http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/12/the-lowest-cult-1000x1000.jpg

The Lowest - Cult

Wyczyszczona produkcja, przebojowe wręcz melodie, hardcore skłaniający się w stronę post-metalu, a nawet metalcore’a. Mam nadzieję, że wszyscy którym nie w smak eksperymenty z hardcorem, przestali już czytać, bo “Cult” nie jest dla nich. 

Stołeczna ekipa z The Lowest zaledwie rok po ostatnim długograju, zdecydowała się na jego następcę. I tych kilka miesięcy wystarczyło, żeby panowie znaleźli na siebie nowy pomysł. Pozostała jednak negatywna energia, rozczarowanie i cierpienie. Tekstowo album eksploruje z kolei tematy religijnego fanatyzmu, apokalipsy, a nawet przyjmuje na chwilę perspektywę Lucyfera. Od strony brzmieniowej jest dużo klarowniej, a miejscami wręcz przebojowo (gitara w ‘Follower’!), nie sprawia to jednak, że brakuje gruzu w odsłuchu. The Lowest wciąż kipi od nienawiści (powiedzcie, że nie macie ciar gdy do Pawła dołącza Jurek krzyczący “Death to us all! Death to the world”) i pierwotnej energii, ale jednocześnie zanurza się w post-metalu (majestatyczne ‘Omega’), a miejscami nawet w metalcorze, eksplorując bardziej zniuansowane rejony

“Cult” potwierdziło tylko, że The Lowest są obecnie jedną z najciężej pracujących na swój status ekip na scenie hardcorowej. Z każdym kolejnym wydawnictwem kontynuują muzyczne poszukiwania, pozostając jednocześnie spójni w przekazie. Warto nie tylko sprawdzić “Cult”, ale i czekać co przyniosą przyszłe wydawnictwa The Lowest.

Artysta The Lowest
Tytuł Cult
Wydawca Hasiok Records
Data premiery 22 marca 2019
Czas trwania 00:30:51
Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ


http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/12/guantanamo-party-program-I-cover-1000x1000.jpg

Guantanamo Party Program - I

Dziesięć lat to być może niewiele w perspektywie historii muzyki. Patrząc jednak na tempo w jakim sceny muzyczne zmieniają się na przestrzeni ostatnich kilku lat, dekada może robić ogromną różnicę. Znajdujemy się obecnie na progu 2020 roku, a w marcu minie dokładnie dziesięć lat od premiery “I”, debiutanckiego albumu Guantanamo Party Program. Nie było mnie przy tym. Nie dane mi było obserwować na bieżąco ścieżki rozwoju grupy, ani ówczesnej kondycji sceny hardcorowej. Jednak po dekadzie, trzech albumach i kilku splitach, można z całą stanowczością powiedzieć, że polska scena hardcorowa nie byłaby dzisiaj tym czym jest, gdyby nie Guantanamo Party Program.

Gdy próbowałem przypomnieć sobie czego słuchałem w 2010, na myśl przychodzą mi Cult of Luna, Rosetta, czy Russian Circles. Blindead wydało wtedy “Affliction XXIX II MXMVI”, a post-metal był w szczytowym punkcie, nieuchronnie dążąc do wypalenia i wyczerpania formuły. Debiut Guantanamo Party Program ukazał się we właściwym momencie, puszczając oko do fanów wszystkiego co ‘post’, a jednocześnie eksplorując granice gatunku. “I” wypełnione jest repetytywnymi riffami oraz emocjonalnymi wokalami, żywcem zaczerpniętymi z post-hardcore’a. Mieszanka ta kłębi się i nawarstwiają, dążąc do kulminacji. Zespół balansuje między melodyjnymi, nostalgicznymi momentami, a agresywnymi, dark hardcorowymi wybuchami. Z jednej strony słychać post-metalowe korzenie, ale z drugiej Guantanamo Party Program zdaje się wyrywać w stronę czegoś innego. Czego? To już można usłyszeć na “II” i “III”. 

Guantanamo Party Program, a przede wszystkim ich koncerty odcisnęły swoje piętno na współczesnej, polskiej scenie hardcorowej. Po nich przyszły takie zespoły jak Deszcz, The Throne, Fleshworld, Coffinfish czy Dom Zły, które jeszcze głębiej i mocniej eksplorowały tropy podjęte na “I” i późniejszych wydawnictwach wrocławian. Na ile natchnęli wymienione zespoły, a na ile przetarli szlaki, to już zupełnie inna kwestia. Na pewno trudno mówić o polskim hardcorze po 2010 roku, nie wymieniając Guantanamo Party Program.

 

Artysta Guantanamo Party Program
Tytuł I
Wydawca Hasiok Records
Data premiery 12 marca 2010
Czas trwania 00:33:33
Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

Niewiele ponad tydzień przed publikacją tej recenzji zamieściliśmy na naszym kanale YouTube dyskusję Piotra i Michała o sensie przypisywania zespołom gatunkowej przynależności i tworzeniu nazw gatunków. Pośród wielu argumentów i różnorodności perspektyw w spojrzeniu na ten temat, nie pojawiła się jedna, według mnie niezwykle istotna kwestia. Otóż są zespoły, które tworzą określenia opisujące swoją twórczość tak, by zawrzeć w nich zarówno brzmienie muzyki, wymowę tekstów, jak i – wspomniany już w rzeczonej dyskusji – pomysł na siebie. Spójrzmy na takie Nagrobki. Spójna tematyka tekstów na wszystkich płytach (checked), obranie konkretnego pomysłu na merch (checked) i otoczkę wokół siebie na publikowanych zdjęciach i wrzutach na social media (checked) - jest koherencja. Gatunkowa łatka, jaką przyszyły sobie Nagrobki, to „nekropolo”. Problem w tym, że nie bardzo pasowała dotychczas do muzyki zawartej na płytach. Nawiązanie do stylistyki disco polo, a dokładniej rzecz biorąc do silnego nacechowania tego gatunku wiadomymi elementami, mija się z tym, co usłyszeć można na „Stanie Prac” i „Granicie”. Nagrobki to przecież zespół nagrywający piosenki o umieraniu lub „nieżyciu”, pisane z jednej strony z przymrużeniem oka, a z drugiej — śmiertelnie (hehe) poważnie. Ponadto zawsze zachowujące wysoki poziom tekstów i unikające infantylności jak ognia, co przekłada się również na zupełnie inną warstwę muzyczną. W jednym z wywiadów gitarzysta duetu — Maciej Salamon — stwierdził, że „Właśnie teraz to będzie nekropolo! Jeszcze bardziej nekropolo”. Najnowszy album Nagrobków pokazuje jednak, że termin „nekropolo” wciąż pasuje tu jak pięść do nosa, ale nie przeszkadza to „Pod Ziemią” być jednym z ciekawszych wydawnictw tego roku zarówno muzycznie, jak i lirycznie.

Po wypracowaniu własnego stylu i ugruntowaniu go na dwóch poprzednich albumach duet Salamon-Witkowski wprowadza do swojej twórczości istotne zmiany. Słychać je przede wszystkim w bardzo wyraźnym brzmieniu klawiszy, na których często osadzony jest trzon kompozycji. Zmiana podejścia pod tym kątem spowodowała, że Nagrobki wciąż ciężko sklasyfikować stylistycznie, ale łatwiej znaleźć tu różnogatunkowe odniesienia. Przez wykorzystanie eightiesowych brzmień, muzyka duetu nabrała głębi i kolorów, ale też czasem ciężaru i mroku. „Mój Dół” z pulsującym z wolna dźwiękiem syntezatora i partią pianina na pierwszym planie jawi się równie niepokojąco, jak choćby „Nie Będzie Już Nic” z „Granitu”, czy „Niedziela” ze „Stanu Prac”. Słuchacz załapuje jednak szybko, że to nie powtarzanie sprawdzonych pomysłów, ale poszukiwanie nowych ścieżek.

„Spalam Się” i “Spowiedź Umarłego”, w specyficzny sposób łącząc punk i disco, nawiązują do muzycznej estetyki rodem z PRLu. Szczególnie wyróżnia się ta druga kompozycja, zresztą najbardziej przebojowa w historii Nagrobków, w której Lech Janerka z czasów Klausa Mitffocha tańczy z Korą Jackowską. W „Nie Uwierzysz Skąd Dzwonię” dopada nas cold-wave’owa melancholia ozdobiona saksofonem Mikołaja Trzaski, który pojawił się na płycie kilka razy. W pozostałych kompozycjach z klawiszem już nie tak mocno wyeksponowanym, ale wciąż wyraźnie obecnym, spotykamy Nagrobki znane z poprzednich płyt. Ciężar instrumentów dętych i przesterów w „Chciałbym Nie Wierzyć W Nic” ładnie rozładowany jest pykaniem metronomu i kołysankowym śpiewem Maćka. W podobnym konstrukcyjnie i brzmieniowo „Idę Do Ciebie Mój Ojcze” prym wiedzie gitara podbita głębokim wah-wah. „Matka Jedyna Ciąg Dalszy” to z kolei czysty punk rock i piosenka wyróżniająca się najciekawszą na „Pod Ziemią” pracą gitar, a do tego paradoksalnie zupełnie inna od swojej poprzedniczki z „Granitu”. Do „Matki Jedynej” z 2017 bliżej zdecydowanie jest „Nigdy Już Nie Wróci”. Pełen niepokoju początek rozwinięty doskonale przez Mikołaja Trzaskę snuje się mrocznie w pierwszej połowie, by w drugiej rozwinąć skrzydła jaśniejszym brzmieniem i bardziej przestrzennymi partiami instrumentów. A do tego bardzo ładnie podsumowuje krążek ptasim świergotem.

„Pod Ziemią” odróżnia się od dotychczasowej dyskografii grupy również miksem. Warto przysłuchać się temu, co Adam Witkowski wplótł pomiędzy swoje bębny, gitary Maćka Salamona i dęciaki Mikołaja Trzaski, ale też jak doskonale grają one razem. Klawisze, o których tyle pisałem wcześniej, nie sprawiają wrażenia doczepionych na siłę. Wręcz przeciwnie – gdy wspominam poprzednie płyty Nagrobków bez tak wyraźnego udziału tego typu instrumentów, odnoszę wrażenie, że może ich brakować. Oczywiście charakter „Granitu” oraz „Stanu Prac” – minimalistyczny i znacznie bardziej szorstki – nie pozwala odczuć tego przy ich przesłuchaniu, jednak głębszy i… bardziej pojemny sound sprawdza się na nowym wydawnictwie gdańszczan doskonale. Piosenki, które cofają nas do lat 80. ubiegłego wieku, sprawiają wrażenie nagranych wówczas, ale odświeżonych współcześnie, na co również silny wpływ ma mastering Piotra Pawlaka. Dysonanse poszczególnych części „Idę Do Ciebie…”, dyskotekowość „Spowiedzi…”, brud „Chciałbym Nie Wierzyć…” – to właśnie dzięki innemu nieco podejściu do miksu i masteringu brzmią one tak dobrze. Słychać to doskonale również w otwierającym album “Moim Dole”, w którym, mimo że dzieje się sporo, bo są tu i przenikające się melodie gitar (elektrycznej i akustycznej), dwie różne partie syntezatorów i głos Maćka wybrzmiewający na różnych poziomach – słuchacza nie dopada uczucie przesytu.

Osobny akapit należy się tekstom — przenikliwym, pełnym pomysłowych porównań i odniesień. Zakończenie otwierającego album numeru słowami „Mój dół to mój dom i dobrze mi tu” intrygująco pointuje jego tekst. „Cieszę się kochanie, że od roku nie żyję — nie ma w trumnie radia, od jedzenia nie tyję” ze „Spowiedzi Umarłego” od razu przywiódł motyw człowieka pogrążonego w depresji, a „Ile Wziąć” z kolei — braku gotowości na śmierć, nieważne, kiedy by ona nie przyszła. No i moje ulubione „...to co masz dziś w nosie, to właśnie ja — byłem H2O, jestem CO2” („Spalam Się") wręcz prosi się o szerowanie w social mediach pod hasztagiem #mood. Nie chcę tu wykopywać wersów ze zwrotek, bo spora ich część jest bardzo kontekstowa. Sęk w tym, że tematyka, jaka przyświeca tekstom Nagrobków, jest niezwykle pojemna, język polski elastyczny w swojej poetyckości i to chyba właśnie tu leży kwintesencja etykiety „nekropolo”. Ja ją kupuję.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/nagrobki-pod-ziemią-okładka-500x500.jpg
Artysta Nagrobki
Tytuł Pod Ziemią
Wydawca thisisnotarecord
Data premiery 11 października 2019
Czas trwania 00:35:57
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasz:
TUTAJ

Niczego nie wyczekuje bardziej jak końca 2019 roku. Kiedy już ułożę sobie w głowie jakiś zarys mojej “topki”, zawsze pojawia się nowe wydawnictwo, które w niej namiesza. Czasem jest to bardzo miłe zaskoczenie, czasem zaś zupełnie spodziewany efekt, jak to jest w przypadku najnowszego albumu Alcest - “Spiritual Instinct”.

Z zapowiedzi na naszym fanpage widzieliście, że przymierzałem się do zrecenzowania albumu już od jakiegoś czasu, co od razu powinno stanowić o tym, że nie jest to płyta na jedno posiedzenie. Sam słuchałem jej już z kilkadziesiąt razy i nadal są jakieś elementy, które są dla mnie nowe.

Ogłoszenia wokół tej płyty były dość niepokojące. Wielu fanów źle przyjęło fakt zmiany wydawcy z Prophecy Productions na Nuclear Blast, których słaba jakość wydawnictw obrosła już w legendę. Personalnie nie miałem ani negatywnych ani pozytywnych odczuć względem tej zmiany. Obawiałem się jedynie, że odbije się to na produkcji płyty, co zawsze było jedną z mocnych cech wydawnictw francuskiego duo. Na szczęście moje obawy były płonne, jest dosłownie parę drobnych momentów, w których mogłaby brzmieć lepiej (jak choćby sekcja wokalna i perkusja w “Protection”, czy talerze w “Sapphire”). “Spiritual Instinct” to wciąż sygnaturowe brzmienie Alcest, kropka w kropkę. Czy mój pierwotny zachwyt, po tak długiej konfrontacji z nagraniem, się utrzymał? Tak, z paroma ale.

"Spiritual Instinct" to nowa odsłona znanego nam przepisu na blackgaze. Alcest zawsze zostawiał sporo przestrzeni na rozwijanie swoich utworów - początek utworu a jego rozwinięcie często dzieliły długie minuty. Nie jest tak w tym przypadku, co słyszymy już w pierwszym utworze. Zarówno “Les Jardins de Minuit” jak i “Protection” odsłaniają przed słuchaczem swoje karty na samym początku. Wciąż lubię ciągnące się wstępy Alcest jak to ma miejsce na “Écailles de lune”, ale taka świeżość w brzmieniu, które wydawało mi się, że znam, jest czymś super. Takie zagranie przekształciło też brzmienie albumu. Jest to najbardziej agresywny i gitarowy krążek Alcest od czasów ich blackowych korzeni. Co ciekawe, cała ta “agresywność” nie czyni albumu mrocznym - wręcz przeciwnie. W porównaniu z poprzednim krążkiem, “Kodama”, na “Spiritual Instinct” znajdziemy również więcej lżejszych, mniej meandrycznych momentów. Nie zrozumcie mnie źle, płyta wciąż jest bardzo wyrafinowana i eklektyczna, tak jak nas Alcest przyzwyczaił, ale w zupełnie inny sposób.

Neige i Winterhalter potrafią wciąż odkrywać nowe tereny w gatunku, który w dużej mierze wymyślili. By to zrozumieć wystarczy spojrzeć na otwierający utwór “Les Jardins de Minuit”. Począwszy od mocnej linii basowej z akompaniamentem wiecznie zmieniających się pętli tremoli, poprzez wokalne harmonie, wchodzimy w znany nam teren melodii “blackgaze’owych” do, których nas Alcest przyzwyczaił. Aż tu nagle... Koherentny, prosty riff z towarzyszącym mu w tej samej melodii wokalem. Jeśli tak ma wyglądać rozwój kapeli, to niech nagrywają jeszcze długie lata - nic nie cieszy mnie bardziej, niż takie podejście do muzyki.

Okładkę ponownie zaprojektował duet znany pod nazwą Førtifem i po raz kolejny wykonali fenomenalną robotę. Okładka, jak to zwykle w przypadku Alcest, jest mocno osadzona w klimacie i tekstach płyty. Istota, sfinks, którego widzimy ma przedstawiać nasz “instynkt duchowy”, aspekt zarówno ludzki jak i “zwierzęcy”.

“Parę ale”, tak naprawdę jest jednym. Niektóre utwory są za długie jak na swój powtarzalny charakter, najlepszym przykładem byłby tytułowy utwór. Najprawdopodobniej jest to efekt uboczny zmiany w podejściu do kompozycji, co nie zmienia faktu, że jest to zgrzyt. Podsumowując użyje słów Piotra z ostatniego “Czego Słuchać” - “jest to płyta na, której Alcest bardzo zaznacza, że to co robi jest bardzo odrębne od całej reszty i tak naprawdę wszyscy Ci naśladowcy nie umieją tego robić, bo to on zna ten sekretny przepis na robienie shoegazowego black-metalu, który się broni”.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/alcest-spiritual-instinct-500x500.jpg
Artysta Alcest
Tytuł Spiritual Instinct
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 25 października 2019
Czas trwania 00:41:01
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ

Nie ukrywam, że od dłuższego czasu szczerze interesuje mnie fenomen europejskiego power metalu. Fenomen zauważalny nie tylko na Starym Kontynencie, ale także i w innych zakamarkach świata. Chodzi o to, że do tej pory trudno jest mi uzmysłowić sobie, dlaczego tak skrajnie przesadzona muzyka spotyka się z tak ekstatycznym uwielbieniem słuchaczy. W jakim sensie przesadzona? Na chwilę obecną pozwolę sobie pominąć aspekt wizerunkowy, do niego przejdę w dalszej części tekstu - tutaj mam na myśli samą muzykę. Muzykę wypełnioną po brzegi karmelowymi melodyjkami, pędem na niewidzialnym koniu po górskich wzniesieniach i karykaturalnie wysokimi partiami wokalnymi. Cóż, nawet przed samym koncertem próbowałem dociec, co takiego ma w sobie ten power metal z państw europejskich. Czy doświadczenie dwóch wyjątkowo rozchwytywanych potentatów gatunku na żywo w jakiś sposób mi w tym pomogło? Jak najbardziej!

Jeszcze stojąc w kilometrowej kolejce, zastanawiałem się, jak do swojego show podejdą muzycy Gloryhammer. Jeśli nie wiecie, o czym tutaj mówię, wystarczy wam szybki rzut oka na ich dowolny klip. Mamy więc gobliny, kosmos, miecze świetlne, ambitne cosplaye Power Rangers i jednorożce. Wobec tego nie zdziwiło mnie specjalnie, że koncert Brytyjczyków wyglądał w zasadzie jak surowa wersja dowolnego teledysku z ich szerokiej filmografii. Było machanie młotami, były wystudiowane ruchy wokalisty i aprobata publiczności, było dużo przekomicznych żartów o piwku oraz wszelkich uciechach życia rycerza. Szczerze powiedziawszy, to spodziewałem się szerokiego aplauzu ze strony publiki - będącej metalowym ekwiwalentem Pyrkonu - ale to, czego doświadczyłem, przerosło moje oczekiwania. Mówimy tutaj jednak o zespole supportującym, tymczasem jak sala B90 długa i szeroka, wszyscy zebrani z pamięci śpiewali teksty każdego numeru. Jest to świetny dowód na to, jak nawet najbardziej przeciętną muzykę może skutecznie przesłonić efekciarski image i konferansjerka w duchu polskiego stand-upu. Wspominam o tym, bo twórczość Gloryhammer wskakuje w każdą możliwą szufladkę, która rodzi się w głowie tuż po zobaczeniu nazwy zespołu. Zaoferowano nam więc skoczno-melodyjny pakiet riffów, obowiązkowe podbicie jaskrawą partią klawiszową z generatora Wacken Music Maker i charyzmatycznego wokalistę lawirującego między rejestrem średnim a kogucio wysokim. Jasne, cały występ budził poczucie zabawnego do przesady, choć z drugiej strony można Brytyjczykom pogratulować zmyślnego pomysłu na siebie i zgrabnie wyreżyserowanego spektaklu. Może i ja tego nie kupiłem, ale każdy z wymalowanych fanów w glanach, bojówkach z klamerkami i wiedźminopodobnych pelerynach już owszem.

No, ale właśnie, czy ja wspominałem coś o show? Bo jakkolwiek sympatyczny substytut Gwiezdnych Wojen z gitarami, o którym piszę wyżej, by nie był, to niemiecki Powerwolf zdmuchnął go z ziemi w tempie ekspresowym. Przepych i patos - te dwa słowa właściwie idealnie sumują koncertową propozycję twórców wysoko cenionego w gatunkowych kręgach “Preachers of the Night”. W związku z tym, gdy wokalista Attila Dorn uprzejmie zapytał, czy jestem gotów na dołączenie do jego “heavymetalowej armii”, udzieliłem odpowiedzi przeczącej, ale to tylko ja. Cała reszta szczelnie zapełnionego klubu rozpływała się w euforii, co w żadnym wypadku nie powinno nikogo dziwić. Sceniczny anturaż Niemców aż buchał od nagromadzenia różnych elementów. Mieliśmy dużą ilość wysokich podestów, dimmuborgiropodobne stroje muzyków, a całości dopełniały statywy mikrofonów w formie odwróconych krzyży i groźny corpsepaint oczywiście. Jeśli dodamy do tego, że każdy muzyk - z wyjątkiem perkusisty - dzielnie trwał w pozie “lewa noga na odsłuchu, prawa lekko odchylona do tyłu”, mamy w zasadzie komplet i efektywną walkę z religią pełną gębą. Jaka muzyka Powerwolf jest, pewnie wiecie. Równie melodyjna jak ta Gloryhammer, ale jednak agresywniejsza, podana z większym naciskiem położonym na powagę, która chyba powinna była mi się udzielić, ale nie do końca tak się stało. Rzecz w tym, że podniośle wyśpiewywane bluźnierstwa w tekstach gryzły mi się z obrazem tańca synchronicznego gitarzystów i rozbieganego w najlepsze klawiszowca. Ale tu rodzi się pytanie - czy muzyka jest najważniejsza na tego typu koncertach? Jestem skłonny zaprzeczyć. Całość tego wydarzenia miała w sobie coś ze zlotu rycerskiego - były więc majestatyczne stroje pań i panów, odpowiednio koordynowane ruchy plastikowego kubeczka z piwem przy szybszych fragmentach piosenek i rytuały odprawiane przez fanów pod sceną i obok niej. Jest to coś, czego nie rozumiem, ale w jakiś sposób doceniam fiksację i pasję.

Doceniam, ponieważ warto mieć własną bańkę i pewną częścią siebie być jej oddanym. O to właśnie chodzi w metalu, o zachowanie w sobie pierwiastka dziecka, totalnego szczyla, który poznał tę muzykę mając lat 15 i zachwycił się jej intensywnością. Doświadczyć czegoś takiego, oglądając rozemocjonowanych fanów to definitywnie ciekawe przeżycie.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Opisując dokonania polskich zespołów, które rozpoznawane są poza granicami naszego kraju, coraz częściej mówi się o sukcesie artystycznym. Zacząłem się ostatnio zastanawiać, czym tak właściwie jest ten „sukces artystyczny”? Czy to sam fakt, że polski zespół może grać koncerty za granicą, gdyż zapraszany lub wspomagany jest przez zagranicznych bookerów? Pewnie tak, choć tu bywa różnie — intuicja organizatorów nie zawsze pokrywa się z odbiorem publiczności i z hucznie zapowiadanej trasy po tu wpisz nazwę kraju, okazuje się, że czasem nawet pokazać się nie ma komu. A może wydawanie swojej muzyki w zagranicznych wytwórniach, można już nazwać takim sukcesem? Tak, to już zdecydowanie bardziej pokrywa się z prawdą. Szczególnie przy zachowaniu twórczej wolności, gdy nikt nie narzuca wykonawcy wchodzącemu na obcy rynek, jak i co grać. Co jeszcze? Może pozytywne recenzje poprzednich wydawnictw, po zapoznaniu się z najnowszym, również docenianym? Jak najbardziej! Teraz proszę, zastanówcie się, jak wielu takich artystów z Polski, którzy jednocześnie nie parają się metalem lub elektroniką, a odnieśli sukces artystyczny jesteście w stanie wymienić?

Doskonałym przykładem takiego artystycznego sukcesu, są osiągnięcia Trupy Trupa. Trasy pozwalają zespołowi znacznie oddalić się od ojczyzny, dzięki czemu zagrał przy konkretnej frekwencji na scenach festiwali takich jak SXSW, Primavera Sound, Iceland Airwaves, Colours of Ostrava, Waves Vienna, Eurosonic, czy Liverpool Sound City. Trójmiejski kwartet wydał swój drugi album we współpracy z brytyjskim Blue Tapes and X-Ray Records. Rok później zmasterowane “Headache” pojawiło się nakładem francuskiego labelu Ici d'ailleurs. Poprzedni longplej "Jolly New Songs" to znów kooperacja grupy ze wspomnianymi wcześniej wydawcami, ale tym razem poszerzona o Moorworks, który w kraju kwitnącej wiśni wypuścił tenże materiał. Nie mniej imponująco jest w przypadku najnowszego krążka grupy. Singlem “Dream About” zajął się legendarny Sub Pop, a nad wypuszczeniem „Of The Sun” na świecie współpracowały Glitterbeat Records (Europa), Lovitt Records (USA), Moorworks (Japonia) i rodzima Anteny Krzyku. Koncertowa promocja płyty odbyła się w obu Amerykach, Azji, Australii no i oczywiście Europie. Imponujące, prawda? A najlepsze, że to nie żaden farcik, ale ciężka praca, poświęcenie i talent, czego dowodem jest również sam „Of The Sun”

Czwarta płyta Trupy pokazuje przede wszystkim, że mimo licznych sukcesów zespół nie spoczywa na laurach, stawiając na zmiany i poszukiwania nowych ścieżek. Słychać to już od pierwszych dźwięków. Mimo iż do produkcji, miksowania i masteringu zespół ponownie zatrudnił osobę odpowiedzialną za to w przypadku poprzedniej „Jolly New Songs”, nowa płyta brzmi inaczej. Michał Kupicz, bo on nim mowa, może pochwalić się już współpracą z Bad Light District, Coldair, czy Marcinem Maseckim, a więc artystami, których albumy zapadają w pamięć m.in. dzięki brzmieniu. Tu nie jest inaczej, choć „Of The Sun” różni się od dotychczasowych dokonań tak Kupicza, jak i Trupy. Zdecydowanie mniej tu szorstkości z doskonałego „Headache”, ale też kwartet nie pozostał przy dusznym soundzie najbardziej złożonego kompozycyjnie „Jolly…”. Zamiast tego artyści ocieplili brzmienie i gęściej wypełnili dźwiękiem to, co milczało wcześniej między partiami instrumentów. Owszem, sekcja rytmiczna jest tu wciąż silnie zarysowana. Bas często wychodzi na pierwszy plan, budując szkielety utworów, talerze często eksponowanie są równie wysoko, a stopa brzmi ciężej i intensywniej od reszty bębnów (”Longing”, „Glory”). Praca gitar nie niknie jednak w tle — po prostu ich rola nieco się czasem zmienia. Budowanie nimi atmosfery bardziej niż konkretnych riffów, czyni piosenki niezwykle hipnotyzującymi, co słychać również w dwóch wymienionych przed chwilą utworach. Partie instrumentalne Grzegorza Kwiatkowskiego i Rafała Wojczala nie zeszły jednak całkiem na drugi plan. Świetne riffy serwują we wręcz tanecznych „Reminder” i „Long Time Ago”, czy akustycznym „Angle” zafałszowanym jak na Trupę przystało. A skoro jesteśmy przy gitarach, to nie mogę nie wspomnieć o „Mangle” i „Turn”. Te dwie kompozycje, gdyby zastosować w nich ostre przestery, mogłyby spokojnie pojawić się na gigu hc/punkowej ekipy. Ciekawe skojarzenia, bo z czymś, co Primus mógłby zamieścić w swojej kompozycji jako bridge, przynosi również „Long Time Ago”. Nie muszę chyba dodawać, że dzieje się tak głównie za sprawą sekcji rytmicznej? Nie pierwszy raz z resztą piosenki kwartetu przywodzą skojarzenia z cięższą muzyką. Pamiętam, że o “Getting Older” z “Headache” pisałem kiedyś, iż dociążony fuzzami jeszcze bardziej, brzmiałby niczym doom inspirowany starym Electric Wizard... Kto nie wierzy, niech sprawdzi! 

Wracając jednak do „Of The Sun” - jest tu jeszcze kilka odjazdów od rdzenia jego brzmienia. Otóż pięknie rozmywa się końcówka w postaci „Satellite”, wieńcząc dzieło zmianą muzyki z delikatnie płynącej na sążnie zdropowaną i przesterowaną. Kompozycja tytułowa natomiast, quasi-jazzowa dzięki zafałszowanej grze pianina, najbardziej oddala się od całości materiału, pokazując, jak ważnym instrumentem stały się w piosenkach Trupy te klawiszowe. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż kompozycje, jak i teksty piosenek z „Of The Sun” znacznie uproszczone są względem poprzedniczki. Dzięki temu dostajemy piosenki szybko trafiające do słuchacza i wciągające go specyficzną liryczno-muzyczną repetycją. Grzegorz Kwiatkowski wie jak wyśpiewać powtarzane frazy i słowa, by zostawiły ślad w słuchaczu za każdym razem, gdy ten do nich wraca. A rezygnacja z rozbudowanych aranżacji, czyli odejście od tego, co zespół zaproponował na poprzednim krążku, tylko pogłębia efekt.

Kwartet Kwiatkowski, Pawluczuk, Juchniewicz, Wojczal ma to szczęście, że gra co chce i jak chce, a do tego może grać i trafiać do ludzi oddalonych setki tysięcy kilometrów od Polski. To szczęście zawdzięcza jednak nie agresywnemu marketingowi i PRowym sztuczkom, ale świetnym płytom, wypełnionym po brzegi doskonałymi kompozycjami. Dzięki temu może też stawiać kroki, w jakim kierunku chce, bo -co równie ważne- obiera je świadomie i wspólnie. „Of The Sun” natomiast jest dowodem na to, że artystyczna wolność przy jednocześnie niezwykle dojrzałej świadomości muzycznego rozwoju jest kluczem do artystycznego sukcesu. Oby więcej takich płyt w najbliższych latach, nie tylko od Trupy Trupa. Chociaż oni pewnie pójdą znów tam, gdzie nikt nie spodziewa się ich spotkać. Czekam!

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/trupa-trupa-band-2019-800x800.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/trupa-trupa-of-the-sun-2019-cover-500x500.jpg
Artysta Trupa Trupa
Tytuł Of The Sun
Wydawca Glitterbeat Records
Data premiery 13 września 2019
Czas trwania 42 minuty
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomka:
TUTAJ

Zajęło mi to więcej czasu niż się spodziewałem, na swoje usprawiedliwienie powiem, że pierwotnie miałem nagrać recenzję, ale okazało się, że nie będę mieć możliwości zrobić tego w sensownym czasie. Więc zapraszam was do zapoznania się z moją opinią na temat najnowszego albumu White Ward wyjątkowo w formie „pisemnej”.

„Love Exchange Failure” został wydany 20 września nakładem Debemur Morti Productions. Jest to drugi krążek ukraińskiej post-black metalowej kapeli White Ward, drugi longplay, po wydanym w 2017 roku niezwykle udanym debiucie „Futility Report”. Pośród wielu osób które zachwalały pierwszy album znalazłem się również ja, więc naturalnym było, że na ich drugi album będę czekać z niecierpliwością. Gdyby ktoś mnie teraz spytał czy było warto czekać, czy album spełnił moje oczekiwania, odpowiedziałbym „tak i nie”.

Na chwilę odchodząc od tej konkretnej płyty, chciałbym poruszyć ogólny temat odbioru muzyki. Mianowicie, oprócz podstawowych kryteriów które przyjmuje przy ocenianiu jakości muzyki, oprócz elementu „przyjemności” ze słuchania, często patrzę jak muzyka oddziałuje na mnie wizualnie. Można to nazwać pewnymi „rytuałami”, bądź zwyczajnie aspektem wizualnym, ale generalnie wierzę w to, że pewna muzyka jest w stanie kojarzyć się z czymś bardzo wizualnym. Jak np. słucham płyty „The Light That Dwells in Rotten Wood” to kojarzę tę muzykę z Islandią na której spędziłem pół roku. Przykładów mógłbym wymienić wiele, jestem też świadom, że jest to bardzo personalna sprawa i prawdopodobnie nie ma ona przełożenia (a przynajmniej w taki sposób jak dla mnie) dla osób które będą to czytać, ale mimo to postaram się to jak najlepiej wyjaśnić na przykładzie najnowszego krążka muzyków z Odessy.

„Love Exchange Failure” jest taką płytą jak wyżej opisałem. O ile uważam, że debiut w całokształcie jest lepszym albumem, tak ta płyta działa na mnie w sposób wyjątkowy. Okładka trochę zdradza o jakiej atmosferze mówię, więc postaram się to jak najbardziej zwięźle opisać. Chodzi mi o typowe dla naszego kraju blokowiska wprost z lat 70. Żelbetonowe kolosy o kształcie żyletki, gdzie klatki mają jeszcze normalne domofony bez kodów, a najlepsze co spotkało mieszkańców to odmalowanie elewacji 10 lat temu. Takie miejsca mają dla mnie swój urok i czasami zamiast jechać gdzieś autobusem, szczególnie wieczorem, wybieram spacer przez takie blokowiska i właśnie ta płyta będzie mi prawdopodobnie od teraz w takich sytuacjach towarzyszyć. White Ward w niesamowity sposób wykreowało tę miejską, nocną atmosferę która do mnie niesamowicie trafia.

W kwestii muzycznej jest generalnie super, poza jednym utworem. Widać, że zespół rozwinął się w kontekście konstrukcji utworów. Wciąż mają odwagę zmieniać wszystko w obrębie utworu, ale brzmi to teraz bardziej dojrzale i konsekwentnie. Jazzowe elementy są fenomenalne, najlepsze na całym albumie. Tym razem saksofon nie jest już tak wyeksponowany jak na pierwszej płycie, ale kiedy dostaje swoje solowe partie to od razu wiemy, że jest on niezbędny. Mariaż Bohren, Badalamentiego oraz Toby'ego Drivera z black metalem wyszedł tutaj świetnie, wielkie słowa pochwały dla Dimy Dudko.

Kolejnym fantastycznym elementem są czyste wokale. Każdy z trzech wokalistów zrobił niesamowitą robotę, a szczególnie ujął mnie Ivan Kozakavych na ostatnim utworze. To co mi też się spodobało to to, że zespół wykorzystał te wokale do podzielenia płyty na dwie części – bardziej blackową, agresywną na początku i późniejszą, bardziej jazzową.

Część blackowa jest w porządku do bardzo dobrej. Są momenty które wydają mi się być nieco zbyt repetetywne, ale w całokształcie nie jest to aż tak zauważalne. Wciąż mamy momenty wręcz genialne, jak chociażby środek tytułowego utworu. To co mi się najbardziej podoba w tej „sekcji” to to jak gitary tworzą świetny duet z saksofonem, kontrybuując do wspomnianej przeze mnie atmosfery.

Niestety płyta cierpi na dwie wady. Pierwszą z nich jest produkcja. Pierwotnie mój problem z wokalem zrzucałem na fakt, że za mikrofonem stanął Andrii Pechatkin, basista zespołu (po wielu zmianach na tej pozycji, w rozmowie z zespołem dowiedziałem się, że Andrii był trochę „na przypał”, ale okazało się, że sprostał zadaniu). To co uwielbiałem na poprzedniej płycie to był wokal Andrewa Rodina którego bardzo mi brakowało na tym krążku. Jednakowoż po większej liczbie przesłuchań zrozumiałem, że to w dużej mierze kwestia produkcji, zaś koncert potwierdził, że Andrii świetnie radzi sobie wokalnie.

Największy problem mam z jednym utworem, który moim zdaniem w ogóle nie powinien się na płycie znaleźć. Mówię o czwartym numerze, 'Shelter'. Jest to dziwny, dysharmoniczny, irytujący kawałek instrumentalny, który ma nas wprowadzić do drugiej części płyty, a co niestety dla mnie robi, to całkowicie łamie krążek, wybija z atmosfery, rytmu. Szkoda, że zespół się na niego zdecydował.

Im dłużej słucham tej płyty tym bardziej mi się podoba. Nie będzie to na pewno moja płyta roku, nie będę też mówił, że jest najlepszą płytą zespołu, ale jestem bardzo zadowolony z drogi jaką obrali i nie mogę się doczekać ich następnego albumu.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/a3449550015_10-500x500.jpg
Artysta White Ward
Tytuł Love Exchange Failure
Wydawca Debemur Morti Productions
Data premiery 20 września 2019
Czas trwania 01:07:04
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Staszka:
TUTAJ

Dwa lata temu na naszym kanale na YouTubie, Michał i Piotr recenzowali debiutancki album warszawskiej groove metalowej formacji Minetaur. Moi redakcyjni koledzy wspominali o nawiązaniach muzyki zespołu do dokonań Crowbar czy inspiracjach nowoczesnym death metalem. Docenili ciekawą produkcję podkreślającą groove (czyli to, na czym opierają się kompozycje grupy) oraz melodie urozmaicone dysonansami, które okazały się bardzo ciekawym elementami piosenek. W maju 2019 roku Minetaur powrócił z nowym wydawnictwem. Już podczas pierwszego odsłuchu szybko zacząłem się zastanawiać, ile z elementów, o których Piotr i Michał wspominali przy okazji „Gravel Pit", pojawiło się na recenzowanym tu „Power Tools".

Odpowiedzi bardzo szybko nasunęły się same. Primo — niczego, o czym Michał i Piotr w swojej (nie)recenzji wspominali, na nowym wydawnictwie warszawiaków nie słyszę. Sekundo — niczego takiego nie słyszałem nawet na „Gravel Pit". Żebyśmy zrozumieli się dobrze — zespół Minetaur faktycznie gra metal oparty na groovie, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Problem polega na tym, że tak jak w 2017, tak i w 2019 roku jest to jedyny charakterystyczny element ich muzyki.

Przesłuchałem „Power Tools" około dziesięciu razy i jedyną różnicą, jaką znajduję między obydwoma wydawnictwami, jest brzmienie. Minetaur wciąż gra piosenki nie serwujące żadnego elementu, do którego chce się wracać. Nie są to kompozycje ani złe, ani dobre. Muzycy nagrali je poprawnie, a brzmienie wykręcone ponownie przez Haldora z Satanic Audio, jest lepsze, niż na „Gravel Pit". Może to kwestia zmiany miejsca, w którym nagrywane były ślady, może inny pomysł zespołu na swój sound (jeśli to drugie, to props dla nich!). Niestety mam wrażenie, że pisanie piosenek nie idzie warszawiakom zbyt dobrze. Brak wyraźnych urozmaiceń powoduje, że muzyka z „Power Tools" szybko staje się monotonna. A w niektórych momentach aż prosi się o ciekawy bridge czy wprowadzenie do aranżu jakiejkolwiek zmiany dynamiki. Niestety nic takiego na EPce nie usłyszycie. Utwory pędzą po prostu na złamanie karku, wszystko napierdala tu na mocno wyeksponowanym groovie... i tyle. Jeśli nie potrzebujecie więcej, bo owszem — czasami nie potrzeba – to materiał wam siądzie. Problem polega jednak na tym, że gdy muzyka zagrana i zaśpiewana jest na jednym oddechu, to słuchacz szybko się męczy. Szczególnie, jeśli materiał tak właśnie zaplanowany jest w całej swojej 20-minutowej rozciągłości.

I serio, sprawdziłem „Power Tools" zarówno na trzeźwo, jak i po kilku kielichach i dżojncie — ciągle nic. Kompozycje przeskakują nie wiadomo kiedy z jednej na drugą, a ze słuchaczem nie pozostaje kompletnie żadne wrażenie. Owszem, są tu elementy, które mają jakoś te piosenki od siebie odróżnić. W „Spitfire" usłyszycie śmieszkowe à la country zagrywki i utrzymaną w tym samym tonie solówkę, a w „Rush of Tragedy" zwalniającą i odrobinę rozjechaną (to akurat plus) gitarę w refrenie. „Dropped Sea" po prostu jest wolniejszy, a wokalista do zahaczającego o growl krzyku dorzuca na moment urozmaicenie w postaci śpiewu... Cóż jednak z tego, skoro przez dość mocne przesterowanie go (śpiewu, nie wokalisty) ta partia wokalna również zlewa się z innymi w całość. No a poza tym trwa jedynie około dwudziestu sekund... Zostają nam jeszcze „Night Rider" z dziwną chyba-solówką i "Smoke Fryer", o którym w sumie nic nie wiem, bo i nie znalazłem tu niczego, na czym można zaczepić ucho. 

Wraz z propozycją recenzji „Power Tools" dotarła do nas konkluzja dotycząca odbioru przez niektórych muzyki Minetaur. Podobno (tu parafraza) nietolerancja tego, że metal może być imprezą na basenie, a nie rozkminą w śląskiej jaskini, to typowe w Polsce. Cóż, jeśli na imprezę składa się tylko rzeczony basen, to ja robię wypad do jaskini zapodać grzyby i rozkminiać. Zdecydowanie biba z Minetaur, to nie jest impreza dla mnie. 

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/10/minetaur-power-tools-cover-600x600.jpg
Artysta Minetaur
Tytuł Power Tools
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 12 kwietnia 2019
Czas trwania 19 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Uwaga, będzie wyznanie. Nie słucham już radia. Dlaczego? Ponieważ Antyradio serwuje odgrzewane kotlety jakości chujowego mielonego, a nie dość, że padliny nie jadam, to po mdłym chce mi się wymiotować. Trójka sPISiała doszczętnie, a Czwórkę oglądam coraz rzadziej na YouTube. Pozostałe rozgłośnie to popelina dla księgowych w biurach, mająca wypełnić ciszę, nie zakłócając klepania w klawiaturę... albo coś, co atakuje nas w dyskontach typu Lewiatan, czy Żabka. Ich nazwy dopowiedzcie sobie sami. Trochę mi jednak radia brakuje. Tęsknię za spikerami, którzy potrafili rozbawić i uruchomić wyobraźnię słuchacza swoim głosem, ale przede wszystkim tęsknię za piosenkami. Nie >kompozycjami<, czy >utworami< posługującymi się dźwiękami wręcz dogmatycznie powiązanymi ze swoją gatunkową przynależnością, ale po prostu piosenkami. Takimi, które w 3 do 5 minut potrafiły zapodać ciekawy aranż, zostawić w głowie melodię, którą nucisz jeszcze chwile po ich zakończeniu, nie bojącymi się otwartej formy stylistycznej i zapożyczeń. Najlepsze radiowe piosenki powstały oczywiście w latach 80. i 90. Szeroko pojęty „rock alternatywny”, grunge, indie oraz inne międzygatunkowe eksperymenty tej drugiej z wymienionych dekad to coś, za czym tęsknię równie mocno, jak za faktem odkrywania wszystkiego, czym muzycznie zostałem wówczas obdarzony. Gdy więc zespół .WAVS zaczął wypuszczać kolejne single ze swojej debiutanckiej płyty, czułem, że może ukazać się niezwykle intrygująca płyta, która właśnie do lat 90. nawiązuje szczególnie mocno, nie tracąc jednocześnie nic a nic z nowoczesnego podejścia do produkcji muzyki.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zauważyłem gdy .WAVS promowało swój debiut, był ewidentny pomysł na siebie i spójna idea tejże promocji. Liczne nawiązania do prostej interakcji człowieka z morzem, zrobiły świetną robotę nie tylko nawiązując do nazwy grupy, ale i okładki, którą zespół ujawnił po ukazaniu się trzeciego singla. Poważnie, przyjrzyjcie się zdjęciu Mikołaja Szatko. Ostatni raz tak ciekawą fotę zdobiąca front płyty widziałem chyba przy okazji wydania „Śmierci w miękkim futerku” Niechęci. Wśród masy zespołów o nijakim kontekście swojej twórczości, to bardzo miła odmiana i znak, że możemy mieć do czynienia z czymś więcej niż przeciętną rockową kapelą. Już, gdy polecaliśmy wam trzeci singiel z krążka - 'Hologram', Michał w przeglądzie singli mówił o tym, że „zapowiada się na to, że to nie projekt, który będzie odgrzebywaniem kaset, zakurzonych winyli po tacie, z meblościanki, tylko rzeczywiście czymś, co brzmi świeżo(…)”. Cóż, 21 czerwca potwierdziło się, że mój redakcyjny kolega miał wąsa... znaczy nosa.

Debiut .WAVS to połączenie elementów rockowej alternatywy lat 90. z surowością grunge’u, ale i nowoczesnym miksem, charakterystycznym bardziej dla późnego post rocka. Słyszymy tu bowiem zarówno proste, konkretne strzały, takie jak otwierający całość 'Do It Right', czy 'He Was Dead Anyway' (props za świetne, pulsujące syntezatory) z konkretnym riffem i wpadającą bardzo szybko w ucho melodią, jak i piosenki wielowarstwowe o zmieniającej się dynamice. 'Anonymous Galaxy' ma w sobie flow ostatnich dokonań Queens Of The Stone Age, ze świetnym, prowadzącym riffem, refrenem o poruszającej przebojowości à la Alice In Chains i dopełniającymi całość, przestrzennymi chórkami. 'I Know Someone' rozpoczyna się post rockowymi przestrzeniami, by w końcówce pokazać nieco cięższe oblicze .WAVS. 'Santa Sangre' jest na przemian szybkie i zabrudzone oraz wolne i tajemnicze, z dryfującą, rozmytą, drugą zwrotką i powrotem do energicznego grania w końcówce. 'Hologram' to z kolei znacznie mroczniejsza piosenka posiadająca flow glam rockowej strony twórczości Marilyn Mansona. Mój faworyt na płycie — 'Home' — posiada chyba najciekawszy aranż. Jego elementy składowe doskonale ze sobą kontrastują, mamy tu gitarę brzmiącą niczym ta z 'Mosquito Song' QOTSA, cięży, wolniejszy bridge i świetną część wypełniona solówką, którą podbija gra perkusji. Opisując debiut .WAVS nie sposób nie wspomnieć o wokalu. Maciej Kowalski pokazał już swoje niebywałe skille jako wokalista PurpleHaze Ensamble, nie inaczej jest i tu. Jego grunge’owa maniera, potężny krzyk przy jednoczesnym zachowaniu melodyki szybko i na długo przykuwa uwagę słuchacza. A że chłopak potrafi operować wieloma środkami wyrazu, to i kompozycje .WAVS są jeszcze bardziej charakterystyczne nie tylko, gdy porównać je do tego, co na polskim rynku serwuje konkurencja. Nie ma tu mowy ani o pójściu na łatwiznę i oszczędzaniu strun głosowych, a i teksty dalekie są od banałów i grafomanii wszechobecnej na polskim rynku.

Co na płycie .WAVS może przeszkadzać? Cóż, jeśli nie jesteście fanami brzmień, o których czytaliście przez ostatnie kilka minut, to debiut krakowian was do nich nie przekona. To płyta, która trafi do konkretnego słuchacza i chyba takie jest jej zadanie, bo ani przez moment krakowianie nie idą tu na kompromisy, które mają przyciągnąć uwagę przypadkowego odbiorcy. Nie byłoby źle, gdyby krążek zawierał jeszcze kilka krótkich strzałów (choć dwa?) podobnych do 'Do It Right', czy 'He Was Dead Anyway' - bez długich zwolnień i prostszych w budowie. Tak czy siak, .WAVS definiują nowoczesne granie, które wie jak czerpać z tego, co najlepsze w rockowych piosenkach lat 90., przy jednoczesnym zachowaniu unikalnego stylu i pomysłu na siebie. Metalurgia poleca.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/07/wavs-wavs-500x500.jpg
Artysta .WAVS
Tytuł .WAVS
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 21 czerwca 2019
Czas trwania 35 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Po trzech wydawnictwach, które oscylowały wokół podobnych muzycznie klimatów, Mord’a’Stigmata rozpoczęła eksplorację nowych rejonów. Static i koledzy nigdy nie byli za pan brat z muzycznym konformizmem, więc nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że i tym razem zespół obrał kierunek zdecydowanie pod prąd trendom. Już w wywiadzie, który artysta udzielił Piotrowi i Michałowi przy okazji wydania „Hope” (do zobaczenia na naszym kanale YouTube) opowiadał o tym, że black metal przestał być dla grupy wątkiem głównym i prowadzącym. „Ansia” była pod tym kątem nowością, „Our Hearts Slow Down” pomostem, „Hope” wydaje się być więc checkpointem, który kończy owy rozdział w życiu „M’aS. Oto bowiem na swoim najnowszym wydawnictwie - Dreams of Quiet Places, grupa po raz kolejny zaskakuje nawet bardziej, niż po „Antimatter” zaskoczyła na „Ansia”.

Czym więc „Dreams…” różni się od poprzedniczek? Na pewno okładką, na której na brunatnym (oj, będą podejrzenia o umoczenie") tle Łukasz Gwiżdż osadził swój niepokojący obraz. W połączeniu ze złotym kolorem w jaki oprawiony jest sam krążek (i cd i winyl), robi to doskonałe wrażenie, ale skostniałym metalom może zasugerować, że to nie dla nich. Na pewno też większą ilością muzycznego eklektyzmu. Wcześniej zasady były jasne — ekstremalny metal (jak we wspomnianym wywiadzie określił to sam Static) jest pretekstem, punktem wyjścia do rozwinięcia pomysłu na utwór innymi gatunkami — post rockiem (w swojej klasycznej, eksperymentalnej formie), czy ambientem. Teraz M’a’S wystawia naszą percepcję na jeszcze większą próbę, sprawdzając ile nastrojów i płaszczyzn dźwięku jesteśmy w stanie uchwycić oraz jak bardzo jesteśmy w stanie skupić się na tym, co dzieje się w utworach.

Już sama konstrukcja — podzielenie materiału na siedem nieprzekraczających 10 minut kompozycji świadczy o tym, że warto (należy?) odbierać tę płytę inaczej, niż poprzedniczki. Wcześniej maksymalnie pięć kilkunastominutowych utworów wciągało nas w gęsty od emocji, a i często wręcz wzruszający (lecz nie łzawy) klimat — tutaj natomiast chodzi o niuanse. Jeśli więc uporczywie chcecie doszukiwać się szatana jako „black metalu w połączeniu z…”, to sorry, ale więcej niż na „Dreams…” odnajdziecie go, gdy przywołam powiedzenie „diabeł tkwi w szczegółach”.

Sam tytuł będący parafrazą pierwszych słów, jakie na albumie wykrzykuje Ion, brzmi nieco przewrotnie. „I used to dream of quiet places…” w pewien sposób dookreśla fakt, iż tematyka tekstów i atmosfera płyty zmieniły się. Mniej tu kontrastów metalu z cichymi, wypełnionymi dźwiękową przestrzenią fragmentami, choć tych ostatnich wcale nie brakuje. Tak startuje otwierający album 'Between Walls of Glass', tak w całej swojej rozciągłości prezentuje się wieńczący album utwór tytułowy. Dzięki dodanym do tego syntezatorom przebijającym się przez bardziej lub mniej ostre, czy gęste riffy, partie perkusji, czy nawet bity, dostajemy intrygujące sploty elektroniki z industrialem.

Jak wspomniałem wcześniej, M’a’S odchodzi od tematyki swoich poprzednich wydawnictw na rzecz znacznie większej palety brzmień, różnorodności, kontrastów pomiędzy całymi utworami, a co za tym idzie — znacznie ciekawszego miksu. 'Exiles' może spokojnie kojarzyć się z francuską Goijrą zarówno pod kątem wstępu do utworu, ale także przez „progresywność” swojej konstrukcji. Sporo tu bowiem nieoczywistych zmian temp i technicznych zawijasów, zarówno w grze perkusji, jak i odpowiedzi na tę grę w warstwie gitar. 'Spirit Into Cristal' rozpoczyna się niczym techno-industriale Ancient Methods. Brudny sound prostych uderzeń w bębny, zarpeggiowane synthy oraz gitary, które z tła pięknie wychodzą na pierwszy plan, dodając piosence metalowego sznytu… tego w historii M’a’S nie było, a niespodzianek przed nami jeszcze sporo. Łączące się ze sobą 'The Stain' oraz 'Void Within' to już totalny opad szczeny. Mamy tu zarówno marszowe, blackowe wjazdy, gary grające blast beaty zaraz po tematach rodem z drumnbassu, transujące gitary płynące ostrymi phaserami, świetnie wpleciony w to fragment recytowany po polsku (to wszystko w 'The Stain'), a z drugiej strony doskonałą melodię, wysuwający się często na pierwszy plan bas i świetny bridge w 'Void Within'. Dzieje się. 'Into Soil' z równie ciekawym, industrialnym do cna brigdem znacznie zwalnia, ale nie rezygnuje ani z dramatyzmu, ani z ciekawych zmian dynamiki, ani też z różnorodności riffów i temp. Gdy pisałem o wystawieniu naszej percepcji na próbę oraz wielu płaszczyznach dźwięku nie byłem, jak sami widzicie gołosłowny. Podkreślę jeszcze raz — miks albumu, za który odpowiedzialne jest Nebula Studio to kawał świetnej roboty, który równie znacząco, co same kompozycje odbił się na jakości efektu końcowego. Ciężko bowiem uchwycić i uwypuklić tyle pomysłów z jednej strony nie popadając w przesadę, a z drugiej nie zgubić nic w gąszczu tych warstw, co ostatecznie składa się na bogactwo „Between…”.

Jak sami widzicie, zaszło sporo zmian w stosunku do tego, co M’a’S proponowała dotychczas. Charakterystyczny sound oczywiście pozostał. Odpalenie każdego z kawałków z „Dreams…” przez osobę obeznanej z kapelą, nie spowoduje nieskumania, że to muzyka tej, a nie innej kapeli. Istotnym jest jednak fakt, iż zespół obrał inny kierunek, co nie wszystkim może przypaść do gustu. Nie chcę marudzić na polskiego słuchacza, ale reakcje ludzi, którzy grupę znają od lat, charakteryzujące podejściem „słuchamy tego, czego oczekujemy i co znamy” mówią mi, że w ojczyźnie nowych fanów może nie przybyć. Czuję jednak, że poza granicami naszego kraju, gdzie oczekiwania nie przerastają tego, co na nowych płytach oferują muzycy, płyta przyjmie się lepiej. Bardzo chcę się mylić, życzę Staticowi i kolegom dobrego przyjęcia na obu rynkach - polskim i zagranicznym. Warto z tą, nowoczesną pod każdym kątem płytą spędzić trochę czasu, bo kryje w sobie masę ciekawych patentów, a M’a’S niezmiennie wciąga nastrojem niepokoju i poruszającego dramatyzmu. Jeśli komuś takie wycieczki nie w smak, to szczerze odradzam, bo nie znajdzie tu wiele dla siebie i szybko się zgubi.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/mord-a-stigmata-2019-815x509.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/mord-a-stigmata-dreams-of-quiet-places-500x500.jpg
Artysta Mord'A'Stigmata
Tytuł Dreams of Quiet Places
Wydawca Pagan Records
Data premiery 4 kwietnia 2019
Czas trwania 44 minuty
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Na ile poważnie podchodzicie do tematu szczerości w muzyce której słuchacie? Jest ona tylko dodatkiem, który decyduje o wzroście poziomu danej płyty, czy może czymś koniecznym, "bo tak wypada"? W metalowym światku ta właśnie szczerość to bardzo intrygujący wątek, bo czysto teoretycznie metalowcy gorąco o nią zabiegają, ale tylko w sytuacjach, kiedy jest im to na rękę. Kiedy na przykład Paradise Lost odeszli od przesterowanych gitar, ci sami słuchacze, którzy pokochali "Icon", nie byli zbyt zadowoleni z "Host". Mimo że "Host" to płyta przesycona prawdą i osobistymi zawodami. Całkiem podobnie sytuacja wygląda z krążkami In Flames, gdzie fani bardzo głośno perorujący o unikaniu fałszu w muzyce, jakoś o tym zapominają z racji zawartości tychże, gdy te znajdują się poza radarem ich zainteresowań.

A właśnie za to In Flames należy się szacunek. Jedni z ojców melodyjnego death metalu ze Szwecji zbudowali swoją karierę na graniu wbrew temu, co życzą sobie fani, a w zgodzie ze swoimi upodobaniami i preferencjami. Moim zdaniem jest to godne podwójnego pogratulowania, jeśli pod uwagę wziąć fakt, jak wielkim - w skali muzyki metalowej - zespołem jest In Flames w porównaniu do np. ich kolegów z Dark Tranquillity. No, skoro temat szczerości bądź jej braku został rozpracowany, można zejść na ziemię i poddać analizie muzykę z "I, The Mask".

Chyba oczywistym jest, że nikt, kto nie zatrzymał się w eksplorowaniu twórczości tej formacji na "Clayman", nie robi sobie nadziei, że oto Friden i koledzy wrócą do death metalu zalanego toną melodii. Nic z tych rzeczy. Oni w tę muzykę zwyczajnie nie wierzą, a ja to w pełni rozumiem. Na takich "Come Clarity" czy "Sounds of a Playground Falling" nie znajduję zbyt wiele dla siebie, ale czuję, że nagrał je zespół, który doskonale wie, jaki efekt poszukiwań chce osiągnąć. Problem w tym, że nawet jak dla mnie poszukiwania zaszły zbyt daleko na "Siren Charms" i "Battles". Mimo że twórczość In Flames zawsze odznaczała się sporym naddatkiem słodyczy i kiczem w nie najlepszym guście, dwa wyżej wspomniane krążki przekroczyły pewną granicę. To trochę tak, jak z tą ambitną koleżanką w klasie, która podczas wykonania 'Barki' na ocenę podczas lekcji religii, wchodzi na taki poziom ekspresji i egzaltacji, że wszelka tolerancja i hamulce puszczają. In Flames chyba sami to zrozumieli, bo "I, the Mask" jest płytą znacznie bardziej wyważoną i wycyzelowaną od swoich poprzedniczek, wydanych na przestrzeni ostatnich kilku lat. W najlepszych momentach, kiedy nikt tutaj nikomu nie wmawia, że rozmawiamy o zespole deathmetalowym, "I, the Mask" brzmi jak mokry sen każdego, kto lubi szybkie ataki przesterowanych gitar w refrenach, przeplatane ckliwymi zwrotkami. Do układanki dochodzą jeszcze ballady, w których Szwedzi chyba już na dobre się wyspecjalizowali. Takie 'Stay With Me' oczywiście może zrazić ponadnormatywnym poziomem lukru w ramach samej zwrotki, ale im dalej w las, tym lepiej. Świetnie poprowadzona dramaturgia i ekspansja melodyjnych partii gitar konkretnie łapią za serce, a ja czuję, że to autentyczny przekaz, że nikt mnie nie chce nabrać. Nawet jeśli przesadzony, nawet jeśli niebezpiecznie wpadający do worka z napisem "kicz". In Flames grają tak, jak chcą grać, a skoro jeszcze są w stanie nawiązać emocjonalną więź z fanami, to tym lepiej. Nie jest też tak, że w całości kupuję "I, the Mask", bo pewne wątpliwości są i raczej pozostaną. Stężenie słodyczy w refrenach tych piosenek ('All the Pain' się kłania) czasami przekracza mój próg tolerancji, a kilka żwawych numerów udających, że In Flames tęskni za starymi czasami, też tutaj niekoniecznie pasuje.

"I, the Mask" niekoniecznie jest płytą, w której się zakochałem bądź taką, która w jednej chwili zasili pierwszą dziesiątkę moich ulubionych tegorocznych wydawnictw. Mimo to, czuję, że nagrał ją zespół, który doskonale wie, czego chce i nie musi kłaniać się w pas nikomu, nawet przy swoim niewątpliwie mainstreamowym statusie. Albumy takie, jak "I, the Mask", gdzie artyści konsekwentnie rozwijają swoje wizje, wolę tysiąc razy bardziej od setnego odgrzanego kotleta takiego Darkthrone. Bo o to w muzyce chodzi: patrzeć przed siebie, nie za siebie.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/in-flames-i-the-mask-cover-500x500.jpg
Artysta In Flames
Tytuł I, The Mask
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 1 marca 2019
Czas trwania 50 minut
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ