Niewiele ponad tydzień przed publikacją tej recenzji zamieściliśmy na naszym kanale YouTube dyskusję Piotra i Michała o sensie przypisywania zespołom gatunkowej przynależności i tworzeniu nazw gatunków. Pośród wielu argumentów i różnorodności perspektyw w spojrzeniu na ten temat, nie pojawiła się jedna, według mnie niezwykle istotna kwestia. Otóż są zespoły, które tworzą określenia opisujące swoją twórczość tak, by zawrzeć w nich zarówno brzmienie muzyki, wymowę tekstów, jak i – wspomniany już w rzeczonej dyskusji – pomysł na siebie. Spójrzmy na takie Nagrobki. Spójna tematyka tekstów na wszystkich płytach (checked), obranie konkretnego pomysłu na merch (checked) i otoczkę wokół siebie na publikowanych zdjęciach i wrzutach na social media (checked) - jest koherencja. Gatunkowa łatka, jaką przyszyły sobie Nagrobki, to „nekropolo”. Problem w tym, że nie bardzo pasowała dotychczas do muzyki zawartej na płytach. Nawiązanie do stylistyki disco polo, a dokładniej rzecz biorąc do silnego nacechowania tego gatunku wiadomymi elementami, mija się z tym, co usłyszeć można na „Stanie Prac” i „Granicie”. Nagrobki to przecież zespół nagrywający piosenki o umieraniu lub „nieżyciu”, pisane z jednej strony z przymrużeniem oka, a z drugiej — śmiertelnie (hehe) poważnie. Ponadto zawsze zachowujące wysoki poziom tekstów i unikające infantylności jak ognia, co przekłada się również na zupełnie inną warstwę muzyczną. W jednym z wywiadów gitarzysta duetu — Maciej Salamon — stwierdził, że „Właśnie teraz to będzie nekropolo! Jeszcze bardziej nekropolo”. Najnowszy album Nagrobków pokazuje jednak, że termin „nekropolo” wciąż pasuje tu jak pięść do nosa, ale nie przeszkadza to „Pod Ziemią” być jednym z ciekawszych wydawnictw tego roku zarówno muzycznie, jak i lirycznie.

Po wypracowaniu własnego stylu i ugruntowaniu go na dwóch poprzednich albumach duet Salamon-Witkowski wprowadza do swojej twórczości istotne zmiany. Słychać je przede wszystkim w bardzo wyraźnym brzmieniu klawiszy, na których często osadzony jest trzon kompozycji. Zmiana podejścia pod tym kątem spowodowała, że Nagrobki wciąż ciężko sklasyfikować stylistycznie, ale łatwiej znaleźć tu różnogatunkowe odniesienia. Przez wykorzystanie eightiesowych brzmień, muzyka duetu nabrała głębi i kolorów, ale też czasem ciężaru i mroku. „Mój Dół” z pulsującym z wolna dźwiękiem syntezatora i partią pianina na pierwszym planie jawi się równie niepokojąco, jak choćby „Nie Będzie Już Nic” z „Granitu”, czy „Niedziela” ze „Stanu Prac”. Słuchacz załapuje jednak szybko, że to nie powtarzanie sprawdzonych pomysłów, ale poszukiwanie nowych ścieżek.

„Spalam Się” i “Spowiedź Umarłego”, w specyficzny sposób łącząc punk i disco, nawiązują do muzycznej estetyki rodem z PRLu. Szczególnie wyróżnia się ta druga kompozycja, zresztą najbardziej przebojowa w historii Nagrobków, w której Lech Janerka z czasów Klausa Mitffocha tańczy z Korą Jackowską. W „Nie Uwierzysz Skąd Dzwonię” dopada nas cold-wave’owa melancholia ozdobiona saksofonem Mikołaja Trzaski, który pojawił się na płycie kilka razy. W pozostałych kompozycjach z klawiszem już nie tak mocno wyeksponowanym, ale wciąż wyraźnie obecnym, spotykamy Nagrobki znane z poprzednich płyt. Ciężar instrumentów dętych i przesterów w „Chciałbym Nie Wierzyć W Nic” ładnie rozładowany jest pykaniem metronomu i kołysankowym śpiewem Maćka. W podobnym konstrukcyjnie i brzmieniowo „Idę Do Ciebie Mój Ojcze” prym wiedzie gitara podbita głębokim wah-wah. „Matka Jedyna Ciąg Dalszy” to z kolei czysty punk rock i piosenka wyróżniająca się najciekawszą na „Pod Ziemią” pracą gitar, a do tego paradoksalnie zupełnie inna od swojej poprzedniczki z „Granitu”. Do „Matki Jedynej” z 2017 bliżej zdecydowanie jest „Nigdy Już Nie Wróci”. Pełen niepokoju początek rozwinięty doskonale przez Mikołaja Trzaskę snuje się mrocznie w pierwszej połowie, by w drugiej rozwinąć skrzydła jaśniejszym brzmieniem i bardziej przestrzennymi partiami instrumentów. A do tego bardzo ładnie podsumowuje krążek ptasim świergotem.

„Pod Ziemią” odróżnia się od dotychczasowej dyskografii grupy również miksem. Warto przysłuchać się temu, co Adam Witkowski wplótł pomiędzy swoje bębny, gitary Maćka Salamona i dęciaki Mikołaja Trzaski, ale też jak doskonale grają one razem. Klawisze, o których tyle pisałem wcześniej, nie sprawiają wrażenia doczepionych na siłę. Wręcz przeciwnie – gdy wspominam poprzednie płyty Nagrobków bez tak wyraźnego udziału tego typu instrumentów, odnoszę wrażenie, że może ich brakować. Oczywiście charakter „Granitu” oraz „Stanu Prac” – minimalistyczny i znacznie bardziej szorstki – nie pozwala odczuć tego przy ich przesłuchaniu, jednak głębszy i… bardziej pojemny sound sprawdza się na nowym wydawnictwie gdańszczan doskonale. Piosenki, które cofają nas do lat 80. ubiegłego wieku, sprawiają wrażenie nagranych wówczas, ale odświeżonych współcześnie, na co również silny wpływ ma mastering Piotra Pawlaka. Dysonanse poszczególnych części „Idę Do Ciebie…”, dyskotekowość „Spowiedzi…”, brud „Chciałbym Nie Wierzyć…” – to właśnie dzięki innemu nieco podejściu do miksu i masteringu brzmią one tak dobrze. Słychać to doskonale również w otwierającym album “Moim Dole”, w którym, mimo że dzieje się sporo, bo są tu i przenikające się melodie gitar (elektrycznej i akustycznej), dwie różne partie syntezatorów i głos Maćka wybrzmiewający na różnych poziomach – słuchacza nie dopada uczucie przesytu.

Osobny akapit należy się tekstom — przenikliwym, pełnym pomysłowych porównań i odniesień. Zakończenie otwierającego album numeru słowami „Mój dół to mój dom i dobrze mi tu” intrygująco pointuje jego tekst. „Cieszę się kochanie, że od roku nie żyję — nie ma w trumnie radia, od jedzenia nie tyję” ze „Spowiedzi Umarłego” od razu przywiódł motyw człowieka pogrążonego w depresji, a „Ile Wziąć” z kolei — braku gotowości na śmierć, nieważne, kiedy by ona nie przyszła. No i moje ulubione „...to co masz dziś w nosie, to właśnie ja — byłem H2O, jestem CO2” („Spalam Się") wręcz prosi się o szerowanie w social mediach pod hasztagiem #mood. Nie chcę tu wykopywać wersów ze zwrotek, bo spora ich część jest bardzo kontekstowa. Sęk w tym, że tematyka, jaka przyświeca tekstom Nagrobków, jest niezwykle pojemna, język polski elastyczny w swojej poetyckości i to chyba właśnie tu leży kwintesencja etykiety „nekropolo”. Ja ją kupuję.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/nagrobki-pod-ziemią-okładka-500x500.jpg
Artysta Nagrobki
Tytuł Pod Ziemią
Wydawca thisisnotarecord
Data premiery 11 października 2019
Czas trwania 00:35:57
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasz:
TUTAJ

Opisując dokonania polskich zespołów, które rozpoznawane są poza granicami naszego kraju, coraz częściej mówi się o sukcesie artystycznym. Zacząłem się ostatnio zastanawiać, czym tak właściwie jest ten „sukces artystyczny”? Czy to sam fakt, że polski zespół może grać koncerty za granicą, gdyż zapraszany lub wspomagany jest przez zagranicznych bookerów? Pewnie tak, choć tu bywa różnie — intuicja organizatorów nie zawsze pokrywa się z odbiorem publiczności i z hucznie zapowiadanej trasy po tu wpisz nazwę kraju, okazuje się, że czasem nawet pokazać się nie ma komu. A może wydawanie swojej muzyki w zagranicznych wytwórniach, można już nazwać takim sukcesem? Tak, to już zdecydowanie bardziej pokrywa się z prawdą. Szczególnie przy zachowaniu twórczej wolności, gdy nikt nie narzuca wykonawcy wchodzącemu na obcy rynek, jak i co grać. Co jeszcze? Może pozytywne recenzje poprzednich wydawnictw, po zapoznaniu się z najnowszym, również docenianym? Jak najbardziej! Teraz proszę, zastanówcie się, jak wielu takich artystów z Polski, którzy jednocześnie nie parają się metalem lub elektroniką, a odnieśli sukces artystyczny jesteście w stanie wymienić?

Doskonałym przykładem takiego artystycznego sukcesu, są osiągnięcia Trupy Trupa. Trasy pozwalają zespołowi znacznie oddalić się od ojczyzny, dzięki czemu zagrał przy konkretnej frekwencji na scenach festiwali takich jak SXSW, Primavera Sound, Iceland Airwaves, Colours of Ostrava, Waves Vienna, Eurosonic, czy Liverpool Sound City. Trójmiejski kwartet wydał swój drugi album we współpracy z brytyjskim Blue Tapes and X-Ray Records. Rok później zmasterowane “Headache” pojawiło się nakładem francuskiego labelu Ici d'ailleurs. Poprzedni longplej "Jolly New Songs" to znów kooperacja grupy ze wspomnianymi wcześniej wydawcami, ale tym razem poszerzona o Moorworks, który w kraju kwitnącej wiśni wypuścił tenże materiał. Nie mniej imponująco jest w przypadku najnowszego krążka grupy. Singlem “Dream About” zajął się legendarny Sub Pop, a nad wypuszczeniem „Of The Sun” na świecie współpracowały Glitterbeat Records (Europa), Lovitt Records (USA), Moorworks (Japonia) i rodzima Anteny Krzyku. Koncertowa promocja płyty odbyła się w obu Amerykach, Azji, Australii no i oczywiście Europie. Imponujące, prawda? A najlepsze, że to nie żaden farcik, ale ciężka praca, poświęcenie i talent, czego dowodem jest również sam „Of The Sun”

Czwarta płyta Trupy pokazuje przede wszystkim, że mimo licznych sukcesów zespół nie spoczywa na laurach, stawiając na zmiany i poszukiwania nowych ścieżek. Słychać to już od pierwszych dźwięków. Mimo iż do produkcji, miksowania i masteringu zespół ponownie zatrudnił osobę odpowiedzialną za to w przypadku poprzedniej „Jolly New Songs”, nowa płyta brzmi inaczej. Michał Kupicz, bo on nim mowa, może pochwalić się już współpracą z Bad Light District, Coldair, czy Marcinem Maseckim, a więc artystami, których albumy zapadają w pamięć m.in. dzięki brzmieniu. Tu nie jest inaczej, choć „Of The Sun” różni się od dotychczasowych dokonań tak Kupicza, jak i Trupy. Zdecydowanie mniej tu szorstkości z doskonałego „Headache”, ale też kwartet nie pozostał przy dusznym soundzie najbardziej złożonego kompozycyjnie „Jolly…”. Zamiast tego artyści ocieplili brzmienie i gęściej wypełnili dźwiękiem to, co milczało wcześniej między partiami instrumentów. Owszem, sekcja rytmiczna jest tu wciąż silnie zarysowana. Bas często wychodzi na pierwszy plan, budując szkielety utworów, talerze często eksponowanie są równie wysoko, a stopa brzmi ciężej i intensywniej od reszty bębnów (”Longing”, „Glory”). Praca gitar nie niknie jednak w tle — po prostu ich rola nieco się czasem zmienia. Budowanie nimi atmosfery bardziej niż konkretnych riffów, czyni piosenki niezwykle hipnotyzującymi, co słychać również w dwóch wymienionych przed chwilą utworach. Partie instrumentalne Grzegorza Kwiatkowskiego i Rafała Wojczala nie zeszły jednak całkiem na drugi plan. Świetne riffy serwują we wręcz tanecznych „Reminder” i „Long Time Ago”, czy akustycznym „Angle” zafałszowanym jak na Trupę przystało. A skoro jesteśmy przy gitarach, to nie mogę nie wspomnieć o „Mangle” i „Turn”. Te dwie kompozycje, gdyby zastosować w nich ostre przestery, mogłyby spokojnie pojawić się na gigu hc/punkowej ekipy. Ciekawe skojarzenia, bo z czymś, co Primus mógłby zamieścić w swojej kompozycji jako bridge, przynosi również „Long Time Ago”. Nie muszę chyba dodawać, że dzieje się tak głównie za sprawą sekcji rytmicznej? Nie pierwszy raz z resztą piosenki kwartetu przywodzą skojarzenia z cięższą muzyką. Pamiętam, że o “Getting Older” z “Headache” pisałem kiedyś, iż dociążony fuzzami jeszcze bardziej, brzmiałby niczym doom inspirowany starym Electric Wizard... Kto nie wierzy, niech sprawdzi! 

Wracając jednak do „Of The Sun” - jest tu jeszcze kilka odjazdów od rdzenia jego brzmienia. Otóż pięknie rozmywa się końcówka w postaci „Satellite”, wieńcząc dzieło zmianą muzyki z delikatnie płynącej na sążnie zdropowaną i przesterowaną. Kompozycja tytułowa natomiast, quasi-jazzowa dzięki zafałszowanej grze pianina, najbardziej oddala się od całości materiału, pokazując, jak ważnym instrumentem stały się w piosenkach Trupy te klawiszowe. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż kompozycje, jak i teksty piosenek z „Of The Sun” znacznie uproszczone są względem poprzedniczki. Dzięki temu dostajemy piosenki szybko trafiające do słuchacza i wciągające go specyficzną liryczno-muzyczną repetycją. Grzegorz Kwiatkowski wie jak wyśpiewać powtarzane frazy i słowa, by zostawiły ślad w słuchaczu za każdym razem, gdy ten do nich wraca. A rezygnacja z rozbudowanych aranżacji, czyli odejście od tego, co zespół zaproponował na poprzednim krążku, tylko pogłębia efekt.

Kwartet Kwiatkowski, Pawluczuk, Juchniewicz, Wojczal ma to szczęście, że gra co chce i jak chce, a do tego może grać i trafiać do ludzi oddalonych setki tysięcy kilometrów od Polski. To szczęście zawdzięcza jednak nie agresywnemu marketingowi i PRowym sztuczkom, ale świetnym płytom, wypełnionym po brzegi doskonałymi kompozycjami. Dzięki temu może też stawiać kroki, w jakim kierunku chce, bo -co równie ważne- obiera je świadomie i wspólnie. „Of The Sun” natomiast jest dowodem na to, że artystyczna wolność przy jednocześnie niezwykle dojrzałej świadomości muzycznego rozwoju jest kluczem do artystycznego sukcesu. Oby więcej takich płyt w najbliższych latach, nie tylko od Trupy Trupa. Chociaż oni pewnie pójdą znów tam, gdzie nikt nie spodziewa się ich spotkać. Czekam!

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/trupa-trupa-band-2019-800x800.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/trupa-trupa-of-the-sun-2019-cover-500x500.jpg
Artysta Trupa Trupa
Tytuł Of The Sun
Wydawca Glitterbeat Records
Data premiery 13 września 2019
Czas trwania 42 minuty
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomka:
TUTAJ

Dwa lata temu na naszym kanale na YouTubie, Michał i Piotr recenzowali debiutancki album warszawskiej groove metalowej formacji Minetaur. Moi redakcyjni koledzy wspominali o nawiązaniach muzyki zespołu do dokonań Crowbar czy inspiracjach nowoczesnym death metalem. Docenili ciekawą produkcję podkreślającą groove (czyli to, na czym opierają się kompozycje grupy) oraz melodie urozmaicone dysonansami, które okazały się bardzo ciekawym elementami piosenek. W maju 2019 roku Minetaur powrócił z nowym wydawnictwem. Już podczas pierwszego odsłuchu szybko zacząłem się zastanawiać, ile z elementów, o których Piotr i Michał wspominali przy okazji „Gravel Pit", pojawiło się na recenzowanym tu „Power Tools".

Odpowiedzi bardzo szybko nasunęły się same. Primo — niczego, o czym Michał i Piotr w swojej (nie)recenzji wspominali, na nowym wydawnictwie warszawiaków nie słyszę. Sekundo — niczego takiego nie słyszałem nawet na „Gravel Pit". Żebyśmy zrozumieli się dobrze — zespół Minetaur faktycznie gra metal oparty na groovie, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Problem polega na tym, że tak jak w 2017, tak i w 2019 roku jest to jedyny charakterystyczny element ich muzyki.

Przesłuchałem „Power Tools" około dziesięciu razy i jedyną różnicą, jaką znajduję między obydwoma wydawnictwami, jest brzmienie. Minetaur wciąż gra piosenki nie serwujące żadnego elementu, do którego chce się wracać. Nie są to kompozycje ani złe, ani dobre. Muzycy nagrali je poprawnie, a brzmienie wykręcone ponownie przez Haldora z Satanic Audio, jest lepsze, niż na „Gravel Pit". Może to kwestia zmiany miejsca, w którym nagrywane były ślady, może inny pomysł zespołu na swój sound (jeśli to drugie, to props dla nich!). Niestety mam wrażenie, że pisanie piosenek nie idzie warszawiakom zbyt dobrze. Brak wyraźnych urozmaiceń powoduje, że muzyka z „Power Tools" szybko staje się monotonna. A w niektórych momentach aż prosi się o ciekawy bridge czy wprowadzenie do aranżu jakiejkolwiek zmiany dynamiki. Niestety nic takiego na EPce nie usłyszycie. Utwory pędzą po prostu na złamanie karku, wszystko napierdala tu na mocno wyeksponowanym groovie... i tyle. Jeśli nie potrzebujecie więcej, bo owszem — czasami nie potrzeba – to materiał wam siądzie. Problem polega jednak na tym, że gdy muzyka zagrana i zaśpiewana jest na jednym oddechu, to słuchacz szybko się męczy. Szczególnie, jeśli materiał tak właśnie zaplanowany jest w całej swojej 20-minutowej rozciągłości.

I serio, sprawdziłem „Power Tools" zarówno na trzeźwo, jak i po kilku kielichach i dżojncie — ciągle nic. Kompozycje przeskakują nie wiadomo kiedy z jednej na drugą, a ze słuchaczem nie pozostaje kompletnie żadne wrażenie. Owszem, są tu elementy, które mają jakoś te piosenki od siebie odróżnić. W „Spitfire" usłyszycie śmieszkowe à la country zagrywki i utrzymaną w tym samym tonie solówkę, a w „Rush of Tragedy" zwalniającą i odrobinę rozjechaną (to akurat plus) gitarę w refrenie. „Dropped Sea" po prostu jest wolniejszy, a wokalista do zahaczającego o growl krzyku dorzuca na moment urozmaicenie w postaci śpiewu... Cóż jednak z tego, skoro przez dość mocne przesterowanie go (śpiewu, nie wokalisty) ta partia wokalna również zlewa się z innymi w całość. No a poza tym trwa jedynie około dwudziestu sekund... Zostają nam jeszcze „Night Rider" z dziwną chyba-solówką i "Smoke Fryer", o którym w sumie nic nie wiem, bo i nie znalazłem tu niczego, na czym można zaczepić ucho. 

Wraz z propozycją recenzji „Power Tools" dotarła do nas konkluzja dotycząca odbioru przez niektórych muzyki Minetaur. Podobno (tu parafraza) nietolerancja tego, że metal może być imprezą na basenie, a nie rozkminą w śląskiej jaskini, to typowe w Polsce. Cóż, jeśli na imprezę składa się tylko rzeczony basen, to ja robię wypad do jaskini zapodać grzyby i rozkminiać. Zdecydowanie biba z Minetaur, to nie jest impreza dla mnie. 

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/10/minetaur-power-tools-cover-600x600.jpg
Artysta Minetaur
Tytuł Power Tools
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 12 kwietnia 2019
Czas trwania 19 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Zespół Ciśnienie wziął mnie z zaskoczenia. Podczas finałowych występów zeszłorocznej edycji katowickiego cyklu muzycznym „Dzielnica Brzmi Dobrze” uszom mym ukazała się muzyka trudna do zdefiniowania, poszukująca, a co najważniejsze wyróżniająca na tle innych, występujących tego dnia zespołów. I nie mam tu na myśli jedynie oryginalnego zestawu instrumentów, jakiego używają członkowie grupy, czy ciężaru, jaki momentami niespodziewanie osiągają ich kompozycje. Zacząłem więc śledzić poczynania Ciśnienia i ku mojemu zaskoczeniu i radości zauważyłem, że z miesiąca na miesiąc coraz więcej ludzi z różnych zakątków Polski zaczęło wspominać o nim na swoich Facebookowych wallach. Jeśli więc chcecie dowiedzieć się więcej o jednej z najciekawszych, katowickich grup, przeczytajcie, co Ciśnieniu na żywo, w studio, ale również nieco o lokalnej scenie muzycznej opowiedzieli mi członkowie grupy — Maciek, Kacper oraz dwóch Michałów.

*

Jak duży wpływ na zespół Ciśnienie mają Katowice i Śląsk?

Trójka z nas, czyli Michał, Maciek i Michał są ze Śląska i mieszkają w samych Katowicach albo niedaleko. Kacper przyjechał tu z Prudnika studiować, ale zostanie trochę na dłużej. Miasto i sam Śląsk rozwijają się w dobrą stronę, otwierają się coraz bardziej na kulturę, co bardzo przyciąga takich osobników jak my. Fakt, że taki zespół jak nasz może się tu rozkręcać (?), świadczy o otwartości ludzi na nowe. A co do samego pytania, to wydaje nam się, że my mamy wpływ na osoby chcące coś takiego usłyszeć i one na nas. Jest odbiór tego, co chcemy przekazać. Dobra transakcja wiązana.

Swoją najnowszą płytę zatytułowaliście „JazzArt Underground". Skąd tak bezpośrednie nawiązanie do najciekawszego jazzowego festiwalu na Śląsku?

Pierwsze trzy utwory z płyty zostały zarejestrowane podczas naszego występu w ramach JazzArt Festivalu właśnie. Był to koncert-niespodzianka w piwnicy budynku Miasta Ogrodów (całość jest do obejrzenia na YouTube!) - stąd underground. Ponadto w JazzArcie najbardziej nam się podoba to, że repertuar nigdy nie jest stricte jazzowy w tradycyjnym rozumieniu. Na każdej edycji występują wykonawcy, którzy normalnie z jazzem nie są kojarzeni, a jednak w podejściu do tworzenia i wykonywania są jazzowi na wskroś. My też się za takich mamy.

Owszem, Wasza muzyka ma w sobie elementy jazzu, ale też słychać w niej wpływy takich gatunków, jak post rock w swojej pierwotnej, eksperymentalnej formie, drone, czy nawet elementy sludge'u. Słuchacie tych gatunków?

Słuchamy jak najbardziej. Swans, Mogwai czy Sunn O))) stanowią jedne z naszych najważniejszych, choć często mimowolnych inspiracji. Nie zakładamy nigdy, że „robimy teraz numer jak Swans”, tylko jakoś samo tak wychodzi.

A jak sami sklasyfikowali byście Swoją muzykę?

Jeśli mielibyśmy włazić do jakichś szuflad, to najbliżej nam do jazzującego post rocka, ale często ciężko to określić — nie znamy się wystarczająco na gatunkach i podgatunkach. Ktoś nas określił jako jazz przetłumaczony na język post rocka, co brzmi całkiem sensownie. Jednak jedyna klasyfikacja, pod jaką się wszyscy możemy podpisać to, że robimy najlepszą muzykę na świecie, bo cholernie nam się podoba!

Oprócz klasycznych instrumentów w składzie — perkusji i gitary basowej/elektrycznej, syntezatorów — istotną rolę ogrywa waltornia, a całość prowadzą skrzypce. Jak wpłynęło to na proces komponowania i aranżacji utworów?

Chyba nie ma to jakiegoś wielkiego wpływu na sam proces kompozycji, najczęściej wychodzi nam to zupełnie naturalnie. Zwykle zaczyna się od jakiegoś małego pomysłu, czy to na rytm, czy na harmonię, czy na podkradnięcie motywu od Arvo Parta, co potem rozrasta się do dwudziestominutowych potworów. Czasem zdarzają się momenty, w którym stwierdzamy coś w stylu „tu byś mógł coś zatrąbić”, ale zwykle jakoś się to wszystko samo rodzi.

Oba Wasze wydawnictwa — nowy album i wcześniejsze „Live Sessions” — nagrane są podczas występu na żywo. Czemu poszliście tą drogą, a nie na przykład rejestracją na 100ke w studio?

Doszliśmy do wniosku, że nie da się tej muzyki w jej pełnym wymiarze nagrać w studio. Każde wykonanie jest inne, więc i tak musielibyśmy zagrać każdy utwór w całości po kilka razy, żeby móc wybrać najlepsze wykonanie, a problem w tym, że nas ta muzyka strasznie angażuje emocjonalnie. Zagranie takich „Samych Trupów” pięć razy z rzędu i utrzymanie tych samych emocji przy każdym podejściu jest niewykonalne. Za to na koncertach nie ma z tym problemu, mimowolnie dajemy z siebie wszystko i nawet jeśli się pojawiają jakieś niedoskonałości, to jest to wpisane w tę muzykę. Ona na koncertach dopiero zaczyna żyć, więc tak ją też będziemy rejestrować.

W kompozycji "Fratres" słychać partię wokalną. Czy to zabieg jednorazowy, czy wokal będzie pojawiał się częściej?

Na razie ponownie się nie pojawił, ale jak tylko gdzieś przypasuje, to się pewnie pojawi znowu. W jednym z nowszych utworów - „Reisefieber”, Kacper sobie czasem krzyknie w pauzie generalnej, ale czasem nie, więc się to chyba nie łapie jako partia wokalna.

Lubicie eksperymentować ze Swoim brzmieniem? Pamiętam koncert w nieistniejącym już Winklu, gdzie w trakcie całego występu towarzyszył Wam jeszcze jeden dęciak...

Lubimy dostawać wiadomości, że ktoś chce z nami zagrać, szczególnie ktoś tego kalibru, jak Morris Kliphuis, z którym mieliśmy przyjemność pograć. Brzmienie wychodzi z potrzeby, jaką nadaje utwór, a czasem zupełnie odwrotnie, budujemy numer na tym konkretnym brzmieniu. To proces, który ciągle się zmienia, dlatego jak najbardziej – lubimy eksperymentować, nie tylko z brzmieniem.

Istotnym elementem koncertów Ciśnienia są wizualizacje Karoliny Pawelczyk. Jak doszło do tej współpracy?

Z Karoliną znamy się od dość dawna, a tak się akurat złożyło, że potrafi robić fantastyczne, abstrakcyjne wizuale, więc współpraca wynikła bardzo naturalnie. Jak zresztą wszystko w Ciśnieniu.

Postawiliście Karolinie konkretne wymagania, czy daliście jej wolną rękę?

Daliśmy i dajemy jej wolną rękę, przez co często samych nas zaskakuje to, co się na tych wizualach pojawia (ostatnio były na przykład zęby i mecz piłki nożnej).

To prawda, są niezwykle oryginalne i przykuwają wzrok! A pojawiają się one również na wyjazdowych koncertach?

Póki co się nie udało, głównie ze względu na konflikty terminów (wszyscy zarobieni po uszy), ale zawsze próbujemy te dzikie obrazki dołączać do koncertów.

Widziałem już niejeden Wasz koncert i zawsze zbieracie pod sceną całkiem sporo osób. Czy występy Ciśnienia poza Katowicami przyciągają konkretną publiczność, o konkretnych oczekiwaniach co do muzyki?

Jesteśmy na takim etapie pokazywania się szerszej publiczności, że praktycznie każdy koncert — w Katowicach, czy gdzie indziej, jest dużym zaskoczeniem dla publiczności. Dla nas samych również. Z biegiem czasu może się to zmienić. Może na koncerty będzie przychodziła jednolita grupa odbiorców. A może zupełnie odwrotnie, będziemy łączyć pokolenia i słuchaczy różnych gatunków muzyki.

Opowiedzcie co nieco o cyklu Dzielnica Brzmi Dobrze. Jesteście z nim również związani, co wyrażone zostało podziękowaniami w notce na najnowszym albumie.

Po prostu się poznaliśmy dzięki temu projektowi. Lód 9, czyli Maciek i Michał — połowa Ciśnienia — oraz Fuck The People, czyli zespół Kacpra, były laureatami pierwszej edycji, a drugi Michał przy niej pracował. Ktoś nas nazwał Dzikim Dzieckiem projektu Dzielnica Brzmi Dobrze i w sumie się to zgadza. Z kolei sama inicjatywa „Dzielnicy” jest na pewno ewenementem w skali kraju oraz doskonałym przykładem na to, że Katowice mają wiele do zaoferowania, pod kątem wschodzących projektów muzycznych i nie tylko.

Ok, powiedzcie jeszcze gdzie macie zamiar pojawić się z koncertami w tym roku? Wiem, że już niebawem w Katowicach wystąpicie ponownie na jednej scenie z Lonker See, tym razem nie w klubie Sixa, ale w Hipnozie.

Póki co gramy 19 września w Hipnozie właśnie, a później 4 października we Wrocławiu, razem z Lodem 9 (który lada chwila wypuści nową płytę, polecamy ją jak najbardziej, rzecz jasna). Jeszcze w październiku zagramy kilka koncertów w... Portugalii, ale o tym będziemy informować na bieżąco. Dodatkowo planujemy kolejny występ z orkiestrą dętą, w okolicach Barbórki. Poza tym na tę chwilę nie mamy jednak nic zaplanowanego, ale chcielibyśmy, tak więc Drogie Kluby Muzyczne oraz Drodzy Programerzy i Promotorzy - my bardzo chętnie! A, no i #ciśnienienaoffie!

Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomka:
TUTAJ

Uwaga, będzie wyznanie. Nie słucham już radia. Dlaczego? Ponieważ Antyradio serwuje odgrzewane kotlety jakości chujowego mielonego, a nie dość, że padliny nie jadam, to po mdłym chce mi się wymiotować. Trójka sPISiała doszczętnie, a Czwórkę oglądam coraz rzadziej na YouTube. Pozostałe rozgłośnie to popelina dla księgowych w biurach, mająca wypełnić ciszę, nie zakłócając klepania w klawiaturę... albo coś, co atakuje nas w dyskontach typu Lewiatan, czy Żabka. Ich nazwy dopowiedzcie sobie sami. Trochę mi jednak radia brakuje. Tęsknię za spikerami, którzy potrafili rozbawić i uruchomić wyobraźnię słuchacza swoim głosem, ale przede wszystkim tęsknię za piosenkami. Nie >kompozycjami<, czy >utworami< posługującymi się dźwiękami wręcz dogmatycznie powiązanymi ze swoją gatunkową przynależnością, ale po prostu piosenkami. Takimi, które w 3 do 5 minut potrafiły zapodać ciekawy aranż, zostawić w głowie melodię, którą nucisz jeszcze chwile po ich zakończeniu, nie bojącymi się otwartej formy stylistycznej i zapożyczeń. Najlepsze radiowe piosenki powstały oczywiście w latach 80. i 90. Szeroko pojęty „rock alternatywny”, grunge, indie oraz inne międzygatunkowe eksperymenty tej drugiej z wymienionych dekad to coś, za czym tęsknię równie mocno, jak za faktem odkrywania wszystkiego, czym muzycznie zostałem wówczas obdarzony. Gdy więc zespół .WAVS zaczął wypuszczać kolejne single ze swojej debiutanckiej płyty, czułem, że może ukazać się niezwykle intrygująca płyta, która właśnie do lat 90. nawiązuje szczególnie mocno, nie tracąc jednocześnie nic a nic z nowoczesnego podejścia do produkcji muzyki.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zauważyłem gdy .WAVS promowało swój debiut, był ewidentny pomysł na siebie i spójna idea tejże promocji. Liczne nawiązania do prostej interakcji człowieka z morzem, zrobiły świetną robotę nie tylko nawiązując do nazwy grupy, ale i okładki, którą zespół ujawnił po ukazaniu się trzeciego singla. Poważnie, przyjrzyjcie się zdjęciu Mikołaja Szatko. Ostatni raz tak ciekawą fotę zdobiąca front płyty widziałem chyba przy okazji wydania „Śmierci w miękkim futerku” Niechęci. Wśród masy zespołów o nijakim kontekście swojej twórczości, to bardzo miła odmiana i znak, że możemy mieć do czynienia z czymś więcej niż przeciętną rockową kapelą. Już, gdy polecaliśmy wam trzeci singiel z krążka - 'Hologram', Michał w przeglądzie singli mówił o tym, że „zapowiada się na to, że to nie projekt, który będzie odgrzebywaniem kaset, zakurzonych winyli po tacie, z meblościanki, tylko rzeczywiście czymś, co brzmi świeżo(…)”. Cóż, 21 czerwca potwierdziło się, że mój redakcyjny kolega miał wąsa... znaczy nosa.

Debiut .WAVS to połączenie elementów rockowej alternatywy lat 90. z surowością grunge’u, ale i nowoczesnym miksem, charakterystycznym bardziej dla późnego post rocka. Słyszymy tu bowiem zarówno proste, konkretne strzały, takie jak otwierający całość 'Do It Right', czy 'He Was Dead Anyway' (props za świetne, pulsujące syntezatory) z konkretnym riffem i wpadającą bardzo szybko w ucho melodią, jak i piosenki wielowarstwowe o zmieniającej się dynamice. 'Anonymous Galaxy' ma w sobie flow ostatnich dokonań Queens Of The Stone Age, ze świetnym, prowadzącym riffem, refrenem o poruszającej przebojowości à la Alice In Chains i dopełniającymi całość, przestrzennymi chórkami. 'I Know Someone' rozpoczyna się post rockowymi przestrzeniami, by w końcówce pokazać nieco cięższe oblicze .WAVS. 'Santa Sangre' jest na przemian szybkie i zabrudzone oraz wolne i tajemnicze, z dryfującą, rozmytą, drugą zwrotką i powrotem do energicznego grania w końcówce. 'Hologram' to z kolei znacznie mroczniejsza piosenka posiadająca flow glam rockowej strony twórczości Marilyn Mansona. Mój faworyt na płycie — 'Home' — posiada chyba najciekawszy aranż. Jego elementy składowe doskonale ze sobą kontrastują, mamy tu gitarę brzmiącą niczym ta z 'Mosquito Song' QOTSA, cięży, wolniejszy bridge i świetną część wypełniona solówką, którą podbija gra perkusji. Opisując debiut .WAVS nie sposób nie wspomnieć o wokalu. Maciej Kowalski pokazał już swoje niebywałe skille jako wokalista PurpleHaze Ensamble, nie inaczej jest i tu. Jego grunge’owa maniera, potężny krzyk przy jednoczesnym zachowaniu melodyki szybko i na długo przykuwa uwagę słuchacza. A że chłopak potrafi operować wieloma środkami wyrazu, to i kompozycje .WAVS są jeszcze bardziej charakterystyczne nie tylko, gdy porównać je do tego, co na polskim rynku serwuje konkurencja. Nie ma tu mowy ani o pójściu na łatwiznę i oszczędzaniu strun głosowych, a i teksty dalekie są od banałów i grafomanii wszechobecnej na polskim rynku.

Co na płycie .WAVS może przeszkadzać? Cóż, jeśli nie jesteście fanami brzmień, o których czytaliście przez ostatnie kilka minut, to debiut krakowian was do nich nie przekona. To płyta, która trafi do konkretnego słuchacza i chyba takie jest jej zadanie, bo ani przez moment krakowianie nie idą tu na kompromisy, które mają przyciągnąć uwagę przypadkowego odbiorcy. Nie byłoby źle, gdyby krążek zawierał jeszcze kilka krótkich strzałów (choć dwa?) podobnych do 'Do It Right', czy 'He Was Dead Anyway' - bez długich zwolnień i prostszych w budowie. Tak czy siak, .WAVS definiują nowoczesne granie, które wie jak czerpać z tego, co najlepsze w rockowych piosenkach lat 90., przy jednoczesnym zachowaniu unikalnego stylu i pomysłu na siebie. Metalurgia poleca.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/07/wavs-wavs-500x500.jpg
Artysta .WAVS
Tytuł .WAVS
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 21 czerwca 2019
Czas trwania 35 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Po trzech wydawnictwach, które oscylowały wokół podobnych muzycznie klimatów, Mord’a’Stigmata rozpoczęła eksplorację nowych rejonów. Static i koledzy nigdy nie byli za pan brat z muzycznym konformizmem, więc nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że i tym razem zespół obrał kierunek zdecydowanie pod prąd trendom. Już w wywiadzie, który artysta udzielił Piotrowi i Michałowi przy okazji wydania „Hope” (do zobaczenia na naszym kanale YouTube) opowiadał o tym, że black metal przestał być dla grupy wątkiem głównym i prowadzącym. „Ansia” była pod tym kątem nowością, „Our Hearts Slow Down” pomostem, „Hope” wydaje się być więc checkpointem, który kończy owy rozdział w życiu „M’aS. Oto bowiem na swoim najnowszym wydawnictwie - Dreams of Quiet Places, grupa po raz kolejny zaskakuje nawet bardziej, niż po „Antimatter” zaskoczyła na „Ansia”.

Czym więc „Dreams…” różni się od poprzedniczek? Na pewno okładką, na której na brunatnym (oj, będą podejrzenia o umoczenie") tle Łukasz Gwiżdż osadził swój niepokojący obraz. W połączeniu ze złotym kolorem w jaki oprawiony jest sam krążek (i cd i winyl), robi to doskonałe wrażenie, ale skostniałym metalom może zasugerować, że to nie dla nich. Na pewno też większą ilością muzycznego eklektyzmu. Wcześniej zasady były jasne — ekstremalny metal (jak we wspomnianym wywiadzie określił to sam Static) jest pretekstem, punktem wyjścia do rozwinięcia pomysłu na utwór innymi gatunkami — post rockiem (w swojej klasycznej, eksperymentalnej formie), czy ambientem. Teraz M’a’S wystawia naszą percepcję na jeszcze większą próbę, sprawdzając ile nastrojów i płaszczyzn dźwięku jesteśmy w stanie uchwycić oraz jak bardzo jesteśmy w stanie skupić się na tym, co dzieje się w utworach.

Już sama konstrukcja — podzielenie materiału na siedem nieprzekraczających 10 minut kompozycji świadczy o tym, że warto (należy?) odbierać tę płytę inaczej, niż poprzedniczki. Wcześniej maksymalnie pięć kilkunastominutowych utworów wciągało nas w gęsty od emocji, a i często wręcz wzruszający (lecz nie łzawy) klimat — tutaj natomiast chodzi o niuanse. Jeśli więc uporczywie chcecie doszukiwać się szatana jako „black metalu w połączeniu z…”, to sorry, ale więcej niż na „Dreams…” odnajdziecie go, gdy przywołam powiedzenie „diabeł tkwi w szczegółach”.

Sam tytuł będący parafrazą pierwszych słów, jakie na albumie wykrzykuje Ion, brzmi nieco przewrotnie. „I used to dream of quiet places…” w pewien sposób dookreśla fakt, iż tematyka tekstów i atmosfera płyty zmieniły się. Mniej tu kontrastów metalu z cichymi, wypełnionymi dźwiękową przestrzenią fragmentami, choć tych ostatnich wcale nie brakuje. Tak startuje otwierający album 'Between Walls of Glass', tak w całej swojej rozciągłości prezentuje się wieńczący album utwór tytułowy. Dzięki dodanym do tego syntezatorom przebijającym się przez bardziej lub mniej ostre, czy gęste riffy, partie perkusji, czy nawet bity, dostajemy intrygujące sploty elektroniki z industrialem.

Jak wspomniałem wcześniej, M’a’S odchodzi od tematyki swoich poprzednich wydawnictw na rzecz znacznie większej palety brzmień, różnorodności, kontrastów pomiędzy całymi utworami, a co za tym idzie — znacznie ciekawszego miksu. 'Exiles' może spokojnie kojarzyć się z francuską Goijrą zarówno pod kątem wstępu do utworu, ale także przez „progresywność” swojej konstrukcji. Sporo tu bowiem nieoczywistych zmian temp i technicznych zawijasów, zarówno w grze perkusji, jak i odpowiedzi na tę grę w warstwie gitar. 'Spirit Into Cristal' rozpoczyna się niczym techno-industriale Ancient Methods. Brudny sound prostych uderzeń w bębny, zarpeggiowane synthy oraz gitary, które z tła pięknie wychodzą na pierwszy plan, dodając piosence metalowego sznytu… tego w historii M’a’S nie było, a niespodzianek przed nami jeszcze sporo. Łączące się ze sobą 'The Stain' oraz 'Void Within' to już totalny opad szczeny. Mamy tu zarówno marszowe, blackowe wjazdy, gary grające blast beaty zaraz po tematach rodem z drumnbassu, transujące gitary płynące ostrymi phaserami, świetnie wpleciony w to fragment recytowany po polsku (to wszystko w 'The Stain'), a z drugiej strony doskonałą melodię, wysuwający się często na pierwszy plan bas i świetny bridge w 'Void Within'. Dzieje się. 'Into Soil' z równie ciekawym, industrialnym do cna brigdem znacznie zwalnia, ale nie rezygnuje ani z dramatyzmu, ani z ciekawych zmian dynamiki, ani też z różnorodności riffów i temp. Gdy pisałem o wystawieniu naszej percepcji na próbę oraz wielu płaszczyznach dźwięku nie byłem, jak sami widzicie gołosłowny. Podkreślę jeszcze raz — miks albumu, za który odpowiedzialne jest Nebula Studio to kawał świetnej roboty, który równie znacząco, co same kompozycje odbił się na jakości efektu końcowego. Ciężko bowiem uchwycić i uwypuklić tyle pomysłów z jednej strony nie popadając w przesadę, a z drugiej nie zgubić nic w gąszczu tych warstw, co ostatecznie składa się na bogactwo „Between…”.

Jak sami widzicie, zaszło sporo zmian w stosunku do tego, co M’a’S proponowała dotychczas. Charakterystyczny sound oczywiście pozostał. Odpalenie każdego z kawałków z „Dreams…” przez osobę obeznanej z kapelą, nie spowoduje nieskumania, że to muzyka tej, a nie innej kapeli. Istotnym jest jednak fakt, iż zespół obrał inny kierunek, co nie wszystkim może przypaść do gustu. Nie chcę marudzić na polskiego słuchacza, ale reakcje ludzi, którzy grupę znają od lat, charakteryzujące podejściem „słuchamy tego, czego oczekujemy i co znamy” mówią mi, że w ojczyźnie nowych fanów może nie przybyć. Czuję jednak, że poza granicami naszego kraju, gdzie oczekiwania nie przerastają tego, co na nowych płytach oferują muzycy, płyta przyjmie się lepiej. Bardzo chcę się mylić, życzę Staticowi i kolegom dobrego przyjęcia na obu rynkach - polskim i zagranicznym. Warto z tą, nowoczesną pod każdym kątem płytą spędzić trochę czasu, bo kryje w sobie masę ciekawych patentów, a M’a’S niezmiennie wciąga nastrojem niepokoju i poruszającego dramatyzmu. Jeśli komuś takie wycieczki nie w smak, to szczerze odradzam, bo nie znajdzie tu wiele dla siebie i szybko się zgubi.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/mord-a-stigmata-2019-815x509.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/mord-a-stigmata-dreams-of-quiet-places-500x500.jpg
Artysta Mord'A'Stigmata
Tytuł Dreams of Quiet Places
Wydawca Pagan Records
Data premiery 4 kwietnia 2019
Czas trwania 44 minuty
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Znacie to uczucie, kiedy ktoś obdarowuje was trywialną mądrością życiową w momencie, kiedy jedyne czego potrzebujecie, to żeby wszyscy zamknęli mordy i dali wam spokój? W sumie to pytanie retoryczne, bo dobrze wiem, że znacie. Czasem jest jednak tak, że znajduje się ktoś, kto dzieli się taką chujową złotą myślą, która okazuje się trafiać idealnie, gdy kompletnie się tego nie spodziewacie. Dawno temu, pewien mądry, zabawny człowiek zrobił mi właśnie taki psikus, kwitując moje rozstanie słowami "Spoko ziom — każdy zakończony związek to szansa na dwa następne". Jak ta anegdota ma się do debiutu zespołu Pył? A no tak, że w skład kapeli wchodzą ludzie, którzy z takich czy innych względów "rozstania" ze swoimi wcześniejszymi kapelami dokonali, ale dzięki temu stworzyli jeden z ciekawszych, pozbawionych realizatorskiej i kompozycyjnej napinki projektów tego roku.

Dwie trzecie Pyłu to Wojciech Lacki i Piotr Paciorkowski z Ampacity — kapeli, która ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu ze spacerockowych, improwizatorskich lotów podążyła w kierunku poprawnego, ale niezbyt oryginalnego rocka progresywnego o dość oldschoolowej proweniencji. Kiedy w 2013 roku na Off Festivalu zespół udzielał mi wywiadu, nikt z zainteresowanych chyba nie podejrzewał, że grupa tak daleko ucieknie od tematów zawartych na genialnym "Encounter One". Trzecia trzecia Pyłu to z kolei Przemysław Głowacki — do niedawna perkusista Marksman. Ten zespół swojej twórczości na przestrzeni lat za bardzo nie zmieniał, ale naładowane emocjami hardcore'y w ich wykonaniu sprawdzają się doskonale w całej rozciągłości dyskografii. Gdy więc dowiedziałem się, że ludzie z tak oddalonych od siebie gatunkowo projektów tworzą coś razem, szybko zacząłem domniemywać, co może powstać z połączenia powyższych. Jeśli jednak wy próbujecie robić teraz to samo, to zaklinam — natychmiast przestańcie! Otóż ostatnie czego tu doświadczycie to mikstura składników Ampacity i Marksman.

To, czym oprósza nas Pył, to niemal trzy kwadranse swobodnego eklektyzmu, kolażu nastrojów i twórczego nieskrępowania, skomponowanego i zagranego bez ani grama przesady, czy ekstrawagancji. Głównym składnikiem jest tu krautrockowy flow ukazany w niezwykle nowoczesnej formie. Kompozytorzy nie bali się zahaczyć o sewentisowo rockujące tematy ('Boy No Power'), odwoływać się do zabrudzonego shoegaze'u ('Niedźwiednik 1'), czy uraczyć nas orientem ('Niedźwiednik 2'). Ten ostatni wraz z wieńczącym album 'aste', wypuszczają na pierwszy plan saksofon, który zaskakuje dokładnie w momencie, kiedy słuchaczowi wydaje się, że wie już o "Pyle" wszystko. Świetnie sprawdza się tu i ówdzie dogrywający tła syntezator. Raz — idzie w parze z rozmytą delay'em gitarą, która daje mu odpowiednio dużo miejsca, by mógł w pełni wybrzmieć. Dwa — fakt ten sprawia, że partie owych instrumentów doskonale ze sobą korespondują, dając nam wytchnienie w spokojniejszych fragmentach albumu. Sporo tu też repetytywności, która szybko wprowadza słuchacza w trans. 'Rhei', 'The Parisian' oraz 'PTSD' pulsują miło, jednak nie dążą do tego, by hipnotyzować bez celu. Aranżacje utworów skonstruowane są tak, że ów spokój jest jedynie składnikiem wyciszającym słuchacza, by z tego stanu wyrwać go zawadiackimi riffami i żwawą grą sekcji rytmicznej. À propos sekcji rytmicznej — to ona sprawia, że bez uczucia przesytu, bo minimalnym nakładem instrumentów, dzieje się tu tak dużo. Duet Lacki — Głowacki rozumie się doskonale, bez problemów przechodzi z motywów wręcz jazzujących ('aste', 'Rhei', czy 'The Parisian' z jaskrawym, funkującym basem i delikatnym fletem), do surowych, punktujących wyraźnie i donośnie partii. Odnoszę się tu zarówno do utworów zawartych na "Pyle" jako ogółu (posłuchajcie uważnie jak sekcja brzmi w 'PTSD', czy 'Niedzwiedniku 1', a potem wróćcie do tych wspomnianych wcześniej — jazzujących), ale również do poszczególnych piosenek. 'Boy No Power', 'Rhei', 'Niedźwiednik 2' (ten ze świetną partią Głowackiego, gdy perkusja wychodzi na pierwszy plan) są idealnymi przykładami na to, że nie trzeba ładować niezliczonej ilości partii instrumentów, by zaintrygować i przez cały utwór trzymać słuchacza w garści, skupionego i bezwolnie poddającego zmieniającym się na albumie nastrojom.

Po kilku przesłuchaniach niektórzy mogą odczuć jednak lekkie znużenie. Kompozycje skonstruowane są w podobny do siebie sposób — długie przechodzą z partii spokojnych w cięższe, by w końcówce znów wyczillować. Krótkie są po prostu spokojne, pozwalają na chwilę oddechu, by przejść płynnie do kolejnych. Brak wyraźnej przebojowości może spowodować, że odbiorcy, idący jednocześnie po linii nieco mniejszego oporu, przestaną do tego albumu wracać. Szkoda, że rozpoczynający krążek 'Nam' nie jest połączony dźwiękową klamrą z wieńczącym go 'aste'. Taki zabieg byłby strzałem w dziesiątkę, ale brak… nazwijmy to "Namaste", nie przeszkadza ani trochę w odbiorze muzyki jako całości. Debiut Pyłu to bardzo oryginalna, intrygująca płyta, która jest dowodem, że kapele, które nie bazują na gatunkowej generyczności, nie muszą silić się na masakrującą skomplikowanymi konstrukcjami chaotyczność, czy aranżacyjną megalomanię. Przydaje się natomiast talent. Czekam na kolejne, niech Pył zapyla i niech znów dostarczy muzykę oprawioną w równie intrygującą co muzyka okładkę.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/pył-zespół-700x500.jpg
http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/pył-2019-okładka-500x500.png
Artysta Pył
Tytuł Pył
Wydawca Wydanie własne
Data premiery 1 kwietnia 2019
Czas trwania 00:44:14
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Retro, powroty do przeszłości, muzyczne wehikuły czasu, lata młodości, sentymenty. Niemal każdego artystę, który przekroczy magiczną barierę 30/35 roku życia, ściga przeszłość. Ścigają go wspomnienia, które – w zależności od klasy rzeczonego artysty – spajają się z dobrą muzyką i tekstami, bądź wyjątkowo rozpaczliwymi próbami odwzorowania specyficznego klimatu i atmosfery tych czasów, które przeminęły i nie powrócą. Na szczęście. A dlaczego wspominam o tym przy okazji premiery najnowszego krążka ansamblu Fisz Emade Tworzywo? Czy chcę przez to zasugerować, że oto bracia Waglewscy postanowili zabawić się w muzyczny recykling przeszłości? No, jest w tym trochę prawdy, ale naprawdę tylko trochę.

Do „Radaru” podchodziłem jak do jeża. Wcześniejsze „Drony”, to jedna z ciekawszych propozycji jakie zaoferowała mi polska alternatywa. Normalnym jest, że już w głowie wyświetla się wam ta czerwona kontrolka, która każe sądzić, że jego następca będzie gorszy. Tym bardziej, że przebicie „Dronów” do najprostszych zadań nie należało. Mówimy w końcu o płycie bardzo dojrzałej, gęstej od emocji, ale jednocześnie powściągliwej. Przeładowanej elektroniką, ale jednak dalekiej od przesytu czy przerostu formy nad treścią, która to treść przecież od zawsze stanowiła clue twórczości Fisz Emade.

Jak więc w konfrontacji z wyjątkowo udaną poprzedniczką prezentuje się „Radar”? Na pewno jest inaczej. Nie tak, żebyśmy nie wiedzieli, kto tę muzykę stworzył, ale czuć zmiany. Najistotniejszą z nich jest to, czemu poświęciłem wstęp, czyli wycieczka w zamierzchłe czasy. Lata 80., mówiąc precyzyjniej. Cały album bardzo subtelnie czerpie z tej epoki, co potwierdzają chociażby wyraźnie rockowe (z nutką post-punka) ‘Wolne dni’, czy przepięknie transowa ballada ‘Dwa ognie’. Waglewscy nie zbudowali sobie wehikułu czasu, który zabrał ich jak najdalej od współczesności. Specyficznie dawkowana elektronika z „Dronów” pojawia się chociażby w funkującym ‘Swetrze’, a i zapętlony, brudny beat w połączeniu z auto-tunem stanowią o połowie sukcesu świetnej ‘Melatoniny’. Jednak najbardziej aktualnym i współczesnym wątkiem na „Radarze” są oczywiście teksty. Fisz to bardzo dobry obserwator, który już od czasów debiutanckiego „F3” jest mistrzem fechtowania celnymi spostrzeżeniami i wersami, które wbijają się w czaszkę na dłużej niż tylko dwie minuty. Nie inaczej sprawa ma się z „Radarem”. Poziom tekstów Waglewskiego-wokalisty w zasadzie robią tutaj największą robotę. Ktoś może powiedzieć, że polityka, miłość i społeczeństwo to oklepane tematy. Że jazda po linii najmniejszego oporu. Ale czy to właśnie nie te tematy łączą każdego z nas? Czy to nie jest tak, że jedna z tych trzech składowych nie daje lub nie dała spać każdemu choćby kilka razy? Tym bardziej dobór tematów cieszy, ponieważ Fisz wie, jak pisać, aby chwycić słuchacza za serce. I niezależnie, czy w prześmiewczym tonie mówi o miłym panu z telewizji w ‘Morskich lwach’, o zagubieniu w ‘Jestem w niebie’, a nawet w momencie, kiedy deklaruje, że jego ręka jak skrzydło zasłoni cię (‘Dwa ognie’) – efekt jest ten sam. Czujesz, Słuchaczu, że to także twoje problemy, że borykasz się z nimi, odnotowujesz je, utożsamiasz się z tymi tekstami. I to jest piękne.

Piękny jest cały „Radar”. To świetny krążek skomponowany przez w pełni świadomych muzyków, którzy wiedzą, czego chcą i którzy nie muszą nikomu niczego udowadniać, bo od lat grają we własnej lidze. Nawet gdy w tej pogoni za nowym nieco zwalniają, nawet gdy zdarza im się kogoś zacytować, to zawsze mówią własnym głosem. To się ceni.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/04/fisz-emade-tworzywo-radar-recenzja-500x500.jpg
Artysta Fisz Emade Tworzywo
Tytuł Radar
Wydawca Grand Imperial / Dwa Ognie
Data premiery 8 marca 2019
Czas trwania 52 minuty
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Zaraz po wydaniu „Blur” Artur Rawicz (na kanale serwisu CGM) przeprowadził wywiad z jego autorem — Łukaszem „Małpą” Małkiewiczem. Dziennikarz pytał rapera z Torunia, czy nie obawiał się, że materiał wyszedł bardzo blisko dat premier nowych albumów Sokoła i O.S.T.R.ego. Małpa przyznał, że owszem, ma świadomość siły konkurencji w kontekście sprzedaży i boi się o nią. Jednak by w pełni zrozumieć, co tak naprawdę miał na myśli, należy zagłębić się w liryki na „Blur”, gdyż w przeciwnym wypadku łatwo wyciągnąć tu pochopne wnioski. Otóż w singlowym ‘Nie wiem co będzie jutro’raper przyznał:

„Szukam dziewczyn na krótko / Czuję dumę tylko, kiedy przyglądam się słupkom”.

Czemu od tego zaczynam recenzję „Blur”? A no dlatego, by przybliżyć, co stało się z Małpą przez ostatnie lata, pomiędzy rewelacyjnym „Mówi”, a jego najnowszym wydawnictwem. To ogromnie ważny w odbiorze całości kontekst.

Przypomnę, że debiut torunianina „Kilka numerów o czymś” i drugi jego krążek dzieli aż siedem lat. To bardzo dużo jak na rap-scenę. Dwa ostatnie albumy dzieli już znacznie mniej, bo jedynie trzy lata. Zmiany słychać zarówno w głosie artysty, podejmowanych tematach, jak i muzyce, na którą położone są wersy. W tym samym wywiadzie, o którym wspomniałem na początku, Małpa podzielił się inną, ogromnie ważną informacją na temat powstawania płyty. Otóż tym razem, dzięki miłemu zbiegowi okoliczności, Łukasz stał się posiadaczem pianina. Jak sam wspomniał „naciskał trochę te białe, trochę te czarne i do tego układał słowa”. To nie jest klasyczna metoda na komponowanie rapu, ale właśnie tutaj jest pies pogrzebany – „Blur” nie jest klasyczną płytą rapowa. Wykracza ona poza ramy gatunku, oferując nam podróż w głąb smutków, rozterek i problemów, z którymi musiał mierzyć się Małkiewicz. W ‘Jedyna słuszna droga’ z poprzedniej płyty autor tłumaczył:

„Nie mam nikomu nic do powiedzenia, ziomuś / Po prostu spisuję swoje wspomnienia, by sobie pomóc”.

Teraz pewność skuteczności rzeczonej terapii ustępuje zwątpieniu w jej działanie –

„Moje sumienie to w sumie nie twoja sprawa / Opisuje cierpienie, mam wrażenie, że to mi pomaga” (‘Wszystko o czym śnię’)

A cierpienia jest na tej płycie co niemiara. Tak dużo, że autor powoli się w nim zatraca

„Robię dobrą minę, kiedy błyskają lampy / Mimo tego na zdjęciach wyglądam, jakbym był martwy / Czy nadal będę coś warty? / Gdyby okazało się, że mało we mnie pozostało z Małpy” (‘Wszystko o czym śnię’)

Sporo tu smutnej nawijki o utraconej miłości. Niby to nie nowość – rap powinien być szczery, a nie epatować lansem, o czym wielu młodych twórców chyba zapomina. Niestety jednobarwność opisu uczuć, a także momentami wręcz ciężka do zniesienia rzewność po prostu nudzi. Najgorzej jest, kiedy po raz kolejny słyszymy, jak smutny jest Małpa i gdy zaczyna o tym śpiewać (‘Zanim zaczął się czas’, ‘O krok’, ‘Budzę się’). Dodane gdzieniegdzie kobiece chórki nie ułatwiają przesłuchania tych utworów, bez uczucia emanującej z nich infantylności.

 

W opisach ciemnej strony rap kariery, Łukasz przypomina Pezeta. Sporo tu narzekania na to, że fani nie widzą w swoich idolach ludzi, ale kogoś, kto przyszedł spełniać ich oczekiwania, nie tylko jako performer na scenie, czy autor tekstów, z którymi można się identyfikować. O tym nawija między innymi we ‘Wszystko o czym śnię’:

„Obcy mówią do mnie po imieniu / Jakbyśmy poznali się co najmniej w poprzednim wcieleniu / Najebani plują mi do ucha, wisząc na ramieniu / Ale nikt poza mną nie ma z tym problemu”.

Niestety, podobnie jak Pezet, torunianin ukojenie od obezwładniającej powoli depry, znajduje w giftach płynących ze sławy – alkoholu i narkotykach

„Mam 33 lata i trochę mi smutno / Trochę, bo ostatnio zapijam to wódką [...] / Leczę lęki, tym co jest w zasięgu ręki / Czaisz, barmani leją mi bez kolejki / A szamani oddają perełki i wielkie dzięki” (‘Nie wiem co będzie jutro’).

Także featuringi na początku płyty nie wróżą dobrego rozwoju płyty. Występ Sariusa to raczej forma niż treść (konia z rzędem temu, kto rozumie, co znaczy, że „Nie wiem, co będzie dzisiaj / A jak spytasz co tam słychać / Dla mnie jak: co za różnica / Proza życia, trochę zwyczaj, tytuł, płyta / I to wydać, gra zrobiona / Tak jak dziwka za tytuł magistra”). Ras, mimo że nie nawija tu słabo, to jednak rzuca zwrotką, która nijak nie ma się do poprzednich Małpy. I… i w sumie, to mam z głowy marudzenie, bo cała reszta „Blur” to sztosiwo!

 

Ciężko wartościować, która płyta pod kątem muzycznym jest lepsza – najnowsza, czy poprzednia. „Mówi” jest krążkiem pełną gębą rapowym. Muzyka takich producentów jak Stona, Sherlock, Donatan, The Returners, czy Zetena bujają doskonale, pełne są świetnych bitów, loopów i scratchów, czyli bliższe temu, do czego Łukasz nawijał na debiucie. „Blur”, do którego muzyka w całości wyprodukowana została przez Magierę, wynosi ten element hip-hopu poza jego klasyczną formę. ‘Nie wiem co będzie...’ zaskakuje repetytywnym bitem, a ‘Wszystko o czym śnię’, mogłoby się znaleźć na płycie niejednej, nowoczesnej kapeli postrockowej, gdyby rap zamienić na śpiew (lub zostawić to jako instrumental). Podobnie jest z ‘Pasażerem’, którego bogaty wachlarz dźwięku przypomina nieco utwory Bokki, czy występującego w kawałku Michała Bownika. Słychać, że ten ostatni znalazł wspólny język z Magierą, bo głos wokalisty doskonale wpisuje się w syntezatorowe, down-tempowe brzmienie piosenki wykręcone przez producenta, spuentowane partią smyczków. No i świetnie pociągnięte jest to przez wieńczący „Blur” ‘Lonely (Outro)’. A skoro dotarliśmy znów do featuringów, to nie można nie wspomnieć o fantastycznych, klasycznych pod kątem muzycznym ‘Neofitach’, gdzie swoją zwrotkę dorzucił Miodu. Często używana przez Magierę żywa perkusja, osiągnęłaby równie imponujący poziom groove’u co partie Questlova z The Roots, gdyby tylko częściej akcentowana była wyraźnym uderzeniem w talerz. Również ‘Puste słowa’ brzmią bardziej klasycznie, ten kawałek spowijają jednak gęste dubowe delaye, trąby i klawisz. Down-tempowe rytmy dostarcza też ‘W środku nocy’, przyozdobiony trąbami mogącymi się kojarzyć z ‘Easy’ Son Lux, i któremu blisko do cloudrapowej konwencji. Nie da się doczepić do czegoś w kompozycjach Magiery – miks i mastering powoduje, że wszystkie, głębokie dźwięki syntezatorów, bębnów, pogłosów świetnie korespondują z wyraźnym, czytelnym rapem Małpy i reszty wokalistów, a doskonały sound słychać nawet na nieaudiofilskim sprzęcie, czy średniej klasy słuchawkach. Ponadto, przez wspomniane wychodzenie poza klasyczną koncepcję podkładów do rapu, powinny sprawić przyjemność z ich słuchania nie tylko fanom gatunku.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/małpa-blur-500x500.jpg
Artysta Małpa
Tytuł Blur
Wydawca Proximite
Data premiery 22 lutego 2019
Czas trwania 38 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ

Off Festival zaczął już ogłaszać kolejnych wykonawców, a to niezwykle cieszy, bo co roku ich line up dostarcza masę ciekawej, muzycznej rozkminy. Przed-przedostatni taki rzut okazał się wyjątkowo ciekawy. Oprócz Electric Wizard, Neneh Cherry, Loyle’a Carnera znalazłem i kilka nieznanych wcześniej perełek, pośród których w mojej playliście w opcji repeat wylądowali londyńczycy z Black Midi (sprawdźcie koniecznie ich występ dla KEXP!) oraz rezydujący w Berlinie Lotic. A że opcja repeat wygenerowała więcej odtworzeń tego drugiego (nie tylko z powodu większej ilości utworów na ostatnim wydawnictwie), nie mogłem nie pozwolić sobie na krótką recenzję jego najnowszego albumu „Power”.

J’Kerian Morgan aka Lotic pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, żyje jednak w Berlinie, co ze względu na preferowaną i performowaną przez niego twórczość i podejście do własnej seksualności nie powinno dziwić. Jako że to drugie jest sprawą prywatną (choć mającą odzwierciedlenie w tym pierwszym), nad którą rozpisywać się nie mam zamiaru, przejdźmy szybko do najnowszego albumu artysty - „Power". Otóż wydał go label Tri Angel, który w swoich szeregach posiada choćby The Haxan Cloak, czy Forest Swords, możecie więc spodziewać się już, w jakich rejonach dźwięku obraca się Lotic. Co ciekawe swoje mroczne, przeszyte naćpano-introwertycznym napięciem kompozycje, oparte o bity spadające na nas z niemałym ciężarem, artysta łagodzi zaskakująco nieprzyjemno-przyjemnymi, delikatnymi, poszarpanymi melodiami. Do tego dodaje przyprawiające o gęsią skórkę, szeptane wokalizy, czy partie brzmień smyczkowych, które zapewne pochodzenie mają również „elektroniczne” ('Hunted', 'Resillance', 'Fragility').

Lotic nie boi się jednak nieco bardziej klasycznych wokali. Cóż, „klasycznych” to może niezbyt fortunne określenie, ze względu na soczyste ich przemiksowanie. W 'Heart' dostajemy ciekawie zaśpiewany featuring Moro, a w 'Bulletproof' i 'Nerve' - mamrotano-bełkotliwy quasi rap, który w sumie wkurwiałby przeokrutnie, gdy podłożyć go pod trytytkowe produkcje łaków pokroju Lil Pumpa, ale tu pasuje idealnie. Dlaczego? A no dlatego, że wokalna nonszalancja i queerowość (pyk, jaki neologizm) artysty uwiarygodnia jego działo. Poza tym piosenki w dużej mierze nawiązują do brzmienia Aphex Twina (szczególnie z „Selected Ambient Works vol. 1" i "I Care Because You Do"), zachowując zdrową zasadę inspiracji klasyką idącej ku samodzielnemu uwspółcześnieniu. Nie da się tu po prostu nie wyczuć cech charakterystycznych artysty, który swoją muzyką buduje nastroje, które przynajmniej z grubsza postarałem się wam opisać.

„Power” nie jest płytą łatwą w odbiorze, choć to, co już napisałem, może tego w pełni nie oddawać. Postaram się więc w podsumowaniu. Jeśli w sobotę około 7:00 rano zdarza wam się zaciągnąć zasłony, w napięciu poszukując tytoniu do jointa, który opanuje natłok myśli zmierzających do ślepych uliczek zamiast puent, odnajdziecie w muzyce Lotic dziwne, niepokojące ukojenie. Nie będzie wam również przeszkadzać fakt, iż kompozycje sprawiają wrażenie niedokończonych. Jeśli jednak tego w zwyczaju nie miewacie, to może się okazać, że kontekst tej muzyki, silnie osadzonej w dniach zlanych w jeden, przy waszym zmieniającym tempo tętnie, niestabilności poziomu endorfin i niestabilności emocjonalnej, jest jednak pewną barierą. Mimo to warto spróbować zmierzyć się z „Power".

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/lotic-power-500x500.jpg
Artysta Lotic
Tytuł Power
Wydawca Tri Angle
Data premiery 13 lipca 2018
Czas trwania 35 minut
Tomasz Spiegolski

Tomasz Spiegolski

Redaktor

Więcej tekstów Tomasza:
TUTAJ