Parę słów wyjaśnienia. Wywiad z Michaelem Berdanem z Uniform może i powinien brzmieć na spóźniony, bo leżał z pół roku. Weźcie na to poprawkę, a też nie uważam by to mocno zaburzało odbiór.

*

Trzy zdaje się być liczbą idealnie oddającą najnowszy twój krążek - trzeci longplay na którym po raz pierwszy udzielają się trzy osoby (do zespołu dołączył nowy perkusista - Greg Fox), zmieniliście trochę brzmienie. Odbierasz to trochę jak nowy początek dla Uniform?

Szczerze mówiąc, przyjemnie jest stąpać po nowych terytoriach. Kiedy założyliśmy zespół, wraz z Benem, chcieliśmy utrzymać wszystko w ciasnej, wyizolowanej atmosferze, co było o wiele łatwiejsze mając tylko dwójkę ludzi. Wspieraliśmy się automatami perkusyjnymi oraz syntezatorami. Działało to przez długi czas, ale jest pewna granica którą osiągasz z takim hiper-mechanicznym brzmieniem, nie wchodząc w terytorium takich zespołów jak Godflesh czy Suicide. Po pewnym czasie staje się to mało kreatywne i dodanie perkusisty było dość naturalną koleją rzeczy. Chcieliśmy czegoś nowego, wiedzieliśmy że jesteśmy na to gotowi, mieliśmy już nowe riffy, utwory miały już swoją strukturę. Z każdą płytą chcemy dodać inny element, sięgnąć po coś, co będzie stanowiło dla nas wyzwanie. W przypadku drugiej płyty było to stworzenie dźwięku od początku do końca na komputerze, zaś przy najnowszym krążku chcieliśmy zobaczyć czy możemy istnieć jako żywy, organiczny zespół, zachowując wciąż nasze “elektroniczne” brzmienie. Mamy ogromne szczęście że możemy pracować z Gregiem. Początkowo Greg miał grać tylko z nami podczas trasy i mieliśmy na myśli innego perkusistę - Seana McGuinnessa z Pissed Jeans. Niestety, nie mógł dotrzeć na nagrania z powodu zatrucia pokarmowego, więc poprosiliśmy o pomoc Grega, co w efekcie sprawiło że dołączył do zespołu.

Wspomniałeś hiper-mechaniczne brzmienie, wasz Bandcamp określa waszą muzykę jako dystopijno-cyberpunkową. Co uważasz na temat takiego stwierdzenia, jakobyście byli kapelą cyberpunkową?

Nie jest tak że się nie zgadzam, w sumie to dość celne określenie. Wielokrotnie spotykałem się z taką łatką, bądź innymi podobnymi. Nie przeszkadza mi bycie przypisywanym do konkretnej idei, nie mam problemu z tym że Uniform może być dla kogoś miejscem pomiędzy Fear Factory a Godflesh. Sam, z braku lepszych określeń, uważam swój zespół za kapelę rockową. Owszem, zmieniamy się co album, ale wciąż operujemy wokół tej samej idei - zespołu rockowego.

Chciałbym spytać się o tytuł. Jest on oczywistym odniesieniem do powieści Stephena Kinga - "The Long Walk" (Wielki Marsz, przyp. red.). Książka porusza dystopijną wizję świata. Chciałbym się dowiedzieć jak to współgra z albumem.

Nie było to naszym celem aż do ostatniej chwili, długo po tym jak muzyka została napisana. Pierwotnie album miał się nazywać “Penance” ale inna kapela z którą się kumplujemy nagrała swój album pod dokładnie tym samym tytułem. Przez kilka dni zastanawiałem się nad tematami utworów i jak to odnosiło się do mojego życia, rodziny, ludzi wokół mnie. Na myśl przyszła książka „The Long Walk”. Większość odniesień w naszych piosenkach i tytułach albumów pochodzi z horrorów lub powieści. Książka opowiadają o dzieciach urodzonych w faszystowskim reżimie i co roku są zmuszane do udziału w biegu długodystansowym. Jeśli spadną poniżej 3-4/mil na godzinę, otrzymują ostrzeżenie i po pewnej ilości ostrzeżeń zostają zabici na miejscu. Liderzy narodu ustanowili to wydarzeniem narodowym, podobnym do walk gladiatorów. Dzieci zapisują się, ponieważ zwycięzca dostaje szansę spełnienia swojego życzenia, cokolwiek by to nie było. Uczestnicy biegu pochodzą z przygnębiającego, ekonomicznie ubogiego kraju. Podczas wyścigu zdają sobie sprawę, co oznacza śmiertelność, co poświęcają, stają się coraz bardziej zdesperowani. Pod koniec nikt tak naprawdę nie wygrywa, ponieważ jedyny ocalały popada w obłęd, mając w głowie śmierć pozostałych 99 uczestników.

Uważam tę książkę za bardzo odpowiednią do naszej sytuacji. Żyjemy w niesprawiedliwych sytuacji ekonomicznej, gdzie bogaci mają wszystko, a biedni mają prawie nic. Uczysz się, jak ciężko pracować, aby odnieść sukces, a sukces to mieć rodzinę, dobrą pracę i dużo pieniędzy. I szczerze mówiąc - nigdy nie ma dość pieniędzy, prestiżu. Im więcej staramy się osiągnąć, tym bardziej popadamy w obłęd. Kiedy byłem młody, zdałem sobie sprawę, że nie chcę tego robić, nigdy nie czułem się zobligowany by pracować w przemyśle czy posiadać dom z idealną rodziną. Uważam że książka pokazuje rozpad poprzez konkurencję i nie chcę mieć w tym udziału. Ta książka ubiera również w słowa moje myśli o zorganizowanych religiach. Nie jest to tak dosłowne, jak moje spojrzenie na kapitalizm poprzez pryzmat tej powieści, ale czuję, że byłem w długiej podróży ku mojej idei wiary. Dorastałem w katolickiej rodzinie, byłem ministrantem, et cetera. Szybko zdałem sobie sprawę, że bycie dobrym przez Kościół oznacza życie w strach przed potępieniem. Uciekłem od Kościoła, co przerodziło się w moją niechęć do zorganizowanych religii, szczególnie do Kościoła Katolickiego. Z wiekiem odkryłem, że są różne rodzaje medytacji  które mogą służyć jako sposób na walkę z lękiem. W końcu doszedłem do idei modlitwy będącej niemal mantrą, czymś, co powtarzam w kółko, aby odnaleźć spokój. W pewnym momencie zacząłem patrzeć na te modlitwy i słowa w tych modlitwach, a większość z nich miała związek z życzliwością i akceptacją. Zacząłem powoli zbliżać się do chrześcijaństwa, spędzać czas w kościołach, czytać i słuchać rzeczy. Zacząłem ponownie identyfikować się jako praktykujący katolik. Mimo to wszystkie rzeczy, które mnie niepokoiły w Kościele, są nadal bardzo obecne.

Na sam koniec tematów około płytowych mianowicie, całkowicie szczerze - okładka jest absolutnie fenomenalna. Powiedz nam jak w ogóle wpadliście na taką okładkę?

Nasz menedżer, Fred Pessaro, jest bardzo zaradną osobą. Długo dyskutowaliśmy na temat okładki płyty i nie mogliśmy się na nic zgodzić. Wspomniał o fotografie z Manhattanu, Johnie Conn, osobie bardzo zaangażowanej w kulturę graffiti szczególnie w Nowym Jorku. John zrobił okładki płyt dla Harleya Flannagana, Magrudegrinda. Przejrzeliśmy przez jego portfolio i znaleźliśmy to zdjęcie, które bardzo do mnie przemówiło, przedstawiając ludzką stronę religii. Jeśli chodzi o religie, podstawową ideą jest radykalna życzliwość i współczucie. Kiedy się ożenisz z kapitalizmem i potrzebą konkurowania ze sobą, kończysz popychając ludzi, którzy są najbardziej potrzebujący, “tokenizując ich”. Dla mnie ten dzieciak był kimś, kto szukał duchowości i szukał pomocy, miłości od wyższej mocy, i który został odepchnięty przez rządową strukturę kościoła. Może to być gej, któremu powiedziano, że jest zły, kobieta, która dokonała aborcji i powiedziano jej, że jest mordercą. Rządowa struktura powstrzymuje nas od wzajemnej miłości. To właśnie oznacza dla mnie okładka.

W świecie metalowym/rockowym “coming out” jako chrześcijanin nie wydaje się być najsensowniejszym pomysłem. Jest parę aspektów tego problemu. Po pierwsze - metal chrześcijański jest okropny, po drugie - bycie ateistą, gardzenie chrześcijaństwem, jest postawą powszechnie akceptowalną. Metal promuje również otwartość umysłu niezależnie od poglądów, niemniej jest spory konflikt na linii kościół-muzyka metalowa. Dodatkowo dochodzą obecne problemy z Kościołem, które sprawiają że bycie chrześcijaninem nie jest zbyt przychylnie traktowane. I w tej sytuacji jesteś ty, który przebył długą drogę by odnaleźć swoją wiarę. Jesteś bardzo otwarty z byciem chrześcijaninem, praktykującym katolikiem. Jak myślisz - jak ludzie to odbierają? Boisz się ich reakcji?

Nie obawiam się zarówno reakcji innych ani tego że wpłynie to na przyszłość zespołu. Wiadomo, nie ma nigdy 100 % pewności. Ale całkowicie się z tobą zgadzam. Jesteśmy bardzo dalecy od nagrywania kawałków w stylu “Nasz Bóg jest super”.

To, co muszę robić jako muzyk i ktoś, kto próbuje zgłębić swoje wnętrze poprzez sztukę, to bycie szczerym cały czas. Kiedy tworzyliśmy ten album, ta postawa była dla mnie najważniejsza. Nie mogę się odwrócić od tego kim jestem tylko dlatego że opinia publiczna może mnie odebrać w taki czy inny sposób. Patrzę także na resztę zespołu, Ben jest niepraktykującym Żydem, Greg jest pół-praktykującym Żydem, inni ludzie, z którymi pracujemy, to albo „niereligijni”, albo “ledwo” religijni. Prawdopodobnie jestem najbardziej religijny spośród wszystkich. Częścią tego albumu jest moja chęć połączenia i identyfikowania z religią, drugą zaś wytknięcie i rozliczenie błędów kościoła. Czuję, że kiedy patrzysz na ogólny gniew na religię w metalu i punku lub w społeczeństwie lewicowym, z którym się identyfikuje, będąc demokratycznym socjalistą, te rzeczy nie są znikąd.

Ludzie mają prawo do gniewu wobec religii, ludzki aspekt zarządzania większości religii spowodowała więcej bólu, wojen i represji niż większość zorganizowanych rządów krajowych. To ważna rzecz, o której należy mówić, tym bardziej,że będąc kimś kto praktykuje tę religię, muszę mieć świadomość że chcę połączyć się z czymś “spoza” co równie dobrze może lub może nie istnieć. Wybieram wiarę w Boga, w moc większą niż ja. Nie wiem, czy to prawda. Nie wierzę już w teologiczne niebo lub piekło. Myślę, że cokolwiek czym może być Bóg, jest o wiele większe i bardziej skomplikowane niż mój umysł lub umysł kogokolwiek innego mógłby sobie wyobrazić. Więc nie godzę się na to, czym jest lub nie jest Bóg. Wszystkie te prawdziwe ludzkie dolegliwości pochodzą od ludzi którzy mówią że znają Bożą wolę. Dla mnie wolą Bożą jest kochać bliźniego, starać się być dobrym dla wszystkich, których spotkasz. Jeśli ludzie mnie nie lubią, gdy mówię, że chcę być miły, to dobrze. Jeśli zniechęca ich myśl że jesteśmy zespołem chrześcijański, to niestety w takiej interpretacji Black Sabbath również nim jest. Tak samo Slayer. Mówię o swojej wierze otwarcie i ludzie mogą to interpretować, jak im się podoba. Nie do mnie należy decyzja, jak ludzie powinni lub nie powinni odbierać moją pracę.

Wspomniałeś, że pokazujesz bolączki kościoła, jak na przykład wykorzystywanie dzieci. Dotykasz również tematu bogactwa kościoła. Bardzo celnie punktujesz kościół, co oczywiście jest słuszne, należy to robić, ale czy myślisz, że jesteś w dobrej pozycji, aby o tym mówić? Czy uważasz, że działanie w kierunku wyznawania grzechów kościoła może być również sposobem na wyznanie własnych grzechów? Ujmując to w innej perspektywie - czy ta płyta oprócz mówienia o kościele jest twoją własną spowiedzią?

Jak najbardziej jestem grzesznikiem. To co mnie przyciągnęło z powrotem do Kościoła to właśnie próba walki z moim grzechem, poszukiwanie wsparcia, porady, przewodnictwa. Próbuje znaleźć sposób by żyć lepiej bez bycia przytłoczonym tym “duchowym brudem”. Mimo to wciąż jestem człowiekiem, nikt z nas nie jest biały jak śnieg. Jak wspomniałem wcześniej, jak najbardziej jestem grzesznikiem, nie czuje się w żaden sposób lepszy od innych. Mając to na uwadze, odnalazłem siebie w katolicyzmie ze względu na to że się w nim urodziłem. Nie sprawia to że nie mógłbym się odnaleźć w innej religii, na fundamentalnym poziomie uważam je za bardzo podobne. Różnicą między nimi są problemy z którymi się mierzą - w takim katolicyzmie masz np. celibat który moim zdaniem jest bardzo uciążliwy, może prowadzić ludzi do wielu różnych złych rzeczy. Ludzie powinni mieć normalne relacje seksualne. Wygląda na to, że Kościół w końcu zaczyna zauważać ten problem. Papież zwołuje spotkanie z arcybiskupami, aby porozmawiać o tym po raz pierwszy.

Moje ostatnie pytanie. Czy sądzisz, że tworzenie ponurej, mrocznej muzyki, która również pokazuje ciebie, mnie, wszystkich jako grzeszników i że wszyscy jesteśmy na tym Wielkim Marszu, może być także przesłaniem łaski? Czy wierzysz w możliwość mówieniu o łasce poprzez swoją muzykę?

Jest taki zespół z Chicago, chrześcijański, zwany Trouble. Ich teksty dotyczą Boga, ale także strachu przed diabłem, lęku przed potępieniem. Czuję, że możesz przekazać wiadomość, która jest tematycznie i z natury chrześcijańska, nie będąc jednocześnie tak oczywistą i narzucającą się. Nie jestem fanatykiem, nie chcę próbować nawracać nikogo na moją religię. Ale czuję, że w uniwersalny sposób można mówić o wewnętrznym konflikcie i bólu, i starać się o odkupienie i próbować szukać zrozumienia przez dobroć, a także uznać swój ból i wady. To jest z natury chrześcijańskie. Nie muszę mówić wyraźnie o Bogu w piosenkach i nadal być w stanie przekazać tę wiadomość.

Dzięki za rozmowę!

Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława

TUTAJ

Mono is releasing their new album “Nowhere Now Here” in 25 of January. We had opportunity to talk with Takaakira 'Taka' Goto about changes in the band, creative processes, and future of the band.

*

“Mono” in Japanese, as far as I know, means “thing”, it’s something added to other words, like “tabemono” (food - ed.). Does this come any close to bands name? If no, how did you come up with this name?

MONO means "one". We chose the name to represent as the one thing that surpasses languages, countries, cultures and races, because we believe there is no such thing as borders with music.

You’ve just recently (August, September - ed.) showed us that you’ve finished studio work for the new album. When we can expect new record to come out? And more importantly - what can we expect the new album?

We recorded our new album once again with Steve Albini. We've been friends with Steve for over 15 years now and we've already worked together on many records so it went extremely smooth. Since this was our first time recording with a new member (drummer), there was this fresh feeling like the band was reborn and we feel that we recorded so strongly like no time before. We feel that we got closer to our ideal expressions musically and in terms of sounds as well.

We plan to release the digital singles in September and October, and then release the new album at the beginning of next year.

Your previous 2-3 albums are generally more “dark” than the rest of your music. Do you intend to follow this path?

Last year, due to various troubles, we spent one of the toughest times as a band ever since our formation. We really ended up in the dark and could not see what was ahead anymore. But we told ourselves the phrase "the darkest hour of the night came just before the dawn", and solved one problem at a time with the members. The new album's music portrays these circumstances and feelings.

The only way we can remove our heart's worries and anger, and retrieve our peace is through music.

Your music doesn’t involve vocals, only once we heard Tetsu Fukagawa in “The Hand the Holds the Truth”. Is this one time only thing or do you plan to use vocals in the future?

We've already tried something we've never done before on the new record. Please look forward to it.

[Bassist sung in their first single for the new album - Breathe]

Your songs seem to be very complicated and very well thought. I, and probably many others would like to know how the process of composing, writing those pieces, looks like. From where do you draw inspiration, how this inspiration is then forged into sounds?

Composing is a process of going inside your heart. I go down deep within and start to form my heart into songs by pulling out shining bright soul-like elements from the madness-like darkness. I myself get saved by writing songs. I feel that "it's ok for me to live", "there is a reason for me to keep being who I am" and by expressing these feelings of myself getting saved by my song writings, I feel that I can, in certainty, resonance with all the people in the world.

This might be bit strange question, but I’d like to know what do you think about your music - is it better to experience it live or at home, or both? Question comes from experiencing you live (in Wroclaw, with Alcest and pg.lost, great gig!) and how emotional your performance was. It made me think that experiencing your music live is a whole different thing than from listening it on CD.

We don't think that we have such thing as a border between our albums and live, because we always record our albums live as well. Of course quality matters to us, but we have no interest in creating technical or overly produced albums. We know we don't need such things in the slightest to convey the feelings and thoughts we want to express. But live has visual elements so I think the music ends up feeling even more emotional.

Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ

25 stycznia Mono wydaje nową płytę - “Nowhere Now Here”. Z tej okazji udało nam się porozmawiać z Takaakira 'Taka' Goto na temat zmian w zespole, procesie twórczym stojącym za utworami oraz przyszłością zespołu.

*

"Mono" po japońsku, o ile mi wiadomo, oznacza "rzecz", jest czymś co się dodaje do innych słów, takich jak "tabemono". (jedzenie - przyp.red.) Czy tak możemy rozumieć nazwę zespołu? Jeśli nie, to co ona oznacza?

MONO oznacza "jeden". Wybraliśmy tę nazwę jako coś, co jest ponad językami, krajami, kulturą czy rasą, ponieważ wierzymy, że nie ma czegoś takiego jak granice w muzyce.

Niedawno (około sierpnia, września - przyp. red.) pokazałeś nam, że skończyliście pracę nad nowym albumem. Kiedy możemy się spodziewać nowej płyty? I co ważniejsze - czego możemy oczekiwać od nowego albumu?

Po raz kolejny nagraliśmy nasz nowy album ze Stevem Albini. Jesteśmy przyjaciółmi Steva od ponad 15 lat i już pracowaliśmy razem nad wieloma płytami, więc poszło bardzo gładko. Ponieważ to było nasze pierwsze nagranie z nowym członkiem (perkusistą), towarzyszyło nam uczucie świeżości, jakby zespół się odrodził i czujemy, nasze sesje w studio były intensywne jak nigdy wcześniej. Czujemy, że zbliżyliśmy się do naszego ideału w kontekście muzycznej ekspresji i brzmienia.

Planujemy wydanie singli cyfrowych we wrześniu i październiku, a następnie wydanie nowego albumu na początku przyszłego roku.

Wasze poprzednie 2-3 albumy są generalnie bardziej "mroczne" niż reszta waszej muzyki. Czy zamierzacie podążać tą ścieżką?

W zeszłym roku, ze względu na różne problemy, spędziliśmy jeden z najtrudniejszych czasów jako zespół od czasu naszego debiutu. Znaleźliśmy się w ciemności i nie mogliśmy zobaczyć, co było przed nami. Powiedzieliśmy sobie jednak, że "najciemniejsza godzina nocy zawsze poprzedza świt". Rozwiązaliśmy problem z brakującym członkiem zespołu. Muzyka na nowym albumie przedstawia te okoliczności i uczucia.

Jedynym sposobem, w jaki możemy uwolnić nasze zmartwienia i gniew, i odzyskać spokój, jest muzyka.

Twoja muzyka nie zawiera wokalu, z wyjątkiem "The Hand the Holds the Truth” na którym usłyszeliśmy Tetsu Fukagawę  z envy. Czy to jednorazowa rzecz, czy też zamierzacie używać wokali w przyszłości?

Wypróbowaliśmy już coś, czego nigdy wcześniej nie robiliśmy na nowej płycie. Warto na to czekać. [Basistka zespołu udzieliła się wokalnie na pierwszym singlu - 'Breathe'.; Przyp. Red.]

Wasze utwory wydają się bardzo skomplikowane i bardzo dobrze przemyślane. Ja i prawdopodobnie wielu innych chcielibyśmy dowiedzieć się, jak wygląda proces komponowania, pisania tych utworów. Skąd czerpiecie inspirację, w jaki sposób ta inspiracja jest następnie przekształcana w dźwięki?

Komponowanie to proces wchodzenia do twojego serca. Wchodzę głęboko w głąb siebie i zaczynam odtwarzać swoje serce w utworze, wyciągając lśniące, jasne elementy przypominające duszę z szaleńczej ciemności. Jestem “utrwalany” poprzez pisanie utworów. Czuję, że "jest w porządku, abym mógł żyć", "istnieje powód, dla którego nadal jestem kim jestem" i wyrażając te uczucia, że jestem zbawiony przez moje pisanie, czuję, że mogę z pewnością rezonować ze wszystkimi ludźmi na świecie.

To może być trochę dziwne pytanie, ale chciałbym wiedzieć, co sądzisz o waszej muzyce - czy lepiej jest ją przeżyć na żywo, w domu, czy może oba? Pytanie bierze się z tego, że przeżywasz swoje koncerty (we Wrocławiu, z Alcest i pg.lost, świetny koncert!) i jak emocjonalne są wasze występy. Pomyślałem, że przeżywanie waszej muzyki na żywo jest czymś zupełnie innym niż słuchanie jej na CD.

Nie uważamy, że mamy coś takiego jak granica pomiędzy naszymi albumami i koncertem, ponieważ zawsze nagrywamy nasze płyty również na żywo. Oczywiście jakość jest dla nas ważna, ale nie jesteśmy zainteresowani tworzeniem technicznych lub “przeprodukowanych” albumów. Wiemy, że nie potrzebujemy takich rzeczy w najmniejszym stopniu, aby przekazać uczucia i myśli, które chcemy wyrazić. Ale na żywo są elementy wizualne, więc myślę, że muzyka kończy się byciem jeszcze bardziej emocjonalną.

Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ

Jednym z moich ulubionych momentów jest, kiedy Youtube losowo podrzuca mi jakiś kawałek i w ciągu 10 minut odkrywam swoją nową ulubioną rzecz. Tak było z zespołem Harakiri for the Sky – z totalnego randoma zmieniłem się w ich ogromnego fana. Dziś mam przyjemność opowiedzieć wam o ich najnowszym longplayu – “Arson”.

Harakiri for the Sky jest austriacką kapelą post-black metalową, istniejącą od 2011 roku. Podstawowy skład to Michael „JJ” V. Wahntraum (wokal, teksty) oraz Matthias „MS” Sollak (gitara, bas, perkusja). Nagrali cztery albumy długogrające, ostatni wyszedł w 2016 roku. Przełom i prawdziwą popularność kapeli zapewnił im trzeci krążek, “III: Trauma”. Austriacy poszli za ciosem i relatywnie szybko wydają czwarty album – “Arson”.

Post i black metal zdają się być udanym mariażem od lat, a na jej fali powstało sporo popularnych kapel jak Alcest, Deafheaven, King Apathy czy Ghost Bath. Idealnym podsumowaniem brzmienia jakie znajdziemy pośród takich zespołów jest stwierdzenie Michaela Nelsona – “like a Cocteau Twins/Burzum collaborative split”. Choć można wziąć te zdanie za dowód na monotonność gatunku, to jest wręcz na odwrót. Każda kapela “wykuwa” swój charakterystyczny styl, przez co Harakiri for the Sky nigdy nie zostanie porównane do Deafheaven mimo tego że w teorii grają to samo. Co więc wyróżnia HFTS na tle innych kapel?

Najlepszą odpowiedzią będzie zanurzenie się w ten album, a mogę wam obiecać że jeśli jesteście podatni na atmosferyczną muzykę, “Arson” pochłonie was bez chwili zastanowienia. Pierwszy utwór ‘Fire, Walk With Me’ od samego początku pokazuje nam z czym będziemy mieć do czynienia przez cały album. Dostajemy bardzo szybki, dynamiczny, melodyjny kawałek w którym dominują gitary i wokal JJ-a. Drugie skrzypce gra perkusja, której zespół mógł użyć o wiele bardziej niż na poprzednim nagraniu, bo w końcu udało im się za garami posadzić żywą osobę i to nie byle kogo. Partie perkusyjne nagrał Kerim “Krimh” Lechner znany między innymi z Septicflesh czy Decapitated.

Niesamowicie poprawiła się produkcja i brzmienie zespołu. Urok ich drugiego albumu “Aokigahara” polegał m.in. na surowym brzmieniu, ale ten trik nie będzie działać wiecznie. Przy nagrywaniu trzeciej płyty, zespół wszedł już do profesjonalnego studia – to samo miało miejsce przy “Arson”. Płyta brzmi świetnie, każdy instrument ma swoje miejsce w panoramie dźwięku, a przy tego typu muzyce jest to niezwykle ważne.

Wracając do pierwszego utworu – na przestrzeni całego kawałka mamy zaprezentowaną praktycznie całą ideę grania zespołu. Jeden instrument zaczynający utwór i będące jego “rdzeniem”, głównym motywem, który jest stopniowo uzupełniany przez wokale i resztę instrumentarium tworząc solidny, spójny utwór. Jeśli sięgnięcie po pierwszy singiel ‘You Are The Scars’ zauważycie podobny “algorytm”. Oczywiście każdy utwór wyróżnia się na swój sposób, czy to tempem czy melodią. Jeśli jesteście fanami gatunku to z pewnością zauważyliście że sporo utworów wprowadza niesamowite melodie jednocześnie ich nie rozwijając. Matthias Sollak robi dokładnie odwrotnie – pisze przepiękne linie melodyczne, wiedząc kiedy może pozwolić na ich powtórzenie, kiedy rozwinąć zaprezentowany temat, kiedy zmienić tempo czy też wprowadzić kolejny instrument. Wszystko to powoduje że otrzymujemy materiał który przyciąga nas od pierwszej do ostatniej sekundy, nie dając ani jednego powodu by stwierdzić “meh, nudne”.

Na osobną pochwałę zasługuje wokal JJ.-a. Nie umiem inaczej nazwać jego screamów i growli jak niesamowite. Agonalne, pełne desperacji i gniewu krzyki, które fantastycznie komponują się a tak atmosferyczną i głęboką muzyką. Mam zarzut jedynie co do żeńskiego wokalu w ostatnim utworze ‘Manifesto’, który zupełnie mi nie pasuje do muzyki HFTS. Jak się dowiedziałem z wywiadu, który będziecie mieli przyjemność przeczytać – był to swego rodzaju eksperyment, więc mam nadzieję, że więcej go już nie doświadczymy.

Podsumowując, “Arson” to bogata, piękna, fantastyczna płyta, pełna niesamowitej atmosfery, brzmienia które porywa słuchacza od samego początku. Jeśli cenisz sobie muzykę emocjonalną, depresyjną, pełną agonalnych wokali, atmosfery a jednocześnie wierzysz że taka muzyka niekoniecznie musi być smętna, ta płyta jest dla Ciebie.

PS W limitowanym wydaniu “Arson” oprócz wszystkich dobroci otrzymać można również piękną zapalniczkę – świetny pomysł na korelacje “merchu” z tytułem nagrania, szanuję.

 

Przeczytaj wywiad z Harakiri For The Sky

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/01/harakirki-for-the-sky-arson-500x500.jpg
Artysta Harakiri For The Sky
Tytuł Arson
Wydawca Art of Propaganda
Data premiery 16 lutego 2018
Czas trwania 01:06:36
Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ

Przy okazji premiery „Arson”, czwartego albumu studyjnego Austriaków z Harakiri for the Sky porozmawialiśmy z Matthiasem Sollakiem, kompozytorem i instrumentalistą grupy o procesie twórczym, okładkach i nie tylko.

Wywiad przeprowadzony został w styczniu 2018.

*

Na początek powiedzcie, dlaczego Harakiri for the Sky? O co chodzi z waszą nazwą?

O pochodzenie nazwy powinieneś teoretycznie zapytać naszego wokalistę Michaela, który ją wymyślił, ale pytanie to zadawano nam już tyle razy, że na szczęście ja też znam odpowiedź! Nasz wokalista zawsze próbował określić uczucie kiedy umierasz i wydaje ci się, że spadasz, ale zamiast tego – lecisz. To osobliwa metafora “zabicia się i wznoszenia”.

Miałem okazję posłuchać “Arson” przed naszą rozmową, absolutnie powalająca płyta. Jak waszym zdaniem różni się od waszych poprzednich dokonań?

Dla mnie największą różnicą był przebieg sesji nagraniowej. Wykorzystaliśmy akustyczną perkusję, nie podkręcaliśmy jej brzmienia w studiu, zatrudniliśmy sesyjnego perkusistę – to również było dla nas nowe doświadczenie. Był nim Krimh z Septicflesh i świetnie wywiązał się ze swojego zadania – na płycie słyszysz dokładnie to, co zagrał. Dzięki temu “Arson” brzmi bardziej organicznie.

Gdyby pokusić się o podsumowanie ewolucji waszego stylu, nie sposób nie zauważyć zmian, które nastąpiły przy okazji “III: Trauma” jeśli chodzi o jakość produkcji, porzuciliście szorstki sound na rzecz delikatności. Zamierzacie pozostać przy brzmieniu, które wypracowaliście na “III:Trauma”?

Pierwsze dwie płyty (“Harakiri for the Sky” z 2012 r. i “Aokigahara” z 2014 r., przyp. S.G.) nagrałem domowymi sposobami, zupełnie samodzielnie. Gdy zaczęliśmy pracować w studiu nasza muzyka w naturalny sposób nabrała przejrzystości i zaczęła brzmieć “profesjonalnie”. Do tej jakości aspirujemy.

W swoich tekstach dotykacie dość skomplikowanych i wymagających subtelnego ujęcia tematów takich jak depresja, samotność, pustka egzystencjalna, macie nawet wers, w którym wprost śpiewacie “fuck this life”. Skąd u was taka tematyka?

Nasz wokalista jest moim bliskim przyjacielem od niemalże 10 lat i zapewniam cię, że jego teksty i rzeczy, o których opowiada, nie mają w sobie nic ze stereotypowych, generycznych bzdur, o których śpiewają inne kapele. Te tematy są mu niezwykle bliskie, on przeżył te rzeczy i potrafi ująć swoje doświadczenia w bardzo uczciwy sposób. Rzecz w tym, że swoje osobiste, indywidualne przeżycia opisuje przy pomocy różnych metafor, żeby więcej ludzi mogło się identyfikować z emocjami, które przeżywał. Utwór, o którym wspomniałeś został napisany w kilka tygodni po samobójczej śmierci jego przyjaciela – Michael skanalizował swoje emocje w piosence. Niekiedy nawet ja sam utożsamiam się z jego tekstami – są tak autentyczne i uniwersalne.

Kto jest autorem okładek waszych płyt, w jaki sposób te obrazy łączą się z waszą muzyką?

Pierwsze trzy okładki wykonał Tristan z Austrii, nasz przyjaciel. Na nowym albumie chcieliśmy spróbować nowego podejścia i zatrudnić profesjonalistę, okazała się nim być artystka z Czech. Przedstawiliśmy jej surowy zarys i nasz pomysł na treść okładki, ale sposób wykonania pozostawiliśmy jej własnej intuicji. Kolejną sprawą była oprawa graficzna książeczki – do każdej piosenki wykonała wyjątkowy rysunek, kierując się jedynie muzyką i tekstami utworów. Obserwowanie jak nasza muzyka wpływa na innych ludzi było bardzo ciekawym doświadczeniem.

Gdybyście mieli wybrać jeden zespół, z którym możecie zagrać – kto by to był?

Jeśli zależałoby to od muzyki, którą lubię, to chciałbym zagrać z Katatonią, Daylight Dies lub Woods of Desolation. Zabawne, że na tej trasie będziemy grać z DOOL, to naprawdę dziwne połączenie, niemniej wydaje mi się, że bardzo interesujący będzie koncert na którym dwa bardzo różne od siebie zespoły starają się wykreować podobny nastrój. Podobnie to wygląda jeśli chodzi o trasę z Rome i Draconian. Nie chodzi o to, żeby grać z zespołami, które lubisz, ale tymi, dzięki którym stworzycie na koncercie niezwykłą atmosferę.

Stanisław Gacki

Stanisław Gacki

Redaktor

Więcej tekstów Stanisława:
TUTAJ