Z muzyką Sigh nigdy nie było mi po drodze. Trafiłem na nich przypadkiem, przy okazji przeglądania recenzji, w którymś muzycznym periodyku. Jeśli mnie pamięć nie myli, był to Metal Hammer, ale, jako że miało to miejsce ponad dekadę temu, jest duża szansa, że mnie myli. Pamiętam jednak dobrze, że moją uwagę przykuła okładka recenzowanej tam płyty. Poszedłem więc za ciosem i sprawdziłem, co do zaoferowania ma kwintet z Tokio. Tu spotkałem się niestety ze ścianą — mikstura czegoś, co leżało tylko koło awangardowego blacku, wymieszana z folkiem i przeszkadzajkami dobieranymi chyba na zasadzie „co popadnie” miała może momenty, ale było ich zbyt mało, abym w wymownym, nonszalanckim geście zdjęcia słuchawek z głowy nie stwierdził „Pass, kurwa, nie dam rady!”. Co więc takiego spowodowało, że zapomniałem o wcześniejszych animozjach i znów sięgnąłem po muzykę Sigh?

A no znów to samo — okładka. Mam do nich słabość, nie ukrywam. Kolejna w historii wydawnictw Sigh praca autorstwa Elirana Kantora jest wyjątkowa nie tylko ze względu na oryginalny styl artysty (serio, zobaczcie jego prace — sztos!). Otóż z dzieła zdobiącego „Heir...” bije zupełnie inny nastrój, niż dla przykładu z „Scenes from Hell” tego samego twórcy. Może się wydawać, że zespół Sigh przemyślał swoje dokonania i zrezygnował tu ze wszystkiego, co wcześniej przyprawiało mnie o dreszcze. Nie irytuje już toporne brzmienie perkusji, przypadkowe sample, wciskane na siłę, infantylne, syntezatorowe melodyjki, nudne, oklepane aranże, jest za to całkiem sporo rzeczy cieszących uszy.

Zacznijmy od tłustego brzmienia wykręconego na płycie. Sekcja rytmiczna choć mocna, nie wychodzi na pierwszy plan, co daje większe pole do popisu gitarom i wokalom. Także partie syntezatorów spowodowały, że muzyka Sigh zyskała na głębi i mrocznej przestrzeni. Nie ma tu jakiejś dramatycznej zmiany stylu obranego niegdyś przez zespół — jeśli kogoś przynależność gatunkowa tokijczyków doprowadza do alergii, to nie znajdzie za wiele dla siebie, ba, po odsłuchu może pojawić się swędząca wysypka lub uporczywy katar. Mnie wytrzymałość i cierpliwość pozwoliła  na przełamanie wcześniejszych niechęci, dzięki czemu mogę docenić ten album za jego nieprzewidywalność i różnorodność. Oprócz klasycznego podejścia do formuły avant/ melodic black metalu, słuchacz co chwilę dostaje w ryj czymś ciekawym, wychodzącym poza sztampowość gatunku. Są więc liczne zmiany tempa, ale stosowane odpowiednio precyzyjnie, dzięki czemu nie odczuwamy miotania nami niczym manekinem podczas crash-testu. 'Hunters Not Horned' miło odjeżdża w kosmiczno-indyjski trip, jeszcze ciekawiej powracając do głównego motywu utworu. 'In Memories Delusional' zaczyna się oldschoolowym cross-overowym, ultraszybkim riffem (trochę Slayer, trochę newscholowy hardcore), co jakiś czas racząc utrzymanymi w takiej konwencji zwolnieniami. Trochę szkoda, że dostajemy jedynie  w ten sposób urozmaicony przekładaniec, bo kompozycja aż prosi się o bardziej odjechane zmiany i niekonwencjonalne zagrywki. Za to już trylogia 'Heresy', która pełna jest dzikich, acz precyzyjnie zrealizowanych pomysłów, zahaczających o to, co tworzyli szaleńcy z Thee Maldoror Kollective (w drugiej części  tejże trylogii - 'Acosmism'), czy Mayhem w obu aktach „A Bloodsword And A Colder Sun” (tu część pierwsza - 'Oblivium'), wszystko nam rekompensuje. Doskonale wypadła też ostatnia część 'Heresy' - 'Sub Species Aeternitatis', gdzie zespół zaprasza nas w rejony nieco bardziej pokurwionych tematów, nie będę psuł wam więc zabawy opisem. Zamykające całość, dwie ostatnie kompozycje wracają do tego, czym twórcy „Heir To Despair” uraczyli nas na początku, wciąż nie jest nudno, można więc dobrnąć do końca albumu bez uczucia przesytu, czy zmęczenia. A w kategorii dźwiękowej, w jakiej mieści się Sigh, można to zapisać jako sukces.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/Sigh-band-2018-800x507.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/Sigh_Heir-to-Despair_Okładka-500x500.jpg
Artysta Sigh
Tytuł Heir To Despair
Wydawca Candlelight Records
Data premiery 13 października 2018
Czas trwania 00:52:42
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Robicie podsumowania muzyczne na facebooku? Takie, które się publikuje na feedzie i sprawdza u znajomych, co w mijającym (lub minionym) roku było ciekawe? Ja robię, owszem, ale w przeciwieństwie do większości dziennikarzy i praktykujących to kolegów, nie robię tego w grudniu. Cierpliwie czekam i wrzucam odpowiedniego posta dopiero w trzecim lub czwartym tygodniu stycznia nowego roku. Dlaczego? Bo mam świadomość ograniczeń, które powodują, że o masie świetnych płyt nawet bym nie wspomniał, gdybym odnosił się jedynie do własnego reaserchu. W taki sposób trafiłem na „Idol” amerykańskiego Horrendous, którą Anthony „the internet busiest, music nerd” Fantano wymienił jako jeden z niewielu metalowych tytułów na swojej, liczącej 50 pozycji liście. Do tego zadziałał obraz zdobiący album i po pierwszych kilku chwilach, już ze świadomością istnienia tego wydawnictwa, wiedziałem, że nie przejdę obok niego obojętnie.

Death metal, który wykonuje Horrendous to ten, który określilibyśmy mianem technicznego. Zamiast jednak ślepo naśladować klasyków pokroju Cynic, Death, czy Atheist, na swojej najnowszej płycie muzycy posługują się nie tylko zaawansowaną techniką wykonawczą, ale i kompozycyjną oraz aranżacyjną. To w sumie zbliża ich do Voivod, ale nie róbmy z tej recenzji for fans of.... Tak więc (bęcki u polonistki za więc na początku zdania) po trzech płytach, na których gimnastyka muzyczna wychodziła na pierwszy plan wespół z ciężarem, „Idol" udanie wypełniają zaskakujące eksperymenty brzmieniowe, a w piosenkach znajduje się mniej kalkulacji, na rzecz świeżego powietrza. To powoduje, że utwory wypełniające album zachęcają do ciągłego wsłuchiwania się w jego treść. Gdy po dwóch/trzech odsłuchach wiedziałem już, z czym mam do czynienia, zszokowany wsłuchiwałem się w to, co z moją percepcją wyprawiają Amerykanie. Utwory nie tylko zmieniają tempo, ale i natężenie, nabierając specyficznej aerodynamiki.

Chodzi o to, że środki ekspresji zapętlają się tu niczym łańcuchy DNA, a części poszczególnych utworów utrzymują naszą uwagę zwróconą w kierunku tego, co następuje po sobie na „Idol" przez całość trwania materiału. Już pierwsza, następująca po intrze „...Prescience" kompozycja „Soothsayer", wpada w ucho świetnym głównym riffem i — nie boję się użyć tego słowa — przebojową partią jednej z gitar, co sprytnie spina klamrą całość utworu. Ta oryginalna, jak na progowy death oczywiście, przebojowość pojawia się jeszcze kilka razy, ani na trochę nie oddalając muzyki Horrendous od swoich nieprzebojowych korzeni. „Golgothan Tongues" przecinają melodyjne solówki i zagrywki, wplecione w walcowy rytm. „Devotion-Blood for Ink" zaskakuje śpiewaną partią położoną na cynicowy chill, przy czym nie brak tu i momentów, które łatwo można skojarzyć choćby z hardcorem (wypuszczenia jedynie perkusji i gitar). Zresztą w tej kompozycji dzieje się niemal wszystko, co można sobie wymarzyć w technicznym death metalu, nie powodując uczucia przesytu ilością elementów. Świetną robotę robi tu bas — grany wysoko we wstępach i wszelakich bridge'ach jazzuje aż miło, grany nisko dropuje kawałki do niezbędnego w tej stylistyce poziomu. Do tego całość zwieńcza piękna dwuminutowa, instrumentalna ballada „Threnody..." i wisienka na torcie w postaci „Obulus". Jeśli chcielibyście kiedyś komuś pokazać, że metal to nie tylko wyziewy z piekła, czy innej studni, puśćcie mu je Zaskoczenie tej osoby i wasza satysfakcja — murowane.

Aha, no i wokale. Madafuckin' wokale. Obłąkany scream — jest, obłąkany gowl — jest, obłąkane, delikatne chórki — są. Jest tu nawet obłąkany czysty śpiew, który pod kątem produkcji przypominać może pana Åkerfeldta. Nie, że zżyna, czy coś. Horrendous wiedzą, jak wprowadzić do swojej muzyki z pozoru niepasujące elementy, ale robią to tak, że piosenki nie tracą rozpędu, ale płyną tym samym tempem, tylko nieco innym stylem. A jak wokale to i teksty. Tu nie będę się rozpisywał, wrzucę cytat: „You dig my grave / You run me through / Show me my demons / My angels, My muse / The frayed ends of a dream / Tied in a noose / Show me my saviors / My spectres, My devils, my dues". Jak dla mnie — bomba! Owszem, jest w lirykach na „Idol” masa dziwnych słów, konstrukcji stylistycznych i przerzutni z wersu do wersu, ale są miejsca i dla takich, nasyconych emocjami perełek. Nie wypada też nie zwrócić uwagi na piękną grafikę Briana Smitha, która zdobi album. Podczas gdy większość wydawnictw death metalowych kieruje się oldschoolowym gorem albo kosmiczną psychodelią, okładka „Idol" prezentuje trochę jednego, trochę drugiego, dodając unikalny styl artysty, odwołujący się zarówno do Gigera, jak i Beksińskiego. Dzięki temu ciężko nie wpatrywać się w jego obrazy, analizując poszczególne części tworzące widowiskową całość.

Nie piszę o minusach płyty, bo najzwyczajniej ich nie słyszę. Jak wspomniałem na początku, jest to moim zdaniem jeden z najciekawszych krążków 2018 roku. Jeśli określenie progresywny death metal nie wywołuje u was niechęci, jestem pewien, że łykniecie „Idol" w dużych dawkach. Wielokrotnie. Jeśli poszukujecie ciekawej muzyki, niebanalnie zaaranżowanej przez kreatywnych muzyków, również się nie zawiedziecie.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/01/49746373_853891834797091_2954775398992314368_n-500x500.jpg
Artysta Horrendous
Tytuł Idol
Wydawca Season of Mit
Data premiery 28 września 2018
Czas trwania 00:40:04
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ