Przez długie lata norweski Shining kojarzył się metalowcom przede wszystkim ze specyficzną mieszanką metalu, jazzu i industrialu. Na tym zbudowali swoją potęgę, swój dosyć zapalony fanbase i poniekąd estetykę, która nie jest w metalu eksplorowana tak często. Ale panowie są wyjątkowo odporni na sentymenty, więc postanowili wszystko zburzyć i zacząć od nowa. Bo „Animal” to nie ten Shining, który większość z was poznała na „Blackjazz”. Na próżno szukać tutaj awangardowych odjazdów, dominacji saksofonu i pierwiastka tożsamego z muzyką progresywnego. Teraz Norwedzy nastawieni są na czad i prostolinijność hard rocka. Dlaczego tak jest opowiadał nam wokalista, niezmordowany filar formacji – Jorgen Munkeby.

*

Czujesz się bardziej jazzmanem czy metalowcem?

W pewnym sensie czuję się jednym i drugim. Ciężko oszacować, w którą z tych stron ciągnie mnie bardziej. Wiesz, dorastałem z muzyką metalową, miała ona ogromny wpływ na moją muzyczną edukację. Z drugiej strony już w dosyć młodym wieku zacząłem grać jazz i to, jak słychać na naszych płytach, nie pozostało na mnie bez wpływu. Zwłaszcza na „Blackjazz” poczułem się metalowcem i jazzowcem w równym stopniu. A teraz? Nie klasyfikowałbym siebie w żadnej z tych dwóch kategorii. Jestem muzykiem. Tyle.

Wielu fanów i krytyków muzycznych lubi opisywać twoją muzykę jako „awangardową” lub „rewolucyjną”. Jak podchodzisz do takich opinii?

Cóż, tutaj musimy wrócić do „Blackjazz”. Ten album to bardzo duża rzecz. Do niego dopasowałbym określenia, których użyłeś w swoim pytaniu. Ponadto nie jest on łatwy w odbiorze, mówimy w końcu o dosyć intelektualnej porcji sztuki, gdzie wielokrotnie warto doszukać się drugiego dna. Mówiąc w skrócie: jeśli za odnośnik weźmiemy historię muzyki, nie tylko metalowej, to „Blackjazz” jest jak najbardziej rewolucyjny. Spodobał się nam ten kierunek, więc kolejne krążki były w prostej linii jego kontynuacją. Ale z naszym najnowszym materiałem jest inaczej. On także jawi się awangardowym i rewolucyjnym, aczkolwiek w historii Shining. Bo właśnie to wydawnictwo jest pierwszym w naszej historii bez parcia w intelektualną stronę muzyki. Wszystko brzmi prościej i jednoznaczniej, stawiamy przede wszystkim na emocje. Dodałbym nawet, że puszczamy oko w stronę słuchaczy. „Animal” może spotkać się z dobrym odbiorem wśród każdej grupy fanów, tak przyjemna to płyta. Bo właśnie o to chodzi. Silenie się na eksperymenty nie ma nic wspólnego z eksperymentowaniem. Poszukiwanie siebie, odkrywanie nowych ścieżek, tak właśnie rozumiemy szeroko pojęte eksperymentatorstwo. Ale uciekam od istoty pytania. Ludzie klasyfikują naszą muzykę w pewien sposób i spoko, ale nie zajmuje mnie to zbytnio. Sam nie próbuję tego robić.

Wspominasz o dużym ładunku emocjonalnym nowej płyty i uciekaniu od gmatwania jej na siłę. Czy to, że uprościliście formułę i daliście się ponieść jest przyczynkiem do zatytułowania wydawnictwa „Animal”? Sam rozumiesz, zwierzę działa zgodnie z instynktami.

W pewnym sensie. Na nowej płycie za odnośnik wzięliśmy przede wszystkim proste, ludzkie emocje. To jest coś, co łączy każdego człowieka na świecie. W dodatku teksty utworów na „Animal” traktują głównie o umieraniu i śmierci. No, bo właśnie, kto o nich nie myśli bądź nie myślał? Z racji prostszego, lecz dosadniejszego przekazu, nasz nowy krążek nie musi być wnikliwie analizowany. Po prostu dostajesz po twarzy wszystkimi rzeczami, które się w nas kotłują, a co z tym zrobisz, to już twoja sprawa. Jest to ciekawe, zwłaszcza w świecie metalu, gdzie każdy chce być mroczny, inteligentny i mistyczny bardziej niż cała reszta. My idziemy w drugą stronę.

Czy przy komponowaniu „Animal” byliście zdeterminowani, aby pójść w stronę prostszych kompozycji, czy cały pomysł wyszedł raczej spontanicznie?

Skłoniłbym się ku obu z tych wariantów. Oczywiście, naszym celem było uproszczenie formuły w pewnym stopniu, ale z drugiej strony dużo do myślenia dały nam nasze koncerty. Niezależnie od tego, jakie kawałki na nich graliśmy, wymiana energii z fanami była niesamowita. Wszystko zdawało się być tak szczere, surowe i niesamowite, że chcieliśmy przenieść ten element na płytę studyjną. Prawdopodobnie to był główny bodziec decydujący o kierunku artystycznym „Animal”. Zauważyliśmy też, że taki sposób tworzenia przychodzi nam znacznie lżej, więc mamy ciastko i zjadamy ciastko. Fani dostają pakiet kawałków, które są idealne na koncerty: można machać głową, pięścią, nucić i wszystko inne, a my czujemy ogromne pokłady przyjemności przy ich tworzeniu. Bardzo nam się taki układ podoba. Jednak jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć. Mimo to, że świetnie nam się te kawałki pisało, bez wahania mogę stwierdzić, że żadnej swojej płycie nie poświęciłem tyle czasu Żadnej nie dopieszczałem tak długo, żadna nie wymagała ode mnie takiego wkładu. To tylko potwierdza, jak wiele zespołowi dał „Animal”. Zarówno duchowo, jak i pod kątem kariery, ścieżki, którą podążamy. W sumie zabawna sprawa. Potrzebowałem tylu lat i tylu następczyń „Blackjazz”, by w końcu zrozumieć, jak wiele znaczy dla mnie prostsza muzyka. Oczywiście nie myśl teraz, że deprecjonuję te płyty, bo wciąż je kocham i mam konkretne dreszcze wykonując je na żywo. Po prostu w życiu zawsze przychodzi moment na zmiany. U nas przyszedł właśnie teraz.

Pragnę zauważyć, że „Animal” to siedlisko wspaniałych melodii i bardzo chwytiwych melodii, planujecie pilotować tę ścieżkę w przyszłości?

Wiesz co, nie mam bladego pojęcia. Zwyczajnie nie mam. Mimo to, jeśli rzucisz okiem na całą naszą dyskografię i historię stojąca za zespołem, możesz już sam wymyślić sobie odpowiedź. „Zmiana” to pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl przy opisywaniu naszej muzyki. Nagrywaliśmy już naprawdę różne rzeczy i zamiast wybierania bezpiecznej ścieżki, gwałtownie z niej zbaczaliśmy. I nie robimy tego, bo tak sobie planujemy w biurze, wszystko wynika z potrzeby serca i własnej satysfakcji. Takową osiągnęliśmy przy nagrywaniu „Animal” i mam nadzieję, że przyszłość również będzie tak samo owocna.

A myślisz, że właśnie dzięki „Animal” Shining może zjednać sobie legiony zupełnie nowych fanów?

Pewnie, definitywnie. Zauważam to nawet teraz, na koncertach, kiedy widuję zupełnie innych ludzi niż w przeszłości. Fani podchodzą do nas i mówią, że wcześniej totalnie nie mieli pojęcia o bycie pod nazwą Shining, a teraz nie mogą przestać nas słuchać. Nie ukrywam: cieszy mnie to niezmiernie. Oczywiście, w przyszłości możemy grać inaczej, fani odejdą, pojawią się nowi, trudno. Gramy przede wszystkim dla siebie, ale jeśli znajduje się grupa osób, której sprawiamy tym przyjemność, to nic, tylko być zadowolonym z dobrze zrobionej roboty.

Wprawdzie wasza nowa płyta jest zupełnie inna, ale ludzie od niepamiętnych czasów lubią wpychać was do szufladki z napisem „progresywny metal”. Jak ci się to widzi?

W ogóle nie przepadam za tą etykietą, moim zdaniem jest ona bardzo błędnie interpretowana. A co do tej stylistyki? Fanem nie jestem, rzadko kiedy słucham, choć miałem w młodości okres, gdzie Dream Theater byli moim życiem. Ale to było kiedyś. Uważam, że tzw. „metal progresywny” raczej zbyt progresywny nie jest. No, bo nie powiesz mi, że rozwój danej kapeli stoi pod znakiem zwiększania częstotliwości solówek i łamania rytmu. Zgadza się, to bardzo techniczna muzyka, ale czy progresywna? Nie do końca. Dzięki, postoję. Poza tym, my nigdy nie staliśmy nawet obok metalu progresywnego. No, chyba, że mieszankę metalu i jazzu ludzie uznają za prog metal. Cóż, ja nie.

Wcześniej wspomniałeś, że już ogrywacie nowy materiał na koncertach. Masz na „Animal” ulubioną piosenkę do gry na żywo?

Cóż, na koncertach gramy różne kawałki z płyty, a setlistę zmieniamy całkiem często. Na razie ciężko mi powiedzieć, które utwory budzą we mnie największą satysfakcję podczas gry na żywo. Może tytułowy? Sam nie wiem, czas jeszcze pokaże, bo to jednak wciąż jest dla nas bardzo świeża sprawa. Mimo tego, już wiemy, że ta płyta obije się szerokim echem wśród słuchaczy. „Animal” już teraz jest najpopularniejszym kawałkiem Shining, na Spotify ma znacznie większą ilość odtworzeń od całej reszty. To niewątpliwie napawa dumą.

OK. No, na sam koniec zapytam czy słyszałeś już najnowszy materiał szwedzkiego Shining (śmiech)?

Nie słyszałem, średnio za nimi przepadam.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza: TUTAJ

W dwa lata po premierze wyśmienitych „Królów życia” Maciej Krzywiński ani myśli, by zwalniać tempo. Już od kilku tygodni na rynku dostępna jest nowa biografia jego autorstwa – „Zgniła zieleń”, na kartach której autor bardzo dogłębnie przedstawił historię Type O Negative, Carnivore i innych projektów Petera Steele. Z tej okazji porozmawialiśmy z nim na temat książki i nie tylko.

Wywiad przeprowadzony w kwietniu 2017.

*

Czym różni się Maciek, który wiele lat temu po raz pierwszy przesłuchał Type O Negative od Macieja, który napisał o nich książkę?

Wiekiem.

Niczym oprócz wieku?

Włosów mi trochę ubyło, ale na szczęście wciąż mam żel, zmarszczek za to przybyło, lecz przede wszystkim mam szerszą perspektywę, która pozwoliła mi się za tę książkę zabrać. Poza tym kiedy pierwszy raz miałem styczność z Type O Negative, nie powaliła mnie ich oferta muzyczna. Powodem było zetknięcie z „October Rust”, którą do dzisiaj uznaję za swój najmniej ulubiony album grupy Steele’a. Poza tym byłem wtedy zwyczajnie zbyt słaby, aby pisać książki. Recenzje też, ale nie powstrzymało mnie to przed popełnianiem takowych.

Pod pewnymi względami jesteś więc bogatszym człowiekiem. Kiedyś nie dostawałeś gróźb karalnych, a obecnie możesz pochwalić się wieloma. Czy takie otwarte deklaracje zrobienia ci krzywdy łechtają ego?

Aż tak źle chyba ze mną nie jest. Ego może mi połechtać pozytywna opinia żony na temat przyrządzonego przeze mnie obiadu, a nie upstrzona błędami ortograficznymi wiadomość od czternastoletniej fanki Nightwish, która chciałaby mi wymierzyć karę cielesną. Mimo to zarówno pochwały, jak i krytyka wymierzone w stronę moich tekstów są dobre. Przecież najgorsza jest obojętność. Poza tym nie przesadzajmy już z tymi „wieloma”. Wszystkie te pogróżki mógłbym wyliczyć na palcach dwóch rąk. Pozwolę sobie dodać, że żadnej z nich nie zgłaszałem do prokuratury.

A jak wygląda sprawa z pozytywnymi opiniami odnośnie twoich tekstów? Nie zwracasz na nie uwagi, czy lubisz przeczytać od czasu do czasu miłe słowo odnośnie swojego artykułu?

Nie tyle nie zwracam na nie uwagi, co traktuję z dystansem. Żyjemy w epoce cyfryzacji i większość tych pochlebnych głosów jest w gruncie rzeczy anonimowa. Trudno sobie brać takowe do serca. Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że nie przeczytałem żadnej recenzji swojej poprzedniej książki, ale generalnie nie warto podniecać się cudzymi opiniami. Dla zdrowotności. I nie chodzi mi o to, że jestem nieomylny i odporny na wszelką krytykę, ale jeżeli sam nie jesteś przekonany do wartości swojego dokonania – niezależnie od tego, czy mówimy o książce, czy o pasztecie z królika – to chyba nie powinieneś wychodzić z nim do ludzi. Dodam jednak na marginesie, że kiedy podczas Metalmanii wraz z InRockową ekipą stałem na stoisku ze „Zgniłą zielenią”, podchodzili do nas różni starsi metalowcy z cokolwiek nieciekawymi wyrazami twarzy. Aż się człowiek zastanawiał: „Czy on chce mi przyjebać za tę negatywną recenzję Protector?”. Na szczęście mimika okazała się zwodnicza. Ludzie byli bardzo przyjacielsko nastawieni i obeszło się bez rękoczynów.

O tych „nieciekawych” dżentelmenach wspominał Krzysztof Słyż – szef Arachnophobia Records. Ponoć przy jego stoisku dochodziło do nieprzyjemnych wymian zdań.

Przeczytałem o tym na Krzysztofowym Fejsie. Świetna narracja swoją drogą, niezagospodarowany talent literacki, przynajmniej w małych formach. W naszym przypadku było lepiej. Ludzie odwiedzający stoisko InRocka wykazali się wyższym poziomem savoir-vivre’u. Chociaż nie ukrywam, że robiliśmy zakłady, czy ktoś przypadkiem nie będzie chciał po ósmym piwie zwrócić śniadania na książki. Nie stało się tak, i dobrze, bo śniadanie to, jak wiadomo, najważniejszy posiłek całego dnia.

Jak oceniasz tegoroczną edycję Metalmanii? Czy podzielasz zdanie uczestników, którzy na tej imprezie wyczuli powrót – jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało – metalowego ducha z pierwszych edycji festiwalu?

Atmosfera festiwalu była bardzo dobra, temu nie mogę zaprzeczyć. Niektóre zespoły, które wzięły w nim udział, lubię i poważam, choć uważam, że duża scena była trochę za bardzo zanurzona w sentymentach. Spośród weteranów Coroner dał jeden z najlepszych koncertów wieczoru, ale dla odmiany Tygers of Pan Tang, Samael albo Moonspell to nie była moja bajka. Dwie ostatnie formacje robiły za główne gwiazdy festiwalu, chociaż od lat nie wydały znaczących albumów. Może zawdzięczały ten przywilej temu, że swoje sety oparły na repertuarze ze swoich tzw. klasycznych płyt. Wprawdzie za duże nadużycie uznaję nazywanie jakiegokolwiek materiału Moonspell „klasycznym”, ale to temat na inną opowieść. W każdym razie wydaje mi się, że tegoroczna edycja festiwalu miała na celu wybadanie gruntu pod względem frekwencyjnym, więc po części jestem w stanie zrozumieć nieco asekuracyjne propozycje. Nie zapominajmy jednak o małej scenie. Zespoły zebrane właśnie na niej zagwarantowały najlepsze koncerty, a w dodatku mogą one poszczycić się twórczą formą wyższą niż niektórzy weterani, których poczynania w sobotę obserwowały tysiące osób. Chociaż – bądźmy szczerzy – nagranie lepszego materiału od tych, którymi ostatnio raczą nas Moonspell, Samael czy nawet Sodom, nie jest jakąś wielką sztuką. Większość grup z małej sceny żyje i się rozwija, a część tych z dużej od lat już tylko wegetuje. A co do wskrzeszenia „metalowego ducha” ze starych lat… Nie wiem. Szczerze mówiąc, średnio mnie to zajmuje.

Wspomniałeś o Samael, co daje pretekst do rozwinięcia innego tematu: eksperymenty w metalu. W jednym ze swoich felietonów opublikowanych na łamach Metal Hammer broniłeś kapel, które usilnie próbowały wyswobodzić się z tłocznego metalowego światka. Nie uważasz jednak, że Samael i masa im podobnych kapel wręcz zatonęły w swojej rewolucji i ciężko się ich słucha?

Samael zdecydował się na woltę o tyle interesującą, że z radykalnej – zwłaszcza jak na początek lat dziewięćdziesiątych – i surowej kapeli blackmetalowej przeistoczył się w to… W to, co robi teraz. Faktycznie, kiedy lata temu swoją stylistykę zmiksowali z brzmieniami syntezatorowymi, a nieco później i z automatem perkusyjnym, mogło się to wydawać czymś niespotykanym. Rzecz w tym, że od prawie dwóch dekad Szwajcarzy są jak najdalsi od eksperymentów i trudno mówić o jakiejkolwiek ewolucji ich stylu, a co dopiero rewolucji. Wprawdzie kiedy rozmawiałem z Vorphalackiem, zapewniał mnie, że nowa płyta będzie sumą wszystkich doświadczeń skumulowanych pod szyldem Samael, ale chyba się na to nie nabiorę. Przed premierą poprzedniego albumu mówił to samo.

Czy któreś z tych kapel, które ostentacyjnie pokazały fanom środkowy palec w drugiej połowie lat 90., zaskarbiły sobie twoją sympatię? Wracasz do takowych?

Kiedyś o tym rozmawialiśmy. I nie, nie wskażę tutaj „Host” Paradise Lost (śmiech). Pokuszę się za to o wspomnienie „Diabolus in Musica” Slayer, co chyba też cię nie zdziwi. Tak na marginesie, to, wbrew obiegowej opinii, Slayer wcale nie tłukł przez lata wariantów tej samej wściekle rozpędzonej piosenki. Przynajmniej przez pierwsze dwie dekady działalności wciąż modyfikowali swój styl, no bo nikt mi nie wmówi, że „Show No Mercy” przypomina „Hell Awaits”, „Reign In Blood” – „South of Heaven”, a ta ostatnia – „Diabolus In Musica”. Każdy z wymienionych albumów był inny, każdy charakteryzował się nieco odmiennymi składowymi, chociaż nieposkromiona agresja była elementem, który je wszystkie spajał. „Diabolus in Musica” to nieco bardziej radykalny zryw i odejście od klasycznego rdzenia ich muzyki, aczkolwiek uważam ten album za jeden z najlepszych powstałych pod szyldem Slayer. Dodam jeszcze – co niesamowicie mnie boli – że jest wielokrotnie lepszy od „Repentless”, który miał być chyba reanimacją starego ducha tej formacji. Niestety, ta płyta nie ma w sobie nawet połowy gniewu cechującego „Diabolus…”. Nie zrozum mnie źle – lubię ją. Zresztą każdą płytę Slayera lubię. Na tym polu jestem bardzo daleki od obiektywizmu.

Wspomniałeś o tym, że „Repentless” mogło być próbą reanimacji oldskulowego ducha Slayer, ale zapomniałeś dodać, że symbolicznym pochówkiem zespołu chyba również. Moim zdaniem, nie nagrają już następnego materiału.

Różnie z tym może być. Kerry King zapewnia, że materiał na kolejny album jest już w fazie przygotowań i że na pewno zostanie wydana jeszcze jedna płyta. Sam na to liczę.

Chociaż na chwilę poruszmy temat „Zgniłej zieleni” (śmiech). W obu biografiach twojego autorstwa frontmani omawianych w nich kapel wręcz przytłaczali resztę składu swoją charyzmą. Nie uważasz, że deprecjonowanie zasług pozostałych członków zarówno Faith No More, jak i Type O Negative jest dosyć krzywdzące?

Tak i nie. W tych dwóch zespołach sytuacja na linii frontman-reszta składu wyglądała nieco inaczej. Trzon Faith No More od zawsze stanowił tercet Gould-Bordin-Bottum. Jak sam dobrze wiesz, bez Pattona w szeregach zespół nagrał dwie pierwsze płyty, a na tej przełomowej – „The Real Thing” – gdzie Mike był już wokalistą, jego praca ograniczała się jedynie do dopisania tekstów i melodii wokalnych. Na pozostałych albumach Faith No More Patton też nie był wiodącą siłą twórczą. W Type O Negative natomiast Steele od początku do końca rządził. Mimo zaledwie jednej zmiany składu w całej historii zespołu, to niezmiennie on odpowiadał za całą muzykę i teksty. Już choćby dlatego rozkład sił w obu zespołach był diametralnie odmienny. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że pozostali członkowie Type O Negative byli do bani. Wręcz przeciwnie, oni – jak powiedziało mi kilka osób z otoczenia zespołu – dawali liderowi wsparcie na poziomie czysto życiowym, co jest przecież ważniejsze od nutek. A poza tym Josh Silver był odpowiedzialny za produkcję płyt kapeli, co również jest warte wspomnienia.

Mike Patton, o którym wspomniałeś wcześniej, ma wśród swoich wielbicieli opinię świętej krowy. Że niby taki Midas – czego nie dotknie, to zamienia się w złoto. Nie uważasz jednak, że nieludzka ilość pochwał nad licznymi projektami Pattona jest nieco przesadzona? Bądźmy szczerzy, gość ma na swoim koncie parę niewypałów.

Nie zgodziłbym się z tobą do końca co do tych niezliczonych pochwał. Natknąłem się na negatywne jak i neutralne recenzje jego dokonań. Jak pewnie wiesz, nawet ostatni album Faith No More spotkał się z mieszanym odbiorem. Myślę, że wpływ na entuzjastyczne opinie może mieć środowisko, z jakiego wywodzą się Patton i Faith No More właśnie. Kiedy członek rockowo-metalowego składu wyskakiwał z materiałem zupełnie odbiegającym od gitarowej muzyki, mógł uchodzić za nowatora, którym w rzeczywistości wcale być nie musiał. Dzisiaj już takie mariaże nikogo nie zaskakują i to może właśnie dlatego o Pattonie jest nieco ciszej, niż zazwyczaj. A tak nawiasem mówiąc, Mike’owi najlepsze rzeczy wychodzą z reguły wtedy, kiedy działa przy wsparciu wyjątkowo wyrazistych osobistości. Tak jest w Faith No More i było choćby w Mr. Bungle.

Wbrew pozorom, Faith No More i Type O Negative łączy kilka rzeczy. Pomijając już sam fakt, że obie kapele dzielnie zniosły próbę czasu, ich muzyka raczej nie trąci myszką. Mimo to, ci pierwsi byli dosyć ciężkim do sklasyfikowanie bytem, a „zielonych” po dziś dzień ochoczo wpycha się do szuflady z napisem „gotycki metal”. Czy twoje pierwsze zetknięcie z tym gatunkiem zaowocowało odrazą doń równie wielką, co teraz?

Owszem (śmiech). Właśnie dlatego tym bardziej sądzę, że klasyfikowanie muzyki Type O Negative jako gotyckiego metalu jest bardzo krzywdzące. Jak wiadomo, zespół wyrastał z nowojorskiej sceny hardcore punka, a do swojej muzyki dodatkowo przemycali wpływy tradycyjnego hard rocka w duchu Black Sabbath, a czasem Deep Purple – to za sprawą Josha akurat – The Beatles, a nawet pierwotnego szorstkiego industrialu, do tego dochodziły inspiracje popem. Podczas gdy Teatry Tragedii tego świata miały pomysł na muzykę płaski jak biust czarownicy, Steele czerpał, skąd się tylko dało. Bo jak mawiał, kraść trzeba od najlepszych. Te wszystkie formacje gotycko-metalowe najczęściej starały się tymczasem klecić para-metalowe riffy i kreować dosyć naiwny klimat na klawiszach. No i te wokalistki, które znacznie lepiej niż na sesjach nagraniowych poczynały sobie na sesjach fotograficznych, a i to nie było regułą, bo jak się jedna z drugą ubrały w te czarne firany, to bywało, że najsztywniejsze wzwody miękły. Jednakowoż faktem jest, że Type O Negative na pewien czas ulegli tej gotyckiej konwencji, czego dowodem „October Rust” – chyba najbardziej rozpoetyzowany (w złym tego słowa znaczeniu) i wysoce koniunkturalny materiał.

Temat niewłaściwego przekuwania wzorców również jest ciekawy. Można go przełożyć zarówno na współczesny prog-metal, gdzie prędkość solówek przesłoniła bogactwo muzycznych krajobrazów albo thrash metal w wykonaniu młodych kapel, które nie chcą chłostać, tylko ciąć jak najszybsze riffy.

Moim zdaniem muzycy dzielą się na imitatorów i kontynuatorów. Ci pierwsi są zainteresowani środkami do celu, a ci drudzy celem jako takim. Przykładem kontynuowania czyjegoś – w tym wypadku Slayera – dziedzictwa może być death metal. Wiadomo, że ten zespół miał niebagatelny wpływ na narodziny death metalu, aczkolwiek jego wynalazki były jedynie narzędziami w rękach rozwścieczonych deathmetalowców, przynajmniej tych najzdolniejszych. Bo jak mawiał i Morbid Angel, i Bóg na niebiesiech: „Kto ma uszy, niechaj słucha”. No i pojętni usłyszeli wystarczająco dużo, by tworzyć po swojemu.

Jeśli już mowa o czyimś dziedzictwie przekładanym na nowe i jeszcze bardziej zaawansowane, pragnąłbym przełożyć to na nowoczesną scenę crossover thrash metalu. Świetnym tego przykładem ostatni krążek Power Trip – wpływy są wręcz namacalne, ale przepis na wpierdol podany w sposób wciąż obezwładniający słuchacza.

Zgadzam się – Power Trip nagrał dobrą płytę. Nie mogę jednak powiedzieć, bym z zapartym tchem śledził wszystko, co opatrywane jest tagiem „crossover thrash”. Na pewno wolę konwencję uprawianą przez Power Trip od oblicza crossoveru w bandanach, o tych wszystkich Bonded By Bloodach i Havokach nie wspominając.

Na sam koniec poruszmy temat twojej radiowej audycji – „Krzywo i nie na temat”. Prowadzisz ją już pół roku.

Nie, po dwie godziny co środę. Ale faktycznie pierwszą wyemitowaliśmy z pół roku temu. Cóż, jest to całkiem miłe zajęcie. W dodatku zupełnie odmienne od pisania. Otóż gdy podczas nawijania na antenie w pewnym momencie się wyłożysz, każdy to słyszy. Nie poprawisz zdania za pomocą klawisza „backspace”. Nie cofniesz czasu. Ma to swój urok i daje motywującego kopniaka.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ