć do końca albumu bez uczucia przesytu, czy zmęczenia. A w kategorii dźwiękowej, w jakiej mieści się Sigh, można to zapisać jako sukces.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/Sigh-band-2018-800x507.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/Sigh_Heir-to-Despair_Okładka-500x500.jpg
Artysta Sigh
Tytuł Heir To Despair
Wydawca Candlelight Records
Data premiery 13 października 2018
Czas trwania 00:52:42
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Melodyjny death metal to taki gatunek, z którego “opłaca się” naśmiewać. A bo melodyka przywodząca na myśl wyjątkowo niskich lotów heavy metal, a bo produkcja za ładna, a bo to wszystko takie grzeczne. Tak, słyszeliśmy te wszystkie wytarte argumenty z milion razy. Pytanie tylko, czy metal zawsze musi być upaćkany w smole i zagrany najbrzydziej na świecie? No, nie musi. Muzyka Soilwork świetnym tego dowodem, bo Szwedzi już od początków działalności stawiają na wysoką jakość i precyzję w tworzeniu swoich produktów.

Czasami jednak zdarzało się, że pedantyczna dbałość o najdrobniejsze szczegóły niespecjalnie czyniła wydawnictwa Soilwork ciekawszymi. Wręcz przeciwnie. Kilka ostatnich płyt grupy raczej zmusza do ziewania za sprawą perfekcyjnych do granic patentów brzmieniowych, riffowej zabawy na zasadzie “ma być szybko, ale melodyjkę dorzuć!” i wyjątkowo tendencyjnych wokali Björna Strida. Jeśli myślicie, że przesadzam, polecam zaznajomienie się z dwupłytowym (sic!), trwającym prawie półtorej godziny “The Living Infinite”. Gwarancja zmęczenia materiału, przeładowania pomysłami i przesytu gwarantowane już po lekturze trzech pierwszych utworów.

No, ale to było parę lat temu. Do “Verkligheten” z kolei podchodziłem bez większych emocji, a już tym bardziej bez żadnych oczekiwań. Może dzięki temu podejściu szybko zaprzyjaźniłem się z krążkiem, a powracanie do takich numerów jak “The Wolves Are Back in Town” autentycznie dostarcza mi dużo radości. Oczywiście nie myślcie sobie, że oto na jedenastym albumie autorzy “Stabbing the Drama” zmienili formułę i wpuścili dużo świeżego powietrza do kompozycji. Nie, jest po staremu. Mamy więc całą kolekcję riffów ze skarbca riffów po szwedzku. Czasami kipiących od heavy metalu, momentami odurzonych thrash metalem, a w jeszcze innych przypadkach takich, co to przypominają o czasach świetności sztokholmskiej sceny deathmetalowej. No, ale z inną produkcją, wiadomo. Często w całość tej układanki wtyka się klawiszowe brzmienia a'la progresywny metal w zimowym swetrze, a Björn Strid na każdym kroku pokazuje, że lubi pokrzyczeć, ale jednocześnie żywi gorące uczucia do czystego głosu Ihsahna. Mimo odrestaurowania tych znanych już sztuczek nowy Soilwork porywa do tańca. A dlaczego? Cóż, tutaj w grę wchodzi ciężki do zdefiniowania pierwiastek energii, który się po prostu ma albo nie. Bo na przykład przy paru poprzednich produkcjach zespołu ciężko o niego było. A teraz brzmi to dużo lepiej. Może nie jak banda wkurzonych na świat nastolatków, ale kolesi, którzy umieją pisać dobre numery i rozsądnie wyważyć elementy agresji oraz melodii. Ja to kupuję w pełni, nawet mimo tego do przesady podniosłego refrenu w “Arrival”, przymykając oko na wyjątkowo rycerski nastrój “Full Moon Shoals” i nie obrażając się za przesadną dominację rozpoetyzowanej melodii w “Witan”. To są tylko drobne wady i detale, które nie przesłaniają świetnie wyśrubowanych riffów, dobrze rozpisanych wokali Strida (cóż on wyrabia w “Bleeder Despoiler”) czy ogólnego poziomu kompozycji bogatych w brzmieniowe smaczki i dużą ilość zadowalających zmian tematów muzycznych.

Powiem szczerze, że Soilwork w takim wydaniu jak na “Verkligheten” kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Niby po staremu, a jednak z mocniejszym silnikiem. Niby z dbałością o szczegóły, ale jednocześnie z odrobiną rock'n'rolla w tej całej układance. Dobra rzecz.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/soilwork-Verkligheten-450x450.jpg
Artysta Soilwork
Tytuł Verkligheten
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 11 stycznia 2019
Czas trwania 00:50:17
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ