Opisując dokonania polskich zespołów, które rozpoznawane są poza granicami naszego kraju, coraz częściej mówi się o sukcesie artystycznym. Zacząłem się ostatnio zastanawiać, czym tak właściwie jest ten „sukces artystyczny”? Czy to sam fakt, że polski zespół może grać koncerty za granicą, gdyż zapraszany lub wspomagany jest przez zagranicznych bookerów? Pewnie tak, choć tu bywa różnie — intuicja organizatorów nie zawsze pokrywa się z odbiorem publiczności i z hucznie zapowiadanej trasy po tu wpisz nazwę kraju, okazuje się, że czasem nawet pokazać się nie ma komu. A może wydawanie swojej muzyki w zagranicznych wytwórniach, można już nazwać takim sukcesem? Tak, to już zdecydowanie bardziej pokrywa się z prawdą. Szczególnie przy zachowaniu twórczej wolności, gdy nikt nie narzuca wykonawcy wchodzącemu na obcy rynek, jak i co grać. Co jeszcze? Może pozytywne recenzje poprzednich wydawnictw, po zapoznaniu się z najnowszym, również docenianym? Jak najbardziej! Teraz proszę, zastanówcie się, jak wielu takich artystów z Polski, którzy jednocześnie nie parają się metalem lub elektroniką, a odnieśli sukces artystyczny jesteście w stanie wymienić?

Doskonałym przykładem takiego artystycznego sukcesu, są osiągnięcia Trupy Trupa. Trasy pozwalają zespołowi znacznie oddalić się od ojczyzny, dzięki czemu zagrał przy konkretnej frekwencji na scenach festiwali takich jak SXSW, Primavera Sound, Iceland Airwaves, Colours of Ostrava, Waves Vienna, Eurosonic, czy Liverpool Sound City. Trójmiejski kwartet wydał swój drugi album we współpracy z brytyjskim Blue Tapes and X-Ray Records. Rok później zmasterowane “Headache” pojawiło się nakładem francuskiego labelu Ici d'ailleurs. Poprzedni longplej "Jolly New Songs" to znów kooperacja grupy ze wspomnianymi wcześniej wydawcami, ale tym razem poszerzona o Moorworks, który w kraju kwitnącej wiśni wypuścił tenże materiał. Nie mniej imponująco jest w przypadku najnowszego krążka grupy. Singlem “Dream About” zajął się legendarny Sub Pop, a nad wypuszczeniem „Of The Sun” na świecie współpracowały Glitterbeat Records (Europa), Lovitt Records (USA), Moorworks (Japonia) i rodzima Anteny Krzyku. Koncertowa promocja płyty odbyła się w obu Amerykach, Azji, Australii no i oczywiście Europie. Imponujące, prawda? A najlepsze, że to nie żaden farcik, ale ciężka praca, poświęcenie i talent, czego dowodem jest również sam „Of The Sun”

Czwarta płyta Trupy pokazuje przede wszystkim, że mimo licznych sukcesów zespół nie spoczywa na laurach, stawiając na zmiany i poszukiwania nowych ścieżek. Słychać to już od pierwszych dźwięków. Mimo iż do produkcji, miksowania i masteringu zespół ponownie zatrudnił osobę odpowiedzialną za to w przypadku poprzedniej „Jolly New Songs”, nowa płyta brzmi inaczej. Michał Kupicz, bo on nim mowa, może pochwalić się już współpracą z Bad Light District, Coldair, czy Marcinem Maseckim, a więc artystami, których albumy zapadają w pamięć m.in. dzięki brzmieniu. Tu nie jest inaczej, choć „Of The Sun” różni się od dotychczasowych dokonań tak Kupicza, jak i Trupy. Zdecydowanie mniej tu szorstkości z doskonałego „Headache”, ale też kwartet nie pozostał przy dusznym soundzie najbardziej złożonego kompozycyjnie „Jolly…”. Zamiast tego artyści ocieplili brzmienie i gęściej wypełnili dźwiękiem to, co milczało wcześniej między partiami instrumentów. Owszem, sekcja rytmiczna jest tu wciąż silnie zarysowana. Bas często wychodzi na pierwszy plan, budując szkielety utworów, talerze często eksponowanie są równie wysoko, a stopa brzmi ciężej i intensywniej od reszty bębnów (”Longing”, „Glory”). Praca gitar nie niknie jednak w tle — po prostu ich rola nieco się czasem zmienia. Budowanie nimi atmosfery bardziej niż konkretnych riffów, czyni piosenki niezwykle hipnotyzującymi, co słychać również w dwóch wymienionych przed chwilą utworach. Partie instrumentalne Grzegorza Kwiatkowskiego i Rafała Wojczala nie zeszły jednak całkiem na drugi plan. Świetne riffy serwują we wręcz tanecznych „Reminder” i „Long Time Ago”, czy akustycznym „Angle” zafałszowanym jak na Trupę przystało. A skoro jesteśmy przy gitarach, to nie mogę nie wspomnieć o „Mangle” i „Turn”. Te dwie kompozycje, gdyby zastosować w nich ostre przestery, mogłyby spokojnie pojawić się na gigu hc/punkowej ekipy. Ciekawe skojarzenia, bo z czymś, co Primus mógłby zamieścić w swojej kompozycji jako bridge, przynosi również „Long Time Ago”. Nie muszę chyba dodawać, że dzieje się tak głównie za sprawą sekcji rytmicznej? Nie pierwszy raz z resztą piosenki kwartetu przywodzą skojarzenia z cięższą muzyką. Pamiętam, że o “Getting Older” z “Headache” pisałem kiedyś, iż dociążony fuzzami jeszcze bardziej, brzmiałby niczym doom inspirowany starym Electric Wizard... Kto nie wierzy, niech sprawdzi! 

Wracając jednak do „Of The Sun” - jest tu jeszcze kilka odjazdów od rdzenia jego brzmienia. Otóż pięknie rozmywa się końcówka w postaci „Satellite”, wieńcząc dzieło zmianą muzyki z delikatnie płynącej na sążnie zdropowaną i przesterowaną. Kompozycja tytułowa natomiast, quasi-jazzowa dzięki zafałszowanej grze pianina, najbardziej oddala się od całości materiału, pokazując, jak ważnym instrumentem stały się w piosenkach Trupy te klawiszowe. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż kompozycje, jak i teksty piosenek z „Of The Sun” znacznie uproszczone są względem poprzedniczki. Dzięki temu dostajemy piosenki szybko trafiające do słuchacza i wciągające go specyficzną liryczno-muzyczną repetycją. Grzegorz Kwiatkowski wie jak wyśpiewać powtarzane frazy i słowa, by zostawiły ślad w słuchaczu za każdym razem, gdy ten do nich wraca. A rezygnacja z rozbudowanych aranżacji, czyli odejście od tego, co zespół zaproponował na poprzednim krążku, tylko pogłębia efekt.

Kwartet Kwiatkowski, Pawluczuk, Juchniewicz, Wojczal ma to szczęście, że gra co chce i jak chce, a do tego może grać i trafiać do ludzi oddalonych setki tysięcy kilometrów od Polski. To szczęście zawdzięcza jednak nie agresywnemu marketingowi i PRowym sztuczkom, ale świetnym płytom, wypełnionym po brzegi doskonałymi kompozycjami. Dzięki temu może też stawiać kroki, w jakim kierunku chce, bo -co równie ważne- obiera je świadomie i wspólnie. „Of The Sun” natomiast jest dowodem na to, że artystyczna wolność przy jednocześnie niezwykle dojrzałej świadomości muzycznego rozwoju jest kluczem do artystycznego sukcesu. Oby więcej takich płyt w najbliższych latach, nie tylko od Trupy Trupa. Chociaż oni pewnie pójdą znów tam, gdzie nikt nie spodziewa się ich spotkać. Czekam!

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/trupa-trupa-band-2019-800x800.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/trupa-trupa-of-the-sun-2019-cover-500x500.jpg
Artysta Trupa Trupa
Tytuł Of The Sun
Wydawca Glitterbeat Records
Data premiery 13 września 2019
Czas trwania 42 minuty
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomka:
TUTAJ

Zajęło mi to więcej czasu niż się spodziewałem, na swoje usprawiedliwienie powiem, że pierwotnie miałem nagrać recenzję, ale okazało się, że nie będę mieć możliwości zrobić tego w sensownym czasie. Więc zapraszam was do zapoznania się z moją opinią na temat najnowszego albumu White Ward wyjątkowo w formie „pisemnej”.

„Love Exchange Failure” został wydany 20 września nakładem Debemur Morti Productions. Jest to drugi krążek ukraińskiej post-black metalowej kapeli White Ward, drugi longplay, po wydanym w 2017 roku niezwykle udanym debiucie „Futility Report”. Pośród wielu osób które zachwalały pierwszy album znalazłem się również ja, więc naturalnym było, że na ich drugi album będę czekać z niecierpliwością. Gdyby ktoś mnie teraz spytał czy było warto czekać, czy album spełnił moje oczekiwania, odpowiedziałbym „tak i nie”.

Na chwilę odchodząc od tej konkretnej płyty, chciałbym poruszyć ogólny temat odbioru muzyki. Mianowicie, oprócz podstawowych kryteriów które przyjmuje przy ocenianiu jakości muzyki, oprócz elementu „przyjemności” ze słuchania, często patrzę jak muzyka oddziałuje na mnie wizualnie. Można to nazwać pewnymi „rytuałami”, bądź zwyczajnie aspektem wizualnym, ale generalnie wierzę w to, że pewna muzyka jest w stanie kojarzyć się z czymś bardzo wizualnym. Jak np. słucham płyty „The Light That Dwells in Rotten Wood” to kojarzę tę muzykę z Islandią na której spędziłem pół roku. Przykładów mógłbym wymienić wiele, jestem też świadom, że jest to bardzo personalna sprawa i prawdopodobnie nie ma ona przełożenia (a przynajmniej w taki sposób jak dla mnie) dla osób które będą to czytać, ale mimo to postaram się to jak najlepiej wyjaśnić na przykładzie najnowszego krążka muzyków z Odessy.

„Love Exchange Failure” jest taką płytą jak wyżej opisałem. O ile uważam, że debiut w całokształcie jest lepszym albumem, tak ta płyta działa na mnie w sposób wyjątkowy. Okładka trochę zdradza o jakiej atmosferze mówię, więc postaram się to jak najbardziej zwięźle opisać. Chodzi mi o typowe dla naszego kraju blokowiska wprost z lat 70. Żelbetonowe kolosy o kształcie żyletki, gdzie klatki mają jeszcze normalne domofony bez kodów, a najlepsze co spotkało mieszkańców to odmalowanie elewacji 10 lat temu. Takie miejsca mają dla mnie swój urok i czasami zamiast jechać gdzieś autobusem, szczególnie wieczorem, wybieram spacer przez takie blokowiska i właśnie ta płyta będzie mi prawdopodobnie od teraz w takich sytuacjach towarzyszyć. White Ward w niesamowity sposób wykreowało tę miejską, nocną atmosferę która do mnie niesamowicie trafia.

W kwestii muzycznej jest generalnie super, poza jednym utworem. Widać, że zespół rozwinął się w kontekście konstrukcji utworów. Wciąż mają odwagę zmieniać wszystko w obrębie utworu, ale brzmi to teraz bardziej dojrzale i konsekwentnie. Jazzowe elementy są fenomenalne, najlepsze na całym albumie. Tym razem saksofon nie jest już tak wyeksponowany jak na pierwszej płycie, ale kiedy dostaje swoje solowe partie to od razu wiemy, że jest on niezbędny. Mariaż Bohren, Badalamentiego oraz Toby'ego Drivera z black metalem wyszedł tutaj świetnie, wielkie słowa pochwały dla Dimy Dudko.

Kolejnym fantastycznym elementem są czyste wokale. Każdy z trzech wokalistów zrobił niesamowitą robotę, a szczególnie ujął mnie Ivan Kozakavych na ostatnim utworze. To co mi też się spodobało to to, że zespół wykorzystał te wokale do podzielenia płyty na dwie części – bardziej blackową, agresywną na początku i późniejszą, bardziej jazzową.

Część blackowa jest w porządku do bardzo dobrej. Są momenty które wydają mi się być nieco zbyt repetetywne, ale w całokształcie nie jest to aż tak zauważalne. Wciąż mamy momenty wręcz genialne, jak chociażby środek tytułowego utworu. To co mi się najbardziej podoba w tej „sekcji” to to jak gitary tworzą świetny duet z saksofonem, kontrybuując do wspomnianej przeze mnie atmosfery.

Niestety płyta cierpi na dwie wady. Pierwszą z nich jest produkcja. Pierwotnie mój problem z wokalem zrzucałem na fakt, że za mikrofonem stanął Andrii Pechatkin, basista zespołu (po wielu zmianach na tej pozycji, w rozmowie z zespołem dowiedziałem się, że Andrii był trochę „na przypał”, ale okazało się, że sprostał zadaniu). To co uwielbiałem na poprzedniej płycie to był wokal Andrewa Rodina którego bardzo mi brakowało na tym krążku. Jednakowoż po większej liczbie przesłuchań zrozumiałem, że to w dużej mierze kwestia produkcji, zaś koncert potwierdził, że Andrii świetnie radzi sobie wokalnie.

Największy problem mam z jednym utworem, który moim zdaniem w ogóle nie powinien się na płycie znaleźć. Mówię o czwartym numerze, 'Shelter'. Jest to dziwny, dysharmoniczny, irytujący kawałek instrumentalny, który ma nas wprowadzić do drugiej części płyty, a co niestety dla mnie robi, to całkowicie łamie krążek, wybija z atmosfery, rytmu. Szkoda, że zespół się na niego zdecydował.

Im dłużej słucham tej płyty tym bardziej mi się podoba. Nie będzie to na pewno moja płyta roku, nie będę też mówił, że jest najlepszą płytą zespołu, ale jestem bardzo zadowolony z drogi jaką obrali i nie mogę się doczekać ich następnego albumu.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/a3449550015_10-500x500.jpg
Artysta White Ward
Tytuł Love Exchange Failure
Wydawca Debemur Morti Productions
Data premiery 20 września 2019
Czas trwania 01:07:04
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Staszka:
TUTAJ

Dwa lata temu na naszym kanale na YouTubie, Michał i Piotr recenzowali debiutancki album warszawskiej groove metalowej formacji Minetaur. Moi redakcyjni koledzy wspominali o nawiązaniach muzyki zespołu do dokonań Crowbar czy inspiracjach nowoczesnym death metalem. Docenili ciekawą produkcję podkreślającą groove (czyli to, na czym opierają się kompozycje grupy) oraz melodie urozmaicone dysonansami, które okazały się bardzo ciekawym elementami piosenek. W maju 2019 roku Minetaur powrócił z nowym wydawnictwem. Już podczas pierwszego odsłuchu szybko zacząłem się zastanawiać, ile z elementów, o których Piotr i Michał wspominali przy okazji „Gravel Pit", pojawiło się na recenzowanym tu „Power Tools".

Odpowiedzi bardzo szybko nasunęły się same. Primo — niczego, o czym Michał i Piotr w swojej (nie)recenzji wspominali, na nowym wydawnictwie warszawiaków nie słyszę. Sekundo — niczego takiego nie słyszałem nawet na „Gravel Pit". Żebyśmy zrozumieli się dobrze — zespół Minetaur faktycznie gra metal oparty na groovie, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Problem polega na tym, że tak jak w 2017, tak i w 2019 roku jest to jedyny charakterystyczny element ich muzyki.

Przesłuchałem „Power Tools" około dziesięciu razy i jedyną różnicą, jaką znajduję między obydwoma wydawnictwami, jest brzmienie. Minetaur wciąż gra piosenki nie serwujące żadnego elementu, do którego chce się wracać. Nie są to kompozycje ani złe, ani dobre. Muzycy nagrali je poprawnie, a brzmienie wykręcone ponownie przez Haldora z Satanic Audio, jest lepsze, niż na „Gravel Pit". Może to kwestia zmiany miejsca, w którym nagrywane były ślady, może inny pomysł zespołu na swój sound (jeśli to drugie, to props dla nich!). Niestety mam wrażenie, że pisanie piosenek nie idzie warszawiakom zbyt dobrze. Brak wyraźnych urozmaiceń powoduje, że muzyka z „Power Tools" szybko staje się monotonna. A w niektórych momentach aż prosi się o ciekawy bridge czy wprowadzenie do aranżu jakiejkolwiek zmiany dynamiki. Niestety nic takiego na EPce nie usłyszycie. Utwory pędzą po prostu na złamanie karku, wszystko napierdala tu na mocno wyeksponowanym groovie... i tyle. Jeśli nie potrzebujecie więcej, bo owszem — czasami nie potrzeba – to materiał wam siądzie. Problem polega jednak na tym, że gdy muzyka zagrana i zaśpiewana jest na jednym oddechu, to słuchacz szybko się męczy. Szczególnie, jeśli materiał tak właśnie zaplanowany jest w całej swojej 20-minutowej rozciągłości.

I serio, sprawdziłem „Power Tools" zarówno na trzeźwo, jak i po kilku kielichach i dżojncie — ciągle nic. Kompozycje przeskakują nie wiadomo kiedy z jednej na drugą, a ze słuchaczem nie pozostaje kompletnie żadne wrażenie. Owszem, są tu elementy, które mają jakoś te piosenki od siebie odróżnić. W „Spitfire" usłyszycie śmieszkowe à la country zagrywki i utrzymaną w tym samym tonie solówkę, a w „Rush of Tragedy" zwalniającą i odrobinę rozjechaną (to akurat plus) gitarę w refrenie. „Dropped Sea" po prostu jest wolniejszy, a wokalista do zahaczającego o growl krzyku dorzuca na moment urozmaicenie w postaci śpiewu... Cóż jednak z tego, skoro przez dość mocne przesterowanie go (śpiewu, nie wokalisty) ta partia wokalna również zlewa się z innymi w całość. No a poza tym trwa jedynie około dwudziestu sekund... Zostają nam jeszcze „Night Rider" z dziwną chyba-solówką i "Smoke Fryer", o którym w sumie nic nie wiem, bo i nie znalazłem tu niczego, na czym można zaczepić ucho. 

Wraz z propozycją recenzji „Power Tools" dotarła do nas konkluzja dotycząca odbioru przez niektórych muzyki Minetaur. Podobno (tu parafraza) nietolerancja tego, że metal może być imprezą na basenie, a nie rozkminą w śląskiej jaskini, to typowe w Polsce. Cóż, jeśli na imprezę składa się tylko rzeczony basen, to ja robię wypad do jaskini zapodać grzyby i rozkminiać. Zdecydowanie biba z Minetaur, to nie jest impreza dla mnie. 

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/10/minetaur-power-tools-cover-600x600.jpg
Artysta Minetaur
Tytuł Power Tools
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 12 kwietnia 2019
Czas trwania 19 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Uwaga, będzie wyznanie. Nie słucham już radia. Dlaczego? Ponieważ Antyradio serwuje odgrzewane kotlety jakości chujowego mielonego, a nie dość, że padliny nie jadam, to po mdłym chce mi się wymiotować. Trójka sPISiała doszczętnie, a Czwórkę oglądam coraz rzadziej na YouTube. Pozostałe rozgłośnie to popelina dla księgowych w biurach, mająca wypełnić ciszę, nie zakłócając klepania w klawiaturę... albo coś, co atakuje nas w dyskontach typu Lewiatan, czy Żabka. Ich nazwy dopowiedzcie sobie sami. Trochę mi jednak radia brakuje. Tęsknię za spikerami, którzy potrafili rozbawić i uruchomić wyobraźnię słuchacza swoim głosem, ale przede wszystkim tęsknię za piosenkami. Nie >kompozycjami<, czy >utworami< posługującymi się dźwiękami wręcz dogmatycznie powiązanymi ze swoją gatunkową przynależnością, ale po prostu piosenkami. Takimi, które w 3 do 5 minut potrafiły zapodać ciekawy aranż, zostawić w głowie melodię, którą nucisz jeszcze chwile po ich zakończeniu, nie bojącymi się otwartej formy stylistycznej i zapożyczeń. Najlepsze radiowe piosenki powstały oczywiście w latach 80. i 90. Szeroko pojęty „rock alternatywny”, grunge, indie oraz inne międzygatunkowe eksperymenty tej drugiej z wymienionych dekad to coś, za czym tęsknię równie mocno, jak za faktem odkrywania wszystkiego, czym muzycznie zostałem wówczas obdarzony. Gdy więc zespół .WAVS zaczął wypuszczać kolejne single ze swojej debiutanckiej płyty, czułem, że może ukazać się niezwykle intrygująca płyta, która właśnie do lat 90. nawiązuje szczególnie mocno, nie tracąc jednocześnie nic a nic z nowoczesnego podejścia do produkcji muzyki.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zauważyłem gdy .WAVS promowało swój debiut, był ewidentny pomysł na siebie i spójna idea tejże promocji. Liczne nawiązania do prostej interakcji człowieka z morzem, zrobiły świetną robotę nie tylko nawiązując do nazwy grupy, ale i okładki, którą zespół ujawnił po ukazaniu się trzeciego singla. Poważnie, przyjrzyjcie się zdjęciu Mikołaja Szatko. Ostatni raz tak ciekawą fotę zdobiąca front płyty widziałem chyba przy okazji wydania „Śmierci w miękkim futerku” Niechęci. Wśród masy zespołów o nijakim kontekście swojej twórczości, to bardzo miła odmiana i znak, że możemy mieć do czynienia z czymś więcej niż przeciętną rockową kapelą. Już, gdy polecaliśmy wam trzeci singiel z krążka - 'Hologram', Michał w przeglądzie singli mówił o tym, że „zapowiada się na to, że to nie projekt, który będzie odgrzebywaniem kaset, zakurzonych winyli po tacie, z meblościanki, tylko rzeczywiście czymś, co brzmi świeżo(…)”. Cóż, 21 czerwca potwierdziło się, że mój redakcyjny kolega miał wąsa... znaczy nosa.

Debiut .WAVS to połączenie elementów rockowej alternatywy lat 90. z surowością grunge’u, ale i nowoczesnym miksem, charakterystycznym bardziej dla późnego post rocka. Słyszymy tu bowiem zarówno proste, konkretne strzały, takie jak otwierający całość 'Do It Right', czy 'He Was Dead Anyway' (props za świetne, pulsujące syntezatory) z konkretnym riffem i wpadającą bardzo szybko w ucho melodią, jak i piosenki wielowarstwowe o zmieniającej się dynamice. 'Anonymous Galaxy' ma w sobie flow ostatnich dokonań Queens Of The Stone Age, ze świetnym, prowadzącym riffem, refrenem o poruszającej przebojowości à la Alice In Chains i dopełniającymi całość, przestrzennymi chórkami. 'I Know Someone' rozpoczyna się post rockowymi przestrzeniami, by w końcówce pokazać nieco cięższe oblicze .WAVS. 'Santa Sangre' jest na przemian szybkie i zabrudzone oraz wolne i tajemnicze, z dryfującą, rozmytą, drugą zwrotką i powrotem do energicznego grania w końcówce. 'Hologram' to z kolei znacznie mroczniejsza piosenka posiadająca flow glam rockowej strony twórczości Marilyn Mansona. Mój faworyt na płycie — 'Home' — posiada chyba najciekawszy aranż. Jego elementy składowe doskonale ze sobą kontrastują, mamy tu gitarę brzmiącą niczym ta z 'Mosquito Song' QOTSA, cięży, wolniejszy bridge i świetną część wypełniona solówką, którą podbija gra perkusji. Opisując debiut .WAVS nie sposób nie wspomnieć o wokalu. Maciej Kowalski pokazał już swoje niebywałe skille jako wokalista PurpleHaze Ensamble, nie inaczej jest i tu. Jego grunge’owa maniera, potężny krzyk przy jednoczesnym zachowaniu melodyki szybko i na długo przykuwa uwagę słuchacza. A że chłopak potrafi operować wieloma środkami wyrazu, to i kompozycje .WAVS są jeszcze bardziej charakterystyczne nie tylko, gdy porównać je do tego, co na polskim rynku serwuje konkurencja. Nie ma tu mowy ani o pójściu na łatwiznę i oszczędzaniu strun głosowych, a i teksty dalekie są od banałów i grafomanii wszechobecnej na polskim rynku.

Co na płycie .WAVS może przeszkadzać? Cóż, jeśli nie jesteście fanami brzmień, o których czytaliście przez ostatnie kilka minut, to debiut krakowian was do nich nie przekona. To płyta, która trafi do konkretnego słuchacza i chyba takie jest jej zadanie, bo ani przez moment krakowianie nie idą tu na kompromisy, które mają przyciągnąć uwagę przypadkowego odbiorcy. Nie byłoby źle, gdyby krążek zawierał jeszcze kilka krótkich strzałów (choć dwa?) podobnych do 'Do It Right', czy 'He Was Dead Anyway' - bez długich zwolnień i prostszych w budowie. Tak czy siak, .WAVS definiują nowoczesne granie, które wie jak czerpać z tego, co najlepsze w rockowych piosenkach lat 90., przy jednoczesnym zachowaniu unikalnego stylu i pomysłu na siebie. Metalurgia poleca.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/07/wavs-wavs-500x500.jpg
Artysta .WAVS
Tytuł .WAVS
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 21 czerwca 2019
Czas trwania 35 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Po trzech wydawnictwach, które oscylowały wokół podobnych muzycznie klimatów, Mord’a’Stigmata rozpoczęła eksplorację nowych rejonów. Static i koledzy nigdy nie byli za pan brat z muzycznym konformizmem, więc nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że i tym razem zespół obrał kierunek zdecydowanie pod prąd trendom. Już w wywiadzie, który artysta udzielił Piotrowi i Michałowi przy okazji wydania „Hope” (do zobaczenia na naszym kanale YouTube) opowiadał o tym, że black metal przestał być dla grupy wątkiem głównym i prowadzącym. „Ansia” była pod tym kątem nowością, „Our Hearts Slow Down” pomostem, „Hope” wydaje się być więc checkpointem, który kończy owy rozdział w życiu „M’aS. Oto bowiem na swoim najnowszym wydawnictwie - Dreams of Quiet Places, grupa po raz kolejny zaskakuje nawet bardziej, niż po „Antimatter” zaskoczyła na „Ansia”.

Czym więc „Dreams…” różni się od poprzedniczek? Na pewno okładką, na której na brunatnym (oj, będą podejrzenia o umoczenie") tle Łukasz Gwiżdż osadził swój niepokojący obraz. W połączeniu ze złotym kolorem w jaki oprawiony jest sam krążek (i cd i winyl), robi to doskonałe wrażenie, ale skostniałym metalom może zasugerować, że to nie dla nich. Na pewno też większą ilością muzycznego eklektyzmu. Wcześniej zasady były jasne — ekstremalny metal (jak we wspomnianym wywiadzie określił to sam Static) jest pretekstem, punktem wyjścia do rozwinięcia pomysłu na utwór innymi gatunkami — post rockiem (w swojej klasycznej, eksperymentalnej formie), czy ambientem. Teraz M’a’S wystawia naszą percepcję na jeszcze większą próbę, sprawdzając ile nastrojów i płaszczyzn dźwięku jesteśmy w stanie uchwycić oraz jak bardzo jesteśmy w stanie skupić się na tym, co dzieje się w utworach.

Już sama konstrukcja — podzielenie materiału na siedem nieprzekraczających 10 minut kompozycji świadczy o tym, że warto (należy?) odbierać tę płytę inaczej, niż poprzedniczki. Wcześniej maksymalnie pięć kilkunastominutowych utworów wciągało nas w gęsty od emocji, a i często wręcz wzruszający (lecz nie łzawy) klimat — tutaj natomiast chodzi o niuanse. Jeśli więc uporczywie chcecie doszukiwać się szatana jako „black metalu w połączeniu z…”, to sorry, ale więcej niż na „Dreams…” odnajdziecie go, gdy przywołam powiedzenie „diabeł tkwi w szczegółach”.

Sam tytuł będący parafrazą pierwszych słów, jakie na albumie wykrzykuje Ion, brzmi nieco przewrotnie. „I used to dream of quiet places…” w pewien sposób dookreśla fakt, iż tematyka tekstów i atmosfera płyty zmieniły się. Mniej tu kontrastów metalu z cichymi, wypełnionymi dźwiękową przestrzenią fragmentami, choć tych ostatnich wcale nie brakuje. Tak startuje otwierający album 'Between Walls of Glass', tak w całej swojej rozciągłości prezentuje się wieńczący album utwór tytułowy. Dzięki dodanym do tego syntezatorom przebijającym się przez bardziej lub mniej ostre, czy gęste riffy, partie perkusji, czy nawet bity, dostajemy intrygujące sploty elektroniki z industrialem.

Jak wspomniałem wcześniej, M’a’S odchodzi od tematyki swoich poprzednich wydawnictw na rzecz znacznie większej palety brzmień, różnorodności, kontrastów pomiędzy całymi utworami, a co za tym idzie — znacznie ciekawszego miksu. 'Exiles' może spokojnie kojarzyć się z francuską Goijrą zarówno pod kątem wstępu do utworu, ale także przez „progresywność” swojej konstrukcji. Sporo tu bowiem nieoczywistych zmian temp i technicznych zawijasów, zarówno w grze perkusji, jak i odpowiedzi na tę grę w warstwie gitar. 'Spirit Into Cristal' rozpoczyna się niczym techno-industriale Ancient Methods. Brudny sound prostych uderzeń w bębny, zarpeggiowane synthy oraz gitary, które z tła pięknie wychodzą na pierwszy plan, dodając piosence metalowego sznytu… tego w historii M’a’S nie było, a niespodzianek przed nami jeszcze sporo. Łączące się ze sobą 'The Stain' oraz 'Void Within' to już totalny opad szczeny. Mamy tu zarówno marszowe, blackowe wjazdy, gary grające blast beaty zaraz po tematach rodem z drumnbassu, transujące gitary płynące ostrymi phaserami, świetnie wpleciony w to fragment recytowany po polsku (to wszystko w 'The Stain'), a z drugiej strony doskonałą melodię, wysuwający się często na pierwszy plan bas i świetny bridge w 'Void Within'. Dzieje się. 'Into Soil' z równie ciekawym, industrialnym do cna brigdem znacznie zwalnia, ale nie rezygnuje ani z dramatyzmu, ani z ciekawych zmian dynamiki, ani też z różnorodności riffów i temp. Gdy pisałem o wystawieniu naszej percepcji na próbę oraz wielu płaszczyznach dźwięku nie byłem, jak sami widzicie gołosłowny. Podkreślę jeszcze raz — miks albumu, za który odpowiedzialne jest Nebula Studio to kawał świetnej roboty, który równie znacząco, co same kompozycje odbił się na jakości efektu końcowego. Ciężko bowiem uchwycić i uwypuklić tyle pomysłów z jednej strony nie popadając w przesadę, a z drugiej nie zgubić nic w gąszczu tych warstw, co ostatecznie składa się na bogactwo „Between…”.

Jak sami widzicie, zaszło sporo zmian w stosunku do tego, co M’a’S proponowała dotychczas. Charakterystyczny sound oczywiście pozostał. Odpalenie każdego z kawałków z „Dreams…” przez osobę obeznanej z kapelą, nie spowoduje nieskumania, że to muzyka tej, a nie innej kapeli. Istotnym jest jednak fakt, iż zespół obrał inny kierunek, co nie wszystkim może przypaść do gustu. Nie chcę marudzić na polskiego słuchacza, ale reakcje ludzi, którzy grupę znają od lat, charakteryzujące podejściem „słuchamy tego, czego oczekujemy i co znamy” mówią mi, że w ojczyźnie nowych fanów może nie przybyć. Czuję jednak, że poza granicami naszego kraju, gdzie oczekiwania nie przerastają tego, co na nowych płytach oferują muzycy, płyta przyjmie się lepiej. Bardzo chcę się mylić, życzę Staticowi i kolegom dobrego przyjęcia na obu rynkach - polskim i zagranicznym. Warto z tą, nowoczesną pod każdym kątem płytą spędzić trochę czasu, bo kryje w sobie masę ciekawych patentów, a M’a’S niezmiennie wciąga nastrojem niepokoju i poruszającego dramatyzmu. Jeśli komuś takie wycieczki nie w smak, to szczerze odradzam, bo nie znajdzie tu wiele dla siebie i szybko się zgubi.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/mord-a-stigmata-2019-815x509.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/mord-a-stigmata-dreams-of-quiet-places-500x500.jpg
Artysta Mord'A'Stigmata
Tytuł Dreams of Quiet Places
Wydawca Pagan Records
Data premiery 4 kwietnia 2019
Czas trwania 44 minuty
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Na ile poważnie podchodzicie do tematu szczerości w muzyce której słuchacie? Jest ona tylko dodatkiem, który decyduje o wzroście poziomu danej płyty, czy może czymś koniecznym, "bo tak wypada"? W metalowym światku ta właśnie szczerość to bardzo intrygujący wątek, bo czysto teoretycznie metalowcy gorąco o nią zabiegają, ale tylko w sytuacjach, kiedy jest im to na rękę. Kiedy na przykład Paradise Lost odeszli od przesterowanych gitar, ci sami słuchacze, którzy pokochali "Icon", nie byli zbyt zadowoleni z "Host". Mimo że "Host" to płyta przesycona prawdą i osobistymi zawodami. Całkiem podobnie sytuacja wygląda z krążkami In Flames, gdzie fani bardzo głośno perorujący o unikaniu fałszu w muzyce, jakoś o tym zapominają z racji zawartości tychże, gdy te znajdują się poza radarem ich zainteresowań.

A właśnie za to In Flames należy się szacunek. Jedni z ojców melodyjnego death metalu ze Szwecji zbudowali swoją karierę na graniu wbrew temu, co życzą sobie fani, a w zgodzie ze swoimi upodobaniami i preferencjami. Moim zdaniem jest to godne podwójnego pogratulowania, jeśli pod uwagę wziąć fakt, jak wielkim - w skali muzyki metalowej - zespołem jest In Flames w porównaniu do np. ich kolegów z Dark Tranquillity. No, skoro temat szczerości bądź jej braku został rozpracowany, można zejść na ziemię i poddać analizie muzykę z "I, The Mask".

Chyba oczywistym jest, że nikt, kto nie zatrzymał się w eksplorowaniu twórczości tej formacji na "Clayman", nie robi sobie nadziei, że oto Friden i koledzy wrócą do death metalu zalanego toną melodii. Nic z tych rzeczy. Oni w tę muzykę zwyczajnie nie wierzą, a ja to w pełni rozumiem. Na takich "Come Clarity" czy "Sounds of a Playground Falling" nie znajduję zbyt wiele dla siebie, ale czuję, że nagrał je zespół, który doskonale wie, jaki efekt poszukiwań chce osiągnąć. Problem w tym, że nawet jak dla mnie poszukiwania zaszły zbyt daleko na "Siren Charms" i "Battles". Mimo że twórczość In Flames zawsze odznaczała się sporym naddatkiem słodyczy i kiczem w nie najlepszym guście, dwa wyżej wspomniane krążki przekroczyły pewną granicę. To trochę tak, jak z tą ambitną koleżanką w klasie, która podczas wykonania 'Barki' na ocenę podczas lekcji religii, wchodzi na taki poziom ekspresji i egzaltacji, że wszelka tolerancja i hamulce puszczają. In Flames chyba sami to zrozumieli, bo "I, the Mask" jest płytą znacznie bardziej wyważoną i wycyzelowaną od swoich poprzedniczek, wydanych na przestrzeni ostatnich kilku lat. W najlepszych momentach, kiedy nikt tutaj nikomu nie wmawia, że rozmawiamy o zespole deathmetalowym, "I, the Mask" brzmi jak mokry sen każdego, kto lubi szybkie ataki przesterowanych gitar w refrenach, przeplatane ckliwymi zwrotkami. Do układanki dochodzą jeszcze ballady, w których Szwedzi chyba już na dobre się wyspecjalizowali. Takie 'Stay With Me' oczywiście może zrazić ponadnormatywnym poziomem lukru w ramach samej zwrotki, ale im dalej w las, tym lepiej. Świetnie poprowadzona dramaturgia i ekspansja melodyjnych partii gitar konkretnie łapią za serce, a ja czuję, że to autentyczny przekaz, że nikt mnie nie chce nabrać. Nawet jeśli przesadzony, nawet jeśli niebezpiecznie wpadający do worka z napisem "kicz". In Flames grają tak, jak chcą grać, a skoro jeszcze są w stanie nawiązać emocjonalną więź z fanami, to tym lepiej. Nie jest też tak, że w całości kupuję "I, the Mask", bo pewne wątpliwości są i raczej pozostaną. Stężenie słodyczy w refrenach tych piosenek ('All the Pain' się kłania) czasami przekracza mój próg tolerancji, a kilka żwawych numerów udających, że In Flames tęskni za starymi czasami, też tutaj niekoniecznie pasuje.

"I, the Mask" niekoniecznie jest płytą, w której się zakochałem bądź taką, która w jednej chwili zasili pierwszą dziesiątkę moich ulubionych tegorocznych wydawnictw. Mimo to, czuję, że nagrał ją zespół, który doskonale wie, czego chce i nie musi kłaniać się w pas nikomu, nawet przy swoim niewątpliwie mainstreamowym statusie. Albumy takie, jak "I, the Mask", gdzie artyści konsekwentnie rozwijają swoje wizje, wolę tysiąc razy bardziej od setnego odgrzanego kotleta takiego Darkthrone. Bo o to w muzyce chodzi: patrzeć przed siebie, nie za siebie.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/in-flames-i-the-mask-cover-500x500.jpg
Artysta In Flames
Tytuł I, The Mask
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 1 marca 2019
Czas trwania 50 minut
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Emocje. Emocje to generalnie ciekawy wątek w szeroko pojmowanej muzyce, bez zatrzymywania się przy jakiejkolwiek stylistyce. To one są nośnikiem tego, co artysta chce nam powiedzieć. Jeśli nawiążemy z nim relację, zrozumiemy jego wewnętrzne boje, zostajemy z nim dłużej niż na jedną płytę czy singla. Śledzimy serie życiowych upadków bądź pełnych nadziei wzlotów. Próbujemy dociekać, jak bardzo utożsamiamy się z tekstami, czy więź z ich autorem pozostaje nietknięta, czy może jednak na odwrót. Czy płyta Y to wciąż ten sam poziom przekazywania uczuć, co płyta X? Zadajemy pytania, zostajemy z artystą, obserwujemy go, analizujemy, co się zmieniło. U The National zmieniło się wiele.

Wraz z premierą bardzo dobrej "Trouble Will Find Me" amerykańscy dżentelmeni formujący The National wyraźnie zmodyfikowali swój sposób opowiadania o emocjach. Wszystko stało się bardziej bezpośrednie, opisy życiowych niepowodzeń bardziej dotkliwe, muzyka kłuła w serce skuteczniej, przypominała o przykrych sytuacjach, które przeżyliśmy wszyscy. Z mniejszym naddatkiem metafor, generalizowania, opowiadania naokoło. Warstwa liryczna The National nabrała wyraźnie indywidualny sznyt, przez co jej odbieranie okazało się być znacznie intymniejszym przeżyciem niż kiedykolwiek wcześniej. Świadczy to oczywiście o twórczej ewolucji artystów. Nikt nie tkwi w sidłach młodzieńczej adolescencji, nikt nie udaje, że wszystko jest po staremu. Człowiek zmienia się z dnia na dzień i The National także. Czy to delikatna sugestia, wedle której próbuję wykazać, że oto panowie się starzeją? Bynajmniej, to dojrzewanie.

Każdy dojrzewa w sobie znanym tempie, przechodzi przez najróżniejsze sytuacje i ten stan rzeczy jest świetnie sportretowany na "I Am Easy to Find". Matt Berninger, nawet jeśli wzoruje się na historiach innych, mówi własnym głosem, jego opowieści wciąż zostają w głowie, pojedyncze wersy potrafią wywołać szybki opad szczęki. Nawet mimo tego, że przecież tutaj nikt o śpiewa o magii, smokach i wycieczkach w kosmos. To trywialne sprawy, codzienność w pigułce: życiowe dylematy, lęki, sercowe zawody. Ale życie człowieka to suma prostych spraw. Nawet najbardziej wybujałe opowieści o nieistniejącym świecie nie zastąpią poczucia zrozumienia związanego z tym, że ktoś czuje tak samo. Uwierzcie, każdy z nas kiedyś był bohaterem którejś z opowieści wokalisty The National. Kiedy w ‘Light Years’ słyszymy, że zawsze dzieliły nas lata świetlne, to tak było, wszyscy to wiemy, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, zwyczajnie kłamie. Niby takie proste, a skuteczne. Warto jednak odnotować, że nie tylko na gruncie szeroko pojętej liryki The National zmienił się. Od wcześniej wspomnianej "Trouble Will Find Me" zespół zakręcił potencjometr młodzieńczego rozedrgania w drugą stronę. Mniej w tym rockowej przebojowości "High Violet" czy gęstej atmosfery "Boxer". Piosenki stały się delikatnie unoszonymi bańkami mydlanymi, zespół coraz śmielej uciekał od typowo rockowego instrumentarium, chętniej zerkał w stronę elektroniki i w zasadzie tylko głos Matta Berningera był taki, jakim od zawsze był. "I Am Easy to Find" to dalszy ciąg ewolucji The National od strony muzycznej, tym razem podzielony na trzy strefy. Z jednej strony mamy więc konsekwentne pilotowanie ścieżki znanej chociażby ze "Sleep Well Beast". Dużo w tym elektroniki, leniwych loopów, gitary czy perkusja w zasadzie schodzą na dalszy plan. Druga strona to z kolei kilka wycieczek w przeszłość. ‘Rylan’, ‘Hey Rosey’ czy ‘Quiet Light’ tęsknią za - uwaga: paradoks - dynamiczną melancholią "High Violet", przypominają o tej niepodrabialnej melodyce. Ale chyba trzeci kierunek intryguje najbardziej, czyli nowości. Głównie featuringi. Ilość wokalistek udzielających się na "I Am Easy to Find" gościnnie zamyka się w okolicach kilkunastu, co samo w sobie zaskakuje, bo The National nigdy na taką ekspozycję innych znajomych nie stawiali. Featuringi wnoszą do płyty wiele, dają jej nowe życie. To nie to, co u większości rockowych zespołów, że dodatkowy piosenkarz ma mruknąć trzy słowa w refrenie i sobie pójść. W takim ‘Where Is Her Head’ - wyraźnie energicznym - ogólna werwa utworu spotyka się z kontrastem w postaci delikatnego głosu Eve Owen. Duże wrażenie robią również dobitnie gospelowe smaczki, jak chociażby w miniaturowym ‘Her Father in the Pool’ czy ‘Not in Kansas’.

Pamiętam, że po premierze "Sleep Well Beast" obraziłem się na The National. Bo zamulają, bo to nie "High Violet II", a bo coś tam jeszcze. Teraz obrazy nie ma. Na poziomie czysto emocjonalnym i muzycznym "I Am Easy to Find" jest "moją" płytą, a The National "moim" zespołem. Coś takiego to ogromna sprawa. Posłuchajcie tego albumu, oddajcie mu się bez reszty.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/the-national-i-am-easy-to-find-cover-500x500.jpg
Artysta The National
Tytuł I Am Easy To Find
Wydawca 4AD
Data premiery 17 maja 2019
Czas trwania 1 godz. 3 min.
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Gdzie właściwie przebiega granica dobrego smaku w muzyce metalowej? Co ją wyznacza? Kiedy zostaje przekraczana? A może w metalu nie istnieje w ogóle takie pojęcie jak dobry smak? Poddajmy to szybkiej analizie: ta stylistyka, niezależnie od odmiany, emanuje kiczem, a żeby to udowodnić wystarczy szybki przelot po historii gatunku. Mieliśmy Judas Priest w kamizelkach obitych odblaskowymi kwadracikami, blackmetalowców w zbrojach i czarnych golfach, thrashmetalowy pociąg do wszystkich odmian jeansu albo deathmetalowców, którzy udowodnili światu, że jednak są na świecie ludzie noszący bojówki moro. I wszystkie te odmiany rocka mają w sobie dużo z cyrku pod kątem samej warstwy muzycznej, co wymaga ponownego cofnięcia się do pionierów spod znaku heavy metalu. Patos, egzaltowane teksty, romantyzm w najgorszym z możliwych, rycerskim wydaniu - to w metalu mamy do dzisiaj. Ale jednak są takie zespoły, które balansują i udowadniają, że ten dobry smak w tej muzyce faktycznie istnieje. Należy do nich właśnie Grand Magus.

Szwedzka formacja, dowodzona przez niezmordowanego JB Christoffersona, zamajaczyła mi na horyzoncie w okolicach premiery „Triumph & Power”. Sama zawartość płyty, badana w ciemno, stanowczo zachęciła mnie do dalszej peregrynacji dyskografii zespołu, a dodatkowym czynnikiem z kategorii plusowych był skowyt fanów, że to już nie to samo, że gdzie podział się ten „ich” zespół. A ja paradoksalnie czuję, że to właśnie wraz z wydaniem dzisiaj już pięcioletniego krążka Grand Magus stał się „moim” zespołem. Bo ma w sobie to, o czym 90% reprezentantów klasycznie heavymetalowego nurtu zapomina: hamulce.

Tak, hamulce w takiej stylistyce są niezwykle ważne. To nie black metal, gdzie połowę wrażenia robi na tobie szerzej niezidentyfikowana dawka szaleństwa, tutaj całość podtrzymuje wspomniany patos, epickie zadęcie w melodyce i wysoce dostojna atmosfera. Ale właśnie, o co chodzi z tymi hamulcami? Ano o to, że Szwedzi doskonale wiedzą, kiedy przestać. Wiedzą, żeby nie forsować zaciekle skrajnych rozwiązań gitarowych, by nie wspinać się po szczytach żenady. Wokalista wie, że wcale nie musi udawać brakującego ogniwa między człowiekiem a delfinem, aby ułożyć świetne partie śpiewu i właśnie takie podejście jest największym plusem „Wolf God”. Grand Magus dobrze zdaje sobie sprawę z niezaprzeczalnie przebojowego potencjału heavy metalu i to on jest bazą tej płyty. Te wszystkie podniosłe partie gitar, celowe zwolnienia w refrenach, one nie są żadną trzecioligową muzyczną rekonstrukcją bitwy rycerskiej – wszystkie idealnie zdadzą egzamin z machania pięścią i tupania nogą podczas koncertów. Bo oszczędność środków wyrazu wspaniale wpływa na kompozycje z „Wolf God”. Czuć tutaj wspaniałe wyważenie wszystkich elementów, brak przeginania w jakąkolwiek stronę. Weźcie sobie taki ‘Spear Thrower’ z tym wyścigowym riffem na wejście. Typowa heavymetalowa kapela zmarnowałaby jego potencjał po pięciu sekundach, mamrocząc o smokach i wprowadzając udawane zwolnienia brzmiące jak upośledzone sieroty po doom metalu. A tutaj? A tutaj całość jedzie na hardrockowym silniku, a refren to już w ogóle taki cukiereczek, że jak nie śpiewacie go w swoim pokoju z niewidzialną gitarą, to ja nie wiem, co jest z wami nie tak. Oczywiście, przykładów jest znacznie więcej, jak chociażby ‘Brother of the Storm’ ze wspaniałą dramaturgią i wybitnie koncertowy utwór tytułowy, ale chodzi o esencję. A ta esencja w przypadku Grand Magus jest bardzo dobrze wycyzelowana i przemyślana.

Płakałbym z radości, gdyby heavy metal regularnie dostarczał mi tonę tak dobrych płyt jak „Wolf God” – dobrze napisanych, kipiących od hitów, robionych ze świadomością, że ta cała zabawna estetyka tekstowa i image w połączeniu z muzyką, to tylko jedne ze środków do celu, nie cel sam w sobie. Tak właśnie trzeba, oby więcej takich albumów.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/grand-magus-wolf-god-500x500.jpg
Artysta Grand Magus
Tytuł Wolf God
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 19 kwietnia 2019
Czas trwania 38 minut
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Swego czasu na YouTubie niezwykle popularne były metalowe covery popowych utworów. Dlaczego? Nie wiem, nie pytajcie. Jednak jak to z trendami bywa, i ten zaczął w końcu znikać ze strony głównej (niestety nie kompletnie). Przez chwilę kilku YouTuberów starało się wybić na nieco innym, ale wciąż podobnym koncepcie - “Jak grałby [tutaj wstaw popularny zespół metalowy], gdyby miał brzmienie jak [tutaj wstaw inny popularny zespół metalowy]”. “Obraz pozorny”, czyli najnowszy album krakowskiego Mastemey, jest odpowiedzią na nigdy nie zadane pytanie - co by było, gdyby ten kontent przenieść na długogrający album?

Zespołem który bez wątpienia stanowił dla Mastemey główne źródło inspiracji i który jest wszechobecny już od pierwszych sekund “Obrazu pozornego” jest Gojira. I mówiąc o inspiracji, mam tu na myśli “pożyczanie” riffów i patentów. Nie trzeba być nawet największym fanem muzyki Francuzów, żeby zauważyć podobieństwa. Gdyby podłożyć wokal Duplantiera z ‘Low Lands’ pod ‘Cyfrowi’, można by było nawet nabrać kogoś, że jest to demo tego pierwszego utworu. ‘Nasz upadły’ to z kolei puszczanie oka do opus magnum Gojiry - “From Mars To Sirius”. I można tak wymieniać dalej, bo nawiązań tutaj nie brakuje. Mastemey jednak przepuszcza progresywny death metal przez thrash/ groove metalowy pryzmat. I o dziwo nie brzmi to najgorzej. Panowie są sprawnymi instrumentalistami i z chęcią usłyszałbym więcej ich, a mniej ich idoli. Jeśli jednak nie przeszkadza wam “gojirowanie”, a wręcz brakuje wam go w ostatnim czasie, “Obraz pozorny” może być albumem, który zapełni tymczasowo pustkę po 3 latach bez nowego materiału Francuzów. To znaczy mógłby, gdyby był to album wyłącznie instrumentalny.

Zarówno barwa głosu wokalisty, jak i teksty w języku polskim ciągną ten album w dół. “Obraz pozorny” to zbiór truizmów oraz częstochowskich rymów podanych w co najmniej męczący sposób. Męczy się nie tylko słuchacz, ale również wokalista, który brzmi jakby krzyczenie sprawiało mu trudność. Jest powód dla którego słyszymy tak mało albumów w języku polskim. Śpiewanie po angielsku jest po prostu łatwiejsze - nie trzeba robić lingwistycznych fikołków, żeby zachować sens i można to zrobić bez rozbijania dynamiki. Mastemey podjęło odważną próbę nagrania albumu w rodzimym języku, jednak na tym froncie poległo. Na końcu książeczki do “Obrazu pozornego” znajdziemy napompowaną patosem notatkę tłumaczącą górnolotne przesłanie albumu. Przez wszystkie 8 utworów odbiorca doświadcza moralizatorstwa, który słyszy się zwykle od natchnionych internetowych coachów. I jak na manifest (przynajmniej zespół deklaruje, że “płyta jest manifestem”), dużo w nim ogólników, wskazywania palcami, wygrażania i pouczania, a niewiele rzeczywistego spojrzenia na jakikolwiek problem, o których piętrzeniu się we współczesnym świecie jesteśmy przekonywani. Z jednej strony to zrozumiałe, bo trudno wymagać od muzyków zagłębiania się w tematy moralności, etyki i globalnych problemów, ale z drugiej być może warto sobie odpuścić rolę sumienia ludzkości i misję nawracania świata na właściwe tory, skoro jedyny wniosek z płynący z tekstów, to że “świat na którym żyjemy jest zły, a media chcą nas zniewolić”. “Obraz pozorny” raczy nas zestawem tekstów, które świszczą od patosu i bardziej pasują do Jakuba Czarodzieja, niż do wokalisty zespołu metalowego. Nie mówiąc już o kwiatkach w stylu “Twoje słowa nie znaczą już nic. Jesteś wyklęty. Jesteś jak nic”, czy “Nie chcesz być. Nie chcesz trwać. Ignorancja jest zbawieniem dla was - mas”.  

Jeśli skupić się wyłącznie na instrumentalnej stronie “Obrazu pozornego”, to można się podczas jego słuchania naprawdę dobrze bawić. I nawet płasko brzmiąca perkusja nie odbiera przyjemności ze słuchania gry gitar i basu, które brzmią zajadle i soczyście. Co prawda oryginalności nie można Mastemey zarzucić, ale o dziwo przeniesienie gojirowych patentów na thrashmetalowe/ groovowe poletko sprawdza się nie najgorzej. Niestety zarówno wokal, jak i teksty sprawiają, że raczej odpuszczę sobie ponowne zmagania z “Obrazem pozornym”.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/mastemey-obraz-pozorny-500x500.jpg
Artysta Mastemey
Tytuł Obraz pozorny
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 20 marca 2019
Czas trwania 39 minut
Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

Znacie to uczucie, kiedy ktoś obdarowuje was trywialną mądrością życiową w momencie, kiedy jedyne czego potrzebujecie, to żeby wszyscy zamknęli mordy i dali wam spokój? W sumie to pytanie retoryczne, bo dobrze wiem, że znacie. Czasem jest jednak tak, że znajduje się ktoś, kto dzieli się taką chujową złotą myślą, która okazuje się trafiać idealnie, gdy kompletnie się tego nie spodziewacie. Dawno temu, pewien mądry, zabawny człowiek zrobił mi właśnie taki psikus, kwitując moje rozstanie słowami "Spoko ziom — każdy zakończony związek to szansa na dwa następne". Jak ta anegdota ma się do debiutu zespołu Pył? A no tak, że w skład kapeli wchodzą ludzie, którzy z takich czy innych względów "rozstania" ze swoimi wcześniejszymi kapelami dokonali, ale dzięki temu stworzyli jeden z ciekawszych, pozbawionych realizatorskiej i kompozycyjnej napinki projektów tego roku.

Dwie trzecie Pyłu to Wojciech Lacki i Piotr Paciorkowski z Ampacity — kapeli, która ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu ze spacerockowych, improwizatorskich lotów podążyła w kierunku poprawnego, ale niezbyt oryginalnego rocka progresywnego o dość oldschoolowej proweniencji. Kiedy w 2013 roku na Off Festivalu zespół udzielał mi wywiadu, nikt z zainteresowanych chyba nie podejrzewał, że grupa tak daleko ucieknie od tematów zawartych na genialnym "Encounter One". Trzecia trzecia Pyłu to z kolei Przemysław Głowacki — do niedawna perkusista Marksman. Ten zespół swojej twórczości na przestrzeni lat za bardzo nie zmieniał, ale naładowane emocjami hardcore'y w ich wykonaniu sprawdzają się doskonale w całej rozciągłości dyskografii. Gdy więc dowiedziałem się, że ludzie z tak oddalonych od siebie gatunkowo projektów tworzą coś razem, szybko zacząłem domniemywać, co może powstać z połączenia powyższych. Jeśli jednak wy próbujecie robić teraz to samo, to zaklinam — natychmiast przestańcie! Otóż ostatnie czego tu doświadczycie to mikstura składników Ampacity i Marksman.

To, czym oprósza nas Pył, to niemal trzy kwadranse swobodnego eklektyzmu, kolażu nastrojów i twórczego nieskrępowania, skomponowanego i zagranego bez ani grama przesady, czy ekstrawagancji. Głównym składnikiem jest tu krautrockowy flow ukazany w niezwykle nowoczesnej formie. Kompozytorzy nie bali się zahaczyć o sewentisowo rockujące tematy ('Boy No Power'), odwoływać się do zabrudzonego shoegaze'u ('Niedźwiednik 1'), czy uraczyć nas orientem ('Niedźwiednik 2'). Ten ostatni wraz z wieńczącym album 'aste', wypuszczają na pierwszy plan saksofon, który zaskakuje dokładnie w momencie, kiedy słuchaczowi wydaje się, że wie już o "Pyle" wszystko. Świetnie sprawdza się tu i ówdzie dogrywający tła syntezator. Raz — idzie w parze z rozmytą delay'em gitarą, która daje mu odpowiednio dużo miejsca, by mógł w pełni wybrzmieć. Dwa — fakt ten sprawia, że partie owych instrumentów doskonale ze sobą korespondują, dając nam wytchnienie w spokojniejszych fragmentach albumu. Sporo tu też repetytywności, która szybko wprowadza słuchacza w trans. 'Rhei', 'The Parisian' oraz 'PTSD' pulsują miło, jednak nie dążą do tego, by hipnotyzować bez celu. Aranżacje utworów skonstruowane są tak, że ów spokój jest jedynie składnikiem wyciszającym słuchacza, by z tego stanu wyrwać go zawadiackimi riffami i żwawą grą sekcji rytmicznej. À propos sekcji rytmicznej — to ona sprawia, że bez uczucia przesytu, bo minimalnym nakładem instrumentów, dzieje się tu tak dużo. Duet Lacki — Głowacki rozumie się doskonale, bez problemów przechodzi z motywów wręcz jazzujących ('aste', 'Rhei', czy 'The Parisian' z jaskrawym, funkującym basem i delikatnym fletem), do surowych, punktujących wyraźnie i donośnie partii. Odnoszę się tu zarówno do utworów zawartych na "Pyle" jako ogółu (posłuchajcie uważnie jak sekcja brzmi w 'PTSD', czy 'Niedzwiedniku 1', a potem wróćcie do tych wspomnianych wcześniej — jazzujących), ale również do poszczególnych piosenek. 'Boy No Power', 'Rhei', 'Niedźwiednik 2' (ten ze świetną partią Głowackiego, gdy perkusja wychodzi na pierwszy plan) są idealnymi przykładami na to, że nie trzeba ładować niezliczonej ilości partii instrumentów, by zaintrygować i przez cały utwór trzymać słuchacza w garści, skupionego i bezwolnie poddającego zmieniającym się na albumie nastrojom.

Po kilku przesłuchaniach niektórzy mogą odczuć jednak lekkie znużenie. Kompozycje skonstruowane są w podobny do siebie sposób — długie przechodzą z partii spokojnych w cięższe, by w końcówce znów wyczillować. Krótkie są po prostu spokojne, pozwalają na chwilę oddechu, by przejść płynnie do kolejnych. Brak wyraźnej przebojowości może spowodować, że odbiorcy, idący jednocześnie po linii nieco mniejszego oporu, przestaną do tego albumu wracać. Szkoda, że rozpoczynający krążek 'Nam' nie jest połączony dźwiękową klamrą z wieńczącym go 'aste'. Taki zabieg byłby strzałem w dziesiątkę, ale brak… nazwijmy to "Namaste", nie przeszkadza ani trochę w odbiorze muzyki jako całości. Debiut Pyłu to bardzo oryginalna, intrygująca płyta, która jest dowodem, że kapele, które nie bazują na gatunkowej generyczności, nie muszą silić się na masakrującą skomplikowanymi konstrukcjami chaotyczność, czy aranżacyjną megalomanię. Przydaje się natomiast talent. Czekam na kolejne, niech Pył zapyla i niech znów dostarczy muzykę oprawioną w równie intrygującą co muzyka okładkę.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/pył-zespół-700x500.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/pył-2019-okładka-500x500.png
Artysta Pył
Tytuł Pył
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 1 kwietnia 2019
Czas trwania 00:44:14
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ