Pamiętam moment w którym odkryłem szufladkę z “post”. Chłonąłem wszystko co się w niej znajdowało od post-rocka, poprzez post-hardcore, na post-metalu kończąc. Jednak z czasem coraz mniej znajdowałem w post-muzyce rzeczy nowych, a coraz więcej tej samej formuły odgrywanej w kółko. Od dawna nie zostałem z żadnym albumem z tego gatunku na dłużej, dlatego widząc nowe wydawnictwo od Teryky, stwierdziłem, że być może pora polubić się na nowo z post-metalem. Pierwsze odsłuchy zapowiadały się obiecująco. 

“Overcome” to EP-ka z wyłącznie trzema utworami, z czego każdy z nich trwa między 7 a 8 minutami. ‘Rise and Fall’ po krótkim wstępie uderza z całym impetem powolnego, doomującego post-black, to na zmianę blastującego bez litości, to zwalniającego do pojedynczego, surowego melancholijnego riffu. Na ‘Witchered’ dostajemy w pakiecie hardcore, a na ‘Break Away’ jeszcze więcej rzewnej gitary. I to w zasadzie wyczerpuje opis zawartości EP-ki. Na dobrą sprawę już po drugim odsłuchu, mamy wrażenie, że znamy je na wylot. 

“Overcome” to dobry przykład zmarnowanego potencjału. Wracając do poprzedniego wydawnictwa Teryky - jeszcze krótszego, bo dwuutworowego “Avalanache”, mamy do czynienia z innym zespołem - ambitniej podchodzącym do kompozycji, wyciskającym co tylko się da z melancholii wolnych fragmentów i dostarczający zapadające w pamięć, soczyste riffy. Aż trudno uwierzyć, że nie jest to nowsze wydawnictwo grupy. 

Teryky na “Overcome” to zespół z płaską produkcją, sztampowymi melodiami, które nie dostarczają na dłuższą metę żadnych zaskoczeń, ani większych emocji. Post-metal w ich wykonaniu to dobrze znane klisze, które słyszeliśmy już wcześniej. W zaledwie trzech utworach mieści się wiele inspiracji, jednak trudno jest mi się pozbyć wrażenia, że każde z nich jest kalką tych gatunków, a niewiele w tym samego zespołu. O ile byłby to lepszy album, gdyby tylko zespół spędził nieco więcej czasu nad wymyślaniem świeższych riffów i wykręceniem brzmienia, które miałoby jakiś charakter, a nie tylko płaską, zlewającą się w jedno “teksturę”. Szkoda, bo były szanse na coś dużo lepszego, a tak dostaliśmy EP-kę co najwyżej przeciętną.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2020/04/teryky-overcome-500x500.jpg
Artysta Teryky
Tytuł Overcome
Wydawca Hasiok Records
Data premiery 13 stycznia 2020
Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

Chyba każdy, kto miał styczność z polską sceną stoner-doom, zetknął się z nazwą Major Kong. Nieprzerwanie od ośmiu lat trio wydaje płyty i epki wypełnione solidnymi kompozycjami i oryginalnym, wręcz "własnym" brzmieniem. Nawet po zmianie obranego na dwóch pierwszych płytach kierunku, oryginalność pozostaje nieodzownym elementem tej muzyki. Przyspieszenie, wprowadzenie elementów kojarzących się z klasycznym (ale takim... klasycznym-klasycznym - MC5, te sprawy) rockiem, oldschoolowym hardcorem, punkiem lub mariażem ich obu, na „Brace For Impact" wypadło doskonale. Czy stało się tak przez element zaskoczenia, jaki niezaprzeczalnie towarzyszył poprzedniemu albumowi tria? Czy po prostu mamy do czynienia z zespołem dojrzałym, świadomym podejmowanych kroków i pewnym konsekwentnej egzekucji celów? Na to pytanie odpowiada „Off The Scale" - najnowszy album grupy.

„Off The Scale" jasno pokazuje, że kierunek obrany przez trio nie jest przypadkiem i Major dokładnie wie, co robi. Wciąż mamy do czynienia ze żwawymi tempami oraz gęstymi i niespodziewanymi ich zmianami. Co ciekawe, zespół wpuścił do swojej muzyki zdecydowanie więcej rock'n'rolla, przez co jest radośniej i... jaśniej, niż na poprzedniczce. Światło to jednak nie bije ze słonka unoszącego swoją tarczę nad owitym łuną szmerających owadów stawem. Muzyka lublinian nie straciła bowiem nic na swojej kosmiczności. Wystarczy z resztą zerknąć na okładkę zdobiącą „Off The Scale", by zrozumieć, że doom, rock'n'roll i psychodelia mogą się spotkać w jednym miejscu. Gdyby to miejsce zobrazować, wyglądałoby dokładnie tak, jak w pracy Kuby Sokólskiego.

Wróćmy jednak do muzyki. Co nikogo, kto lublinian zna, nie powinno dziwić, kompozycje zarysowane są wokół mocno uwypuklonego basu. Partie Dominika Stachyry dogruzowują puste miejsca przesterami (najlepiej brzmi to w „Robots Building Robots Building Robots" i „Radical Droid"), rozbudowują riffy kaczkami, czy phaserami (niemal każda pozycja w trackliście) oraz kładą na utworach specyficzny dla tego basisty groove. Doskonale też korespondują z pracą gitary, dzięki czemu obie, mimo iż są tak wyraźne, nie przeszkadzają sobie nawzajem. Stałą pozostał również puls, jaki zawsze towarzyszył muzyce Major Kong. Ba! Zawartość "Off The Scale" spokojnie mogłaby teraz pełnić funkcję ścieżki dźwiękowej do gier typu „Beat Saber", czy „AudioSurf". Dla niegrających — chodzi o naciskanie odpowiednich przycisków do muzyki w takich momentach, by całość współtworzyła warstwy danego utworu. Oczami wyobraźni widzę, jak mój statek kosmiczny pociska dziarsko mieniącym się feerią zblurowanych świateł tunelem, a kolejne strumienie wylatującej z bolidu energii świadczą o tym, że właśnie równo wszedłem w kolejną sekwencję! Co dodatkowo uprzyjemnia słuchanie najnowszej propozycji tria to partie syntezatorów, które możemy usłyszeć w końcówkach lwiej części kompozycji. Tak jest w „Robots Buliding...", „Fading Memory of the Planet Earth", czy najciekawszym pod tym kątem „The Takeover". Ponieważ instrumenty klawiszowe pojawiają się też w wolniejszych i mroczniejszych fragmentach („Night Out in Absorbia ", „Radical Droid"), nie mamy uczucia przesytu i ogrania patentu na maksa. Nie jest tajemnicą, że łatwo słuchacza zmęczyć, więc Major wystrzega się tego, jak może. Czwarty w kolejności, ustawiony w połowie płyty „Bionic Revolution" aż tryska w nas swoim radosno-podniosłym, heavy metalowym riffem i stawia na nogi każdego, kto mógł na chwilę stracić orient. Good move Major Kong! Aż szkoda, że trwa tak krótko, czyli niespełna trzy minuty, bo jest to pomysł do rozwinięcia na track sięgający nawet dyszki. Również końcówka krążka nie pozostawia słuchacza obojętnym. „One Step From the Void" na starcie stoi po ciemnej stronie mocy (tu również świetne syntezatory), by niespodziewanie przyspieszyć, a w partii solowej gitary przejść z impetem już zupełnie na mocy stronę jasną.

Nie owijając już więc w bawełnę — po przesłuchaniu „Off The Scale" wciąż uważam Major Kong za jednego z najciekawszych przedstawicieli polskiej sceny stoner-doom. Nadgorliwi zapewne zapytają, czy to jeszcze jest stoner-doom... Tak. Jest. I zajebiście fajnie, że ciągle odkrywa nowe, nie-stoner-doomwe rejony. Kto wie, może zawita tu kiedyś jeszcze więcej przebojowości? Słuchałbym.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2020/03/Major-Kong-Off-The-Scale-500x500.jpg
Artysta Major Kong
Tytuł Off The Scale
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 24 stycznia 2020
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Pamiętacie zeszłoroczne marcowe koncerty Gaahl’s Wyrd i Tribulation w Polsce? Oba świetnie przyjęte, oba udane pod kątem frekwencji, oba… wzbudziły niemałe kontrowersje. Bynajmniej nie wspominam o czymkolwiek związanym z Gaahlem. Nie mam też na myśli lamentów odnośnie dokooptowania do składu Uady, bo przecież to skandal, że zespół rzekomo brzmi jak Mgła. Jak wiemy, metal to od lat siedlisko oryginalności i żadna kapela nie brzmi podobnie do innej kapeli. No, ale ja nie o tym. Największe oburzenie dookoła tych występów wiąże się z postacią Jonathana Hultena, gitarzysty Tribulation, którego postawa sceniczna i wyzywający - jak na scenę metalową oczywiście - image zrodził wątpliwości gatunkowych ortodoksów. Czy to w ogóle ma sens? Czy to jeszcze metal? Co on sobą prezentuje, szuka tylko poklasku?

Tego typu komentarze powstały oczywiście w głowach ludzi, którzy mają rodziny, kredyty na samochód, ale kłócą się z obcymi w internecie o słuszność istnienia danej płyty i prawdziwość muzyki. Solowe koncerty Hultena mogłyby przyprawić takich wojowników sceny o prawdziwy ból głowy. Bo oto na scenę wychodzi smukły mężczyzna przebrany za gejszę i śpiewa… Właśnie, co śpiewa?

Charyzmatyczny muzyk Tribulation przywitał się ze słuchaczami swoimi własnymi utworami w roku 2017 za sprawą ep-ki „The Dark Night of the Soul”. Na jej zawartość składały się sprawnie napisane folkowe numery, które przyciągały przede wszystkim swoim minimalizmem. Proste schematy akordów, istotna rola melodii, całość spięta zmultiplikowanymi partiami wokalnymi, wszystko grało jak trzeba. 

Jak na tle swojego poprzednika prezentuje się pełnoprawny debiut szwedzkiego muzyka? Na pewno inaczej. Nie mówimy oczywiście o zmianach z kategorii „obrót o 180 stopni”, aczkolwiek „Chants from Another Place” dowodzi, jak przez te 3 lata rozwinęły się zdolności kompozytorskie Hultena. Daruję sobie wystrzeliwanie wszelkich banałów o tym, że całość przynosi bardziej rozwinięte rozwiązania od inauguracyjnego wydawnictwa, bo clue tego materiału leży gdzie indziej. Sedno tej muzyki stanowi piosenkowość - ma ona wpadać w ucho, czarować aranżacjami, być oparta na maksymalnym stężeniu konkretu. Przykładem choćby „Next Big Day”. Już wiem, że ten numer będzie koncertowym evergreenem, a przecież jego receptura jest dziecinnie prosta. Mówimy o chwytliwej melodii, która po trochu czerpie i z folku, i alt-country, do tego dodajemy charakterny wokal z obowiązkowym teatralnym przeciąganiem końcowych głosek i hit gotowy. Znaczące jest także umiejscowienie subtelnych partii klawiszowych w tych numerach. Otwierający „A Dance in the Road” właśnie dzięki tym syntezatorowym muśnięciom działa tak, jak trzeba - z narastającym napięciem, w stylu Hitchcocka. Nie sposób zapomnieć także o śpiewie Hultena. Jego charyzmatyczny głos, bardzo zgrabne lawirowanie między rejestrami - od niskich aż po te wysokie - to właściwie główny atut tej płyty. Tym bardziej, że muzyk doskonale wie, kiedy wyhamować, mimo swoich umiejętności nie przegina struny, działa w służbie piosence, wszystko inne schodzi na drugi plan. 

Takie płyty jak „Chants from Another Place” mają specjalne miejsce w moim serduszku. Czekałem na nią długo, ostrzyłem sobie ząbki, spodziewałem się materiału zbliżonego poziomem do „The Dark Night of the Soul”, otrzymałem coś, co z miejsca go pożarło. Chapeau bas, panie Jonathanie.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2020/03/jonathan-hulten-chants-from-anothe-place-recenzja-500x500.jpg
Artysta Jonathan Hultén
Tytuł Chants From Another Place
Wydawca Kscope
Data premiery 13 marca 2020
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/12/the-lowest-cult-1000x1000.jpg

The Lowest - Cult

Wyczyszczona produkcja, przebojowe wręcz melodie, hardcore skłaniający się w stronę post-metalu, a nawet metalcore’a. Mam nadzieję, że wszyscy którym nie w smak eksperymenty z hardcorem, przestali już czytać, bo “Cult” nie jest dla nich. 

Stołeczna ekipa z The Lowest zaledwie rok po ostatnim długograju, zdecydowała się na jego następcę. I tych kilka miesięcy wystarczyło, żeby panowie znaleźli na siebie nowy pomysł. Pozostała jednak negatywna energia, rozczarowanie i cierpienie. Tekstowo album eksploruje z kolei tematy religijnego fanatyzmu, apokalipsy, a nawet przyjmuje na chwilę perspektywę Lucyfera. Od strony brzmieniowej jest dużo klarowniej, a miejscami wręcz przebojowo (gitara w ‘Follower’!), nie sprawia to jednak, że brakuje gruzu w odsłuchu. The Lowest wciąż kipi od nienawiści (powiedzcie, że nie macie ciar gdy do Pawła dołącza Jurek krzyczący “Death to us all! Death to the world”) i pierwotnej energii, ale jednocześnie zanurza się w post-metalu (majestatyczne ‘Omega’), a miejscami nawet w metalcorze, eksplorując bardziej zniuansowane rejony

“Cult” potwierdziło tylko, że The Lowest są obecnie jedną z najciężej pracujących na swój status ekip na scenie hardcorowej. Z każdym kolejnym wydawnictwem kontynuują muzyczne poszukiwania, pozostając jednocześnie spójni w przekazie. Warto nie tylko sprawdzić “Cult”, ale i czekać co przyniosą przyszłe wydawnictwa The Lowest.

Artysta The Lowest
Tytuł Cult
Wydawca Hasiok Records
Data premiery 22 marca 2019
Czas trwania 00:30:51
Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ


http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/12/guantanamo-party-program-I-cover-1000x1000.jpg

Guantanamo Party Program - I

Dziesięć lat to być może niewiele w perspektywie historii muzyki. Patrząc jednak na tempo w jakim sceny muzyczne zmieniają się na przestrzeni ostatnich kilku lat, dekada może robić ogromną różnicę. Znajdujemy się obecnie na progu 2020 roku, a w marcu minie dokładnie dziesięć lat od premiery “I”, debiutanckiego albumu Guantanamo Party Program. Nie było mnie przy tym. Nie dane mi było obserwować na bieżąco ścieżki rozwoju grupy, ani ówczesnej kondycji sceny hardcorowej. Jednak po dekadzie, trzech albumach i kilku splitach, można z całą stanowczością powiedzieć, że polska scena hardcorowa nie byłaby dzisiaj tym czym jest, gdyby nie Guantanamo Party Program.

Gdy próbowałem przypomnieć sobie czego słuchałem w 2010, na myśl przychodzą mi Cult of Luna, Rosetta, czy Russian Circles. Blindead wydało wtedy “Affliction XXIX II MXMVI”, a post-metal był w szczytowym punkcie, nieuchronnie dążąc do wypalenia i wyczerpania formuły. Debiut Guantanamo Party Program ukazał się we właściwym momencie, puszczając oko do fanów wszystkiego co ‘post’, a jednocześnie eksplorując granice gatunku. “I” wypełnione jest repetytywnymi riffami oraz emocjonalnymi wokalami, żywcem zaczerpniętymi z post-hardcore’a. Mieszanka ta kłębi się i nawarstwiają, dążąc do kulminacji. Zespół balansuje między melodyjnymi, nostalgicznymi momentami, a agresywnymi, dark hardcorowymi wybuchami. Z jednej strony słychać post-metalowe korzenie, ale z drugiej Guantanamo Party Program zdaje się wyrywać w stronę czegoś innego. Czego? To już można usłyszeć na “II” i “III”. 

Guantanamo Party Program, a przede wszystkim ich koncerty odcisnęły swoje piętno na współczesnej, polskiej scenie hardcorowej. Po nich przyszły takie zespoły jak Deszcz, The Throne, Fleshworld, Coffinfish czy Dom Zły, które jeszcze głębiej i mocniej eksplorowały tropy podjęte na “I” i późniejszych wydawnictwach wrocławian. Na ile natchnęli wymienione zespoły, a na ile przetarli szlaki, to już zupełnie inna kwestia. Na pewno trudno mówić o polskim hardcorze po 2010 roku, nie wymieniając Guantanamo Party Program.

 

Artysta Guantanamo Party Program
Tytuł I
Wydawca Hasiok Records
Data premiery 12 marca 2010
Czas trwania 00:33:33
Michał Smoll

Michał Smoll

Redaktor

Więcej tekstów Michała:
TUTAJ

Niewiele ponad tydzień przed publikacją tej recenzji zamieściliśmy na naszym kanale YouTube dyskusję Piotra i Michała o sensie przypisywania zespołom gatunkowej przynależności i tworzeniu nazw gatunków. Pośród wielu argumentów i różnorodności perspektyw w spojrzeniu na ten temat, nie pojawiła się jedna, według mnie niezwykle istotna kwestia. Otóż są zespoły, które tworzą określenia opisujące swoją twórczość tak, by zawrzeć w nich zarówno brzmienie muzyki, wymowę tekstów, jak i – wspomniany już w rzeczonej dyskusji – pomysł na siebie. Spójrzmy na takie Nagrobki. Spójna tematyka tekstów na wszystkich płytach (checked), obranie konkretnego pomysłu na merch (checked) i otoczkę wokół siebie na publikowanych zdjęciach i wrzutach na social media (checked) - jest koherencja. Gatunkowa łatka, jaką przyszyły sobie Nagrobki, to „nekropolo”. Problem w tym, że nie bardzo pasowała dotychczas do muzyki zawartej na płytach. Nawiązanie do stylistyki disco polo, a dokładniej rzecz biorąc do silnego nacechowania tego gatunku wiadomymi elementami, mija się z tym, co usłyszeć można na „Stanie Prac” i „Granicie”. Nagrobki to przecież zespół nagrywający piosenki o umieraniu lub „nieżyciu”, pisane z jednej strony z przymrużeniem oka, a z drugiej — śmiertelnie (hehe) poważnie. Ponadto zawsze zachowujące wysoki poziom tekstów i unikające infantylności jak ognia, co przekłada się również na zupełnie inną warstwę muzyczną. W jednym z wywiadów gitarzysta duetu — Maciej Salamon — stwierdził, że „Właśnie teraz to będzie nekropolo! Jeszcze bardziej nekropolo”. Najnowszy album Nagrobków pokazuje jednak, że termin „nekropolo” wciąż pasuje tu jak pięść do nosa, ale nie przeszkadza to „Pod Ziemią” być jednym z ciekawszych wydawnictw tego roku zarówno muzycznie, jak i lirycznie.

Po wypracowaniu własnego stylu i ugruntowaniu go na dwóch poprzednich albumach duet Salamon-Witkowski wprowadza do swojej twórczości istotne zmiany. Słychać je przede wszystkim w bardzo wyraźnym brzmieniu klawiszy, na których często osadzony jest trzon kompozycji. Zmiana podejścia pod tym kątem spowodowała, że Nagrobki wciąż ciężko sklasyfikować stylistycznie, ale łatwiej znaleźć tu różnogatunkowe odniesienia. Przez wykorzystanie eightiesowych brzmień, muzyka duetu nabrała głębi i kolorów, ale też czasem ciężaru i mroku. „Mój Dół” z pulsującym z wolna dźwiękiem syntezatora i partią pianina na pierwszym planie jawi się równie niepokojąco, jak choćby „Nie Będzie Już Nic” z „Granitu”, czy „Niedziela” ze „Stanu Prac”. Słuchacz załapuje jednak szybko, że to nie powtarzanie sprawdzonych pomysłów, ale poszukiwanie nowych ścieżek.

„Spalam Się” i “Spowiedź Umarłego”, w specyficzny sposób łącząc punk i disco, nawiązują do muzycznej estetyki rodem z PRLu. Szczególnie wyróżnia się ta druga kompozycja, zresztą najbardziej przebojowa w historii Nagrobków, w której Lech Janerka z czasów Klausa Mitffocha tańczy z Korą Jackowską. W „Nie Uwierzysz Skąd Dzwonię” dopada nas cold-wave’owa melancholia ozdobiona saksofonem Mikołaja Trzaski, który pojawił się na płycie kilka razy. W pozostałych kompozycjach z klawiszem już nie tak mocno wyeksponowanym, ale wciąż wyraźnie obecnym, spotykamy Nagrobki znane z poprzednich płyt. Ciężar instrumentów dętych i przesterów w „Chciałbym Nie Wierzyć W Nic” ładnie rozładowany jest pykaniem metronomu i kołysankowym śpiewem Maćka. W podobnym konstrukcyjnie i brzmieniowo „Idę Do Ciebie Mój Ojcze” prym wiedzie gitara podbita głębokim wah-wah. „Matka Jedyna Ciąg Dalszy” to z kolei czysty punk rock i piosenka wyróżniająca się najciekawszą na „Pod Ziemią” pracą gitar, a do tego paradoksalnie zupełnie inna od swojej poprzedniczki z „Granitu”. Do „Matki Jedynej” z 2017 bliżej zdecydowanie jest „Nigdy Już Nie Wróci”. Pełen niepokoju początek rozwinięty doskonale przez Mikołaja Trzaskę snuje się mrocznie w pierwszej połowie, by w drugiej rozwinąć skrzydła jaśniejszym brzmieniem i bardziej przestrzennymi partiami instrumentów. A do tego bardzo ładnie podsumowuje krążek ptasim świergotem.

„Pod Ziemią” odróżnia się od dotychczasowej dyskografii grupy również miksem. Warto przysłuchać się temu, co Adam Witkowski wplótł pomiędzy swoje bębny, gitary Maćka Salamona i dęciaki Mikołaja Trzaski, ale też jak doskonale grają one razem. Klawisze, o których tyle pisałem wcześniej, nie sprawiają wrażenia doczepionych na siłę. Wręcz przeciwnie – gdy wspominam poprzednie płyty Nagrobków bez tak wyraźnego udziału tego typu instrumentów, odnoszę wrażenie, że może ich brakować. Oczywiście charakter „Granitu” oraz „Stanu Prac” – minimalistyczny i znacznie bardziej szorstki – nie pozwala odczuć tego przy ich przesłuchaniu, jednak głębszy i… bardziej pojemny sound sprawdza się na nowym wydawnictwie gdańszczan doskonale. Piosenki, które cofają nas do lat 80. ubiegłego wieku, sprawiają wrażenie nagranych wówczas, ale odświeżonych współcześnie, na co również silny wpływ ma mastering Piotra Pawlaka. Dysonanse poszczególnych części „Idę Do Ciebie…”, dyskotekowość „Spowiedzi…”, brud „Chciałbym Nie Wierzyć…” – to właśnie dzięki innemu nieco podejściu do miksu i masteringu brzmią one tak dobrze. Słychać to doskonale również w otwierającym album “Moim Dole”, w którym, mimo że dzieje się sporo, bo są tu i przenikające się melodie gitar (elektrycznej i akustycznej), dwie różne partie syntezatorów i głos Maćka wybrzmiewający na różnych poziomach – słuchacza nie dopada uczucie przesytu.

Osobny akapit należy się tekstom — przenikliwym, pełnym pomysłowych porównań i odniesień. Zakończenie otwierającego album numeru słowami „Mój dół to mój dom i dobrze mi tu” intrygująco pointuje jego tekst. „Cieszę się kochanie, że od roku nie żyję — nie ma w trumnie radia, od jedzenia nie tyję” ze „Spowiedzi Umarłego” od razu przywiódł motyw człowieka pogrążonego w depresji, a „Ile Wziąć” z kolei — braku gotowości na śmierć, nieważne, kiedy by ona nie przyszła. No i moje ulubione „...to co masz dziś w nosie, to właśnie ja — byłem H2O, jestem CO2” („Spalam Się") wręcz prosi się o szerowanie w social mediach pod hasztagiem #mood. Nie chcę tu wykopywać wersów ze zwrotek, bo spora ich część jest bardzo kontekstowa. Sęk w tym, że tematyka, jaka przyświeca tekstom Nagrobków, jest niezwykle pojemna, język polski elastyczny w swojej poetyckości i to chyba właśnie tu leży kwintesencja etykiety „nekropolo”. Ja ją kupuję.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/nagrobki-pod-ziemią-okładka-500x500.jpg
Artysta Nagrobki
Tytuł Pod Ziemią
Wydawca thisisnotarecord
Data premiery 11 października 2019
Czas trwania 00:35:57
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasz:
TUTAJ

Niczego nie wyczekuje bardziej jak końca 2019 roku. Kiedy już ułożę sobie w głowie jakiś zarys mojej “topki”, zawsze pojawia się nowe wydawnictwo, które w niej namiesza. Czasem jest to bardzo miłe zaskoczenie, czasem zaś zupełnie spodziewany efekt, jak to jest w przypadku najnowszego albumu Alcest - “Spiritual Instinct”.

Z zapowiedzi na naszym fanpage widzieliście, że przymierzałem się do zrecenzowania albumu już od jakiegoś czasu, co od razu powinno stanowić o tym, że nie jest to płyta na jedno posiedzenie. Sam słuchałem jej już z kilkadziesiąt razy i nadal są jakieś elementy, które są dla mnie nowe.

Ogłoszenia wokół tej płyty były dość niepokojące. Wielu fanów źle przyjęło fakt zmiany wydawcy z Prophecy Productions na Nuclear Blast, których słaba jakość wydawnictw obrosła już w legendę. Personalnie nie miałem ani negatywnych ani pozytywnych odczuć względem tej zmiany. Obawiałem się jedynie, że odbije się to na produkcji płyty, co zawsze było jedną z mocnych cech wydawnictw francuskiego duo. Na szczęście moje obawy były płonne, jest dosłownie parę drobnych momentów, w których mogłaby brzmieć lepiej (jak choćby sekcja wokalna i perkusja w “Protection”, czy talerze w “Sapphire”). “Spiritual Instinct” to wciąż sygnaturowe brzmienie Alcest, kropka w kropkę. Czy mój pierwotny zachwyt, po tak długiej konfrontacji z nagraniem, się utrzymał? Tak, z paroma ale.

"Spiritual Instinct" to nowa odsłona znanego nam przepisu na blackgaze. Alcest zawsze zostawiał sporo przestrzeni na rozwijanie swoich utworów - początek utworu a jego rozwinięcie często dzieliły długie minuty. Nie jest tak w tym przypadku, co słyszymy już w pierwszym utworze. Zarówno “Les Jardins de Minuit” jak i “Protection” odsłaniają przed słuchaczem swoje karty na samym początku. Wciąż lubię ciągnące się wstępy Alcest jak to ma miejsce na “Écailles de lune”, ale taka świeżość w brzmieniu, które wydawało mi się, że znam, jest czymś super. Takie zagranie przekształciło też brzmienie albumu. Jest to najbardziej agresywny i gitarowy krążek Alcest od czasów ich blackowych korzeni. Co ciekawe, cała ta “agresywność” nie czyni albumu mrocznym - wręcz przeciwnie. W porównaniu z poprzednim krążkiem, “Kodama”, na “Spiritual Instinct” znajdziemy również więcej lżejszych, mniej meandrycznych momentów. Nie zrozumcie mnie źle, płyta wciąż jest bardzo wyrafinowana i eklektyczna, tak jak nas Alcest przyzwyczaił, ale w zupełnie inny sposób.

Neige i Winterhalter potrafią wciąż odkrywać nowe tereny w gatunku, który w dużej mierze wymyślili. By to zrozumieć wystarczy spojrzeć na otwierający utwór “Les Jardins de Minuit”. Począwszy od mocnej linii basowej z akompaniamentem wiecznie zmieniających się pętli tremoli, poprzez wokalne harmonie, wchodzimy w znany nam teren melodii “blackgaze’owych” do, których nas Alcest przyzwyczaił. Aż tu nagle... Koherentny, prosty riff z towarzyszącym mu w tej samej melodii wokalem. Jeśli tak ma wyglądać rozwój kapeli, to niech nagrywają jeszcze długie lata - nic nie cieszy mnie bardziej, niż takie podejście do muzyki.

Okładkę ponownie zaprojektował duet znany pod nazwą Førtifem i po raz kolejny wykonali fenomenalną robotę. Okładka, jak to zwykle w przypadku Alcest, jest mocno osadzona w klimacie i tekstach płyty. Istota, sfinks, którego widzimy ma przedstawiać nasz “instynkt duchowy”, aspekt zarówno ludzki jak i “zwierzęcy”.

“Parę ale”, tak naprawdę jest jednym. Niektóre utwory są za długie jak na swój powtarzalny charakter, najlepszym przykładem byłby tytułowy utwór. Najprawdopodobniej jest to efekt uboczny zmiany w podejściu do kompozycji, co nie zmienia faktu, że jest to zgrzyt. Podsumowując użyje słów Piotra z ostatniego “Czego Słuchać” - “jest to płyta na, której Alcest bardzo zaznacza, że to co robi jest bardzo odrębne od całej reszty i tak naprawdę wszyscy Ci naśladowcy nie umieją tego robić, bo to on zna ten sekretny przepis na robienie shoegazowego black-metalu, który się broni”.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/alcest-spiritual-instinct-500x500.jpg
Artysta Alcest
Tytuł Spiritual Instinct
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 25 października 2019
Czas trwania 00:41:01
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ

Nie ukrywam, że od dłuższego czasu szczerze interesuje mnie fenomen europejskiego power metalu. Fenomen zauważalny nie tylko na Starym Kontynencie, ale także i w innych zakamarkach świata. Chodzi o to, że do tej pory trudno jest mi uzmysłowić sobie, dlaczego tak skrajnie przesadzona muzyka spotyka się z tak ekstatycznym uwielbieniem słuchaczy. W jakim sensie przesadzona? Na chwilę obecną pozwolę sobie pominąć aspekt wizerunkowy, do niego przejdę w dalszej części tekstu - tutaj mam na myśli samą muzykę. Muzykę wypełnioną po brzegi karmelowymi melodyjkami, pędem na niewidzialnym koniu po górskich wzniesieniach i karykaturalnie wysokimi partiami wokalnymi. Cóż, nawet przed samym koncertem próbowałem dociec, co takiego ma w sobie ten power metal z państw europejskich. Czy doświadczenie dwóch wyjątkowo rozchwytywanych potentatów gatunku na żywo w jakiś sposób mi w tym pomogło? Jak najbardziej!

Jeszcze stojąc w kilometrowej kolejce, zastanawiałem się, jak do swojego show podejdą muzycy Gloryhammer. Jeśli nie wiecie, o czym tutaj mówię, wystarczy wam szybki rzut oka na ich dowolny klip. Mamy więc gobliny, kosmos, miecze świetlne, ambitne cosplaye Power Rangers i jednorożce. Wobec tego nie zdziwiło mnie specjalnie, że koncert Brytyjczyków wyglądał w zasadzie jak surowa wersja dowolnego teledysku z ich szerokiej filmografii. Było machanie młotami, były wystudiowane ruchy wokalisty i aprobata publiczności, było dużo przekomicznych żartów o piwku oraz wszelkich uciechach życia rycerza. Szczerze powiedziawszy, to spodziewałem się szerokiego aplauzu ze strony publiki - będącej metalowym ekwiwalentem Pyrkonu - ale to, czego doświadczyłem, przerosło moje oczekiwania. Mówimy tutaj jednak o zespole supportującym, tymczasem jak sala B90 długa i szeroka, wszyscy zebrani z pamięci śpiewali teksty każdego numeru. Jest to świetny dowód na to, jak nawet najbardziej przeciętną muzykę może skutecznie przesłonić efekciarski image i konferansjerka w duchu polskiego stand-upu. Wspominam o tym, bo twórczość Gloryhammer wskakuje w każdą możliwą szufladkę, która rodzi się w głowie tuż po zobaczeniu nazwy zespołu. Zaoferowano nam więc skoczno-melodyjny pakiet riffów, obowiązkowe podbicie jaskrawą partią klawiszową z generatora Wacken Music Maker i charyzmatycznego wokalistę lawirującego między rejestrem średnim a kogucio wysokim. Jasne, cały występ budził poczucie zabawnego do przesady, choć z drugiej strony można Brytyjczykom pogratulować zmyślnego pomysłu na siebie i zgrabnie wyreżyserowanego spektaklu. Może i ja tego nie kupiłem, ale każdy z wymalowanych fanów w glanach, bojówkach z klamerkami i wiedźminopodobnych pelerynach już owszem.

No, ale właśnie, czy ja wspominałem coś o show? Bo jakkolwiek sympatyczny substytut Gwiezdnych Wojen z gitarami, o którym piszę wyżej, by nie był, to niemiecki Powerwolf zdmuchnął go z ziemi w tempie ekspresowym. Przepych i patos - te dwa słowa właściwie idealnie sumują koncertową propozycję twórców wysoko cenionego w gatunkowych kręgach “Preachers of the Night”. W związku z tym, gdy wokalista Attila Dorn uprzejmie zapytał, czy jestem gotów na dołączenie do jego “heavymetalowej armii”, udzieliłem odpowiedzi przeczącej, ale to tylko ja. Cała reszta szczelnie zapełnionego klubu rozpływała się w euforii, co w żadnym wypadku nie powinno nikogo dziwić. Sceniczny anturaż Niemców aż buchał od nagromadzenia różnych elementów. Mieliśmy dużą ilość wysokich podestów, dimmuborgiropodobne stroje muzyków, a całości dopełniały statywy mikrofonów w formie odwróconych krzyży i groźny corpsepaint oczywiście. Jeśli dodamy do tego, że każdy muzyk - z wyjątkiem perkusisty - dzielnie trwał w pozie “lewa noga na odsłuchu, prawa lekko odchylona do tyłu”, mamy w zasadzie komplet i efektywną walkę z religią pełną gębą. Jaka muzyka Powerwolf jest, pewnie wiecie. Równie melodyjna jak ta Gloryhammer, ale jednak agresywniejsza, podana z większym naciskiem położonym na powagę, która chyba powinna była mi się udzielić, ale nie do końca tak się stało. Rzecz w tym, że podniośle wyśpiewywane bluźnierstwa w tekstach gryzły mi się z obrazem tańca synchronicznego gitarzystów i rozbieganego w najlepsze klawiszowca. Ale tu rodzi się pytanie - czy muzyka jest najważniejsza na tego typu koncertach? Jestem skłonny zaprzeczyć. Całość tego wydarzenia miała w sobie coś ze zlotu rycerskiego - były więc majestatyczne stroje pań i panów, odpowiednio koordynowane ruchy plastikowego kubeczka z piwem przy szybszych fragmentach piosenek i rytuały odprawiane przez fanów pod sceną i obok niej. Jest to coś, czego nie rozumiem, ale w jakiś sposób doceniam fiksację i pasję.

Doceniam, ponieważ warto mieć własną bańkę i pewną częścią siebie być jej oddanym. O to właśnie chodzi w metalu, o zachowanie w sobie pierwiastka dziecka, totalnego szczyla, który poznał tę muzykę mając lat 15 i zachwycił się jej intensywnością. Doświadczyć czegoś takiego, oglądając rozemocjonowanych fanów to definitywnie ciekawe przeżycie.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Opisując dokonania polskich zespołów, które rozpoznawane są poza granicami naszego kraju, coraz częściej mówi się o sukcesie artystycznym. Zacząłem się ostatnio zastanawiać, czym tak właściwie jest ten „sukces artystyczny”? Czy to sam fakt, że polski zespół może grać koncerty za granicą, gdyż zapraszany lub wspomagany jest przez zagranicznych bookerów? Pewnie tak, choć tu bywa różnie — intuicja organizatorów nie zawsze pokrywa się z odbiorem publiczności i z hucznie zapowiadanej trasy po tu wpisz nazwę kraju, okazuje się, że czasem nawet pokazać się nie ma komu. A może wydawanie swojej muzyki w zagranicznych wytwórniach, można już nazwać takim sukcesem? Tak, to już zdecydowanie bardziej pokrywa się z prawdą. Szczególnie przy zachowaniu twórczej wolności, gdy nikt nie narzuca wykonawcy wchodzącemu na obcy rynek, jak i co grać. Co jeszcze? Może pozytywne recenzje poprzednich wydawnictw, po zapoznaniu się z najnowszym, również docenianym? Jak najbardziej! Teraz proszę, zastanówcie się, jak wielu takich artystów z Polski, którzy jednocześnie nie parają się metalem lub elektroniką, a odnieśli sukces artystyczny jesteście w stanie wymienić?

Doskonałym przykładem takiego artystycznego sukcesu, są osiągnięcia Trupy Trupa. Trasy pozwalają zespołowi znacznie oddalić się od ojczyzny, dzięki czemu zagrał przy konkretnej frekwencji na scenach festiwali takich jak SXSW, Primavera Sound, Iceland Airwaves, Colours of Ostrava, Waves Vienna, Eurosonic, czy Liverpool Sound City. Trójmiejski kwartet wydał swój drugi album we współpracy z brytyjskim Blue Tapes and X-Ray Records. Rok później zmasterowane “Headache” pojawiło się nakładem francuskiego labelu Ici d'ailleurs. Poprzedni longplej "Jolly New Songs" to znów kooperacja grupy ze wspomnianymi wcześniej wydawcami, ale tym razem poszerzona o Moorworks, który w kraju kwitnącej wiśni wypuścił tenże materiał. Nie mniej imponująco jest w przypadku najnowszego krążka grupy. Singlem “Dream About” zajął się legendarny Sub Pop, a nad wypuszczeniem „Of The Sun” na świecie współpracowały Glitterbeat Records (Europa), Lovitt Records (USA), Moorworks (Japonia) i rodzima Anteny Krzyku. Koncertowa promocja płyty odbyła się w obu Amerykach, Azji, Australii no i oczywiście Europie. Imponujące, prawda? A najlepsze, że to nie żaden farcik, ale ciężka praca, poświęcenie i talent, czego dowodem jest również sam „Of The Sun”

Czwarta płyta Trupy pokazuje przede wszystkim, że mimo licznych sukcesów zespół nie spoczywa na laurach, stawiając na zmiany i poszukiwania nowych ścieżek. Słychać to już od pierwszych dźwięków. Mimo iż do produkcji, miksowania i masteringu zespół ponownie zatrudnił osobę odpowiedzialną za to w przypadku poprzedniej „Jolly New Songs”, nowa płyta brzmi inaczej. Michał Kupicz, bo on nim mowa, może pochwalić się już współpracą z Bad Light District, Coldair, czy Marcinem Maseckim, a więc artystami, których albumy zapadają w pamięć m.in. dzięki brzmieniu. Tu nie jest inaczej, choć „Of The Sun” różni się od dotychczasowych dokonań tak Kupicza, jak i Trupy. Zdecydowanie mniej tu szorstkości z doskonałego „Headache”, ale też kwartet nie pozostał przy dusznym soundzie najbardziej złożonego kompozycyjnie „Jolly…”. Zamiast tego artyści ocieplili brzmienie i gęściej wypełnili dźwiękiem to, co milczało wcześniej między partiami instrumentów. Owszem, sekcja rytmiczna jest tu wciąż silnie zarysowana. Bas często wychodzi na pierwszy plan, budując szkielety utworów, talerze często eksponowanie są równie wysoko, a stopa brzmi ciężej i intensywniej od reszty bębnów (”Longing”, „Glory”). Praca gitar nie niknie jednak w tle — po prostu ich rola nieco się czasem zmienia. Budowanie nimi atmosfery bardziej niż konkretnych riffów, czyni piosenki niezwykle hipnotyzującymi, co słychać również w dwóch wymienionych przed chwilą utworach. Partie instrumentalne Grzegorza Kwiatkowskiego i Rafała Wojczala nie zeszły jednak całkiem na drugi plan. Świetne riffy serwują we wręcz tanecznych „Reminder” i „Long Time Ago”, czy akustycznym „Angle” zafałszowanym jak na Trupę przystało. A skoro jesteśmy przy gitarach, to nie mogę nie wspomnieć o „Mangle” i „Turn”. Te dwie kompozycje, gdyby zastosować w nich ostre przestery, mogłyby spokojnie pojawić się na gigu hc/punkowej ekipy. Ciekawe skojarzenia, bo z czymś, co Primus mógłby zamieścić w swojej kompozycji jako bridge, przynosi również „Long Time Ago”. Nie muszę chyba dodawać, że dzieje się tak głównie za sprawą sekcji rytmicznej? Nie pierwszy raz z resztą piosenki kwartetu przywodzą skojarzenia z cięższą muzyką. Pamiętam, że o “Getting Older” z “Headache” pisałem kiedyś, iż dociążony fuzzami jeszcze bardziej, brzmiałby niczym doom inspirowany starym Electric Wizard... Kto nie wierzy, niech sprawdzi! 

Wracając jednak do „Of The Sun” - jest tu jeszcze kilka odjazdów od rdzenia jego brzmienia. Otóż pięknie rozmywa się końcówka w postaci „Satellite”, wieńcząc dzieło zmianą muzyki z delikatnie płynącej na sążnie zdropowaną i przesterowaną. Kompozycja tytułowa natomiast, quasi-jazzowa dzięki zafałszowanej grze pianina, najbardziej oddala się od całości materiału, pokazując, jak ważnym instrumentem stały się w piosenkach Trupy te klawiszowe. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż kompozycje, jak i teksty piosenek z „Of The Sun” znacznie uproszczone są względem poprzedniczki. Dzięki temu dostajemy piosenki szybko trafiające do słuchacza i wciągające go specyficzną liryczno-muzyczną repetycją. Grzegorz Kwiatkowski wie jak wyśpiewać powtarzane frazy i słowa, by zostawiły ślad w słuchaczu za każdym razem, gdy ten do nich wraca. A rezygnacja z rozbudowanych aranżacji, czyli odejście od tego, co zespół zaproponował na poprzednim krążku, tylko pogłębia efekt.

Kwartet Kwiatkowski, Pawluczuk, Juchniewicz, Wojczal ma to szczęście, że gra co chce i jak chce, a do tego może grać i trafiać do ludzi oddalonych setki tysięcy kilometrów od Polski. To szczęście zawdzięcza jednak nie agresywnemu marketingowi i PRowym sztuczkom, ale świetnym płytom, wypełnionym po brzegi doskonałymi kompozycjami. Dzięki temu może też stawiać kroki, w jakim kierunku chce, bo -co równie ważne- obiera je świadomie i wspólnie. „Of The Sun” natomiast jest dowodem na to, że artystyczna wolność przy jednocześnie niezwykle dojrzałej świadomości muzycznego rozwoju jest kluczem do artystycznego sukcesu. Oby więcej takich płyt w najbliższych latach, nie tylko od Trupy Trupa. Chociaż oni pewnie pójdą znów tam, gdzie nikt nie spodziewa się ich spotkać. Czekam!

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/trupa-trupa-band-2019-800x800.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/trupa-trupa-of-the-sun-2019-cover-500x500.jpg
Artysta Trupa Trupa
Tytuł Of The Sun
Wydawca Glitterbeat Records
Data premiery 13 września 2019
Czas trwania 42 minuty
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomka:
TUTAJ

Zajęło mi to więcej czasu niż się spodziewałem, na swoje usprawiedliwienie powiem, że pierwotnie miałem nagrać recenzję, ale okazało się, że nie będę mieć możliwości zrobić tego w sensownym czasie. Więc zapraszam was do zapoznania się z moją opinią na temat najnowszego albumu White Ward wyjątkowo w formie „pisemnej”.

„Love Exchange Failure” został wydany 20 września nakładem Debemur Morti Productions. Jest to drugi krążek ukraińskiej post-black metalowej kapeli White Ward, drugi longplay, po wydanym w 2017 roku niezwykle udanym debiucie „Futility Report”. Pośród wielu osób które zachwalały pierwszy album znalazłem się również ja, więc naturalnym było, że na ich drugi album będę czekać z niecierpliwością. Gdyby ktoś mnie teraz spytał czy było warto czekać, czy album spełnił moje oczekiwania, odpowiedziałbym „tak i nie”.

Na chwilę odchodząc od tej konkretnej płyty, chciałbym poruszyć ogólny temat odbioru muzyki. Mianowicie, oprócz podstawowych kryteriów które przyjmuje przy ocenianiu jakości muzyki, oprócz elementu „przyjemności” ze słuchania, często patrzę jak muzyka oddziałuje na mnie wizualnie. Można to nazwać pewnymi „rytuałami”, bądź zwyczajnie aspektem wizualnym, ale generalnie wierzę w to, że pewna muzyka jest w stanie kojarzyć się z czymś bardzo wizualnym. Jak np. słucham płyty „The Light That Dwells in Rotten Wood” to kojarzę tę muzykę z Islandią na której spędziłem pół roku. Przykładów mógłbym wymienić wiele, jestem też świadom, że jest to bardzo personalna sprawa i prawdopodobnie nie ma ona przełożenia (a przynajmniej w taki sposób jak dla mnie) dla osób które będą to czytać, ale mimo to postaram się to jak najlepiej wyjaśnić na przykładzie najnowszego krążka muzyków z Odessy.

„Love Exchange Failure” jest taką płytą jak wyżej opisałem. O ile uważam, że debiut w całokształcie jest lepszym albumem, tak ta płyta działa na mnie w sposób wyjątkowy. Okładka trochę zdradza o jakiej atmosferze mówię, więc postaram się to jak najbardziej zwięźle opisać. Chodzi mi o typowe dla naszego kraju blokowiska wprost z lat 70. Żelbetonowe kolosy o kształcie żyletki, gdzie klatki mają jeszcze normalne domofony bez kodów, a najlepsze co spotkało mieszkańców to odmalowanie elewacji 10 lat temu. Takie miejsca mają dla mnie swój urok i czasami zamiast jechać gdzieś autobusem, szczególnie wieczorem, wybieram spacer przez takie blokowiska i właśnie ta płyta będzie mi prawdopodobnie od teraz w takich sytuacjach towarzyszyć. White Ward w niesamowity sposób wykreowało tę miejską, nocną atmosferę która do mnie niesamowicie trafia.

W kwestii muzycznej jest generalnie super, poza jednym utworem. Widać, że zespół rozwinął się w kontekście konstrukcji utworów. Wciąż mają odwagę zmieniać wszystko w obrębie utworu, ale brzmi to teraz bardziej dojrzale i konsekwentnie. Jazzowe elementy są fenomenalne, najlepsze na całym albumie. Tym razem saksofon nie jest już tak wyeksponowany jak na pierwszej płycie, ale kiedy dostaje swoje solowe partie to od razu wiemy, że jest on niezbędny. Mariaż Bohren, Badalamentiego oraz Toby'ego Drivera z black metalem wyszedł tutaj świetnie, wielkie słowa pochwały dla Dimy Dudko.

Kolejnym fantastycznym elementem są czyste wokale. Każdy z trzech wokalistów zrobił niesamowitą robotę, a szczególnie ujął mnie Ivan Kozakavych na ostatnim utworze. To co mi też się spodobało to to, że zespół wykorzystał te wokale do podzielenia płyty na dwie części – bardziej blackową, agresywną na początku i późniejszą, bardziej jazzową.

Część blackowa jest w porządku do bardzo dobrej. Są momenty które wydają mi się być nieco zbyt repetetywne, ale w całokształcie nie jest to aż tak zauważalne. Wciąż mamy momenty wręcz genialne, jak chociażby środek tytułowego utworu. To co mi się najbardziej podoba w tej „sekcji” to to jak gitary tworzą świetny duet z saksofonem, kontrybuując do wspomnianej przeze mnie atmosfery.

Niestety płyta cierpi na dwie wady. Pierwszą z nich jest produkcja. Pierwotnie mój problem z wokalem zrzucałem na fakt, że za mikrofonem stanął Andrii Pechatkin, basista zespołu (po wielu zmianach na tej pozycji, w rozmowie z zespołem dowiedziałem się, że Andrii był trochę „na przypał”, ale okazało się, że sprostał zadaniu). To co uwielbiałem na poprzedniej płycie to był wokal Andrewa Rodina którego bardzo mi brakowało na tym krążku. Jednakowoż po większej liczbie przesłuchań zrozumiałem, że to w dużej mierze kwestia produkcji, zaś koncert potwierdził, że Andrii świetnie radzi sobie wokalnie.

Największy problem mam z jednym utworem, który moim zdaniem w ogóle nie powinien się na płycie znaleźć. Mówię o czwartym numerze, 'Shelter'. Jest to dziwny, dysharmoniczny, irytujący kawałek instrumentalny, który ma nas wprowadzić do drugiej części płyty, a co niestety dla mnie robi, to całkowicie łamie krążek, wybija z atmosfery, rytmu. Szkoda, że zespół się na niego zdecydował.

Im dłużej słucham tej płyty tym bardziej mi się podoba. Nie będzie to na pewno moja płyta roku, nie będę też mówił, że jest najlepszą płytą zespołu, ale jestem bardzo zadowolony z drogi jaką obrali i nie mogę się doczekać ich następnego albumu.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/a3449550015_10-500x500.jpg
Artysta White Ward
Tytuł Love Exchange Failure
Wydawca Debemur Morti Productions
Data premiery 20 września 2019
Czas trwania 01:07:04
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Staszka:
TUTAJ

Dwa lata temu na naszym kanale na YouTubie, Michał i Piotr recenzowali debiutancki album warszawskiej groove metalowej formacji Minetaur. Moi redakcyjni koledzy wspominali o nawiązaniach muzyki zespołu do dokonań Crowbar czy inspiracjach nowoczesnym death metalem. Docenili ciekawą produkcję podkreślającą groove (czyli to, na czym opierają się kompozycje grupy) oraz melodie urozmaicone dysonansami, które okazały się bardzo ciekawym elementami piosenek. W maju 2019 roku Minetaur powrócił z nowym wydawnictwem. Już podczas pierwszego odsłuchu szybko zacząłem się zastanawiać, ile z elementów, o których Piotr i Michał wspominali przy okazji „Gravel Pit", pojawiło się na recenzowanym tu „Power Tools".

Odpowiedzi bardzo szybko nasunęły się same. Primo — niczego, o czym Michał i Piotr w swojej (nie)recenzji wspominali, na nowym wydawnictwie warszawiaków nie słyszę. Sekundo — niczego takiego nie słyszałem nawet na „Gravel Pit". Żebyśmy zrozumieli się dobrze — zespół Minetaur faktycznie gra metal oparty na groovie, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Problem polega na tym, że tak jak w 2017, tak i w 2019 roku jest to jedyny charakterystyczny element ich muzyki.

Przesłuchałem „Power Tools" około dziesięciu razy i jedyną różnicą, jaką znajduję między obydwoma wydawnictwami, jest brzmienie. Minetaur wciąż gra piosenki nie serwujące żadnego elementu, do którego chce się wracać. Nie są to kompozycje ani złe, ani dobre. Muzycy nagrali je poprawnie, a brzmienie wykręcone ponownie przez Haldora z Satanic Audio, jest lepsze, niż na „Gravel Pit". Może to kwestia zmiany miejsca, w którym nagrywane były ślady, może inny pomysł zespołu na swój sound (jeśli to drugie, to props dla nich!). Niestety mam wrażenie, że pisanie piosenek nie idzie warszawiakom zbyt dobrze. Brak wyraźnych urozmaiceń powoduje, że muzyka z „Power Tools" szybko staje się monotonna. A w niektórych momentach aż prosi się o ciekawy bridge czy wprowadzenie do aranżu jakiejkolwiek zmiany dynamiki. Niestety nic takiego na EPce nie usłyszycie. Utwory pędzą po prostu na złamanie karku, wszystko napierdala tu na mocno wyeksponowanym groovie... i tyle. Jeśli nie potrzebujecie więcej, bo owszem — czasami nie potrzeba – to materiał wam siądzie. Problem polega jednak na tym, że gdy muzyka zagrana i zaśpiewana jest na jednym oddechu, to słuchacz szybko się męczy. Szczególnie, jeśli materiał tak właśnie zaplanowany jest w całej swojej 20-minutowej rozciągłości.

I serio, sprawdziłem „Power Tools" zarówno na trzeźwo, jak i po kilku kielichach i dżojncie — ciągle nic. Kompozycje przeskakują nie wiadomo kiedy z jednej na drugą, a ze słuchaczem nie pozostaje kompletnie żadne wrażenie. Owszem, są tu elementy, które mają jakoś te piosenki od siebie odróżnić. W „Spitfire" usłyszycie śmieszkowe à la country zagrywki i utrzymaną w tym samym tonie solówkę, a w „Rush of Tragedy" zwalniającą i odrobinę rozjechaną (to akurat plus) gitarę w refrenie. „Dropped Sea" po prostu jest wolniejszy, a wokalista do zahaczającego o growl krzyku dorzuca na moment urozmaicenie w postaci śpiewu... Cóż jednak z tego, skoro przez dość mocne przesterowanie go (śpiewu, nie wokalisty) ta partia wokalna również zlewa się z innymi w całość. No a poza tym trwa jedynie około dwudziestu sekund... Zostają nam jeszcze „Night Rider" z dziwną chyba-solówką i "Smoke Fryer", o którym w sumie nic nie wiem, bo i nie znalazłem tu niczego, na czym można zaczepić ucho. 

Wraz z propozycją recenzji „Power Tools" dotarła do nas konkluzja dotycząca odbioru przez niektórych muzyki Minetaur. Podobno (tu parafraza) nietolerancja tego, że metal może być imprezą na basenie, a nie rozkminą w śląskiej jaskini, to typowe w Polsce. Cóż, jeśli na imprezę składa się tylko rzeczony basen, to ja robię wypad do jaskini zapodać grzyby i rozkminiać. Zdecydowanie biba z Minetaur, to nie jest impreza dla mnie. 

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/10/minetaur-power-tools-cover-600x600.jpg
Artysta Minetaur
Tytuł Power Tools
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 12 kwietnia 2019
Czas trwania 19 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ