Na ile poważnie podchodzicie do tematu szczerości w muzyce której słuchacie? Jest ona tylko dodatkiem, który decyduje o wzroście poziomu danej płyty, czy może czymś koniecznym, "bo tak wypada"? W metalowym światku ta właśnie szczerość to bardzo intrygujący wątek, bo czysto teoretycznie metalowcy gorąco o nią zabiegają, ale tylko w sytuacjach, kiedy jest im to na rękę. Kiedy na przykład Paradise Lost odeszli od przesterowanych gitar, ci sami słuchacze, którzy pokochali "Icon", nie byli zbyt zadowoleni z "Host". Mimo że "Host" to płyta przesycona prawdą i osobistymi zawodami. Całkiem podobnie sytuacja wygląda z krążkami In Flames, gdzie fani bardzo głośno perorujący o unikaniu fałszu w muzyce, jakoś o tym zapominają z racji zawartości tychże, gdy te znajdują się poza radarem ich zainteresowań.

A właśnie za to In Flames należy się szacunek. Jedni z ojców melodyjnego death metalu ze Szwecji zbudowali swoją karierę na graniu wbrew temu, co życzą sobie fani, a w zgodzie ze swoimi upodobaniami i preferencjami. Moim zdaniem jest to godne podwójnego pogratulowania, jeśli pod uwagę wziąć fakt, jak wielkim - w skali muzyki metalowej - zespołem jest In Flames w porównaniu do np. ich kolegów z Dark Tranquillity. No, skoro temat szczerości bądź jej braku został rozpracowany, można zejść na ziemię i poddać analizie muzykę z "I, The Mask".

Chyba oczywistym jest, że nikt, kto nie zatrzymał się w eksplorowaniu twórczości tej formacji na "Clayman", nie robi sobie nadziei, że oto Friden i koledzy wrócą do death metalu zalanego toną melodii. Nic z tych rzeczy. Oni w tę muzykę zwyczajnie nie wierzą, a ja to w pełni rozumiem. Na takich "Come Clarity" czy "Sounds of a Playground Falling" nie znajduję zbyt wiele dla siebie, ale czuję, że nagrał je zespół, który doskonale wie, jaki efekt poszukiwań chce osiągnąć. Problem w tym, że nawet jak dla mnie poszukiwania zaszły zbyt daleko na "Siren Charms" i "Battles". Mimo że twórczość In Flames zawsze odznaczała się sporym naddatkiem słodyczy i kiczem w nie najlepszym guście, dwa wyżej wspomniane krążki przekroczyły pewną granicę. To trochę tak, jak z tą ambitną koleżanką w klasie, która podczas wykonania 'Barki' na ocenę podczas lekcji religii, wchodzi na taki poziom ekspresji i egzaltacji, że wszelka tolerancja i hamulce puszczają. In Flames chyba sami to zrozumieli, bo "I, the Mask" jest płytą znacznie bardziej wyważoną i wycyzelowaną od swoich poprzedniczek, wydanych na przestrzeni ostatnich kilku lat. W najlepszych momentach, kiedy nikt tutaj nikomu nie wmawia, że rozmawiamy o zespole deathmetalowym, "I, the Mask" brzmi jak mokry sen każdego, kto lubi szybkie ataki przesterowanych gitar w refrenach, przeplatane ckliwymi zwrotkami. Do układanki dochodzą jeszcze ballady, w których Szwedzi chyba już na dobre się wyspecjalizowali. Takie 'Stay With Me' oczywiście może zrazić ponadnormatywnym poziomem lukru w ramach samej zwrotki, ale im dalej w las, tym lepiej. Świetnie poprowadzona dramaturgia i ekspansja melodyjnych partii gitar konkretnie łapią za serce, a ja czuję, że to autentyczny przekaz, że nikt mnie nie chce nabrać. Nawet jeśli przesadzony, nawet jeśli niebezpiecznie wpadający do worka z napisem "kicz". In Flames grają tak, jak chcą grać, a skoro jeszcze są w stanie nawiązać emocjonalną więź z fanami, to tym lepiej. Nie jest też tak, że w całości kupuję "I, the Mask", bo pewne wątpliwości są i raczej pozostaną. Stężenie słodyczy w refrenach tych piosenek ('All the Pain' się kłania) czasami przekracza mój próg tolerancji, a kilka żwawych numerów udających, że In Flames tęskni za starymi czasami, też tutaj niekoniecznie pasuje.

"I, the Mask" niekoniecznie jest płytą, w której się zakochałem bądź taką, która w jednej chwili zasili pierwszą dziesiątkę moich ulubionych tegorocznych wydawnictw. Mimo to, czuję, że nagrał ją zespół, który doskonale wie, czego chce i nie musi kłaniać się w pas nikomu, nawet przy swoim niewątpliwie mainstreamowym statusie. Albumy takie, jak "I, the Mask", gdzie artyści konsekwentnie rozwijają swoje wizje, wolę tysiąc razy bardziej od setnego odgrzanego kotleta takiego Darkthrone. Bo o to w muzyce chodzi: patrzeć przed siebie, nie za siebie.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/in-flames-i-the-mask-cover-500x500.jpg
Artysta In Flames
Tytuł I, The Mask
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 1 marca 2019
Czas trwania 50 minut
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Emocje. Emocje to generalnie ciekawy wątek w szeroko pojmowanej muzyce, bez zatrzymywania się przy jakiejkolwiek stylistyce. To one są nośnikiem tego, co artysta chce nam powiedzieć. Jeśli nawiążemy z nim relację, zrozumiemy jego wewnętrzne boje, zostajemy z nim dłużej niż na jedną płytę czy singla. Śledzimy serie życiowych upadków bądź pełnych nadziei wzlotów. Próbujemy dociekać, jak bardzo utożsamiamy się z tekstami, czy więź z ich autorem pozostaje nietknięta, czy może jednak na odwrót. Czy płyta Y to wciąż ten sam poziom przekazywania uczuć, co płyta X? Zadajemy pytania, zostajemy z artystą, obserwujemy go, analizujemy, co się zmieniło. U The National zmieniło się wiele.

Wraz z premierą bardzo dobrej "Trouble Will Find Me" amerykańscy dżentelmeni formujący The National wyraźnie zmodyfikowali swój sposób opowiadania o emocjach. Wszystko stało się bardziej bezpośrednie, opisy życiowych niepowodzeń bardziej dotkliwe, muzyka kłuła w serce skuteczniej, przypominała o przykrych sytuacjach, które przeżyliśmy wszyscy. Z mniejszym naddatkiem metafor, generalizowania, opowiadania naokoło. Warstwa liryczna The National nabrała wyraźnie indywidualny sznyt, przez co jej odbieranie okazało się być znacznie intymniejszym przeżyciem niż kiedykolwiek wcześniej. Świadczy to oczywiście o twórczej ewolucji artystów. Nikt nie tkwi w sidłach młodzieńczej adolescencji, nikt nie udaje, że wszystko jest po staremu. Człowiek zmienia się z dnia na dzień i The National także. Czy to delikatna sugestia, wedle której próbuję wykazać, że oto panowie się starzeją? Bynajmniej, to dojrzewanie.

Każdy dojrzewa w sobie znanym tempie, przechodzi przez najróżniejsze sytuacje i ten stan rzeczy jest świetnie sportretowany na "I Am Easy to Find". Matt Berninger, nawet jeśli wzoruje się na historiach innych, mówi własnym głosem, jego opowieści wciąż zostają w głowie, pojedyncze wersy potrafią wywołać szybki opad szczęki. Nawet mimo tego, że przecież tutaj nikt o śpiewa o magii, smokach i wycieczkach w kosmos. To trywialne sprawy, codzienność w pigułce: życiowe dylematy, lęki, sercowe zawody. Ale życie człowieka to suma prostych spraw. Nawet najbardziej wybujałe opowieści o nieistniejącym świecie nie zastąpią poczucia zrozumienia związanego z tym, że ktoś czuje tak samo. Uwierzcie, każdy z nas kiedyś był bohaterem którejś z opowieści wokalisty The National. Kiedy w ‘Light Years’ słyszymy, że zawsze dzieliły nas lata świetlne, to tak było, wszyscy to wiemy, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, zwyczajnie kłamie. Niby takie proste, a skuteczne. Warto jednak odnotować, że nie tylko na gruncie szeroko pojętej liryki The National zmienił się. Od wcześniej wspomnianej "Trouble Will Find Me" zespół zakręcił potencjometr młodzieńczego rozedrgania w drugą stronę. Mniej w tym rockowej przebojowości "High Violet" czy gęstej atmosfery "Boxer". Piosenki stały się delikatnie unoszonymi bańkami mydlanymi, zespół coraz śmielej uciekał od typowo rockowego instrumentarium, chętniej zerkał w stronę elektroniki i w zasadzie tylko głos Matta Berningera był taki, jakim od zawsze był. "I Am Easy to Find" to dalszy ciąg ewolucji The National od strony muzycznej, tym razem podzielony na trzy strefy. Z jednej strony mamy więc konsekwentne pilotowanie ścieżki znanej chociażby ze "Sleep Well Beast". Dużo w tym elektroniki, leniwych loopów, gitary czy perkusja w zasadzie schodzą na dalszy plan. Druga strona to z kolei kilka wycieczek w przeszłość. ‘Rylan’, ‘Hey Rosey’ czy ‘Quiet Light’ tęsknią za - uwaga: paradoks - dynamiczną melancholią "High Violet", przypominają o tej niepodrabialnej melodyce. Ale chyba trzeci kierunek intryguje najbardziej, czyli nowości. Głównie featuringi. Ilość wokalistek udzielających się na "I Am Easy to Find" gościnnie zamyka się w okolicach kilkunastu, co samo w sobie zaskakuje, bo The National nigdy na taką ekspozycję innych znajomych nie stawiali. Featuringi wnoszą do płyty wiele, dają jej nowe życie. To nie to, co u większości rockowych zespołów, że dodatkowy piosenkarz ma mruknąć trzy słowa w refrenie i sobie pójść. W takim ‘Where Is Her Head’ - wyraźnie energicznym - ogólna werwa utworu spotyka się z kontrastem w postaci delikatnego głosu Eve Owen. Duże wrażenie robią również dobitnie gospelowe smaczki, jak chociażby w miniaturowym ‘Her Father in the Pool’ czy ‘Not in Kansas’.

Pamiętam, że po premierze "Sleep Well Beast" obraziłem się na The National. Bo zamulają, bo to nie "High Violet II", a bo coś tam jeszcze. Teraz obrazy nie ma. Na poziomie czysto emocjonalnym i muzycznym "I Am Easy to Find" jest "moją" płytą, a The National "moim" zespołem. Coś takiego to ogromna sprawa. Posłuchajcie tego albumu, oddajcie mu się bez reszty.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/the-national-i-am-easy-to-find-cover-500x500.jpg
Artysta The National
Tytuł I Am Easy To Find
Wydawca 4AD
Data premiery 17 maja 2019
Czas trwania 1 godz. 3 min.
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Gdzie właściwie przebiega granica dobrego smaku w muzyce metalowej? Co ją wyznacza? Kiedy zostaje przekraczana? A może w metalu nie istnieje w ogóle takie pojęcie jak dobry smak? Poddajmy to szybkiej analizie: ta stylistyka, niezależnie od odmiany, emanuje kiczem, a żeby to udowodnić wystarczy szybki przelot po historii gatunku. Mieliśmy Judas Priest w kamizelkach obitych odblaskowymi kwadracikami, blackmetalowców w zbrojach i czarnych golfach, thrashmetalowy pociąg do wszystkich odmian jeansu albo deathmetalowców, którzy udowodnili światu, że jednak są na świecie ludzie noszący bojówki moro. I wszystkie te odmiany rocka mają w sobie dużo z cyrku pod kątem samej warstwy muzycznej, co wymaga ponownego cofnięcia się do pionierów spod znaku heavy metalu. Patos, egzaltowane teksty, romantyzm w najgorszym z możliwych, rycerskim wydaniu - to w metalu mamy do dzisiaj. Ale jednak są takie zespoły, które balansują i udowadniają, że ten dobry smak w tej muzyce faktycznie istnieje. Należy do nich właśnie Grand Magus.

Szwedzka formacja, dowodzona przez niezmordowanego JB Christoffersona, zamajaczyła mi na horyzoncie w okolicach premiery „Triumph & Power”. Sama zawartość płyty, badana w ciemno, stanowczo zachęciła mnie do dalszej peregrynacji dyskografii zespołu, a dodatkowym czynnikiem z kategorii plusowych był skowyt fanów, że to już nie to samo, że gdzie podział się ten „ich” zespół. A ja paradoksalnie czuję, że to właśnie wraz z wydaniem dzisiaj już pięcioletniego krążka Grand Magus stał się „moim” zespołem. Bo ma w sobie to, o czym 90% reprezentantów klasycznie heavymetalowego nurtu zapomina: hamulce.

Tak, hamulce w takiej stylistyce są niezwykle ważne. To nie black metal, gdzie połowę wrażenia robi na tobie szerzej niezidentyfikowana dawka szaleństwa, tutaj całość podtrzymuje wspomniany patos, epickie zadęcie w melodyce i wysoce dostojna atmosfera. Ale właśnie, o co chodzi z tymi hamulcami? Ano o to, że Szwedzi doskonale wiedzą, kiedy przestać. Wiedzą, żeby nie forsować zaciekle skrajnych rozwiązań gitarowych, by nie wspinać się po szczytach żenady. Wokalista wie, że wcale nie musi udawać brakującego ogniwa między człowiekiem a delfinem, aby ułożyć świetne partie śpiewu i właśnie takie podejście jest największym plusem „Wolf God”. Grand Magus dobrze zdaje sobie sprawę z niezaprzeczalnie przebojowego potencjału heavy metalu i to on jest bazą tej płyty. Te wszystkie podniosłe partie gitar, celowe zwolnienia w refrenach, one nie są żadną trzecioligową muzyczną rekonstrukcją bitwy rycerskiej – wszystkie idealnie zdadzą egzamin z machania pięścią i tupania nogą podczas koncertów. Bo oszczędność środków wyrazu wspaniale wpływa na kompozycje z „Wolf God”. Czuć tutaj wspaniałe wyważenie wszystkich elementów, brak przeginania w jakąkolwiek stronę. Weźcie sobie taki ‘Spear Thrower’ z tym wyścigowym riffem na wejście. Typowa heavymetalowa kapela zmarnowałaby jego potencjał po pięciu sekundach, mamrocząc o smokach i wprowadzając udawane zwolnienia brzmiące jak upośledzone sieroty po doom metalu. A tutaj? A tutaj całość jedzie na hardrockowym silniku, a refren to już w ogóle taki cukiereczek, że jak nie śpiewacie go w swoim pokoju z niewidzialną gitarą, to ja nie wiem, co jest z wami nie tak. Oczywiście, przykładów jest znacznie więcej, jak chociażby ‘Brother of the Storm’ ze wspaniałą dramaturgią i wybitnie koncertowy utwór tytułowy, ale chodzi o esencję. A ta esencja w przypadku Grand Magus jest bardzo dobrze wycyzelowana i przemyślana.

Płakałbym z radości, gdyby heavy metal regularnie dostarczał mi tonę tak dobrych płyt jak „Wolf God” – dobrze napisanych, kipiących od hitów, robionych ze świadomością, że ta cała zabawna estetyka tekstowa i image w połączeniu z muzyką, to tylko jedne ze środków do celu, nie cel sam w sobie. Tak właśnie trzeba, oby więcej takich albumów.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/grand-magus-wolf-god-500x500.jpg
Artysta Grand Magus
Tytuł Wolf God
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 19 kwietnia 2019
Czas trwania 38 minut
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Kiedy niespełna dwa lata temu muzycy Katatonii ogłosili zawieszenie zespołu, wielu fanów depresyjnej muzyki Szwedów było wyjątkowo bliskich napadom padaczki i zawałowi serca. Ale tandem Nystrom-Renkse pozostał niewzruszony i kanalizował swoją energię w ramach innych przedsięwzięć. A teraz wrócili i już niedługo ruszają koncertować po Europie. Z racji powrotu formacji do żywych i wspomnianej wyżej trasy koncertowej mieliśmy przyjemność porozmawiać z enigmatycznym wokalistą Katatonii – Jonasem Renkse.

*

W specjalnym ogłoszeniu opublikowanym tuż przed zwieńczeniem trasy „Fallen Hearts of Europe” w 2017 roku, napisaliście, że zawieszacie Katatonię celem odpoczynku i przeanalizowania, co przyszłość ma do zaoferowania zespołowi. Wielu zastanawiało się czy faktycznie wrócicie. I wróciliście.

Jestem gorącym wyznawcą teorii, że wszystko ma swój czas. Mniej więcej w połowie roku 2017 czuliśmy, że najwyższa pora dać sobie chwilę na odpoczynek, ale równie zdeterminowani byliśmy kilka miesięcy temu, decydując się na wskrzeszenie formacji. Po prostu wiedzieliśmy, że teraz nadszedł odpowiedni moment, a przerwa w funkcjonowaniu pod tym szyldem dobrze nam zrobiła.

Czy namowy fanów do reaktywacji, których pojawiło się nadzwyczaj wiele na przestrzeni ostatniego roku, też miały swój wpływ na decyzję o powrocie zespołu?

Nie powiedziałbym, by wpłynęły na nas w jakikolwiek sposób. Jesteśmy zespołem, który działa zgodnie ze swoimi życzeniami, a nie zachciankami innych ludzi. Owszem, nie zrozum mnie źle, poświęcenie naszych fanów wywarło na nas ogromne wrażenie, ale to był jednak tylko dodatek, coś na zasadzie miłej niespodzianki.

Pierwszą rzeczą, którą Katatonia zrobi po reaktywacji, będzie mini-trasa koncertowa, na której będziecie odgrywali dziesięcioletnią już „Night Is the New Day” w całości. Skąd ten pomysł? „The Fall of Hearts” wciąż jest bardzo świeżym materiałem, nie mieliście ochoty dać mu kolejnej szansy?

Niekoniecznie. Na trasie promującej „The Fall of Hearts” zdążyliśmy zaprezentować wszystkie utwory z płyty wielokrotnie, nie pomijaliśmy niczego, nie stawialiśmy na prezentację staroci, uznając najnowszy materiał wyłącznie za pretekst do grania koncertów. „Night Is the New Day” to z kolei nieco zapomniana perełka w naszej dyskografii, więc 10-lecie jest wspaniałym momentem na jej odkurzenie. Przyznam, że nie możemy się doczekać!

Skoro już o rocznicach rozmawiamy – „Tonight’s Decision” kończy w tym roku 20 lat. Ten album był prawdziwym przełomem w waszej twórczości. Planujecie zagranie utworów z tego krążka na nadciągającej trasie?

Nie, powiedziałbym nawet, że nie było ku temu najdrobniejszych przymiarek. „Tonight’s Decision” jest świetnym albumem, ale obecne wcielenie Katatonii to nieco inna sprawa niż kiedyś, co powoduje, iż „Night Is the New Day” znacznie lepiej pasuje do naszej obecnej formuły tworzenia i grania koncertów.

Wasze muzyczne kariery po zawieszeniu Katatonii działały wyjątkowo prężnie. Ty i Anders (Nystrom, gitarzysta – przyp. red.) nagraliście nowy album z Bloodbath i ruszyliście w trasę koncertową, Niklas (Sandlin, basista – przyp. red.) zaprezentował swoje deathmetalowe fascynacje w LIK, a Daniel (Liljekvist – przyp.red.) zarejestrował partie perkusji na najnowszej płycie Craft. Czy te wszystkie projekty dodały wam siły i przywróciły tęsknotę za macierzystą formacją?

Tak, słusznie uważasz. Po pracy związanej z powyższymi szyldami odczuliśmy powiew świeżego powietrza i wpłynęło to na nas i Katatonię samą w sobie. W dodatku był to bardzo nam potrzebny moment relaksu i wyluzowania się od nieco poważniejszych spraw. Podsumowując: wszyscy dobrze na tym wyszliśmy.

„The Fall of Hearts” było nieco odmiennym wydawnictwem na tle waszych poprzednich dokonań. To wciąż ta sama melancholijna Katatonia, ale jakby nieco bardziej pozytywna, pokazująca słuchaczom światełko nadziei. Planujecie pilotować tę ścieżkę, komponując nowy materiał, czy niekoniecznie?

Każdy album Katatonii to pewien zapis i odzwierciedlenie naszych myśli, sytuacji emocjonalnej oraz innych rzeczy z powyższymi związanych. „The Fall of Hearts” była nieco bardziej skomplikowanym materiałem w ramach twórczości zespołu i bardzo dobrze. Robienie tej samej płyty dwa razy pod rząd mija się z celem, nie tak postrzegamy rozwój tej formacji. Oczywiście, nie powiedziałbym, że wymyślamy koło na nowo z każdym kolejnym rokiem, bo nie odczuwamy takiej potrzeby, musi być jakiś balans i tyle. A mówiąc o drugiej części pytania: sam nie wiem. Nie podjęliśmy żadnych kroków, jeśli o komponowaniu nowej muzyki mowa. Czas pokaże, co spłodzimy i jak to zabrzmi.

Tak, jak mówisz, Katatonia zawsze stawiała na rozwój i stopniowe poszerzanie swoich muzycznych wizji. Mimo to, obaj wiemy, że macie duży odsetek fanów życzących sobie, abyście wciąż nagrywali płyty w stylu „Last Fair Deal Gone Down”  czy „Viva Emptiness”. Nie wzbudza to w tobie irytacji?

W żadnym wypadku. Jestem dumny ze wszystkich płyt, które wydaliśmy z Katatonią. To jedna rzecz. A druga wygląda tak, że sam jestem fanem muzyki i na podstawie swoich doświadczeń spokojnie mogę powiedzieć, iż mam pewne ulubione etapy w twórczości swoich ulubionych artystów i sam mógłbym słuchać tych istotnych dla mnie wydawnictw bez końca. To zupełnie normalna i ludzka rzecz.

W ubiegłym roku zaśpiewałeś gościnnie kilka wersów na najnowszej płycie niemieckich post-metalowców z The Ocean. Ich muzyka jest oryginalna, ale jednak zawiera w sobie kilka elementów, z którymi jesteście kojarzeni także i wy. Czy ta współpraca dała tobie impuls i swego rodzaju inspirację do tworzenia?

Nie powiedziałbym, aczkolwiek The Ocean to grupa bardzo utalentowanych ludzi z talentem do pisania świetnej muzyki i bardzo jasno określonymi celami w tworzeniu. To wzbudza ogromny podziw, bez wątpienia, ponieważ dawno nie spotkałem tak kreatywnego, a jednocześnie stanowczego w swoich przedsięwzięciach zespołu. No i bardzo miło wspominam ich koncert w Berlinie, na którym miałem przyjemność pojawić się na scenie i dorzucić swoich parę groszy do wykonania numeru „Devonian:Nascent”, świetna sprawa.

Jak myślisz, była w Katatonii ta jedna osoba, która najbardziej podekscytowała się decyzją o reaktywacji?

Nie wiem, co odpowiedzieć, więc powiem, że nie mam pojęcia (śmiech). Wszyscy czuliśmy przyjemne podniecenie związane z przywróceniem Katatonii do świata żywych, każdy z nieco innych powodów. Tak to ujmę.

Powiedz, Jonas, jest szansa na zobaczenie was w Polsce przed końcem 2019 r.?

Na to pytanie także nie jestem w stanie odpowiedzieć, drogi przyjacielu (śmiech). Ale powiem ci, że wyczekuję powrotu do waszego kraju. Polska jest jednym z najlepszych państw, w jakich przyszło nam grać, publiczność zawsze wariuje i najczęściej zna teksty kawałków na pamięć. Sam chyba się domyślasz, że sprawia to ogromną przyjemność i daje poczucie, że pchanie tego wózka dalej ma sens.

Owszem, a teraz zmieńmy nieco temat. Wiem, że ty i Anders jesteście wielkimi fanami twórczości Marka Kozeleka (twórca takich projektów jak Red House Painters czy Sun Kil Moon – przyp.red.). Co sądzicie o jego płytach wydanych po świetnej „Benji”, kiedy to drastycznie zmienił swoją muzykę pod kątem stylistyki i tekstów?

Szczerze przyznam, że nie należę do zagorzałych fanów jego późniejszej twórczości, o której wspominasz. Mimo to, cały czas jestem na bieżąco z wieściami z jego obozu, najpewniej wynika to z sentymentu. Kozelek to mój ulubiony artysta wszechczasów, nawet nie potrafię określić, jak wiele szacunku do niego żywię. Owszem, obecnie nasze drogi nieco się rozmijają, ale cieszy, że człowiek cały czas komponuje, gra i ma bazę oddanych fanów. Zresztą wpadłem nawet na jego koncert w Sztokholmie kilka miesięcy temu.

I jak było?

Nieźle. Dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem (śmiech).

W jednym z wywiadów, których udzieliłeś podczas trasy promującej „Viva Emptiness” wyznałeś, że twoim marzeniem jest zwiedzenie całego świata. Czy teraz, 16 lat później, możesz spokojnie stwierdzić, że możesz odhaczyć ten cel ze swojej listy?

Cóż, na pewno zagrałem w większej ilości miejsc od tamtego czasu, to na pewno, ale czy zwiedziłem wszystkie zakątki świata, które zwiedzić chciałem? No, prawie.

Katatonia to taki zespół, który chyba nigdy nie doczekał się poziomu popularności, na jaki zasługiwał. Żałujesz pewnych decyzji podjętych przez was w dalszej bądź bliższej przeszłości?

Biznesowo? Jak najbardziej. Muzycznie? W życiu. Włożyliśmy w ten zespół ogromną część naszego życia i nagraliśmy muzykę, z której jesteśmy cholernie dumni. Miło wiedzieć, że możemy pozostawić po sobie tak fajną pamiątkę. A co do popularności… Obecnie na nią nie narzekamy, na koncerty przybywa sporo osób, płyty rozchodzą się w niezłych nakładach. Jest w porządku i oby było jak najdłużej!

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Jestem fanem muzyki deathmetalowej, ale nawet z perspektywy jej fascynata spokojnie mogę stwierdzić, że przeżywa ona pewien kryzys. Dzisiejsza scena tego gatunku raz po raz częstuje słuchacza setkami zakochanych w Sztokholmie klonów Dismember i Entombed. Jeśli z kolei ktoś woli słoneczne USA od Szwecji, to dostanie kserokopię dokonań Morbid Angel, Death bądź Immolation. Skoro o Death mowa, nietaktem byłoby pominięcie technicznej frakcji death metalu, gdzie stanowczo za duża ilość nut wcale nie dodaje kompozycjom wigoru. Człowiek ma prawo czuć się rozczarowanym, wiedząc, że w tej estetyce coraz mniejsza grupa wykonawców pamięta o dostarczaniu negatywnych emocji, z naciskiem na gniew. Na szczęście Venom Prison wiedzą, że tutaj chodzi przede wszystkim o strzał w zęby, bez jednoczesnego podszywania się pod innych wykonawców.

Najnowszy materiał brytyjskiego ansamblu już w ciągu pierwszych kilkudziesięciu sekund wymierzył mi serię bolesnych sierpów i po wszystkim zaśmiał się nonszalancko. Wynika to z faktu, że muzyka składająca się na “Samsara” nie polega na wytłuczeniu jak największej ilości dźwięków, bo tak należy. Baza tego wydawnictwa to niczym nieposkromiony gniew i pierwotna agresja, które decydują o intensywności i przede wszystkim poziomie wyprowadzanych przez zespół ciosów. Warsztat nie odgrywa tu najistotniejszej roli, ponieważ wszyscy wiemy, że dobrą piosenkę można napisać będąc średnio uzdolnionym pod kątem technicznym muzykiem. Nie żebym zarzucał Venom Prison kompozytorski prymitywizm, w żadnym wypadku. Po prostu pragnę zaznaczyć, że to pasja oraz chęć wyrządzenia słuchaczowi krzywdy czynią ten album tak dobrym i wyjątkowym. Ponadświetlna prędkość riffów, karkołomne wyczyny sekcji rytmicznej, tona hałasu? To wszystko tu jest, ale bez autentycznej nienawiści wobec bliźnich powyższe składowe nie robiłyby aż takiego wrażenia. Fermentująca agresja spaja je w jedno i nadaje mocy, której mogliby zespołowi pozazdrościć starzy deathmetalowi wyjadacze, którzy nagrywają muzykę, bo nagrywają i nic szczególnego za tym nie stoi. Tymczasem u Venom Prison sprawa ma się inaczej.

Deathmetalowe strzały sukcesywnie wbijają i tak zaniepokojonego już słuchacza w ziemię, a wielokrotne przebieżki po hardcore punkowym terytorium tylko wzmacniają siłę rażenia “Samsary”. Swoje robi też wspaniale zrównoważona produkcja. Kopalni gruzu tutaj nie uświadczycie, ale człowiek za konsoletą zadbał o to, aby całość emanowała brudem i surowością, tak przecież ważnymi w tej estetyce. Warto wspomnieć także o wokalnych wyczynach Larissy Stupar, bez której być może nie odbierałbym omawianego w tym tekście materiału tak samo. Jej lawirowanie między głębokim do przegięcia growlem i skrzekiem w wysokich rejestrach także wpływają na “Samsarę” jako całość. Głos tej wokalistki oraz upór w wypluwaniu swoich płuc jak najbardziej imponują (skojarzenia z Code Orange są tu na miejscu) i dodają płycie parę punktów w potencjometrze dziczy. Tak właśnie trzeba.

Dawno nie trafiłem na tak surową porcję death metalu gęstego od emocji, a jednocześnie nie spoglądającego w stronę kiczu, patosu czy nastoletniej naiwności. Venom Prison to obecnie w pełni ukształtowany zespół sztyletujący słuchaczy świetnie skrojonymi piosenkami. Prawdopodobnie jeden z najlepszych młodych reprezentantów metalu śmierci na chwilę obecną.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/venom_prison_samsara-500x500.jpg
Artysta Venom Prison
Tytuł Samsara
Wydawca Prosthetic Records
Data premiery 15 marca 2019
Czas trwania 00:42:00
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasz:
TUTAJ

Melodyjny death metal to taki gatunek, z którego “opłaca się” naśmiewać. A bo melodyka przywodząca na myśl wyjątkowo niskich lotów heavy metal, a bo produkcja za ładna, a bo to wszystko takie grzeczne. Tak, słyszeliśmy te wszystkie wytarte argumenty z milion razy. Pytanie tylko, czy metal zawsze musi być upaćkany w smole i zagrany najbrzydziej na świecie? No, nie musi. Muzyka Soilwork świetnym tego dowodem, bo Szwedzi już od początków działalności stawiają na wysoką jakość i precyzję w tworzeniu swoich produktów.

Czasami jednak zdarzało się, że pedantyczna dbałość o najdrobniejsze szczegóły niespecjalnie czyniła wydawnictwa Soilwork ciekawszymi. Wręcz przeciwnie. Kilka ostatnich płyt grupy raczej zmusza do ziewania za sprawą perfekcyjnych do granic patentów brzmieniowych, riffowej zabawy na zasadzie “ma być szybko, ale melodyjkę dorzuć!” i wyjątkowo tendencyjnych wokali Björna Strida. Jeśli myślicie, że przesadzam, polecam zaznajomienie się z dwupłytowym (sic!), trwającym prawie półtorej godziny “The Living Infinite”. Gwarancja zmęczenia materiału, przeładowania pomysłami i przesytu gwarantowane już po lekturze trzech pierwszych utworów.

No, ale to było parę lat temu. Do “Verkligheten” z kolei podchodziłem bez większych emocji, a już tym bardziej bez żadnych oczekiwań. Może dzięki temu podejściu szybko zaprzyjaźniłem się z krążkiem, a powracanie do takich numerów jak “The Wolves Are Back in Town” autentycznie dostarcza mi dużo radości. Oczywiście nie myślcie sobie, że oto na jedenastym albumie autorzy “Stabbing the Drama” zmienili formułę i wpuścili dużo świeżego powietrza do kompozycji. Nie, jest po staremu. Mamy więc całą kolekcję riffów ze skarbca riffów po szwedzku. Czasami kipiących od heavy metalu, momentami odurzonych thrash metalem, a w jeszcze innych przypadkach takich, co to przypominają o czasach świetności sztokholmskiej sceny deathmetalowej. No, ale z inną produkcją, wiadomo. Często w całość tej układanki wtyka się klawiszowe brzmienia a'la progresywny metal w zimowym swetrze, a Björn Strid na każdym kroku pokazuje, że lubi pokrzyczeć, ale jednocześnie żywi gorące uczucia do czystego głosu Ihsahna. Mimo odrestaurowania tych znanych już sztuczek nowy Soilwork porywa do tańca. A dlaczego? Cóż, tutaj w grę wchodzi ciężki do zdefiniowania pierwiastek energii, który się po prostu ma albo nie. Bo na przykład przy paru poprzednich produkcjach zespołu ciężko o niego było. A teraz brzmi to dużo lepiej. Może nie jak banda wkurzonych na świat nastolatków, ale kolesi, którzy umieją pisać dobre numery i rozsądnie wyważyć elementy agresji oraz melodii. Ja to kupuję w pełni, nawet mimo tego do przesady podniosłego refrenu w “Arrival”, przymykając oko na wyjątkowo rycerski nastrój “Full Moon Shoals” i nie obrażając się za przesadną dominację rozpoetyzowanej melodii w “Witan”. To są tylko drobne wady i detale, które nie przesłaniają świetnie wyśrubowanych riffów, dobrze rozpisanych wokali Strida (cóż on wyrabia w “Bleeder Despoiler”) czy ogólnego poziomu kompozycji bogatych w brzmieniowe smaczki i dużą ilość zadowalających zmian tematów muzycznych.

Powiem szczerze, że Soilwork w takim wydaniu jak na “Verkligheten” kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Niby po staremu, a jednak z mocniejszym silnikiem. Niby z dbałością o szczegóły, ale jednocześnie z odrobiną rock'n'rolla w tej całej układance. Dobra rzecz.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/soilwork-Verkligheten-450x450.jpg
Artysta Soilwork
Tytuł Verkligheten
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 11 stycznia 2019
Czas trwania 00:50:17
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Zmiana. Nie jest to zjawisko, za którym przepadają fani metalu. Było tak 25 lat temu, kiedy thrashmetalowcy szli w stronę lżejszej estetyki, aby mieć co do gara włożyć, jest tak i teraz. A wbrew temu istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo, że metal to jedna z najbardziej rozgałęzionych stylistyk muzyki rozrywkowej w ogóle. Bo nie oszukujmy się, ta odmiana rocka to jeden wielki cyrk. Mamy tu rycerzy wymachujących szablą. Mamy anorektyków z wymalowanymi twarzami biegających po lesie. Mimo to, mamy też gros wykonawców, którzy ten cały hałas traktują jako bazę dźwiękowych poszukiwań, a nie główny cel tychże. I to właśnie oni wydają mi się najbardziej intrygujący. Nie ci udowadniający, że wydadzą z siebie najobrzydliwszy bulgot. Nie ci stawiający na maksymalną opasłość formy. W żadnym wypadku. To właśnie muzycy pokazujący środkowy palec swoim fanom i dryfujący po własnych orbitach wzbudzają u mnie największy szacunek. Bo nie patrzą za siebie, nie kalkulują, a słowa “koniunktura” na pewno nie znajdziecie w ich słowniku. Poniższy ranking to subiektywne zestawienie najlepszych materiałów stworzonych przez tych odważnych kompozytorów. Przez tych, dla których jawna świadomość komercyjnego upadku i bycia zelżonym przez słuchaczy nie znaczyła nic. Oto oni:

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/paradise-lost-host-1000x1000.jpg

Paradise Lost - Host

Paradise Lost od samego początku muzycznej działalności nie kłaniali się swoim wielbicielom w pas. Zaczynali od obskurnego death metalu. Podobało się? To dobrze, czas na zmianę. Później skutecznie wskrzesili unoszonego oparami marihuany ducha Black Sabbath, następnie stali się królami metalu gotyckiego (czego raczej się wstydzili), by potem znów zagrać fanom na nosach. Świadectwem muzycznej niezależności był przede wszystkim wydany w 1997 r. album “One Second”. Krążek bardziej rockowy niż metalowy, flirtujący z syntezatorami, mainstreamową estetyką i dziedzictwem Depeche Mode. Ale to dopiero początek. Bo dwa lata później okazał się “Host”, a po jego premierze już nikt nie miał wątpliwości, że Brytyjczycy sami byli sobie panami. Przynajmniej do czasu. Wydawnictwo wypuszczone na światło dzienne dwie dekady temu wywołało duży gniew wśród fanów kapeli. A bo gitar nie ma, bo to brzmi jak jakiś pop, bo zmiękli. Ale nie zmiękli. Wręcz przeciwnie, muzyka Paradise Lost nigdy wcześniej nie była tak naładowana emocjami i tak szczera. Synth-popowe beaty budzą niepokój, a gitarowe plamy budują specyficznie depresyjną atmosferę. Żeby było jeszcze weselej (albo smutniej) całość układanki dopełnia przejmujący wokal Nicka Holmesa, który pokazał, jak bardzo zmęczony jest życiem i jak bardzo nie zależy mu na łasce innych. Tak trzeba, wielki album.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/mayhem-the-grand-declaration-of-war-1000x1000.jpg

Mayhem - Grand Declaration of War

Jaki Mayhem jest, każdy widzi. Burzliwa historia składu, w której znajdziemy samobójstwo, zamordowanie jednego członka zespołu przez drugiego i naszyjniki z czaszki zmarłego kolegi to właściwie pamiątkowa pocztówka drugiej fali norweskiego black metalu z lat 90. A skoro mamy na stanie takie skrajne wydarzenia, to na usta aż pcha się słowo tak chętnie eksploatowane przez metalowców: “kult”. Kultowa była także zawartość debiutanckiego krążka ekipy z Oslo, “De Mysteriis Dom Sathanas”, który w zasadzie ustanowił standardy gatunku na długi czas. Ale po premierze rzeczonego krążka Mayhem już nie było. Wydawać by się mogło, że sczeźli na cmentarzu historii. Nic więc dziwnego, że ich powrót do żywych spotkał się z mało optymistycznym przyjęciem wśród fanów. No, bo kto to widział, żeby kapela sama odmitologizowała pewien krzywy obraz sceny blackmetalowej i ot tak sobie wracała. A panowie nie dość, że wrócili, to na swoim drugim pełnoprawnym materiale zaprezentowali zupełnie inne wcielenie zespołu, niż wcześniej. Bo “Grand Declaration of War” nie hołduje starym rozwiązaniom. Całość to jak najbardziej black metal, ale prowadzony irytującym, sztucznym (ale jakże fascynującym) brzmieniem perkusji, agresją przeplataną z pozornym spokojem przed burzą i wokalem Maniaca, który miał dwie wady: nie był Atillą, a w dodatku charakterystyczny skrzek uzupełniał wzniosłą melodeklamacją. Jeśli wzbogacimy to wyraźnymi naleciałościami muzyki industrialnej oraz zerkaniem w stronę elektroniki, mamy komplet. Mamy zawartość krążka niezwykle kontrowersyjnego w czasie premiery, ale jednocześnie porywającego, niesłychanie odważnego i opartego na bardzo dopracowanym koncepcie muzyczno-tekstowym. Za to ogromny szacunek. Zresztą sam nie wiem, czy do którejs płyty Mayhem wracam równie często, co do “Grand Declaration of War”.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/slayer-diabolus-in-musica-1000x1000.jpg

Slayer - Diabolus in Musica

Co, zdziwieni wyborem? Że jak to? Że przecież na Slayera nikt nigdy się nie obraził? Guzik prawda, bo po “Diabolus in Musica” na Kerry'ego Kinga i jego kolegów obraziło się sporo osób. Album pojawił się na półkach sklepowych w 1998 roku i spora część słuchaczy bardzo chciała, aby na nich został. A było tak dlatego, ponieważ Slayer wprowadził duże zmiany w swojej formule, nieco już skostniałej po “Divine Intervention”. Może nawet nie tyle skostniałej, co zbyt hermetycznej. Bo nie oszukujmy się, czy w stylistyce tnących jak żyleta riffów i rozpędzonego perkusisty dało się zrobić coś więcej? Dokonać przewrotu, drastycznych zmian? Nie, wystarczyło po prostu wjechać na inny tor i wpuścić nieco powietrza do własnego przedziału. “Diabolus in Musica” nie sprawia wątpliwości, kto ten album nagrał, ale budzi różne opinie z powodu tego, jak nagrał. Zamiast zdrowego thrash metalu łatwiej tutaj o średnie tempo. Zamiast pędzenia na oślep kreowanie psychodelicznej - jak na tę formację oczywiście - atmosfery. Nawet Tom Araya nie stawia tylko na krzyk. Czasami coś szepnie, czasami wręcz zarecytuje, ale wbrew pozorom to tylko wzmacnia poziom intensywności płyty. Nie wiesz, kiedy zleci na ciebie głaz i właśnie to jest najpiękniejsze.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/Katatonia-Discouraged-Ones-1000x1000.jpg

Katatonia - Discouraged Ones

OK, może nie jest to najbardziej kontrowersyjny album w tym zestawieniu, może nie wzbudził tak skrajnych reakcji jak powyższe typy, może. Ale warto zauważyć, że “Discouraged Ones” otworzył Katatonii drzwi do nowego pokoju, w którym Szwedzi - po licznych przemeblowaniach - rezydują do dzisiaj. Albo rezydowali, w końcu zawiesili działalność. No, żeby była jasność, rzućmy okiem na początki załogi Renksego i Nyströma. Zaczynali przecież od uroczo melodyjnego black/doom metalu z tysiącem rozwiązań zapożyczonych od Paradise Lost. Później skręcili w stronę death metalu, dosyć podobnego w schemacie: długie numery, eksploracja paru wyraźnych motywów i maksymalna oszczędność formy. Na “Discouraged Ones”, czyli trzeciej płycie formacji pewne elementy tej całości zostały zburzone i wrzucone do kosza, co nie wzbudziło zadowolenia każdego. Bo opisywana tutaj płyta jest przede wszystkim znacznie bardziej piosenkowa, większość utworów oscyluje raczej w okolicach trzech/czterech minut czasu trwania. Zniknął też growling, zniknął i muzyczny ciężar znany z poprzednich dokonań. Ale pojawił się ciężar emocjonalny. Zakręcenie potencjometru metalu na rzecz wycieczki w stronę rocka gotyckiego rozwinęło Katatonię jako zespół, a jej członków jako kompozytorów. Całe to wydawnictwo brzmi jak jeden wielki utwór z wyraźnym wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. A dlaczego? Bo na pierwszy rzut oka jest dosyć monotonne. Riffy takie podobne do siebie, perkusista (czyli sam Renkse) bez przerwy ogrywa jeden motyw, a wokalista (czyli znowu Renkse!) trochę fałszuje i w dodatku nie prezentuje powalających umiejętności. Rzecz jednak w tym, że właśnie dzięki rzekomym niedociągnięciom “Discouraged Ones” jest tak spójnym i zapadającym w pamięć albumem. Bardziej niż muzyka rolę odgrywa tutaj wykreowanie odpowiedniej atmosfery. Coś jakby końcówka kalendarzowego lata. To słońce teoretycznie wciąż świeci, ale zaraz jesień i wszystko umrze, wszystko marność.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Dużą przyjemnością jest obserwowanie ewolucji duńskiej VOLI. Zaczynali jako niezbyt obiecujące dziecko Meshuggah przywiązane do melodii i nie przykuwali uwagi na dłużej. Ale pewne rzeczy na szczęście uległy zmianie. „Applause of a Distant Crowd” to w końcu stanowczy krok do przodu w twórczości Europejczyków. Kompozycje mają rozpoznawalny sznyt, a charakterystyczna chwytliwość poszczególnych numerów przyciąga już od pierwszych sekund spędzonych z krążkiem. Z racji niedawnej premiery najnowszego albumu VOLI i nadchodzącej trasy koncertowej u boku Haken porozmawiałem z perkusistą grupy, Adamem Janzim.

*

Jak wiele swoich marzeń spełniłeś?

Ciężko powiedzieć, wiesz? Powiedziałbym raczej, że w życiu chodzi nie tyle o spełnianie marzeń, co o realizację pewnych celów i stawianie sobie nowych wyzwań. Jeśli to robisz, uczestniczysz w swojej własnej, świetnej podróży. Mimo to, trzeba uważać, aby sama podróż nie stała się nazbyt monotonna!

Pytam o to z prostej przyczyny: kiedyś oglądałem cover jednego z utworów VOLI twojego autorstwa i z miejsca pomyślałem, „wow, koleś jest dobry”, a teraz nie dość, że dobry, to jeszcze stał się ich perkusistą!

Dziękuję za komplement! Oczywiście, jak się pewnie domyślasz, zasilenie szeregów VOLI było – wciąż jest – dla mnie ogromnym krokiem w przód i dowodem, że to wszystko ma sens. Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że to najlepszy element mojej podróży. Póki co.

Brzmi świetnie, ale czy zawsze jest tak różowo? Grasz w duńskim zespole, który jeszcze nie wyrósł na wielką gwiazdę, często ruszacie w trasy koncertowe, co pewnie wiąże się z finansową niestabilnością u każdego z was. A może się mylę?

Nie mylisz, bo każdy, w tym i my, napotyka w życiu na pewne przeszkody. Sztuką jednak jest te przeszkody pokonywać albo przynajmniej omijać, sam rozumiesz. Poza tym i tak jestem bardzo zadowolony. Gram muzykę z ludźmi, których uwielbiam, co od dawna było moim marzeniem. Ponadto poznałem masę nowych, często świetnych osób i ciężko mi narzekać. Oczywiście, wspomniane przez ciebie problemy w jakimś stopniu nas dotykają, ale to nawet dobrze. Dzięki nim czujemy się silniejsi, a odrobina stresu czyni bycie członkiem tej formacji ciekawszym. Warto jest zacisnąć zęby w wypadku niekomfortowych sytuacji, jeśli przyszłość wygląda optymistycznie.

Do VOLI dołączyłeś na niedługo przed rozpoczęciem sesji nagraniowych najnowszego krążka. Jak oceniłbyś swój wkład w jego powstanie? Odpowiadałeś tylko za nagranie i zaaranżowanie partii perkusyjnych, czy jednak coś namieszałeś przy komponowaniu?

Przy komponowaniu nie namieszałem, bo kiedy rozpocząłem swoje członkostwo w VOLI, cały materiał na „Applause of a Distant Crowd” był już napisany. Kiedy wchodziliśmy do studia, chłopaki zaprezentowali mi swoje szkice brzmienia i partii bębnów, a ja na ich bazie działałem już sam i modyfikowałem je tak, aby wszystko brzmiało odpowiednio. To wyjątkowo dobre i wnoszące doświadczenie. Z efektu jestem zadowolony i ja, i reszta, więc nic, tylko się cieszyć, nie?

Pewnie. Chciałbym też zauważyć, że „Applause of a Distant Crowd” to ogromny postęp w porównaniu do „Inmazes”. Piosenki są prostsze, stawiacie na przebojowość, a melodie zdają się odgrywać najistotniejszą rolę w waszej muzyce.

Zgadzam się z tobą. Najnowsza płyta to kolejny, zupełnie naturalny krok w ewolucji zespołu i jest to rzecz warta odnotowania. Słuchamy mnóstwo różnej muzyki  i tym razem daliśmy ponieść się wpływom oraz głosowi serca w stu procentach. Wiesz, kiedy już byłem gotowy do nagrania swoich partii, wszyscy zebraliśmy się w jednym miejscu i rozmawialiśmy o tym, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Pierwszą rzeczą, która uległa stanowczej zmianie, jest produkcja. Zdecydowaliśmy, że dobrze temu krążkowi zrobi opatrzenie go organicznym i naturalnym brzmieniem, które uwypukli jego najlepsze elementy. To nie jest tak, że odcinamy się od „Inmazes”, ale ten album już został nagrany, bezsensownym jest powtarzanie się.

Zauważyłem, że duża część młodych progmetalowych formacji z roku na rok robi wszystko, aby ich muzyka stawała się coraz melodyjniejsza i chwytliwsza. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?

To bardzo interesująca obserwacja. Szczerze? Nie potrafię ci powiedzieć, co tego powodem. Może chodzi o to, że muzycy chcą uczynić swoje dzieła rozpoznawalnymi w ramach gatunku, a obaj wiemy, że nie jest to nic zaskakującego. Bo widzisz, dla mnie chwytliwość nie wiąże się z ładnymi partiami wokalnymi, które można nucić podczas porannego golenia. Chodzi właśnie o chęć odciśnięcia własnego śladu na tej progmetalowej ścieżce, zrobienia czegoś wyrazistego, bez bycia posądzanym o podprowadzanie motywów tej czy innej kapeli. Chyba właśnie dlatego tak się dzieje.

Miałem też wspomnieć o bardzo przestrzennej produkcji „Applause of a Distant Crowd”, ale wyręczyłeś mnie w tym przy okazji swojej poprzedniej odpowiedzi…

Tak, „Inmazes” jest spoko i w ogóle, ale jednak produkcja tej płyty trochę kłuje w uszy pod kątem sterylności dźwięków. Nasz najnowszy materiał w ogóle nie potrzebuje takich zabiegów, bo naturalność odsłania jego największe atuty. No i w dodatku sami jesteśmy fani niezbyt skompresowanego, ciepłego brzmienia.

Na najnowszej płycie waszego autorstwa wiele jest momentów wyciszenia, które wyrażają chociażby „Ruby Pool” czy „Vertigo” o mocno balladowym sznycie. Z trudem przyszło wam skomponowanie tak odmiennych od waszej dotychczasowej twórczości utworów?

Nie, bo słuchamy naprawdę przeróżnej muzyki, co daje miejsce i na metal, i na chwilę spokoju. Pisanie i nagrywanie tych numerów przyszło nam raczej naturalnie, a efekt  zadowala. Osobiście, byłem najbardziej podekscytowany wlaśnie w chwilach, gdy „wbijałem” perkusję na potrzeby tych bardziej refleksyjnych utworów. Musiałem wtedy zwalniać tempo, zostawić odpowiednią ilość przestrzeni, a jednocześnie budować ten senny rytm. Super sprawa.

VOLA działa od prawie trzynastu lat, a jednak cały czas jesteście w gronie tych „obiecujących” kapel, nie gracie tras jako headlinerzy. Nie frustruje was to?

Nie frustruje, bo na wszystko jest w życiu czas i cierpliwość naprawdę popłaca. Na naszej ostatniej trasie (VOLA supportowała Monuments wraz z Kadinją i Atlas - przyp. red.) poznaliśmy masę wspaniałych osób, a samo podróżowanie po świecie z tak dobrą ekipą definitywnie nas wzbogaciło i zaostrzyło apetyt na ogrywanie swojej muzyki podczas koncertów. Wiesz, moim zdaniem nie powinno traktować się zespołów grających przed główną gwiazdą jako jakichś amatorów znikąd. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku, to nie są żadne zawody.

Wracając jeszcze do chwytliwości poruszanej w jednym z poprzednich pytań: twoje partie perkusyjne są jak najbardziej skomplikowane, ale jednak nie gmatwasz rytmu do granic możliwości.

Masz rację, bo też nie chodzi o to, aby komplikować muzykę do tego stopnia, by wychodził z niej jakiś dziwaczny i zupełnie niesłuchalny twór. Oczywiście, kiedy znajdzie się trochę miejsca, wrzucę jedno czy dwa przejścia więcej, ale moim głównym zadaniem jest praca nad tym, aby kręgosłup rytmiczny zespołu działał najlepiej jak się da. Wiesz, to trochę jak podczas rozmowy. Musisz mówić, ale też uważnie słuchać. Balans to niesłychanie potrzebna rzecz, uwierz mi.

Wielu wciąż postrzega VOLĘ jako jednego z wielu obywateli świata djentu, zgodziłbyś się z tym stwierdzeniem?

Nie zgodziłbym. Jeśli ktoś chce przypisywać nas do jednej szufladki stylistycznej, proszę bardzo, ale my to widzimy nieco inaczej. Oczywiście, gatunek, o którym mówisz, to jedna z naszych wielu inspiracji, więc rozumiem luźne skojarzenia, ale VOLA jako stuprocentowo djentowy zespół? Nie.

Zechciałbyś wyjaśnić, dlaczego djent cieszy się znacznie większą bazą fanów w USA niż na terenie Europy?

Chciałbym, ale nie wiem, co powiedzieć (śmiech). Może jest tam popularniejszy, ale wiem, że w Europie także istnieje zapotrzebowanie na taką muzykę. Potwierdzają to chociażby festiwale typu Euroblast czy UK Tech Fest.

Na sam koniec powiedz mi, jak to jest być progmetalowym Shią LaBeouf?

W sumie… Całkiem zabawnie (śmiech)! Dużo ludzi wspominało mi o tym podobieństwie do niego, ale jakoś nie potrafię go dostrzec.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej od Łukasza:
TUTAJ

Przez długie lata norweski Shining kojarzył się metalowcom przede wszystkim ze specyficzną mieszanką metalu, jazzu i industrialu. Na tym zbudowali swoją potęgę, swój dosyć zapalony fanbase i poniekąd estetykę, która nie jest w metalu eksplorowana tak często. Ale panowie są wyjątkowo odporni na sentymenty, więc postanowili wszystko zburzyć i zacząć od nowa. Bo „Animal” to nie ten Shining, który większość z was poznała na „Blackjazz”. Na próżno szukać tutaj awangardowych odjazdów, dominacji saksofonu i pierwiastka tożsamego z muzyką progresywnego. Teraz Norwedzy nastawieni są na czad i prostolinijność hard rocka. Dlaczego tak jest opowiadał nam wokalista, niezmordowany filar formacji – Jorgen Munkeby.

*

Czujesz się bardziej jazzmanem czy metalowcem?

W pewnym sensie czuję się jednym i drugim. Ciężko oszacować, w którą z tych stron ciągnie mnie bardziej. Wiesz, dorastałem z muzyką metalową, miała ona ogromny wpływ na moją muzyczną edukację. Z drugiej strony już w dosyć młodym wieku zacząłem grać jazz i to, jak słychać na naszych płytach, nie pozostało na mnie bez wpływu. Zwłaszcza na „Blackjazz” poczułem się metalowcem i jazzowcem w równym stopniu. A teraz? Nie klasyfikowałbym siebie w żadnej z tych dwóch kategorii. Jestem muzykiem. Tyle.

Wielu fanów i krytyków muzycznych lubi opisywać twoją muzykę jako „awangardową” lub „rewolucyjną”. Jak podchodzisz do takich opinii?

Cóż, tutaj musimy wrócić do „Blackjazz”. Ten album to bardzo duża rzecz. Do niego dopasowałbym określenia, których użyłeś w swoim pytaniu. Ponadto nie jest on łatwy w odbiorze, mówimy w końcu o dosyć intelektualnej porcji sztuki, gdzie wielokrotnie warto doszukać się drugiego dna. Mówiąc w skrócie: jeśli za odnośnik weźmiemy historię muzyki, nie tylko metalowej, to „Blackjazz” jest jak najbardziej rewolucyjny. Spodobał się nam ten kierunek, więc kolejne krążki były w prostej linii jego kontynuacją. Ale z naszym najnowszym materiałem jest inaczej. On także jawi się awangardowym i rewolucyjnym, aczkolwiek w historii Shining. Bo właśnie to wydawnictwo jest pierwszym w naszej historii bez parcia w intelektualną stronę muzyki. Wszystko brzmi prościej i jednoznaczniej, stawiamy przede wszystkim na emocje. Dodałbym nawet, że puszczamy oko w stronę słuchaczy. „Animal” może spotkać się z dobrym odbiorem wśród każdej grupy fanów, tak przyjemna to płyta. Bo właśnie o to chodzi. Silenie się na eksperymenty nie ma nic wspólnego z eksperymentowaniem. Poszukiwanie siebie, odkrywanie nowych ścieżek, tak właśnie rozumiemy szeroko pojęte eksperymentatorstwo. Ale uciekam od istoty pytania. Ludzie klasyfikują naszą muzykę w pewien sposób i spoko, ale nie zajmuje mnie to zbytnio. Sam nie próbuję tego robić.

Wspominasz o dużym ładunku emocjonalnym nowej płyty i uciekaniu od gmatwania jej na siłę. Czy to, że uprościliście formułę i daliście się ponieść jest przyczynkiem do zatytułowania wydawnictwa „Animal”? Sam rozumiesz, zwierzę działa zgodnie z instynktami.

W pewnym sensie. Na nowej płycie za odnośnik wzięliśmy przede wszystkim proste, ludzkie emocje. To jest coś, co łączy każdego człowieka na świecie. W dodatku teksty utworów na „Animal” traktują głównie o umieraniu i śmierci. No, bo właśnie, kto o nich nie myśli bądź nie myślał? Z racji prostszego, lecz dosadniejszego przekazu, nasz nowy krążek nie musi być wnikliwie analizowany. Po prostu dostajesz po twarzy wszystkimi rzeczami, które się w nas kotłują, a co z tym zrobisz, to już twoja sprawa. Jest to ciekawe, zwłaszcza w świecie metalu, gdzie każdy chce być mroczny, inteligentny i mistyczny bardziej niż cała reszta. My idziemy w drugą stronę.

Czy przy komponowaniu „Animal” byliście zdeterminowani, aby pójść w stronę prostszych kompozycji, czy cały pomysł wyszedł raczej spontanicznie?

Skłoniłbym się ku obu z tych wariantów. Oczywiście, naszym celem było uproszczenie formuły w pewnym stopniu, ale z drugiej strony dużo do myślenia dały nam nasze koncerty. Niezależnie od tego, jakie kawałki na nich graliśmy, wymiana energii z fanami była niesamowita. Wszystko zdawało się być tak szczere, surowe i niesamowite, że chcieliśmy przenieść ten element na płytę studyjną. Prawdopodobnie to był główny bodziec decydujący o kierunku artystycznym „Animal”. Zauważyliśmy też, że taki sposób tworzenia przychodzi nam znacznie lżej, więc mamy ciastko i zjadamy ciastko. Fani dostają pakiet kawałków, które są idealne na koncerty: można machać głową, pięścią, nucić i wszystko inne, a my czujemy ogromne pokłady przyjemności przy ich tworzeniu. Bardzo nam się taki układ podoba. Jednak jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć. Mimo to, że świetnie nam się te kawałki pisało, bez wahania mogę stwierdzić, że żadnej swojej płycie nie poświęciłem tyle czasu Żadnej nie dopieszczałem tak długo, żadna nie wymagała ode mnie takiego wkładu. To tylko potwierdza, jak wiele zespołowi dał „Animal”. Zarówno duchowo, jak i pod kątem kariery, ścieżki, którą podążamy. W sumie zabawna sprawa. Potrzebowałem tylu lat i tylu następczyń „Blackjazz”, by w końcu zrozumieć, jak wiele znaczy dla mnie prostsza muzyka. Oczywiście nie myśl teraz, że deprecjonuję te płyty, bo wciąż je kocham i mam konkretne dreszcze wykonując je na żywo. Po prostu w życiu zawsze przychodzi moment na zmiany. U nas przyszedł właśnie teraz.

Pragnę zauważyć, że „Animal” to siedlisko wspaniałych melodii i bardzo chwytiwych melodii, planujecie pilotować tę ścieżkę w przyszłości?

Wiesz co, nie mam bladego pojęcia. Zwyczajnie nie mam. Mimo to, jeśli rzucisz okiem na całą naszą dyskografię i historię stojąca za zespołem, możesz już sam wymyślić sobie odpowiedź. „Zmiana” to pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl przy opisywaniu naszej muzyki. Nagrywaliśmy już naprawdę różne rzeczy i zamiast wybierania bezpiecznej ścieżki, gwałtownie z niej zbaczaliśmy. I nie robimy tego, bo tak sobie planujemy w biurze, wszystko wynika z potrzeby serca i własnej satysfakcji. Takową osiągnęliśmy przy nagrywaniu „Animal” i mam nadzieję, że przyszłość również będzie tak samo owocna.

A myślisz, że właśnie dzięki „Animal” Shining może zjednać sobie legiony zupełnie nowych fanów?

Pewnie, definitywnie. Zauważam to nawet teraz, na koncertach, kiedy widuję zupełnie innych ludzi niż w przeszłości. Fani podchodzą do nas i mówią, że wcześniej totalnie nie mieli pojęcia o bycie pod nazwą Shining, a teraz nie mogą przestać nas słuchać. Nie ukrywam: cieszy mnie to niezmiernie. Oczywiście, w przyszłości możemy grać inaczej, fani odejdą, pojawią się nowi, trudno. Gramy przede wszystkim dla siebie, ale jeśli znajduje się grupa osób, której sprawiamy tym przyjemność, to nic, tylko być zadowolonym z dobrze zrobionej roboty.

Wprawdzie wasza nowa płyta jest zupełnie inna, ale ludzie od niepamiętnych czasów lubią wpychać was do szufladki z napisem „progresywny metal”. Jak ci się to widzi?

W ogóle nie przepadam za tą etykietą, moim zdaniem jest ona bardzo błędnie interpretowana. A co do tej stylistyki? Fanem nie jestem, rzadko kiedy słucham, choć miałem w młodości okres, gdzie Dream Theater byli moim życiem. Ale to było kiedyś. Uważam, że tzw. „metal progresywny” raczej zbyt progresywny nie jest. No, bo nie powiesz mi, że rozwój danej kapeli stoi pod znakiem zwiększania częstotliwości solówek i łamania rytmu. Zgadza się, to bardzo techniczna muzyka, ale czy progresywna? Nie do końca. Dzięki, postoję. Poza tym, my nigdy nie staliśmy nawet obok metalu progresywnego. No, chyba, że mieszankę metalu i jazzu ludzie uznają za prog metal. Cóż, ja nie.

Wcześniej wspomniałeś, że już ogrywacie nowy materiał na koncertach. Masz na „Animal” ulubioną piosenkę do gry na żywo?

Cóż, na koncertach gramy różne kawałki z płyty, a setlistę zmieniamy całkiem często. Na razie ciężko mi powiedzieć, które utwory budzą we mnie największą satysfakcję podczas gry na żywo. Może tytułowy? Sam nie wiem, czas jeszcze pokaże, bo to jednak wciąż jest dla nas bardzo świeża sprawa. Mimo tego, już wiemy, że ta płyta obije się szerokim echem wśród słuchaczy. „Animal” już teraz jest najpopularniejszym kawałkiem Shining, na Spotify ma znacznie większą ilość odtworzeń od całej reszty. To niewątpliwie napawa dumą.

OK. No, na sam koniec zapytam czy słyszałeś już najnowszy materiał szwedzkiego Shining (śmiech)?

Nie słyszałem, średnio za nimi przepadam.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza: TUTAJ

W dwa lata po premierze wyśmienitych „Królów życia” Maciej Krzywiński ani myśli, by zwalniać tempo. Już od kilku tygodni na rynku dostępna jest nowa biografia jego autorstwa – „Zgniła zieleń”, na kartach której autor bardzo dogłębnie przedstawił historię Type O Negative, Carnivore i innych projektów Petera Steele. Z tej okazji porozmawialiśmy z nim na temat książki i nie tylko.

Wywiad przeprowadzony w kwietniu 2017.

*

Czym różni się Maciek, który wiele lat temu po raz pierwszy przesłuchał Type O Negative od Macieja, który napisał o nich książkę?

Wiekiem.

Niczym oprócz wieku?

Włosów mi trochę ubyło, ale na szczęście wciąż mam żel, zmarszczek za to przybyło, lecz przede wszystkim mam szerszą perspektywę, która pozwoliła mi się za tę książkę zabrać. Poza tym kiedy pierwszy raz miałem styczność z Type O Negative, nie powaliła mnie ich oferta muzyczna. Powodem było zetknięcie z „October Rust”, którą do dzisiaj uznaję za swój najmniej ulubiony album grupy Steele’a. Poza tym byłem wtedy zwyczajnie zbyt słaby, aby pisać książki. Recenzje też, ale nie powstrzymało mnie to przed popełnianiem takowych.

Pod pewnymi względami jesteś więc bogatszym człowiekiem. Kiedyś nie dostawałeś gróźb karalnych, a obecnie możesz pochwalić się wieloma. Czy takie otwarte deklaracje zrobienia ci krzywdy łechtają ego?

Aż tak źle chyba ze mną nie jest. Ego może mi połechtać pozytywna opinia żony na temat przyrządzonego przeze mnie obiadu, a nie upstrzona błędami ortograficznymi wiadomość od czternastoletniej fanki Nightwish, która chciałaby mi wymierzyć karę cielesną. Mimo to zarówno pochwały, jak i krytyka wymierzone w stronę moich tekstów są dobre. Przecież najgorsza jest obojętność. Poza tym nie przesadzajmy już z tymi „wieloma”. Wszystkie te pogróżki mógłbym wyliczyć na palcach dwóch rąk. Pozwolę sobie dodać, że żadnej z nich nie zgłaszałem do prokuratury.

A jak wygląda sprawa z pozytywnymi opiniami odnośnie twoich tekstów? Nie zwracasz na nie uwagi, czy lubisz przeczytać od czasu do czasu miłe słowo odnośnie swojego artykułu?

Nie tyle nie zwracam na nie uwagi, co traktuję z dystansem. Żyjemy w epoce cyfryzacji i większość tych pochlebnych głosów jest w gruncie rzeczy anonimowa. Trudno sobie brać takowe do serca. Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że nie przeczytałem żadnej recenzji swojej poprzedniej książki, ale generalnie nie warto podniecać się cudzymi opiniami. Dla zdrowotności. I nie chodzi mi o to, że jestem nieomylny i odporny na wszelką krytykę, ale jeżeli sam nie jesteś przekonany do wartości swojego dokonania – niezależnie od tego, czy mówimy o książce, czy o pasztecie z królika – to chyba nie powinieneś wychodzić z nim do ludzi. Dodam jednak na marginesie, że kiedy podczas Metalmanii wraz z InRockową ekipą stałem na stoisku ze „Zgniłą zielenią”, podchodzili do nas różni starsi metalowcy z cokolwiek nieciekawymi wyrazami twarzy. Aż się człowiek zastanawiał: „Czy on chce mi przyjebać za tę negatywną recenzję Protector?”. Na szczęście mimika okazała się zwodnicza. Ludzie byli bardzo przyjacielsko nastawieni i obeszło się bez rękoczynów.

O tych „nieciekawych” dżentelmenach wspominał Krzysztof Słyż – szef Arachnophobia Records. Ponoć przy jego stoisku dochodziło do nieprzyjemnych wymian zdań.

Przeczytałem o tym na Krzysztofowym Fejsie. Świetna narracja swoją drogą, niezagospodarowany talent literacki, przynajmniej w małych formach. W naszym przypadku było lepiej. Ludzie odwiedzający stoisko InRocka wykazali się wyższym poziomem savoir-vivre’u. Chociaż nie ukrywam, że robiliśmy zakłady, czy ktoś przypadkiem nie będzie chciał po ósmym piwie zwrócić śniadania na książki. Nie stało się tak, i dobrze, bo śniadanie to, jak wiadomo, najważniejszy posiłek całego dnia.

Jak oceniasz tegoroczną edycję Metalmanii? Czy podzielasz zdanie uczestników, którzy na tej imprezie wyczuli powrót – jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało – metalowego ducha z pierwszych edycji festiwalu?

Atmosfera festiwalu była bardzo dobra, temu nie mogę zaprzeczyć. Niektóre zespoły, które wzięły w nim udział, lubię i poważam, choć uważam, że duża scena była trochę za bardzo zanurzona w sentymentach. Spośród weteranów Coroner dał jeden z najlepszych koncertów wieczoru, ale dla odmiany Tygers of Pan Tang, Samael albo Moonspell to nie była moja bajka. Dwie ostatnie formacje robiły za główne gwiazdy festiwalu, chociaż od lat nie wydały znaczących albumów. Może zawdzięczały ten przywilej temu, że swoje sety oparły na repertuarze ze swoich tzw. klasycznych płyt. Wprawdzie za duże nadużycie uznaję nazywanie jakiegokolwiek materiału Moonspell „klasycznym”, ale to temat na inną opowieść. W każdym razie wydaje mi się, że tegoroczna edycja festiwalu miała na celu wybadanie gruntu pod względem frekwencyjnym, więc po części jestem w stanie zrozumieć nieco asekuracyjne propozycje. Nie zapominajmy jednak o małej scenie. Zespoły zebrane właśnie na niej zagwarantowały najlepsze koncerty, a w dodatku mogą one poszczycić się twórczą formą wyższą niż niektórzy weterani, których poczynania w sobotę obserwowały tysiące osób. Chociaż – bądźmy szczerzy – nagranie lepszego materiału od tych, którymi ostatnio raczą nas Moonspell, Samael czy nawet Sodom, nie jest jakąś wielką sztuką. Większość grup z małej sceny żyje i się rozwija, a część tych z dużej od lat już tylko wegetuje. A co do wskrzeszenia „metalowego ducha” ze starych lat… Nie wiem. Szczerze mówiąc, średnio mnie to zajmuje.

Wspomniałeś o Samael, co daje pretekst do rozwinięcia innego tematu: eksperymenty w metalu. W jednym ze swoich felietonów opublikowanych na łamach Metal Hammer broniłeś kapel, które usilnie próbowały wyswobodzić się z tłocznego metalowego światka. Nie uważasz jednak, że Samael i masa im podobnych kapel wręcz zatonęły w swojej rewolucji i ciężko się ich słucha?

Samael zdecydował się na woltę o tyle interesującą, że z radykalnej – zwłaszcza jak na początek lat dziewięćdziesiątych – i surowej kapeli blackmetalowej przeistoczył się w to… W to, co robi teraz. Faktycznie, kiedy lata temu swoją stylistykę zmiksowali z brzmieniami syntezatorowymi, a nieco później i z automatem perkusyjnym, mogło się to wydawać czymś niespotykanym. Rzecz w tym, że od prawie dwóch dekad Szwajcarzy są jak najdalsi od eksperymentów i trudno mówić o jakiejkolwiek ewolucji ich stylu, a co dopiero rewolucji. Wprawdzie kiedy rozmawiałem z Vorphalackiem, zapewniał mnie, że nowa płyta będzie sumą wszystkich doświadczeń skumulowanych pod szyldem Samael, ale chyba się na to nie nabiorę. Przed premierą poprzedniego albumu mówił to samo.

Czy któreś z tych kapel, które ostentacyjnie pokazały fanom środkowy palec w drugiej połowie lat 90., zaskarbiły sobie twoją sympatię? Wracasz do takowych?

Kiedyś o tym rozmawialiśmy. I nie, nie wskażę tutaj „Host” Paradise Lost (śmiech). Pokuszę się za to o wspomnienie „Diabolus in Musica” Slayer, co chyba też cię nie zdziwi. Tak na marginesie, to, wbrew obiegowej opinii, Slayer wcale nie tłukł przez lata wariantów tej samej wściekle rozpędzonej piosenki. Przynajmniej przez pierwsze dwie dekady działalności wciąż modyfikowali swój styl, no bo nikt mi nie wmówi, że „Show No Mercy” przypomina „Hell Awaits”, „Reign In Blood” – „South of Heaven”, a ta ostatnia – „Diabolus In Musica”. Każdy z wymienionych albumów był inny, każdy charakteryzował się nieco odmiennymi składowymi, chociaż nieposkromiona agresja była elementem, który je wszystkie spajał. „Diabolus in Musica” to nieco bardziej radykalny zryw i odejście od klasycznego rdzenia ich muzyki, aczkolwiek uważam ten album za jeden z najlepszych powstałych pod szyldem Slayer. Dodam jeszcze – co niesamowicie mnie boli – że jest wielokrotnie lepszy od „Repentless”, który miał być chyba reanimacją starego ducha tej formacji. Niestety, ta płyta nie ma w sobie nawet połowy gniewu cechującego „Diabolus…”. Nie zrozum mnie źle – lubię ją. Zresztą każdą płytę Slayera lubię. Na tym polu jestem bardzo daleki od obiektywizmu.

Wspomniałeś o tym, że „Repentless” mogło być próbą reanimacji oldskulowego ducha Slayer, ale zapomniałeś dodać, że symbolicznym pochówkiem zespołu chyba również. Moim zdaniem, nie nagrają już następnego materiału.

Różnie z tym może być. Kerry King zapewnia, że materiał na kolejny album jest już w fazie przygotowań i że na pewno zostanie wydana jeszcze jedna płyta. Sam na to liczę.

Chociaż na chwilę poruszmy temat „Zgniłej zieleni” (śmiech). W obu biografiach twojego autorstwa frontmani omawianych w nich kapel wręcz przytłaczali resztę składu swoją charyzmą. Nie uważasz, że deprecjonowanie zasług pozostałych członków zarówno Faith No More, jak i Type O Negative jest dosyć krzywdzące?

Tak i nie. W tych dwóch zespołach sytuacja na linii frontman-reszta składu wyglądała nieco inaczej. Trzon Faith No More od zawsze stanowił tercet Gould-Bordin-Bottum. Jak sam dobrze wiesz, bez Pattona w szeregach zespół nagrał dwie pierwsze płyty, a na tej przełomowej – „The Real Thing” – gdzie Mike był już wokalistą, jego praca ograniczała się jedynie do dopisania tekstów i melodii wokalnych. Na pozostałych albumach Faith No More Patton też nie był wiodącą siłą twórczą. W Type O Negative natomiast Steele od początku do końca rządził. Mimo zaledwie jednej zmiany składu w całej historii zespołu, to niezmiennie on odpowiadał za całą muzykę i teksty. Już choćby dlatego rozkład sił w obu zespołach był diametralnie odmienny. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że pozostali członkowie Type O Negative byli do bani. Wręcz przeciwnie, oni – jak powiedziało mi kilka osób z otoczenia zespołu – dawali liderowi wsparcie na poziomie czysto życiowym, co jest przecież ważniejsze od nutek. A poza tym Josh Silver był odpowiedzialny za produkcję płyt kapeli, co również jest warte wspomnienia.

Mike Patton, o którym wspomniałeś wcześniej, ma wśród swoich wielbicieli opinię świętej krowy. Że niby taki Midas – czego nie dotknie, to zamienia się w złoto. Nie uważasz jednak, że nieludzka ilość pochwał nad licznymi projektami Pattona jest nieco przesadzona? Bądźmy szczerzy, gość ma na swoim koncie parę niewypałów.

Nie zgodziłbym się z tobą do końca co do tych niezliczonych pochwał. Natknąłem się na negatywne jak i neutralne recenzje jego dokonań. Jak pewnie wiesz, nawet ostatni album Faith No More spotkał się z mieszanym odbiorem. Myślę, że wpływ na entuzjastyczne opinie może mieć środowisko, z jakiego wywodzą się Patton i Faith No More właśnie. Kiedy członek rockowo-metalowego składu wyskakiwał z materiałem zupełnie odbiegającym od gitarowej muzyki, mógł uchodzić za nowatora, którym w rzeczywistości wcale być nie musiał. Dzisiaj już takie mariaże nikogo nie zaskakują i to może właśnie dlatego o Pattonie jest nieco ciszej, niż zazwyczaj. A tak nawiasem mówiąc, Mike’owi najlepsze rzeczy wychodzą z reguły wtedy, kiedy działa przy wsparciu wyjątkowo wyrazistych osobistości. Tak jest w Faith No More i było choćby w Mr. Bungle.

Wbrew pozorom, Faith No More i Type O Negative łączy kilka rzeczy. Pomijając już sam fakt, że obie kapele dzielnie zniosły próbę czasu, ich muzyka raczej nie trąci myszką. Mimo to, ci pierwsi byli dosyć ciężkim do sklasyfikowanie bytem, a „zielonych” po dziś dzień ochoczo wpycha się do szuflady z napisem „gotycki metal”. Czy twoje pierwsze zetknięcie z tym gatunkiem zaowocowało odrazą doń równie wielką, co teraz?

Owszem (śmiech). Właśnie dlatego tym bardziej sądzę, że klasyfikowanie muzyki Type O Negative jako gotyckiego metalu jest bardzo krzywdzące. Jak wiadomo, zespół wyrastał z nowojorskiej sceny hardcore punka, a do swojej muzyki dodatkowo przemycali wpływy tradycyjnego hard rocka w duchu Black Sabbath, a czasem Deep Purple – to za sprawą Josha akurat – The Beatles, a nawet pierwotnego szorstkiego industrialu, do tego dochodziły inspiracje popem. Podczas gdy Teatry Tragedii tego świata miały pomysł na muzykę płaski jak biust czarownicy, Steele czerpał, skąd się tylko dało. Bo jak mawiał, kraść trzeba od najlepszych. Te wszystkie formacje gotycko-metalowe najczęściej starały się tymczasem klecić para-metalowe riffy i kreować dosyć naiwny klimat na klawiszach. No i te wokalistki, które znacznie lepiej niż na sesjach nagraniowych poczynały sobie na sesjach fotograficznych, a i to nie było regułą, bo jak się jedna z drugą ubrały w te czarne firany, to bywało, że najsztywniejsze wzwody miękły. Jednakowoż faktem jest, że Type O Negative na pewien czas ulegli tej gotyckiej konwencji, czego dowodem „October Rust” – chyba najbardziej rozpoetyzowany (w złym tego słowa znaczeniu) i wysoce koniunkturalny materiał.

Temat niewłaściwego przekuwania wzorców również jest ciekawy. Można go przełożyć zarówno na współczesny prog-metal, gdzie prędkość solówek przesłoniła bogactwo muzycznych krajobrazów albo thrash metal w wykonaniu młodych kapel, które nie chcą chłostać, tylko ciąć jak najszybsze riffy.

Moim zdaniem muzycy dzielą się na imitatorów i kontynuatorów. Ci pierwsi są zainteresowani środkami do celu, a ci drudzy celem jako takim. Przykładem kontynuowania czyjegoś – w tym wypadku Slayera – dziedzictwa może być death metal. Wiadomo, że ten zespół miał niebagatelny wpływ na narodziny death metalu, aczkolwiek jego wynalazki były jedynie narzędziami w rękach rozwścieczonych deathmetalowców, przynajmniej tych najzdolniejszych. Bo jak mawiał i Morbid Angel, i Bóg na niebiesiech: „Kto ma uszy, niechaj słucha”. No i pojętni usłyszeli wystarczająco dużo, by tworzyć po swojemu.

Jeśli już mowa o czyimś dziedzictwie przekładanym na nowe i jeszcze bardziej zaawansowane, pragnąłbym przełożyć to na nowoczesną scenę crossover thrash metalu. Świetnym tego przykładem ostatni krążek Power Trip – wpływy są wręcz namacalne, ale przepis na wpierdol podany w sposób wciąż obezwładniający słuchacza.

Zgadzam się – Power Trip nagrał dobrą płytę. Nie mogę jednak powiedzieć, bym z zapartym tchem śledził wszystko, co opatrywane jest tagiem „crossover thrash”. Na pewno wolę konwencję uprawianą przez Power Trip od oblicza crossoveru w bandanach, o tych wszystkich Bonded By Bloodach i Havokach nie wspominając.

Na sam koniec poruszmy temat twojej radiowej audycji – „Krzywo i nie na temat”. Prowadzisz ją już pół roku.

Nie, po dwie godziny co środę. Ale faktycznie pierwszą wyemitowaliśmy z pół roku temu. Cóż, jest to całkiem miłe zajęcie. W dodatku zupełnie odmienne od pisania. Otóż gdy podczas nawijania na antenie w pewnym momencie się wyłożysz, każdy to słyszy. Nie poprawisz zdania za pomocą klawisza „backspace”. Nie cofniesz czasu. Ma to swój urok i daje motywującego kopniaka.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ