Wywiad, po licznych przejściach, został „domknięty” już w czerwcu 2018 r., w związku z perturbacjami związanymi z tworzeniem strony publikujemy go dopiero teraz – niech Czytelnik ma na względzie, że część informacji mogła się zdezaktualizować.

*

Od premiery „Tremendum et Fascinatio” minęło ponad 5 lat – długo kazaliście czekać słuchaczom na wasz kolejny materiał i gdy ten w końcu się okazał, była to „jedynie” EP-ka, a nie pełnowymiarowy album. Skąd taka długa przerwa i czy „Herzogian Darkness” zwiastuje nadchodzący w niedalekiej przyszłości album?

Silencer: Złożyło się na to kilka czynników - od zmian w składzie, przez zaangażowanie każdego z nas w inne projekty muzyczne, po fakt, że 3 ostatnie lata spędziłem za granicą. Prace nad następcą „Tremendum” trwają i mamy nadzieję wejść do studia jeszcze przed końcem 2018 r. Pomijając kwestie muzyczne, chcieliśmy wypuścić wpierw EP-kę po części też po to, by o sobie przypomnieć i skrócić i tak już bardzo długą przerwę między wydawnictwami.

Podczas „milczenia” Medico Peste byliście jednak zaangażowani w inne projekty – nie jest tajemnicą, że część z was tworzy koncertowy skład Mgły, po drodze pojawiło się też Owls, Woods, Graves, dosyć szczególne przedsięwzięcie jak Project O, do którego chciałbym jeszcze później wrócić, a pod koniec zeszłego roku, już po wydaniu „Herzogian Darkness”, ukazał się debiutancki album solowego projektu The Fall – Over the Voids... Zastanawiam się, jaka zależność jest między tymi projektami a ciszą w obozie MP – czy działalność przy tych projektach była dla was formą muzycznej odskoczni od macierzystego zespołu, w ramach którego nie byliście w stanie realizować wszystkich swoich artystycznych pomysłów, czy może trochę na odwrót – pochłonęło was to na tyle, że dla MP mieliście mniej czasu?

The Fall : Na pewno jest trochę tak, że przez zastój w Medico ruszyliśmy z innymi pomysłami, i te które wymieniłeś to nawet nie są wszystkie, w które się zaangażowaliśmy. Te projekty zrodziły się z czasowej próżni i nie były odskocznią, bo to po prostu coś innego. Jeśli chodzi o mnie to wynikało to z nagromadzenia jakichś riffów i pomysłów, które niekoniecznie pasowały do MP. Nie jesteśmy natomiast przeładowani projektami tak, żeby to kolidowało z MP, czas znajdzie się na kilka projektów, jeśli oczywiście masz motywacje i chce ci się grać.

Mówisz o pomysłach „niepasujących” do Medico, ale czy jako muzyk jesteś w stanie zupełnie oddzielić te wpływy, to co robisz w jednym projekcie od innych? Nie jest tak, że gdzieś drogą osmozy to wszystko sobą przesiąka?

The Fall: Poza tym, że Ty jako osoba grasz w jakimś zespole, to zespół sam w sobie jest jakimś zjawiskiem. Jeśli muzyk dochodzi do zespołu, to oczywiście wnosi tam trochę siebie, ale sam zespół, jeśli już jest czymś uformowanym, jakimś duchem, także wpływa na muzyka, sugeruje mu co ma zagrać, w którą stronę pójść pomysłami. Oczywiście jako muzyk masz swój styl, i tak jak mówisz – zachodzi tutaj osmoza, ale w pewnym momencie musisz popatrzeć na swoje pomysły z oddali i wtedy być można zauważyć, że ten dziwny amebiczny twór w pewnych miejscach można przeciąć i uzyskać z niego kilka bardziej jednolitych i konsekwentnych w byciu sobą istot.

Na „patrona” waszego najnowszego mini-albumu wybraliście Wernera Herzoga, wybitnego reżysera o bardzo specyficznym, silnie zarysowanym stylu, ujawniającym się niezależnie od tego, czy robi horror, kino quasi-historyczne czy dokument przyrodniczy. Nie chcę pytać, dlaczego akurat Herzog, ponieważ wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie dostarcza sama muzyka – ciekaw jestem jednak, jakie są wasze zapatrywania na wzajemne oddziaływanie sztuk wizualnych i muzyki. „Herzogian Darkness” to bowiem nie tylko płyta, ale też pieczołowicie skonstruowany koncept: wyjątkowa oprawa graficzna i niemal godzina wizualizacji stworzonych przez BFV/ Inside Flesh, które wyświetlacie w trakcie koncertów.

The Fall: Jest to trudne pytanie. Muzyka w moim wypadku zawsze rodzi w głowie jakieś obrazy, więc teoretycznie nie potrzebuje dodatkowej ilustracji. To tworzenie obrazu w głowie jest czymś co jest bardzo głębokie, dotyka pewnego sedna. Wszystkie pomoce wizualne – grafiki, teledyski, image muzyków – to coś co moim zdaniem nie powinno zastąpić tego obrazu, ale być dodatkowymi wskazówkami do niego, mają cie nakierować na to, co mieliśmy na myśli. Ja podchodzę do tego w dziwny sposób, nie przepadam za teledyskami, podobają mi się bardzo rzadko i prawie nigdy nie oglądam ich do końca, bardziej wolę wizuale na koncertach, które są jakby rodzajem hintu dla twojej wyobraźni, angażują trochę uwagi, ale nie za dużo. Parę razy byłem na gigach – Current 93, Ulver, GY!BE – gdzie wizualizacje mocno mną wstrząsnęły i pamiętam je do dziś.

Jak w ogóle nawiązaliście współpracę/ trafiliście na BFV/IF? Wbrew pozorom wizualizacje, które dla was zrobili nie są aż tak poryte, jeśli zestawi się je z pozostałą ich twórczością.

The Fall: Niestety nie ma tutaj żadnej wiejącej grozą anegdoty – łącznikiem byli po prostu wspólni znajomi. Jakiś czas temu znalazłem w necie zdjęcie BFV/IF, bardzo proste – przedstawiające nagą postać leżącą w dziwnym, kościelnie wyglądającym budynku i uznałem, że fajnie pasowałoby to do naszej muzyki. Ważne też, że okropnie byliśmy znudzeni współczesną estetyką bm, gdzie każdy na okładce ma okultystyczną rycinę, która jest tak naprawdę zestawem losowych, niewiele znaczących symboli, które można by generować automatycznie.

Zarówno na krakowskim FOAD Fest na którym wystąpiliście na początku grudnia 2017 r. jak i na czterech jesiennych koncertach za naszą wschodnią granicą (Wilno, Mińsk, St Petersburg i Moskwa) można było zaobserwować, że porzuciliście towarzyszący wam wcześniej sceniczny anturaż – „trupie” szaty i habit zastąpiły czarne bluzy, zniknął corpse paint i wisielcze sznury, na koncertach na Wschodzie (w przeciwieństwie do gigu w Krakowie) Silencer zrezygnował nawet z zakrywania twarzy. Skąd ta decyzja? Czy współczesny black metal dojrzał na tyle, że podobne zabiegi odnoszą waszym zdaniem efekt przeciwny do zamierzonego?

S: Nie wiem czy słowo 'dojrzał' jest tym, które użyłbym do opisania tego, w co wyewoluował black metal, ale na pewno zaszły duże zmiany w sferze zarówno wizualnej jak i światopoglądowej. Na ostatnich koncertach promowaliśmy nie tylko Herzogian Darkness, ale też wspomniane wcześniej wizualizacje. Uznaliśmy, że przyjęcie minimalistycznego image'u będzie adekwatne do inspirowanej post-punkiem płyty i odciągnie uwagę widzów od muzyków, skupiając go na tym, co istotne, czyli wizualnej narracji. Na ile trwały będzie ten zabieg to się jeszcze okaże.

W co w takim razie Twoim zdaniem wyewoluował black metal?

S: Miałem tu na myśli zmianę w panującej modzie. W 2010 roku gdy zacząłem na koncertach MP zakładać habit i czarną szmatę na twarz, celem nadrzędnym była izolacja, która pomagała mi się ‘wyłączyć’ i skupić na muzyce. Na rodzimym poletku dominował wtedy jeszcze ‘klasyczny’ trupi image. Obecnie ‘domyślnym’ imagem staje się zestaw kaptur+szmata. Jest to ewolucja, w niektórych przypadkach wynikająca ze skupienia zespołów na muzyce i mniejszego znaczenia image’u w przekazie. Nazwanie tych zmian dojrzewaniem mogłoby sugerować wyższość nowego nad starym, a dla mnie to tylko osobista preferencja.

TF: Ciężko mi bardzo objąć słowem i opisać black metal A.D. 2018, bo bardzo trudno jest takim analitycznym okiem patrzeć na teraźniejszość. Myślę, ze to co jest teraz będziemy mogli sprawnie i chłodnym okiem opisać dopiero za jakieś 5-10 lat, kiedy stanie się to już historią.

Można jeszcze tę sztukę uprawiać „ideowo”?

The Fall: Dobre pytanie. Chyba tak, bo jakaś idea nas wiąże. Większość ludzi słuchających BM jest podobna i dość podobnie kieruje swoim życiem. Pytanie brzmi czy można tę ideę traktować radykalnie, czy można zabić człowieka, spalić kościół, pójść do więzienia, odrzucić doczesne dobra, dziewczynę, pracę, rodzinę i pierdolnąć wszystkim w imię black metalu. Na pewno można, ale w tym momencie będzie to raczej absolutny margines dotyczący kilku odludków i samobójców, którzy swój elityzm subkulturowy potraktowali zbyt poważnie, i nikt nie będzie na nich patrzył z takim romantyzmem, z jakim patrzy się na Deada czy Jona z Dissection.

Jak już jesteśmy przy „dojrzewaniu” black metalu – w ostatnich latach, oprócz rosnącej popularności tej muzyki, wykraczającej już poza podziemie (występy Mgły, Furii czy hehe Batushki na OFFie, docenianie płyt blackowych w prasie muzycznej niezwiązanej ze środowiskiem), dało się też zauważyć zainteresowanie tą stylistyką ze strony twórców kultury instytucjonalnej – najgłośniejszym przykładem takiej współpracy jest chyba udział Furii w święcącej sukcesy inscenizacji „Wesela” Wyspiańskiego w reżyserii Jana Klaty, wy sami natomiast braliście udział w Project O – jednorazowym występie przy okazji wydarzenia „Pamiętaj z Nami”, którego zapis ukazał się potem jako EP-ka „Kir” Odrazy. Waszym zdaniem tego typu współpraca to sprawy epizodyczne, czy może będziemy mogli mówić za jakiś czas nawet o pewnej tendencji?

The Fall: W Norwegii takie rzeczy to oczywiście norma. Duże festy, wernisaże, eventy ocierające się o black metal są tam traktowane jako część ich dorobku kulturowego, coś z czego są w jakiś sposób dumni i zdają sobie sprawę, ze jest to ważna część eksportu kulturowego. Instytucje dopłacają do takiej muzyki i też na pewno czerpią z niej profity. W Polsce black metal to po prostu black metal, jeden z gatunków muzycznych, a nie żadna integralna część naszej kultury. Może się natomiast z naszą kulturą przecinać, mieć jakieś punkty wspólne.

Furia jest zespołem bardzo polskim w swoim wyrazie. Czasem myślę, ze to zespół blackmetalowy o największym współczynniku polskości jaki znam. Słuchasz i w głowie masz nocny pejzaż jak malowany pędzlem Chełmońskiego, tekst dzwoni jakimś pijanym Leśmianem, do tego jeszcze pył węgielny prawie wyczuwalny w riffach . Do Wesela pasują jak ulał. Szczęśliwie udało mi się zobaczyć przed zdjęciem z afisza. Co do Projektu O, to tam ekstremalność muzyki – jej ciężar i depresja przecięły się właśnie z tematyką obozową. Ciężka muzyka stanowiła adekwatne tło do zilustrowania bardzo przykrych i tragicznych wydarzeń. Ale powracając do Twojego pytania – to tylko epizody, i choć te epizody mogą się jeszcze kiedyś pojawiać, to black metal nie jest jednak równoległy z kulturą Polską i nie ma szans na stopienie tych dwóch ze sobą, a szczególnie stopienie na płaszczyźnie instytucjonalnej.

W zainteresowaniu mainstreamu black metalem, wykraczającym już poza „sensacyjne” podejście do ekstremalnej muzyki, widzicie dla tej sceny szanse czy raczej zagrożenia? Czy może w ogóle nie postrzegacie tego w ten sposób?

Wydaje mi się, ze przełom w tej kwestii nastąpi jak wyjdzie „Lord Of Chaos”. Analogowa, brudna i surowa muzyka zostanie przedstawiona w wysokobudżetowym, wycyzelowanym holywoodzkim filmie. Mi black metal ciągle kojarzy się z piwnicznym zapachem grzyba w salce, gitarą za 300zł i jednak jakimś poczuciem zła czy zagrożenia. Sam byłem trochę przerażony jak pierwszy raz byliśmy z Silencerem na festiwalu Inferno w Norwegii, gdzie odpustowość przekroczyła wszystkie moje normy – warsztaty z muzykami, mercz w każdej wyobrażalnej postaci, rejs statkiem, na który się spóźniliśmy bo piłem rano piwko, wielka klimatyzowana sala na koncerty, oraz Dimmu Borgir, którzy wyglądało jak postacie z gry video. Nie wywołuje to we mnie jakiegoś uczucia buntu czy niesmaku. Po prostu jest to dziwne. Z jednej strony może chciałbym żeby to wyglądało inaczej, z drugiej strony każdy z nas jest też beneficjentem tego zjawiska – przecież gdyby nie fakt popularności black metalu, to na ten festiwal w ogóle byśmy nie pojechali.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej od Piotra:
TUTAJ

Tekst ukazał się oryginalnie pod koniec 2017 roku na naszym Facebooku. Postanowiliśmy go odkopać na potrzeby tej strony, bo temat wciąż pozostaje aktualny.

*

Już w najbliższą sobotę, 9 grudnia, z desek sceny warszawskiego klubu Progresja w ramach trasy Dio Returns wybrzmią największe hity Ronnie’go Jamesa Dio – legendarnego wokalisty i jednego z najbardziej rozpoznawalnych głosów w historii heavy metalu, który oprócz rozkręcenia udanej kariery solowej, dołożył także swoją cegiełkę do dziedzictwa Black Sabbath czy Rainbow. To, że muzyk nie żyje od ponad siedmiu lat, nie jest dla przedsięwzięcia żadną przeszkodą.

Na scenie pojawi się bowiem jako stworzony przez firmę Eyelussion hologram, przygrywać mu zaś będą dawni koledzy z zespołu, którzy wybrali sobie nazwę Dio’s Disciples. Swój debiut w drugim życiu Dio zaliczył na zeszłorocznej edycji festiwalu Wacken Open Air, teraz zaś najwyraźniej przyszła pora na trasę po całym świecie. I choć wszystko odbywa się z błogosławieństwem Wendy Dio, wdowy po muzyku, kontrowersje nie cichną. Pojawiają się oskarżenia o „nekrofilię”, żerowanie na dorobku zmarłych, a także pytania o to, czym właściwie jest doświadczenie koncertowe. Na ile są one zasadne?

Oczywiście, czymś naturalnym wydaje się podejście z rezerwą – instynktownie czujemy, że coś jest bardzo nie tak, jeśli wybieramy się na koncert, płacimy za bilety niemałe pieniądze, a gwiazda wieczoru to tylko iluzja optyczna i głos puszczony z taśmy. Zmieńmy jednak na chwilę perspektywę i zastanówmy się nad postępem technologicznym w rejestrowaniu utworów.

„Pierdolone SKUR-WY-SY-NY, jak można tak bezczelnie wykorzystywać dla pieniędzy dorobek zmarłej legendy!!!” – nie powiedział nikt nigdy na widok plakatu reklamującego Dni Chopina w lokalnej filharmonii. I jasne, absolutnie nie chcę porównywać tutaj twórczości Fryderyka Chopina z Dio na płaszczyźnie muzycznej. Jedyne porównanie, jakie jest zasadne, to porównanie dwóch istotnych dla kultury twórców – to, że jeden z nich napisał „Etiudę rewolucyjną” i odkrył na nowo nokturn dla muzyki poważnej, a drugi wył do wtóru przesterowanych gitar pieśni o tęczach i smokach nie ma żadnego znaczenia. Zresztą Chopin jest tu tylko metaforą i możecie w to miejsce wstawić nazwisko jakiegokolwiek kompozytora, który tworzył w czasach, w których rejestracja wykonań była niemożliwa. Kiedyś jedynym możliwym sposobem utrwalenia muzyki – pomijając tradycję ustną i funkcjonowanie pewnych utworów w pamięci zbiorowej danych społeczności – był zapis nutowy. A więc nawet nie dźwięk, tylko sam „przepis” na utwór, pozbawiony czynnika wykonawcy.

Wraz z postępem technologicznym i pojawieniem się nagrań audio utwór, który nie funkcjonował już tylko abstrakcyjny zapis, ale nabierał zniuansowanego charakteru naznaczonego piętnem indywidualnego wykonawcy mógł zostać utrwalony w tej właśnie konkretnej wersji. Kolejnym krokiem było wideo – dzięki niemu możemy już nie tylko słuchać wykonawcy i jego interpretacji, ale także obserwować artystę przy pracy, śledzić jego zachowania sceniczne i to, w jaki sposób przeżywa emocje towarzyszące wykonaniu. Wszystko to zbliża odbiorcę coraz bardziej do możliwości powtórnego przeżycia „stanu idealnego” – koncertu na żywo. Czy zatem naturalnym krokiem w przyszłość nie są właśnie takie zabiegi, którym został poddany Dio? W jaki sposób taki koncert jest gorszy od na przykład DVD koncertowego? Czy wyrazem podobnego sentymentu nie są koncerty dinozaurów kultury masowej, grających swoje płyty sprzed -dziesięciu lat?

Dio nie jest zresztą pierwszym wskrzeszonym przez hologram artystą – 5 lat temu świat zelektryzował występ Snoop Dogga, w trakcie którego na scenie na kilka chwil „pojawił się” Tupac Shakur. Jeszcze bardziej progresywne podejście można zaobserwować u Japończyków – w 2007 roku firma Crypton Future Media wydała syntezator śpiewu, którego twarzą została Hatsune Miku (imię to można przetłumaczyć jako „pierwszy dźwięk/ brzmienie z przyszłości”). Miku ma 158 cm wzrostu, długie, turkusowe kucyki, które podkreślają kolor jej oczu, a także od 10 lat pozostaje 16-latką – bo tak naprawdę nie istnieje. Nie przeszkadza jej to jednak w graniu wyprzedanych tras koncertowych, a w swoim dorobku ma ponad 100 tysięcy utworów. Na koncertach od 2010 roku występuje właśnie jako hologram – wcześniej pojawiała się na telebimach. Przypadek Hatsune Miku jest ciekawy również z innego względu – repertuar koncertów składa się z utworów napisanych przez fanów przy użyciu wspomnianego oprogramowania, w bardzo interesujący sposób zacierają się granice między twórcą a odbiorcą – to chyba jednak temat na oddzielny tekst.

Lars Ulrich z Metalliki w jednym z wywiadów entuzjastycznie wypowiedział się na temat takich koncertów przyszłości, rozważając czy Metallica kiedyś, za jakiś czas, nie zmieni się właśnie w zespół złożony całkowicie z hologramów – dzięki temu kolejne fani z kolejnych pokoleń mogliby przeżywać na żywo koncerty swoich ulubionych wykonawców i to w szczytowej formie. I nie musieliby się martwić tym, czy Lars równo zagra. Wodze fantazji można popuścić zresztą jeszcze mocniej – skoro teraz mamy hologramy, to co będzie za parę lat? Android Eminema, który nie tylko będzie „wyglądał”, ale też biegał po scenie i zbijał piątki z fanami z pierwszych rzędów? Lemmy w wersji z lat 80′, niezmordowany i wlewający w biomechaniczne bebechy kolejne litry łychy? David Bowie w trakcie koncertu zmieniający się jak kameleon, raz starzejąc się, raz młodniejąc, w trakcie prezentowania setu z przekrojowym dorobkiem? A może VR-owy koncert młodej Madonny, którą dzięki płatnym DLC możemy przebierać w różne fancy ciuchy? Interesującym zagadnieniem jest też nie tylko kolejny poziom odtwarzania na żywo tego, co już zostało kiedyś zarejestrowane, ale wykorzystywanie tych narzędzi do tworzenia rzeczy nowych – fikcyjny zespół Gorillaz odtwarza w teledyskach muzykę napisaną przez człowieka, podobnie wspomniana wcześniej Hatsune Miku (pomijam już zupełnie sety DJskie i gros muzyki elektronicznej). A co jeśli kiedyś połączymy nowoczesne techniki audio-wizualne ze sztuczną inteligencją? Nauczymy już-nie-tak-wirtualnych muzyków nie tylko odtwarzać, ale też reagować, improwizować?

Fajne? A może trochę straszne? Wydaje mi się, że przede wszystkim jednak nowe i nieznane (choć niektórzy mogli by stwierdzić, że w swoim działaniu na kulturę wręcz reakcyjne). Oczywiście, część a może i nawet wszystkie powyższe przypuszczenia, jedynie przypuszczeniami pozostaną. Wracając zaś do clue sprawy – Lars we wspomnianym wywiadzie zauważa, że koncert to nie tylko muzyka, ale także pewne doświadczenie i emocje dzielone zbiorowo, wymiana energii i zacieranie granic między wykonawcą i odbiorcą. O ile ja sam odbieram muzykę, nawet na koncertach, dosyć introwertycznie i przeżywanie jej jest dla mnie bardzo intymnym, osobistym doświadczeniem, tak trudno mi pewnej racji perkusiście Mety nie przyznać. Ale póki co, wychodzę zaraz na koncert przeżywać jak grają Ketha, So Slow i Merkabah. Na żywo-żywo.

 

Artykuły, które pomogły mi w opracowaniu tego tekstu:

https://www.wmagazine.com/story/hatsune-miku-crypton-future

http://loudwire.com/lars-ulrich-metallica-hologram-fine-with-me/

a także dyskusja w grupie Trzy Szóstki

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej od Piotra:
TUTAJ

Them Pulp Criminals to duet tworzony przez Tymoteusza Jędrzejczyka i Igora Herzyka. Pierwszy z gentlemanów znany jest chociażby z Ragehammer a w TPC odpowiada za teksty i wokal. Drugi natomiast związany był z rozmaitymi, ciekawymi krakowskimi bandami i projektami zupełnie różnymi od thrashu czy blacku, ponadto samodzielnie zarejestrował, wyprodukował i wypuścił w świat trzy albumy solowe – w TPC odpowiada, jak nietrudno się domyślić, za całość warstwy muzycznej. Już teraz muszę ostrzec, Panie i Panowie, o tych dwóch wkrótce może zrobić się głośno.

W jakiej stylistyce może być zatem projekt black/ thrashowego wokalisty i muzyka parającego się indie/ alternatywą, w dodatku wydawany przez Malignant Voices? Jak się okazuje, do czynienia mamy z mrocznym, nawiedzonym country/ folkiem z elementami rockabilly i surfu, smaczku zaś dodaje lucyferiańska stylizacja a la King Dude (którego zresztą niedawno supportowali na koncercie w Krakowie). I tutaj na chwilę pozwolę sobie zboczyć z tematu.

Rzeczą, która nieodmiennie mnie zastanawia, zwłaszcza przy okazji obserwowania rosnącej popularności stonera w Polsce, jest pewna fascynacja amerykańskością. Jak to jest, że muzyka wyrosła z kalifornijskich pustyń, pełna przestrzeni i przesiąknięta zapachem zielska, zdobyła w nadwiślańskim kraju taką popularność? Naszą biedną, zarastającą Pustynię Błędowską, można przerzucić kamieniem, palmę mamy jedną, w stolicy, w dodatku sztuczną, a o autostradach lepiej w ogóle nie wspominać. A jednak, stonerowych kapel powstaje coraz więcej, coraz więcej ludzi uczęszcza na coraz liczniej funkcjonujące festiwale stonerowe. I chociaż nie brakuje wtórności i sztuczności, to są też zespoły, którym w kraju bigosu, dziurawych międzymiastówek i Golfa „trójki” w gazie udaje się pichcić dźwięki na miarę kraju Harleya, pustyni i Route 66.

Piszę o tym, choć „Lucifer is Love” ze stonerem absolutnie nic wspólnego nie ma, ponieważ właśnie na tym zachłyśnięciu się amerykańskością, na tej niemal bezczelnej stylizacji, opiera się debiut Them Pulp Criminals. Stylizacji bardziej amerykańskiej niż cheesburger z frytkami, Ford Mustang i kowbojski kapelusz razem wzięte. Szczęśliwie, jest to stylizacja bardzo umiejętnie przeprowadzona.

Trwający około pół godziny krążek to siedem autorskich kompozycji oraz cover Siouxsie and The Banshees. Utwory są dość krótkie, a każdy jeden jest chwytliwy jak cholera i sprawia, że stopa sama zaczyna wystukiwać rytm. Paleta zróżnicowanych piosenek buja nas raz w rytmie powolnego country, raz pędzącego, podszytego niepokojem rockabilly, a klimatyczny storytelling zabiera nas w krainę niesamowitych opowieści, gęstego papierosowego dymu, alkoholu, bezdroży i Diabła – miłośnicy Ghoultown czy „Murder Ballads” Nicka Cave’a będą zachwyceni. Folklor w wydaniu Them Pulp Criminals jest jednak odpowiednio uwspółcześniony, straceńcy nie mkną przed siebie na narowistym rumaku, a w lśniącym kabriolecie, upiory nawiedzają zaś nie leśne trakty, a zionące pustką i śmiercią autostrady.

Do opowiadania takich mrożących krew w żyłach historii trzeba mieć nie tylko pomyślunek, ale i głos – i jak najbardziej Tymoteusz Jędrzejczyk taki głos posiada, przez większość czasu dostarczając słuchaczowi doznań niezwykle przyjemnych, a językiem angielskim posługując się bez zarzutu. Jedynie „The 130” i „Last of the Gang to die” miejscami brzmią nieco sztucznie, jednak rekompensuje to w 100% przepięknie wychrypiane, zamykające płytę „Sacred Ground”. Zagrane „Lucifer is Love” jest równie dobrze, co zaśpiewane – Herzyk doskonale sprawdził się zarówno jako kompozytor jak i aranżer. Świetną robotę robi też gościnny występ Łukasza Pietrzaka na harmonijce w tytułowej piosence.

Jeśli chodzi o brzmienie i produkcję krążka – jestem pod naprawdę niemałym wrażeniem. Jak deklaruje duet na swoim bandcampie, proces zarówno nagrywania jak i produkcji albumu odbywał się w domu . Nie słychać tej budżetowości w ogóle – owszem, jest surowo, ale o to właśnie w outlaw country chodzi.

Jedna rzecz mnie tylko frapuje jeśli chodzi o ten niezwykle obiecujący debiut. Jak już wspomniałem, słowem-kluczem jest „stylizacja”. Cały czas w trakcie odsłuchu płyty towarzyszyło mi uczucie nie tyle sztuczności w plastikowym sensie, co pewnej umowności: trochę jak w trakcie seansu filmowego (tak przy okazji, to muzyka TPC świetnie wkomponowałaby się moim zdaniem w soundtrack jakiegoś obrazu Tarantino). Nie mogę jednak powiedzieć, że seans ten nie dostarczył mi przeogromnej przyjemności i rozrywki.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/01/them-pulp-criminals-lucifer-is-love-500x500.jpg
Artysta Them Pulp Criminals
Tytuł Lucifer Is Love
Wydawca Malignant Voices
Data premiery 12 sierpnia 2016
Czas trwania 00:28:35
Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Zbigniewa „Inferno” Promińskiego, jednego z najbardziej cenionych polskich perkusistów, nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Przyczynkiem i głównym tematem naszej rozmowy była niedawno wydana płyta Azarath – „In Extremis”, ale zahaczyliśmy też o malarstwo ze snów i koncerty.

Wywiad został przeprowadzony w kwietniu 2017.

*

Chciałbym zacząć od najbardziej oczywistego pytania. Na „In Extremis” musieliśmy czekać aż sześć lat. Biorąc pod uwagę stronę organizacyjną, wszystkie wasze zobowiązania poza Azarath i inne komplikacje, również zdrowotne – jest to raczej zrozumiałe od strony, ujmijmy to, organizacyjnej. Co jednak musiało się wydarzyć, oprócz przezwyciężenia tych trudności, aby ta płyta powstała?

Zbigniew Promiński: Ta płyta jest, tak jak i poprzednie, odzwierciedleniem tego, co nam w duszach gra. Nas nic tak naprawdę nie goni i nie spieszy, nie ma żadnej presji. Nagrywamy wtedy, kiedy uznamy, że to jest właśnie ten moment. Nie musimy się takimi rzeczami przejmować, a i tak uważam, że ten odstęp czasowy nie jest aż tak wielki, w międzyczasie zagrałem mnóstwo tras, udało się nagrać nowy album Witchmaster, udało się pochorować i wyzdrowieć.

Czyli przyczynkiem do powstania tej płyty były jakieś wasze konkretne przeżycia i chęć wyrażenia artystycznie powstałych przy nich emocji?

Zawsze się tak dzieje i te dźwięki, które snują się gdzieś tam po głowie wychodzą na zewnątrz i mamy to, co mamy.

Deklarowaliście, że „In Extremis” to w pewien sposób powrót do korzeni. Zmieniliście nieco kierunek muzyczny, w którym podążaliście na „Blasphemer’s Maledictions”. W moim odczuciu te dwie płyty nie są aż tak diametralnie różne od siebie, nie ma znaczącej wolty stylistycznej, cały czas brzmicie jak Azarath. Czym w twoim odczuciu ten powrót do korzeni się wyraża i czy się udał?

Przede wszystkim muzyka musi się nam podobać, to jest najważniejsze i nie sugerujemy się niczym, czy jest to jakiś powrót do korzeni, czy nie.. Ciężko mi też porównywać te dwa albumy. Był to zupełnie inny okres w życiu, zupełnie inne emocje, a to one mają największy wpływ na te sprawy.

A kiedy dokładnie powstawało „In Extremis”?

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Nie była to praca ciągła, pracowaliśmy tzw. blokami czasowymi. Tak samo sesja była rozłożona w czasie, jeśli się nie mylę, od marca do listopada 2016 roku.

Pracowaliście nad płytą spotykając się i ogrywając materiał na próbach czy korespondencyjnie?

Różnie, ten pierwszy etap jest najbardziej korespondencyjny, kiedy powstają pierwsze zalążki utworów. Gdy powstaną trzy-cztery pierwsze jasno nakreślone numery, wtedy spotykamy się i pracujemy dalej nad resztą – mam tu na myśli gitary i bębny, bo teksty tak naprawdę powstają, kiedy konstrukcje utworów są już całkowicie zamknięte.

Na tym albumie wzięliście na warsztat tematykę samej śmierci – z jednej strony umiarkowanie kreatywnie, gracie było – nie było, death metal, z drugiej – podeszliście do tego w trochę inny sposób, analizując to zagadnienie z punktu widzenia różnych kultur. Skąd pomysł, aby ująć to w ten sposób?

Powiem ci, że jeśli chodzi o pisanie tekstów, to jestem fatalny. Staraliśmy się znaleźć do tego odpowiednią osobę w postaci Grega(Malahida – przyp. Z.P.), który odpowiedzialny jest za połowę tekstów, drugą połowę napisał Marek (Marek „Necrosodom” Lachowski – przyp. red.) i są to już rzeczy bardziej w jego stylu. Razem współpracowali i wszystko ze sobą konsultowali, tak aby tworzyło to spójną całość. Rozmawialiśmy dużo na ten temat, o tym, które rzeczy są ciekawe i nie były wcześniej za bardzo eksploatowane. Mam na myśli chociażby kult Aghori z Varanasi w Indiach, zagadnienia z tybetańskiej księgi umarłych czy Liber ABA Crowley’a.

Ten temat chciałem właśnie pociągnąć, bo tematyka hinduistyczna nie jest zbyt często wykorzystywana w muzyce metalowej. Zdarzała się w twórczości Impaled Nazarene, jest Cult of Fire, na naszym rodzimym gruncie Thunderwar dotykali tej tematyki, ale poza tym jest to raczej rzadka tematyka. Skąd pomysł na te wątki?

To tak naprawdę wyszło bardzo konkretnie od Grega, ponieważ w jakiś sposób udziela się w polskim oddziale O.T.O. (Ordo Templi Orientis – przyp. red.) i sam zaproponował, aby sięgnąć w tę stronę. Pomyślałem – czemu nie, skoro eksploatuje się dzisiaj na maksa wszystkie te tzw. świecznikowe historie. Moim zdaniem wyszło bardzo dobrze, świetnie koresponduje z muzyką i tworzy obraz całości. To samo tyczy się okładki.

Autorką okładki, z tego co wiem, jest twoja małżonka?

Zgadza się.

Pewnie nie będę teraz oryginalny i słyszałeś to już dziesiątki, jeśli nie setki razy, ale moje pierwsze skojarzenie to obraz AA72 Zdzisława Beksińskiego. Okładka powstała specjalnie na potrzeby płyty, czy wybraliście po prostu jeden z obrazów, które namalowała twoja żona?

Na potrzeby płyty. Okładka powstawała pół roku, jest to obraz 1×1 metr na płótnie, malowany techniką olejną. W kontekście kompozycji istotną inspiracją był szpaler zmumifikowanych mnichów z katakumb w Palermo. Przeszedł on mnóstwo zmian i transformacji aby osiągnąć wreszcie swoją ostateczną tożsamość. Moim zdaniem wyszło rewelacyjnie a jeśli chodzi o porównanie – chyba można to odebrać tylko jako komplement.

Nie miałem nic innego na myśli. Jeśli zaś chodzi o kulisy powstawania obrazu, nie tyle techniczne, co merytoryczne… Znalazłem w internecie informacje, że twoja żona określa swoje malarstwo jako hipnagogiczne. Hipnagogia to jest ten stan świadomości pomiędzy jawą a snem, kiedy omamy lub doświadczenia są bardzo zintensyfikowane. Zastanawiam się, czy jest jakaś analogia pomiędzy tym, a stanem zawieszania między życiem i śmiercią?

Mnóstwo rzeczy związanych z malarstwem Marty, w zasadzie większość, ma związek ze snami. To jest przełożenie tego wszystkiego na płótno. Z tego, co ja zrozumiałem – tak to właśnie wygląda.

Miałeś jakiś wpływ na to, jak ten obraz ostatecznie wygląda, czy postawiłeś na pełne zaufanie?

Miałem zaufanie, bo wierzę w talent i warsztat. Jakieś sugestie się oczywiście z mojej strony pojawiały, ale jeśli chodzi o wykonanie, technikę – umówmy się, ja się na tym kompletnie nie znam więc nawet by mi nie wypadało.

Chciałem jeszcze zapytać o dosyć niedawną sprawę. W połowie marca, w przeddzień premiery albumu, z Azarath odszedł Necrosodom. Możesz powiedzieć coś o powodach jego odejścia? 

Jest to naturalna kolej rzeczy, kiedy coś nie działa tak jak trzeba, takie rzeczy się dzieją. Na razie nie chcemy się za bardzo ustosunkowywać do tego, dopóki nie zbierzemy nowego składu. Najbliższy festiwal zagramy w składzie gościnnym i nie ma sensu o tym pisać. Ale jak już znajdziemy następcę, odniesiemy się do wszystkiego – mam nadzieję, że w ciągu miesiąca i dłużej to nie będzie trwało.*

*(cztery dni po opublikowaniu wywiadu zespół ogłosił, że zastępczo współpracuje ze Skullriperem z Embrional – przyp. P.K.)

No właśnie, jutro gracie na, nomen-omen, Inferno Festival w Norwegii. Chciałem zapytać za to o koncerty w kraju, bo na razie poza wspomnianym festiwalem ogłaszaliście tylko swój występ na Party San Metal Open Air 10 sierpnia.

Będzie to ostatni weekend września i pierwszy weekend października plus jakieś dwa dni w tygodniu, czyli łącznie 8 koncertów. W tej chwili mamy te daty zarezerwowane i przygotowujemy się powolutku do koncertów, bo już w trakcie prób przy przygotowywaniach do tych festiwali myśleliśmy o jesiennej trasie.

Na koniec chciałem zadać dwa pytania niezwiązane z Azarath. Jakiś czas temu pojawiły się w sieci dwa utwory projektu The Fall, w którym grałeś z Piotrem Połaciem (Bracia Figo Fagot) i Piotrem Rutkowskim (Spirit). Jak doszło do tej współpracy i czy zamierzacie ją kontynuować?

Nie zamierzamy, bo raz – nie pozwala na to czas i logistyka, dwa – nie zahulało to chyba do końca tak, jak powinno. Chcieliśmy po prostu spróbować, bo kiedyś siedząc przy jakimś piwku postanowiliśmy się spotkać w sali prób i zwyczajnie sprawdzić, jakiego rodzaju energia z tego wyjdzie. Na tamtą chwilę było bardzo fajnie. Niestety z nadmiaru obowiązków, które każdy z nas ma na głowie, nie jest możliwa kontynuacja tego tworu.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2018/12/bracie-figo-fagot-behemoth-inferno-600x500.jpg

Czy możesz coś zdradzić na temat nowej płyty Behemoth, nad którą pracujecie?

W przypadku Behemoth wygląda to tak, że nie do końca wiadomo, co to będzie. Te utwory w tym początkowym okresie brzmią zupełnie inaczej niż nagrane w studiu. Mimo tego, że mamy już 13 utworów i w maju wchodzimy do studia z zamiarem nagrania singla, to ciężko mi stwierdzić, jaką to wszystko będzie miało formę na samym końcu i jak będzie brzmiało. Powiem ci tylko, że jeśli miałbym określić to jednym słowem – będzie dość epicko.

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Co ma wspólnego Iron Maiden z muzyką stołecznego Thunderwar i ile z mitologii jest na „Black Storm” dowiecie się z naszego wywiadu z Kamilem ‚Madness’ Mandesem.

Wywiad został przeprowadzony na początku 2017 roku.

*

Skąd ten pociąg do oldchoolu? Męczy was nowoczesny metal, ośmiostrunowe gitary zestrojone niżej niż bas i cyfrowe brzmienie?

Jak to skąd? W muzyce metalowej musi być Diabeł i Rock’n’Roll. Bez tych dwóch decydujących czynników wychodzi pozbawiona emocji, jałowa i cyfrowa kupa gnoju, która nigdy nie będzie poważana zarówno przeze mnie, jak i przez innych, dumnych Heavy Metal Maniacs. Pierwotne, oldschoolowe brzmienia to dzwony do dzisiaj bijące w naszych paskudnych sercach i zepsutych duszach od czasów usłyszenia pierwszych tnących dzięków Maidenów i od zrozumienia kultu siły i idei metalu dzięki Manilla Road… Wiesz już co było dalej? Taa… kapele takie jak Venom czy Celtic Frost tchnęły w nas bezwzględną, barbarzyńską siłę bez której nie potrafilibyśmy teraz normalnie funkcjonować. Po wszystkich tych latach obcowania z muzyką, która od zawsze dawała nam tak prawdziwego, mocnego, emocjonalnego kopa – masz rację, męczy nas ośmiostrunowe wiosło. Pewnie moje słowa brzmią fanatycznie. Robię to jednak na potrzeby wywiadu, w rzeczywistości jestem oczywiście bardziej wyluzowany… „Modern metal! I don’t give a fuck! UH! I was raised on rock!”

Wybór gatunku muzycznego, jakim się zajmujecie argumentowaliście w wywiadach tym, że współcześnie death i black metal pozwalają na ogromną elastyczność stylistyczną. Czerpiecie chyba jednak przede wszystkim nie z najnowocześniejszych trendów w blacku czy death metalu, ale właśnie z korzeni tej muzyki?

To, co siedzi w głowie naszego kompozytora, Witolda Ustapiuka, nie wie nawet On sam. Nie jestem w stanie dokładnie określić czym w i jakim stopniu aktualnie się inspiruje. Chłop ma łeb na karku i zajebistego skilla muzycznego, a jego riffy charakteryzują się przebojowością i posępną melodyką. Jest to wszystko elegancko osadzone w blackowo/deathowym bagnie. Z moich obserwacji wynika, że na jego styl gry wielki wpływ ma scena skandynawska, Staroświecki Heavy Metal i Wielcy Mistrzowie gitarowego kunsztu. To ostatnie można usłyszeć w jego niebagatelnych, solówkowych onanizacjach, którymi raczy nas w każdym utworze. Nie chciałbym oczywiście pominąć Olszaka, który też raz na ruski rok wpadnie na jakiś ciekawy pomysł, ale jest to margines, o którym wypada tylko wspomnieć. Jego plusem jest to, że potrafi nas zmobilizować i nie brzydzi się sprawami organizacyjnymi, jak na przykład ja. Nasz kochany perkusista, Vit, to nieokrzesany demon, który za garami czuje się jak alkoholik w nocnym 24/7. Doskonale radzi sobie z dwoma pałkami i pedałami naraz. Jego gra kojarzy mi się z jakimś nieobliczalnym, kosmicznym wirem, do którego wpadają i wypadają ciała niebieskie, niczym kulki w maszynie losującej lotto. Ja natomiast tylko wydzieram się do mikrofonu w imię prastarych Bogów. Ścieżka basowa to pikuś, każdy idiota zagrałby to co ja, więc nawet nie będę się rozpisywać na ten temat. Kompozycyjnie nie udzielam się dla zespołu, choć prywatnie lubię tworzyć bluesowe wałki i nordyckie ballady. Nie jestem w stanie powiedzieć Ci dokładnie z czego czerpiemy inspiracje prowadząc nasz zespół. Może z siebie nawzajem?

Zaryzykowaliście chyba dość mocno, jeśli chodzi o datę wydania waszego albumu – druga połowa grudnia nie jest chyba najlepszym czasem jeśli chodzi o marketing – mam tu na myśli wszelkie podsumowania roczne i tak dalej. Uważacie, że to była dobra decyzja?

Chyba  jakoś specjalnie się tym nie zamartwialiśmy szczerze mówiąc. Jeśli uważasz, że było to duże ryzyko, to chyba dobrze – do odważnych świat należy. Lub jak kto woli „ryzyk – fizyk”. I tak byliśmy w kliku podsumowaniach końcowo-rocznych, więc nie ma tragedii. Przynajmniej mogłem dać bratu pod choinkę swój album. Traktuję to jako duży plus.

Już od czasów „Birth of Thunder” braliście na warsztat tematykę mitologiczną, ba! obecna jak i wcześniejsza nazwa nawiązują do słowiańskiego boga grzmotu. Tymczasem w jednym z utworów, ‚Path of the Aghori’ pojawiają się tropy hinduskie. Skąd ten pomysł, moglibyście więcej opowiedzieć o tym kawałku?

Pomysłodawcą i twórcą tego, jak i większości kawałków na płycie jest Michał „Drzewiak” Drzewiecki. Nasz serdeczny druh i kumpel od wódki. Gość niezwykle bystry i oczytany. Zna się na kulturach tego świata, zatem opowiedział nam kiedyś o sekcie Aghori. Jest to plemię kanibali, mieszkających na indyjskich bagnach i żywiących się martwymi, nie tylko ludźmi. Temat jak najbardziej mocny i pożądany przez nas. Jeśli chodzi o tematykę pogan, to z pewnością będę dalej pisać o tym niektóre teksty, gdyż to głównie moja pasja. Nie będę jednak chłopaków męczył każdym kawałkiem o Odynie czy Perunie, bo skoro tego nie czują, to na cholerę im to. Nie chcę, by Thunderwar uchodził za zespół z łatką mitologiczną, jeśli tylko ja w tym siedzę. Nie cierpię pozerstwa.

O tym, że autorem okładki jest Eliran Kantor, że chcieliście coś oldschoolowego zarówno jeśli chodzi o wykonanie jak i o formę, mówiliście już w kilku wywiadach, nie będę się więc powtarzał. Interesuje mnie jednak to, co ów obraz przedstawia – jeśli się nie mylę, przedstawia XVI arkan tarota, Wieżę, niezwykle groźny symbol. Skąd taki pomysł na okładkę, dlaczego akurat tarot?

Okładka płyty nawiązuje do numeru ‚New Age Prophecy’ opowiadającego o zniszczeniu starego ładu i porządku i powstaniu nowych wzorców, obyczajów. Dlaczego akurat tarot? Po pierwsze znowu Drzewiak. On zarzucił pomysł, a my wyraziliśmy aprobatę. Po drugie, ta tematyka jest w miarę „nie tknięta” a jednocześnie dosyć wdzięczna dla naszego nurtu. Jak sam zauważyłeś, Wieża w tarocie to niebezpieczny symbol. Czyż porządny, metalowy album nie powinien być w takie symbole odziany?

Pomysł wyszedł całkowicie od autora po tym jak zapoznał się z waszą muzyką, czy przedstawiliście mu swoją koncepcję i pracował wedle waszych wskazówek?

Przedstawiliśmy koncepcje i pracował wedle wskazówek, jednak tak dobrego efektu końcowego nikt z nas się nie spodziewał.

Nie mogę się uwolnić od wrażenia, że bonusowy utwór, ‚Iconoclast’, niezwykle odstaje klimatem od reszty albumu, przez całą płytę mamy grzmoty, skandynawskie brzmienia, szeroko rozumianą epickość i tak dalej, a tu nagle wjeżdża taki kawałek, coś, co parę lat temu mogliby nagrać Behemoth lub Hate. Nie mieliście podobnych odczuć? Jak ten materiał znalazł się na płycie?

Nie lubię tego numeru i byłem za tym, żeby wypieprzyć go z płyty. Niestety, udało mi się to zrobić tylko połowicznie. Nie ma go w wydaniach dla prawdziwych wyjadaczy, czyli na kasetach i winylach. Na digipacku i jewelcase jest dodany jako „bonus track”.  Chłopaki się uparli. Szkoda. ‚Iconoclast’ jest jednym z naszych najstarszych numerów i nie dość że kurewsko mi się znudził, to jeszcze irytuje mnie ta jego – jak dobrze zauważyłeś – „Behe-Hejtowska”- motoryka. Nie cierpię go grać i mam nadzieję, że wkrótce całkowicie przejdzie w zapomnienie. Dopilnuję tego, nie martw się.

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Przy okazji festiwalu Tak Brzmi Miasto, Piotr rozmawiał z liderem Ketha, mR.tripem, znanym również jako Maciej Janas. Maciej opowiedział nam o planach zespołu na przyszłość, nadchodzącym krążku grupy i personalnym aspekcie muzyki.

Wywiad przeprowadzony w listopadzie 2016

*

Przed chwilą właśnie skończył się koncert na festiwalu Tak Brzmi Miasto, wystąpili Black Palm i Ketha. Rozmawiam z Mr. Tripem, mózgiem tego drugiego zespołu. Powiedz, jak w ogóle znaleźliście się na tym festiwalu?

Mr. Trip: Napisał do nas Michał, jeden z organizatorów z Krakowskiej Sceny Muzycznej. Ustaliliśmy ich i nasze oczekiwania, spotkaliśmy się na jakimś wspólnym mianowniku i zagraliśmy.

To wasz pierwszy koncert od dłuższego czasu. Trudno było was namówić?

Nas w ogóle nie jest trudno namówić, tylko po prostu nie narzekamy na nadmiar propozycji. Walczyliśmy w tym roku o naprawdę dużo rzeczy, trasy z kilkoma zaprzyjaźnionymi zespołami, które są dużymi bandami i z tego niestety nic nie wyszło. Sami nie porywamy się, żeby grać jako headliner jakąkolwiek trasę, to się mija z celem. Nie przyciągamy tłumów i nie będziemy przyciągać, bo nie jesteśmy jakimś specjalnie znanym ansamblem, więc bez podczepki pod kogoś z ugruntowaną pozycją raczej niewiele nam to da. Po drugie, każdy z nas ma rodziny i inne zobowiązania, więc nie porywamy się na jechanie kilka weekendów z rzędu, żeby grać gigi dla kilkudziesięciu osób, i to w najlepszym wypadku. Przypadki, gdy przyszło ponad sto osób, w Krakowie się zdarzyło nawet ponad 200, można niestety policzyć na palcach jednej ręki. Poza tym skoncentrowaliśmy się na przygotowywaniu płyty, która jest już prawie cała nagrana. Zostały wokale, pracujemy nad miksami. Więc wiesz, nas nie jest trudno namówić, ale ktoś nas musi namawiać. Dlatego kiedy tutaj pojawiła się propozycja ze strony Tak Brzmi miasto, zgodziliśmy się prawie że z miejsca. Nas nie interesuje, czy tu jest jakikolwiek budżet, czy cokolwiek z tego dostajemy. My chcemy grać. Sprawia nam to przyjemność, jest to część naszego życia. Jeżeli tylko ktoś nas spyta, to my zagramy.

Pierwszego kwietnia napędziliście trochę wszystkim stracha pewnym oświadczeniem (chodzi o oświadczenie opublikowane na FB Kethy w Prima Aprilis informujące, że obecnie nagrywana płyta będzie też ostatnią, a zespół zakończy działalność z końcem 2016 r.). Część osób odebrała to na poważnie. Czy w tym momencie możemy powiedzieć, że przyszłość Kethy jest pewna?

Wiesz, nie na darmo opublikowaliśmy ten post pierwszego kwietnia. To jest raczej śmieszne i garstkę ludzi to obchodzi. My się zawsze możemy z tego wycofać, ale też zawsze możemy powiedzieć, że to jednak było serio. Nie powiem ci, co będzie, ponieważ ja sam jestem teraz życiowo w pewnym bardzo ciężkim miejscu, pracuję za granicą i jestem tu z doskoku. Jest też szereg innych rzeczy, które mają wpływ na to co będę robił i gdzie będę to robił. Ciężko mi więc wyrokować. Na ten moment priorytetem jest skończenie płyty i jej wydanie. Zmieniamy też wydawcę. Odeszliśmy z Instant Classic i wydamy to gdzie indziej. Gdzie – na razie nie będę tego zdradzał. Być może w czymś nam to pomoże, a może będzie dalej tak, jak było. Wydamy płytę, zobaczymy jaki będzie odbiór, zdecydujemy.

W takim razie chciałem podpytać o samą płytę. Czy jest to kontynuacja kierunku, który obraliście na waszej ostatniej EP-ce, czy postanowiliście podążyć tym razem w zupełnie inną stronę?

Generalnie idziemy w stronę piosenek, to jest ciekawe. Dzisiaj graliśmy sporą część tego materiału na początku koncertu. Chcieliśmy uprościć te struktury, skondensować ilość pomysłów przypadających na jeden numer, tak, żeby zamykały się w klasycznym podziale zwrotka-refren-solo-refren. To jest wbrew pozorom bardzo trudny schemat, bo musisz mieć naprawdę cholernie dobre rzeczy, żeby ułożyć z tego songa. Jest to  zbiór ośmiu kawałków, z których każdy jest troszeczkę z innej bajki. W każdym jest groove, chodziło nam o to, aby te utwory bujały i wydaje mi się, że ta płyta taka będzie. Jest też inne podejście do wokali, pozostają one co prawda w stylistyce metalowej, ale gdzieś tam się wtrąca ta melodia. Byłbym jednak daleki od stwierdzenia, że poszliśmy w kierunku tego, co robią post/ nu metalowe zespoły, bo to jest rzecz, która kompletnie mi się nie podoba i nie jest to na pewno kierunek, w którym chcemy iść.

A skąd w ogóle pomysł, żeby pójść w taką bardziej piosenkową stronę? Wyszło to wam naturalnie, czy postawiliście sobie jakieś założenia?

Nigdy nie narzucam sobie żadnych założeń, gdy piszę materiał, po prostu tak wyszło. Zaczęło się od jednego numeru. Jak zwykle wgrywałem gitarę do kompa, układałem do tego jakieś prostackie bębny i stwierdziłem, że po co mam tu dokładać trzeci i czwarty riff, skoro mam dwa fajne i to się dobrze zazębia? Spróbujmy więc pograć nimi. Tu nie było żadnej kalkulacji, bo w tym sensie na nic nie liczę, że nagramy kolejną płytę, to będzie taki breakthrough i się wybijemy i pojedziemy w świat. To absolutnie nie nastąpi, a ja nie jestem też już 15-sto latkiem, więc mam też pewną świadomość co można osiągnąć i jak to można osiągnąć. Musielibyśmy grać masę koncertów i tu wracamy do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Wyszło to naturalnie, ja jestem bardzo zadowolony z tego że jest prostszy i wpada w uchu. Zobaczymy jaki będzie odbiór.

Teksty dalej będą utrzymane w stylistyce science-fiction, czy tym razem będzie to zupełnie coś innego?

Nie, zupełnie co innego, tylko wiesz, teksty są w tym momencie cholernie osobiste. Między wierszami jest to opowieść o tym, co się wewnątrz mnie dzieje przez ostatnie miesiące i jak to wpływa na wszystkie wartości które miałem, którym hołdowałem przez lata mojego życia. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że to chyba nie jestem ja, że ja mam inne poglądy na pewne rzeczy. Pewnie między wierszami będzie się dało wyczytać, o co chodzi, ale mi specjalnie na tym nie zależy. Teksty są ważne dla mnie i ważne było też jak rytmika tych słów wpasowuje się w utwór, ale nigdy nawet nie będę drukował ich w książeczce lub tłumaczył, o co w nich chodzi. To nie ja. Nie będę tego publicznie wyjaśniał.

Kiedy zatem możemy się spodziewać jakichś konkretniejszych informacji na temat płyty: tracklisty, daty wydania i tak dalej?

Na pewno wydamy to do wiosny, bo tak mamy ustalone z wydawcą. Mamy więc presję z góry i dobrze, że się ona pojawiła. Mamy zrobiony też klip do utworu mającego promować ten album. Chcieliśmy go wypuścić w grudniu, ale już teraz wiem, że nie nagram właściwych wokali do tego czasu, więc wypuścimy go zapewne po Nowym Roku. Jak już ruszymy z klipem, to podejrzewam, że ta data będzie oscylować między lutym a marcem, może kwietniem, ale to już ostateczność. Chciałbym mieć to zamknięte do końca zimy.

Na koniec mam jeszcze dwa pytania niezwiązane już z zespołem. Czy mógłbyś wymienić swoje trzy ulubione albumy z tego roku? Niekoniecznie metalowe, pamiętam, że kiedy ostatnio rozmawialiśmy, zagłębiałeś się mocno w jazz.

Jazz, tak! Z pewnością Kamasi Washington, to jest taki trzypłytowy album, bardzo fajne granie bez słabych momentów a to są przecież prawie trzy godziny muzyki! (Mr. Tripowi najprawdopodobniej chodzi o wypuszczony w maju ubiegłego roku album „The Epic” – przyp. red.) Na pewno też ostatni album Jamesa Blake’a, tak jak nie lubiłem wcześniej takiej nudy, tak ten album to jest u niego jakiś totalny level-up. Wacław Zimpel nagrał też dla naszej wytwórni, Instant Classic, płytę zatytułowaną „LAM”. Składa się chyba z czterech części, najmniej podoba mi się ta najdłuższa, z wyraźną rytmiką, najbardziej lubię tę pejzażową stronę, zarówno początek jak i zamknięcie tego albumu sprawia, że mam miękkie kolana, gdy tego słucham. No i Beyonce jest świetna, naprawdę!

W audycji mamy cykl, w którym pytamy ludzi związanych w jakiś sposób ze sceną o ich ulubione undergroundowe dźwięki, mało znane prawdziwe perełki, które zasługują na większą uwagę. Jakie są twoje typy?

Bez końca będę polecał zespół Hetane z Wrocławia. Nie wiem, czy jeszcze będą coś wydawać, musiałbym zapytać Magdę lub Jelenia, ale niedawno rejestrowali swój trzeci materiał. Mają dwie płyty na koncie, jest to bardzo fajne granie, Magda śpiewa rewelacyjnie. Gitarowa muzyka ze szczyptą elektroniki i dozą transowości i podkreślę to po raz kolejny – ze świetnymi wokalami. Magda  pięknie śpiewa po angielsku, co jest na naszym podwórku pewną rzadkością. Bardzo żałuję, że nie są na jakimś topie, uważam, że na to zasługują, ale podejrzewam, że wpłynął na to też szereg różnych innych okoliczności.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję pięknie i pozdrawiam

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Something ends, something begins. Over past few months there’s been a huge shitstorm around a certain swedish band that involves some nameless ghouls and, apparently, a pope. Now, awakened after the years of slumber, ghosts of the past come back. Magna Carta Cartel are back with their newly released EP – „The Demon King”. We had a chance to talk with Martin Persner, MCC’s vocalist and guitarist about the band’s new release, emotions behind his departure from Ghost, and condition of swedish scene nowadays.

Interview was made in 2017

*

Piotr Kleszewski: There’s been a lot of fuss over recent situation within the Ghost, but let’s not add more shit to the fan. The whole turmoil somehow overshadowed the MCC going back to the world of the living, but you were also rather vague about the details. Could you give us a summary of current state of Magna Carta Cartel, when you decided to bring MCC back and what is the line-up?

Martin Persner: Yes, indeed: MCC [Magna Carta Cartel] has been asleep because most of us were in Ghost. During all the time in Ghost we also wrote MCC music (and Tid music too for that matter) but it didn’t feel right to record it and give out records – as there was no chance that we would have the time to go and play live with MCC – we simply didn’t have time or energy for that since we toured so much with Ghost. It has been the plan for many years to go on tours and play live and record more albums with MCC – and now, all of sudden the time was right. So – with that being said – it wasn’t a ”new” idea to wake MCC up from sleep. The current line up is: Martin Persner (Vox & Guitars), Arvid Persner (Drums & Guitars) and Pär Glendor (Bass & Guitar).

Stops for a blink/ Letting the mask fall to ground” begin lyrics (changed from the demo version, if I heard correctly) for „Sway”, the first single you’ve released for the „The Demon King” EP. Also as song goes on, it’s hard not to see the irony behind the verses and retrospectiveness. Is it your way to deal with the ghastly past? After the whole situation you feel rather relief or regret?

It would be very interesting if this was the case, wouldn’t it? (laughs) But, no – this is wrong. ”Sway” was written in 2004. It took me about 20 minutes to write the whole song, and it is about a girl. I never ever wrote a full song that fast before or after that. Lyrics, music, everything in one session. The lyrics that i wrote in 2004 are the EXACT same ones as you hear today. Well, i actually changed ONE word in the song when we recorded it this time. If you can find which one it is I’ll give you a hug and a beer next time I meet you.

”Sway” has been recorded three times: 2004 (demo), 2010 (demo) and in 2016 (for it’s first real release on the Demon King EP in 2017). To make things even clearer – the lyrics are about someone who is very pissed off with a girl. The choruses of the song was actually meant to have been sung by a girl, as the lyrics in the choruses are sung from the girl’s point of view. It is a very bitter and angry song, but not about who you think. We used to have our old 2010 demo of ”Sway” on Myspace and someone found it and put it up on YouTube a couple of years ago. As they did, someone less talented in English tried to write down the lyrics (still, I can’t blame them – I don’t exactly pronounce the words like the King’s Spokesman and also, the recording isn’t Top Class). So all in all – someone made a mistake and misheard the lyrics (you know, like ”Aids in Space”or ”Pink Freud”, etc.) and now the wrong lyrics are out there and people go ape-shit and think we re-wrote the lyrics. Well, they are wrong. Lets just hope it felt good as long as it tickled.

Also I’d like to add that for ”Turn” I have actually altered the lyrics because I discovered that the old ones from 2010 were more or less just a quick something for the demo, and didn’t really say anything about anything. MCC nd myself understand that people think it’s about Ghost and the shitstorm, but it’s actually not. Then again (laughs), I think people hear messages about the Ghost even in our instrumental songs – wherever they want. People like drama. And no one is happier than us – we create art and feelings so business is where it should be. I feel neither relief nor regret.

Presumably, for some time, who knows how long, you’ll be struggling a lot with „that-guy-who-played-in-ghost” tag. Do you think it’s rather curse or a blessing that you can work with?

That is not and must not be a problem. It’s the truth. It is a good thing. If we had a band that sounded, looked and tried to be Ghost it would be very sad and a bad thing to be compared and always be called ”that guy from Ghost”. But we don’t – so it’s a blessing. Or rather – these are the scars and medals. It’s good.

What strikes me the most in your art is the contrast between the aesthetically smooth, soothing and beautiful music and the lyrical themes. For instance, „The Demon King” is a metaphorical story of a person struggling with OCD and anxiety. Why did you decide to pair such relaxing music with themes so uneasy and difficult?

Well, the music is a landscape in which the lyrics shall travel – and sometimes the other way around. It would be hard to have a raging black metal song and sing about how heavy the Shadow of The Demon King is. That would sound silly, as this is not exactly a song about how fulfilling it feels to be lead by the darkness and fear. Nah, this is more of a sad and heavy story that deals with emotions. The lyrics get more powerful when you add them to music like this, at least in this case. It’s not an angry song – it is an open letter of how tired you are of it. Too tired to scream about it. Personally, I like it when lyrics are very dark or sad and the music is a bit happy. It creates an interesting contrast. I would hardly say that ”The Demon King” is a party song, neither it is super dark – at least not to us and what we are used to call sad music. But one thing that people have to understand – if you ONLY listen to metal all the time and then sit down and listen to MCC, of course it’s gonna sound relaxing and soft, etc. But hey, there is A LOT of music out there that this before MCC did it, so I get a little confused when people think what we do feels strange or different – or new. To us, the music isn’t that relaxing, but we more and more start to understand that people think it is. Friends are falling asleep when we show them new songs, etc.

But, to actually try and answer your question: the idea for the lyrics was there before the song in this case, which is rather unusual when it comes to MCC’s writing process. I guess we tried to find a good feeling for those lyrics. The lyrics are sad and the song is, I guess, a little bit sad too, but then again it has that vibe of ”let’s just say this shit and get on with it”. Again, we could have done it way way darker and more sad, but there is something interesting in having a song sounding kind of ”pop/rock” and then the lyrics are about something horrible. It gives a good balance. And, maybe most of all, who the fuck wants to listen to bullshit lyrics anyway? Aren’t there enough of these already?

Even though you’re mainly focused on music, you pay a lot attention to the visual aspect of your art. Your EP was illustrated by the fairytale-like artwork by David M. Brinley. Was it’s entirely his creation or you’ve delivered him some directions?

We asked him to do it – him specifically as we know him and love his work. We told him what we wanted – a little boy that in his dream or in a visions meets his fears – and all his future fears in the hall of the Demon King. We sent David Brinley lots of color references and ideas, and me, Martin, even sat down and did a guiding painting to show him what the idea was. It is very influenced by Swedish artist John Bauer. We all grew up with his art and it has got something very, very home-feeling yet scary, that all of us can relate to. Let’s just say – my guiding painting wasn’t exactly good enough for the cover. Then Brinley made a big painting. The hard thing is of course to try and get the actual artist to make HIS vision of what you asked for, also because it’s easy to make them try and do exactly as you wanted it. It’s hard to let other ideas in, but for the sake of learning things one have to let go (a little bit. We had a very fixed idea on what we wanted – Brinley then interpreted that and made it his dream too – and then painted it. It does not look exactly as we had imagined it – but it looks like Brinley imagined we imagined it, and that is a very interesting thing. And turned out brilliant!

You describe your own art as „radio-edited movie themes, for daily life and death”. Is it just a clever motto to roll with or are you heavily inspired by the visual art and movies? You’ve definitely shown some love for Ingmar Bergman.

It is a clever motto. But also it kind of explains a little bit how we sound. The melodies of MCC tend to be very dramatic and like its a matter of life and death – and it’s hard to make regular pop/rock music when that is what comes out of you. It would probably suit better for a movie – but we don’t know how to make movies so we will have to stick to what we do know – make songs. So it gets to be a strange thing – rock songs with dramatic melodies. Almost like music for a soundtrack that someone made into rock songs.

Like most other people our age, we grew up with TV, movies and music. All of these things are such a big and important part of our life, what we talk about, how we know the world, how we understand people, how we do not understand people and so forth. That being said, all of that influences us. Maybe you see a film and see just one little scene in it and that makes you create an idea for a whole song or an album or whatever. They are all connected – films, TV, music, art, culture. All of them have a little bit of each other in themselves all the time. They are dreamworld mirrors, all of them.

Three of five songs featured on the EP were released before as demo versions. Why did you choose precisely these songs? You’ve certainly had also some other older material you could work on.

No, two of the songs we recorded as demos in 2010 (“Sway” and “Turn”) and they later leaked to Youtube. The Demon King is brand new, Mayfire is older then all of the other songs and Jennifer is obviously a cover. I think we have around 20-25 songs that we are working on. Some of them are 10 years old: songs that we never finished or never had time or the opportunity to record or release. So, when we woke MCC up again, we thought it was better to use the songs that we really liked and record them once and for all like we always wanted them to sound -because now we were finally able to do that. To some people that have been listening to MCC for a longer time, we understand that The Demon King EP must feel strange, as they have already heard some songs before. However, for us it was natural, as we really wanted to record and release “Turn” and “Sway” and it would feel even more weird if we made an EP with all new songs and then LATER released Sway and Turn on the next full-length album. That would certainly be more weird. So that’s why we chose to ”use” them now right at the start. And also because they are good songs and we could finally do them justice. It was never talk about NOT recording them again. We kind of wanted to just record the oldest ones first. Maybe it’s a good thing, serving as a bridge to the next full-length album, which will naturally sound different from “Goodmorning Restrained”. Maybe it’s good to not scare people TOO much when you come back from out of nowhere – as people tend to be a little bit willing to have the same old record over and over again from the band they like.

Jennifer” – as you said it – written by Bert Sommer a long long time ago, way before anyone involved in MCC had felt love rip them apart.” Why did you choose this song to cover?

It’s just a song that I used to sing when i played the acoustic guitar. Probably the first song I felt comfortable singing without hating my own voice. It was the first song I could sing without feeling shy. Why? I don’t know. So, then we decided to record it as it’s also, on top of me daring to sing it, a great song. We aimed to make it very much like a soundtrack for a film in the sense of how it is recorded. Like something Clannad would have done for a film or TV series. Wood and Fire. Nature.

 

Swedish scene was one of the most characteristic ones. How do you find it’s condition nowadays, in the times of internet and globalization?

I actually know too little about the current Swedish scene – especially if you are talking about the metal scene. Since the early eighties, or maybe even earlier depending on what you class as ”metal”, that scene in particular has been brave and lots of bands have come out of it that has their unique sound – sometimes so unique that it started a whole ”sound” that others wanted to copy or sound like. In terms of the music in Sweden overall i am a little bit surprised that the ones that gain really large followings all over the world, like the pop-artists or DJ’s – their music is very bland and has none of that classic Swedish touch to it – they mostly seem to be thinking and writing in the modern american style of melody, which is extremely predictive and therefore extremely boring – even if the melodies are good. They don’t really suggest a world that sounds exciting or touches anything else than the will to buy a new pair of jeans. There have been so many Swedish bands that has made it big have had something that made them different from their American or English peers, but nowadays it seems to be just a copying game and that is never fun. I’m not very impressed by that. All bands copy others and get ideas from others, but when you lack the ability to create something that makes you sound like YOU, there is just no point.

Then again, the most boring bands can still make great songs, but they could or should have been written by anyone else. Internet and globalization of course have a great deal to do with this – the music industry after the internet became more cautious and couldn’t afford to take risks – so they release what they know will sell. Like with blockbuster movies nowadays – it has little or no depth to it at all. Entertainment at its worst if you ask me. There will always be independent music and movies that are great, but once around the really big artist that emerged and the really big blockbuster movies seems to actually have something interesting to them. Maybe I’m just getting old. Or maybe I just enjoy to think. I don’t know. It’s a good thing with the internet then, because it also makes it possible to listen to all sorts of music from different sources, so in a sense it doesn’t matter what the large record companies dare to release or not. As long as people have an interest in music it will all be fine. People can search, and they will find. Lets just hope that there will always be new ideas and new artists emerging, regardless of who is big or not. And I really think it will. In that sense, i think that the Swedish Scene is healthy and alive like it has been for many years. There are more bands than ever and more and more people listen to more and more different music, simply because they can. That leads to new and exciting ideas.

Of course one could argue that before the internet musicians in different countries really had their own ”language” when it comes to melodies – i.e. swedish melodrama, italian music with it’s destiny notes and so on. And you could go even further and say that it was more that way before the radio. All in all I think it’s just a matter of difference: some musicians are great at copy and learn to write music that sounds exactly and only like something they like, and nowadays of course the chance is bigger that that might be what they see and hear most of if they are not willing and interested to look for something else than what is presented to them the from the usual sources. Others add something else, something that makes it have a more of a personal touch and sometimes you can see patterns and hear that ”oh, this must be Swedish” etc., simply because people are more connected in culture and thinking that they sometimes want to admit or understand themselves. But the more different music someone listens to the more they have to get influenced by, so in that sense the internet helps, but in the same sense the internet might take away what is creating a regional or national sound in music. Or, in short: the Swedish Music Scene seems to be doing fine. Maybe people in Sweden are still a little afraid or nervous to listen to a Swedish band and say that it’s good, just because it will always sound like they are ”trying” to sound like something else. But all bands always do, in all countries – just maybe sometimes they want to sound like music you never heard nor know about. So in that sense – everything is as usual over here.

What are the plans for MCC for the nearest future?

To get ready to play live and prepare for our 2nd full-length album.

Thank you for your time!

Bardzo dziękuję!*

*”Thank you very much” in polish – Hälsningar till dig, M!

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ

Coś się kończy, coś zaczyna. Na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy wokół pewnego szwedzkiego zespołu składającego się z bezimiennych ghouli i papieża, zrobiło się niemałe zamieszanie. Teraz, przebudzone po latach spoczynku, powracają duchy przeszłości. Magna Carta Cartel wrócili z nową EPką „The Demon King”. Rozmawialiśmy z Martinem Persnerem, wokalistą i gitarzystą grupy na temat nowej płyty MCC, emocjach po odejściu M. z Ghost oraz kondycji współczesnej szwedzkiej sceny.

Wywiad został przeprowadzony w 2017 roku.

*

Piotr Kleszewski: Wokół sytuacji z Ghost było ostatnio sporo zamieszania, nie dolewajmy jednak oliwy do ognia. Cały ten zgiełk w pewien sposób przyćmił powrót MCC do świata żywych, choć szczerze mówiąc, wy sami również nie ujawnialiście zbyt wielu szczegółów. Czy mógłbyś krótko podsumować to, co działo się w ostatnim czasie w MCC, kiedy zdecydowaliście się na wskrzeszenie zespołu i w jakim obecnie składzie gracie?

Martin Persner: Tak, rzeczywiście Magna Carta Cartel był zespołem uśpionym, ponieważ większość nas grała również w Ghost. Pisaliśmy wówczas również muzykę dla MCC (a także dla Tid), ale nie wydawało nam się właściwym zarejestrować i wydać ten materiał – było tak dlatego, ponieważ nie byłoby najmniejszej szansy na to, że będziemy mieć czas, aby koncertować jako MCC. Brakowało nam zwyczajnie czasu i energii z racji tego, jak intensywnie koncertowaliśmy w Ghost. Plan na to, żeby koncertować i nagrywać jako MCC istniał jednak od dawna – i teraz, zupełnie nagle, okazało się, że jest na to czas. Jak widać, pomysł przebudzenia MCC nie jest czymś nowym. Obecny skład zespołu to: Martin Persner (wokal, gitara), Arvid Persner (perkusja, gitara) i Pär Glendor (bas, gitara).

Słowa „Sway”, pierwszego utworu singla promującego EPkę „The Demon King” brzmią „Stops for a blink/ Letting the mask fall to ground” („Zatrzymuje się na mgnienie oka/ Pozwalając by opadła maska”), jeśli dobrze usłyszałem, to zmieniliście je w stosunku do wersji demo. Również w dalszej części tekstu, trudno nie zauważyć pewnej ukrytej ironii i retrospektywności. To twój sposób na radzenie sobie z widmami przeszłości? Po wszystkim czujesz raczej ulgę czy żal?

Byłoby całkiem ciekawe, gdyby tak właśnie było, nieprawdaż? (śmiech) Ale nie, jest zupełnie inaczej. „Sway” pochodzi jeszcze z roku 2004. Napisanie całej piosenki zajęło mi jakieś 20 minut, a opowiada ona o dziewczynie. Nigdy wcześniej ani później nie napisałem całej piosenki tak szybko – tekst, muzyka, wszystko za jednym razem. Tekst, który napisałem w 2004 r. jest DOKŁADNIE tym samym, który można usłyszeć w najnowszej wersji. No dobra, tak naprawdę zmieniłem dosłownie jedno słowo kiedy nagrywałem tym razem wokale. Jeśli je znajdziesz, uściskam cię serdecznie i postawię ci piwo gdy będziemy mieli okazję się spotkać.

„Sway” zostało nagrane trzy razy: w 2004 roku (demo), 2010 (demo) i w 2016 (tym razem na potrzeby pierwszego oficjalnego wydania na EPce „The Demon King” w 2017 r.). Aby wyklarować sytuację jeszcze bardziej: tekst jest o kimś, kto jest wściekły na dziewczynę. Refren piosenki miał być pierwotnie śpiewany przez wokalistkę, ponieważ tekst refrenu odnosi się do sytuacji właśnie z perspektywy dziewczyny. To bardzo gorzka i gniewna piosenka, ale nie jest o osobie, o której myślisz. Wersję demo z 2010 roku trzymaliśmy na swoim profilu na MySpace, ktoś ją znalazł i wrzucił na YouTube kilka lat temu. W międzyczasie ktoś inny, nieco mniej zdolny jeśli chodzi o język angielski spisał ze słuchu tekst (choć nie mogę mieć do tego kogoś pretensji – nie mam ani dykcji jak rzecznik króla, ani jakość nagrania nie była oszałamiająca). Tak, czy inaczej – ktoś źle usłyszał tekst i utrwalił błąd (wiesz, jak „Aids in Space” albo „Pink Freud”), teraz ta zła wersja krąży w obiegu, a ludzie dostają ataku sraczki i myślą, że zmieniliśmy słowa. Hm, nie mają racji. Miejmy nadzieję, że przynajmniej dobrze się bawili.

Chciałbym też dodać, że w przypadku utworu „Turn” rzeczywiście zmieniłem słowa, ponieważ po powrocie do pracy nad nim zorientowałem się, że wersja z 2010 była jedynie szybką prowizorką i w zasadzie nie opowiadała o niczym. Zarówno ja, jak i MCC rozumiemy, że ludzie są przekonani, że te teksty opowiadają o sytuacji z Ghost i całej tej gównoburzy, ale tak po prostu nie jest. Ale z drugiej strony? (śmiech) Wydaje mi się, że ludzie znajdują  przekaz dotyczący Ghost nawet w naszych instrumentalnych utworach, gdziekolwiek i jakkolwiek im to pasuje. Ludzie lubią dramy. I nikt nie może być bardziej zadowolony z sytuacji niż my sami – tworzymy sztukę i kreujemy emocje, więc jest tak, jak być powinno. Nie czuję ani żalu ani ulgi.

Najprawdopodobniej przez jakiś czas, kto wie jak długo, będziesz musiał męczyć się z plakietką „tego gościa, który grał w Ghost”. Twoim zdaniem to bardziej przekleństwo czy błogosławieństwo, które możesz wykorzystać?

To nie jest i nie może stać się problemem. Taka jest prawda. I dobrze. Gdybyśmy byli zespołem, który brzmi, wygląda i próbuje być jak Ghost – wtedy porównania i plakietka „byłego muzyka Ghost” byłaby bardzo smutną i złą rzeczą.  Ale na szczęście nie jesteśmy, więc jest to błogosławieństwo. Chociaż, bardziej niż błogosławieństwo, są to blizny i ordery. Jest dobrze.

Najbardziej uderzającą rzeczą w waszej muzyce jest dla mnie kontrast pomiędzy estetyczną, kojącą i piękną muzyką a tematyką tekstów. Na przykład „The Demon King” jest metaforyczną opowieścią o osobie zmagającej się z zaburzeniami kompulsywnymi i fobią społeczną. Skąd pomysł na połączenie tak relaksujących i przyjemnych dźwięków z tak trudnymi i trapiącymi tematami?

Muzyka jest pejzażem, przez który podróżują teksty – a czasami na odwrót. Ciężko byłoby napisać wściekły, black metalowy kawałek i śpiewać w nim o tym, jak ciężki jest cień Króla Demonów. Brzmiałoby to głupio, ponieważ nie jest to w żadnym wypadku piosenka o tym, jak satysfakcjonującym jest podążanie za ciemnością i strachem. Nie, to raczej smutna i ciężka historia opowiadająca o radzeniu sobie z emocjami. Tekst zyskuje na mocy, jeśli dodasz go do takiej muzyki, przynajmniej tak jest w tym przypadku. To nie jest wściekły kawałek – to list otwarty o tym, jak zmęczony jesteś tym wszystkim. Zbyt zmęczony, by krzyczeć. Osobiście, lubię kiedy tekst utworu jest smutny i mroczny, a muzyka nieco radosna. Tworzy to interesujący kontrast. Powiedziałbym, że „The Demon King” nie jest ani idealną piosenką na imprezy, ani też szczególnie mrocznym – przynajmniej nie dla nas, nie w ramach tego, co zwykliśmy określać smutną muzyką. Ludzie muszą jednak zrozumieć jedną rzecz – jeśli cały czas słuchasz TYLKO metalu, a potem nagle odpalisz sobie MCC, oczywistym jest, że będzie to brzmieć odprężająco i miękko. Ale hej, jest przecież mnóstwo muzyki, która stosowała te zabiegi dużo wcześniej, niż MCC – dlatego czuję się nieco zaskoczony i zagubiony, gdy słyszę opinie, że to co robimy jest dziwne, inne lub nowe. Dla nas ta muzyka wcale nie jest odprężająca, choć muszę przyznać, że coraz lepiej rozumiemy dlaczego ludzie uważają, że jest. Znajomi zasypiają, gdy pokazujemy im nowe kawałki i tak dalej…

Jednak, próbując mimo wszystko odpowiedzieć na twoje pytanie, pomysł na tekst pojawił się w tym przypadku jeszcze przed pomysłem na muzykę, co jest dosyć niecodzienne przy naszym trybie pracy. Wydaje mi się, że staraliśmy się znaleźć odpowiedni nastrój do tych słów. Tekst jest smutny, wydaje mi się, że sama piosenka trochę też, z drugiej strony – jest utrzymana w tonie „po prostu to powiedzmy i miejmy to z głowy”. Jasne, mogliśmy zrobić z tego dużo bardziej ponury numer, jednak jest coś pociągającego w pomyśle zrobienia popowej/ rockowej piosenki z tekstem o czymś okropnym. Zapewnia to pewną równowagę. No i przede wszystkim, kto ma jeszcze kurwa siłę, żeby słuchać tekstów o niczym? Chyba naprodukowano ich już w wystarczających ilościach.

Mimo tego, że skupiacie się przede wszystkim na muzyce, dużą wagę przykładacie do wizualnego aspektu tworzonej przez was sztuki. Waszą EPkę ilustruje baśniowy obraz autorstwa Davida M. Brinley’a. Jest to od początku do końca jego pomysł, czy dawaliście mu jakieś wskazówki?

Poprosiliśmy go, aby to zrobił. Konkretnie jego, bo znamy go i uwielbiamy jego prace. Powiedzieliśmy mu, jakie mamy oczekiwania – miał to być mały chłopiec, który w swoim śnie lub wizji spotyka się ze swoimi lękami w komnacie Króla Demonów. Wysłaliśmy Davidowi oczekiwania co do kolorów i pomysły, a ja sam nawet stworzyłem rysunek poglądowy, aby lepiej zrozumiał, o co chodzi. Całość jest mocno inspirowana twórczością szwedzkiego artysty, Johna Bauera. Wszyscy dorastaliśmy w kontakcie z jego sztuką, jest w niej coś jednocześnie swojskiego, a jednak strasznego – i jest to coś, z czym wszyscy możemy się utożsamiać.

Powiedzmy, że mój rysunek poglądowy nieco odstawał jakością od oczekiwań i nie trafił ostatecznie na okładkę… Wtedy Brinley namalował ogromy obraz. Nie jest łatwą rzeczą sprawić, aby artysta przedstawił autentycznie SWOJĄ wizję tego, o co go prosisz, łatwe jest za to instruowanie go tak, aby zrobił dokładnie to, co ty chcesz. To właśnie dopuszczenie pomysłów z zewnątrz jest wyzwaniem, jednak niekiedy trzeba iść na kompromisy, przynajmniej odrobinę. Mieliśmy bardzo określoną wizję tego, co chcemy – Brinley zaś uczynił tę wizję swoją i przelał na płótno. Nie wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrażaliśmy. Wygląda tak, jak Brinley sobie wyobrażał, że my to sobie wyobrażamy – to już jest interesująca sprawa sama w sobie – a z efektu finalnego jesteśmy niezwykle zadowoleni.

Swoją sztukę opisujecie jako „skrojone pod radio wersje soundtracków do codziennego życia i śmierci”. To po prostu błyskotliwa dewiza, czy rzeczywiście tak silnie inspirują was sztuki wizualne, film, telewizja? Wiem, że chyba uwielbiacie Bergmana… (jako wyjaśnienie tekstów w jednym z postów na Facebooku MCC wrzucili fragment wywiadu z Ingmarem Bergmanem)

Błyskotliwa dewiza. Ale też wyjaśnienie, dlaczego brzmimy tak, a nie inaczej. Melodie MCC zazwyczaj mają w sobie sporo dramatyzmu i sprawiają wrażenie, że chodzi o sprawę życia i śmierci – trudno się pisze zwykłe, pop/rockowe piosenki, gdy wyłazi z ciebie taka muzyka. Prawdopodobniej lepiej nadawałaby się do filmów, niestety nie wiemy jak robić filmy, więc jesteśmy zmuszeni pozostać przy tym, co umiemy robić – przy pisaniu piosenek. Więc może brzmieć nieco dziwnie, rockowe kawałki  przepełnione pełnymi dramatyzmu melodiami. Prawie jak muzyka ze ścieżki dźwiękowej, z której ktoś zrobił rockowe szlagiery.

Jak większość ludzi w naszym wieku, dorastaliśmy otoczeni telewizją, muzyką i filmami. Wszystkie z tych rzeczy są ogromną i ważną częścią naszego życia, tym o czym mówimy, jak postrzegamy świat, jak rozumiemy ludzi, jak nie rozumiemy ludzi i tak dalej. Mają na nas wpływ. Zdarza się czasem, że widzisz film i zaledwie jedna, krótka scena sprawia, że wpadasz na pomysł na całą piosenkę, album, cokolwiek. Wszytko to się łączy – filmy, telewizja, muzyka, sztuka, kultura. Wszystkie te rzeczy zawsze zawierają w sobie odrobinę pozostałych. Są dla siebie lustrzanymi światami.

Trzy z pięciu utworów, które znalazły się na EPce były wcześniej wypuszczone jako wersje demo. Dlaczego wybraliście akurat te piosenki? Mieliście w końcu dużo materiału, z którego mogliście wybierać na czym pracować.

Nie, dwa utwory nagraliśmy w 2010 roku jako demo („Sway” i „Turn”), wyciekły one później na YouTube. „The Demon King” jest zupełnie nową rzeczą, „Mayfire” jest najstarsze z nich wszystkich, a „Jennifer” to, oczywiście, cover. Myślę, że mamy w tej chwili jakieś 20-25 piosenek, nad którymi pracujemy. Niektóre mają ponad 10 lat, są to utwory, których nigdy nie skończyliśmy lub nie mieliśmy okazji ich zarejestrować lub wydać. Gdy przebudziliśmy MCC z letargu, pomyśleliśmy, że sensowniej będzie wykorzystać piosenki, które naprawdę lubimy i wreszcie nagrać je tak, aby zabrzmiały tak jak od zawsze chcieliśmy – teraz w końcu mieliśmy taką możliwość. Rozumiemy, że dla niektórych osób, które słuchały MCC od dłuższego czasu, EPka może wydawać się czymś dziwnym, ponieważ część tych utworów już znają. Dla nas jednakże, był to naturalny krok, ponieważ naprawdę bardzo chcieliśmy zarejestrować i wydać „Sway” i „Turn” – wypuszczenie EPki z samymi nowymi utworami, a potem powrót do starych na długogrającym albumie dopiero byłby dziwny. Bardzo dziwny. Dlatego też zdecydowaliśmy się „wykorzystać” je teraz, na początku. Również dlatego, że to po prostu dobre piosenki i w końcu mogliśmy oddać im sprawiedliwość. Nigdy nie zakładaliśmy, że za żadne skarby nie będziemy do nich wracać. Chcieliśmy mieć z głowy te starsze rzeczy, być może będzie to stanowić dobry pomost do następnego długogrającego albumu, który z pewnością zabrzmi inaczej niż „Goodmorning Restrained”. Może dobrze jest nie wystraszyć ludzi za bardzo, kiedy nagle powracasz z niebytu – zwłaszcza, że ludzie najbardziej lubią te piosenki, które już znają.

„Jennifer” to – jak sam stwierdziłeś – „piosenka napisana przez Berta Sommera na długo, zanim ktokolwiek zaangażowany w MCC poczuł jak to jest mieć złamane serce.” Dlaczego zdecydowaliście się akurat na ten cover?

To po prostu piosenka, którą śpiewałem grając na akustyku. Prawdopodobnie pierwsza, którą byłem w stanie zaśpiewać czując się komfortowo i nie nienawidząc własnego głosu. To pierwsza piosenka, którą mogłem śpiewać nie czując wstydu. Dlaczego? nie wiem. Zdecydowaliśmy się to nagrać, bo – pomijając mnie odważającego się śpiewać – to po prostu świetny kawałek. Staraliśmy się, aby zabrzmiał jak ścieżka dźwiękowa z filmu, to jak został nagrany. Jak coś, co Clannad zrobiliby dla filmu lub telewizji. Drewno i ogień. Przyroda.

Szwedzka scena była kiedyś jedną z najbardziej charakterystycznych na świecie. Jak oceniasz jej kondycję na dzień dzisiejszy, w czasach internetu i globalizacji?

Szczerze mówiąc nie wiem zbyt wiele o współczesnej szwedzkiej scenie, zwłaszcza o scenie metalowej. Od wczesnych lat 80′ lub może jeszcze wcześniej, zależy co zaklasyfikujesz jako „metal”, ta scena była szczególnie odważna i wiele zespołów z niej się wywodzących wypracowało swoje unikalne brzmienie. Niekiedy tak unikalne, że stawało się wręcz określeniem odrębnego stylu grania, który znajdował swoich naśladowców. Jeśli chodzi o szwedzką scenę jako taką, jestem nieco zaskoczony, że artyści cieszący się największą popularnością w kraju i na całym świecie, wykonawcy popowi czy DJe prezentują niezwykle mdłą muzykę, pozbawioną jakiegokolwiek klasycznego, szwedzkiego sznytu. Wszyscy oni wydają się myśleć i komponować w nowoczesnym, amerykańskim stylu, niezwykle przewidywalnym, przez co okrutnie nudnym, nawet jeśli same melodie są dobre. Ich muzyka nie opisuje świata, który byłby ekscytujący, ich horyzont nie wykracza poza kupienie nowej pary jeansów. Było wiele szwedzkich zespołów, którym udało się wypłynąć na szerokie wody i zyskać sławę dzięki temu, że miały coś, co odróżniało je od ich amerykańskich lub brytyjskich odpowiedników. W dzisiejszych czasach to wszystko wygląda po prostu na wyścigi w ściąganiu, w czym nie ma nic fajnego. Nie robi to na mnie dobrego wrażenia. Wszystkie zespoły ściągają i podbierają pomysły od innych, jednak kiedy nie umiesz stworzyć czegoś, co sprawi, że ty zabrzmisz jak TY, to nie ma to najmniejszego sensu.

Z drugiej strony, oczywiście – nudne zespoły wciąż mogą tworzyć świetne piosenki, które jednak mogłyby lub powinny być napisane przez kogoś innego. Internet i globalizacja mają na nas, rzecz jasna, ogromy wpływ -przez internet przemysł muzyczny stał się bardziej ostrożny i nie może sobie pozwolić na ryzyko – wypuszczają więc to, o czym wiedzą, że się sprzeda. Podobnie wygląda to w przypadku kinowych blockbusterów – mało w tym wszystkim głębi. Najgorszy rodzaj rozrywki, jeśli chcesz znać moje zdanie. Zawsze będą istnieć wartościowe, niezależne filmy czy zespoły. Jednak kiedyś raz na jakiś czas nawet ci najpopularniejsi artyści czy przeboje kinowe miewały w sobie coś interesującego. Może po prostu się starzeję. Albo po prostu lubię rozmyślać. Nie wiem. Dobrodziejstwem internetu jest to, że umożliwia słuchanie najrozmaitszej muzyki z różnych źródeł, więc niby nie ma znaczenia, co odważą się wydać duże wytwórnie, a czego nie. Tak długo, jak ludzie interesują się muzyką, wszystko będzie w porządku. Ludzie umieją szukać, a jeśli umieją szukać, to w końcu coś znajdą. Wypada mieć tylko nadzieję, że zawsze będą się pojawiać nowe pomysły i nowi artyści, niezależnie od tego, co aktualnie jest na topie. Jestem przekonany, że tak będzie. W tym sensie szwedzka scena wciąż jest zdrowa i żywa, tak jak to było od lat. Jest więcej zespołów niż kiedykolwiek wcześniej, więcej ludzi słucha coraz więcej różnych rodzajów muzyki, po prostu dlatego, że mogą. Tak rodzą się interesujące idee.

Oczywiście, ktoś mógłby narzekać, że przed erą internetu muzycy z różnych krajów mieli swój autentyczny język muzyczny, podejście do melodii – szwedzka melodrama, włoskie „nuty przeznaczenia” i tak dalej. I można by pójść jeszcze dalej i stwierdzić, że było to jeszcze bardziej autentyczne przed epoką radia. Tak czy inaczej, myślę, że sprowadza się to do tego, że jedni muzycy są świetni w kopiowaniu i uczeniu się jak pisać muzykę, która brzmi dokładnie tak jak coś, co im się podoba – współcześnie duża jest szansa na to, że będzie to coś, co słyszą najczęściej, o ile nie są wystarczająco zaangażowani w poszukiwania. Inni z kolei dodają bardziej osobiste rzeczy, coś co sprawia, że słyszysz to i myślisz sobie „hej, to musi być szwedzkie” i tak dalej – dzieje się tak dlatego, że ludzie są ze sobą połączeni kulturowo i sposobem myślenia bardziej, niż niekiedy chcieliby to przyznać. Im różniejszej muzyki słuchają, tym więcej spotykają inspiracji, z tego samego powodu internet jednak sprawia, że zanika lokalny lub narodowy charakter brzmienia.

W skrócie: szwedzka scena dobrze sobie radzi. Być może ludzie w Szwecji wciąż nieco się boją słuchania szwedzkich zespołów i przyznania, że są dobre, ponieważ te zawsze próbują brzmieć jak ktoś inny, ale czy nie jest tak i w innych krajach? Czasami się jednak wciąż się zdarza, że zespoły chcą grać taką muzykę, o jakiej nigdy nikt nie słyszał. Więc pod tym względem – u nas wszystko po staremu.

Jakie są plany MCC na najbliższą przyszłość?
Przygotować się do występów na żywo i nagrania naszego drugiego pełnego albumu.

Dziękuję za poświęcony czas.
Bardzo dziękuję!

Piotr Kleszewski

Piotr Kleszewski

Redaktor

Więcej tekstów Piotra:
TUTAJ