Nie ukrywam, że od dłuższego czasu szczerze interesuje mnie fenomen europejskiego power metalu. Fenomen zauważalny nie tylko na Starym Kontynencie, ale także i w innych zakamarkach świata. Chodzi o to, że do tej pory trudno jest mi uzmysłowić sobie, dlaczego tak skrajnie przesadzona muzyka spotyka się z tak ekstatycznym uwielbieniem słuchaczy. W jakim sensie przesadzona? Na chwilę obecną pozwolę sobie pominąć aspekt wizerunkowy, do niego przejdę w dalszej części tekstu - tutaj mam na myśli samą muzykę. Muzykę wypełnioną po brzegi karmelowymi melodyjkami, pędem na niewidzialnym koniu po górskich wzniesieniach i karykaturalnie wysokimi partiami wokalnymi. Cóż, nawet przed samym koncertem próbowałem dociec, co takiego ma w sobie ten power metal z państw europejskich. Czy doświadczenie dwóch wyjątkowo rozchwytywanych potentatów gatunku na żywo w jakiś sposób mi w tym pomogło? Jak najbardziej!

Jeszcze stojąc w kilometrowej kolejce, zastanawiałem się, jak do swojego show podejdą muzycy Gloryhammer. Jeśli nie wiecie, o czym tutaj mówię, wystarczy wam szybki rzut oka na ich dowolny klip. Mamy więc gobliny, kosmos, miecze świetlne, ambitne cosplaye Power Rangers i jednorożce. Wobec tego nie zdziwiło mnie specjalnie, że koncert Brytyjczyków wyglądał w zasadzie jak surowa wersja dowolnego teledysku z ich szerokiej filmografii. Było machanie młotami, były wystudiowane ruchy wokalisty i aprobata publiczności, było dużo przekomicznych żartów o piwku oraz wszelkich uciechach życia rycerza. Szczerze powiedziawszy, to spodziewałem się szerokiego aplauzu ze strony publiki - będącej metalowym ekwiwalentem Pyrkonu - ale to, czego doświadczyłem, przerosło moje oczekiwania. Mówimy tutaj jednak o zespole supportującym, tymczasem jak sala B90 długa i szeroka, wszyscy zebrani z pamięci śpiewali teksty każdego numeru. Jest to świetny dowód na to, jak nawet najbardziej przeciętną muzykę może skutecznie przesłonić efekciarski image i konferansjerka w duchu polskiego stand-upu. Wspominam o tym, bo twórczość Gloryhammer wskakuje w każdą możliwą szufladkę, która rodzi się w głowie tuż po zobaczeniu nazwy zespołu. Zaoferowano nam więc skoczno-melodyjny pakiet riffów, obowiązkowe podbicie jaskrawą partią klawiszową z generatora Wacken Music Maker i charyzmatycznego wokalistę lawirującego między rejestrem średnim a kogucio wysokim. Jasne, cały występ budził poczucie zabawnego do przesady, choć z drugiej strony można Brytyjczykom pogratulować zmyślnego pomysłu na siebie i zgrabnie wyreżyserowanego spektaklu. Może i ja tego nie kupiłem, ale każdy z wymalowanych fanów w glanach, bojówkach z klamerkami i wiedźminopodobnych pelerynach już owszem.

No, ale właśnie, czy ja wspominałem coś o show? Bo jakkolwiek sympatyczny substytut Gwiezdnych Wojen z gitarami, o którym piszę wyżej, by nie był, to niemiecki Powerwolf zdmuchnął go z ziemi w tempie ekspresowym. Przepych i patos - te dwa słowa właściwie idealnie sumują koncertową propozycję twórców wysoko cenionego w gatunkowych kręgach “Preachers of the Night”. W związku z tym, gdy wokalista Attila Dorn uprzejmie zapytał, czy jestem gotów na dołączenie do jego “heavymetalowej armii”, udzieliłem odpowiedzi przeczącej, ale to tylko ja. Cała reszta szczelnie zapełnionego klubu rozpływała się w euforii, co w żadnym wypadku nie powinno nikogo dziwić. Sceniczny anturaż Niemców aż buchał od nagromadzenia różnych elementów. Mieliśmy dużą ilość wysokich podestów, dimmuborgiropodobne stroje muzyków, a całości dopełniały statywy mikrofonów w formie odwróconych krzyży i groźny corpsepaint oczywiście. Jeśli dodamy do tego, że każdy muzyk - z wyjątkiem perkusisty - dzielnie trwał w pozie “lewa noga na odsłuchu, prawa lekko odchylona do tyłu”, mamy w zasadzie komplet i efektywną walkę z religią pełną gębą. Jaka muzyka Powerwolf jest, pewnie wiecie. Równie melodyjna jak ta Gloryhammer, ale jednak agresywniejsza, podana z większym naciskiem położonym na powagę, która chyba powinna była mi się udzielić, ale nie do końca tak się stało. Rzecz w tym, że podniośle wyśpiewywane bluźnierstwa w tekstach gryzły mi się z obrazem tańca synchronicznego gitarzystów i rozbieganego w najlepsze klawiszowca. Ale tu rodzi się pytanie - czy muzyka jest najważniejsza na tego typu koncertach? Jestem skłonny zaprzeczyć. Całość tego wydarzenia miała w sobie coś ze zlotu rycerskiego - były więc majestatyczne stroje pań i panów, odpowiednio koordynowane ruchy plastikowego kubeczka z piwem przy szybszych fragmentach piosenek i rytuały odprawiane przez fanów pod sceną i obok niej. Jest to coś, czego nie rozumiem, ale w jakiś sposób doceniam fiksację i pasję.

Doceniam, ponieważ warto mieć własną bańkę i pewną częścią siebie być jej oddanym. O to właśnie chodzi w metalu, o zachowanie w sobie pierwiastka dziecka, totalnego szczyla, który poznał tę muzykę mając lat 15 i zachwycił się jej intensywnością. Doświadczyć czegoś takiego, oglądając rozemocjonowanych fanów to definitywnie ciekawe przeżycie.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Sztylety, Towards the Unknown, Meat Nation – trzy zespoły, wszystkie z Trójmiasta, każdy z zupełnie innej bajki. Szymon Szelewa – ojciec założyciel Meat Nation oraz czynny kompozytor w pozostałych dwóch składach. Jak to jest grać w trzech różnych kapelach, gdy każda z nich opublikowała premierowe materiały w roku 2019? Jak to jest wejść w sidła metalu będąc punkowcem? Na te i inne pytania odpowiada właśnie Szymon Szelewa, basista i wokalista. Kilka zdań dodaje także Marcin Wielgus, spiritus movens Towards the Unknown.

*

Grasz w trzech odmiennych od siebie kapelach, w każdej pełnisz nieco inną funkcję, potrafiłbyś wskazać, która z nich jest dla ciebie najistotniejsza?

W tej chwili zadałeś bardzo trudne pytanie. Takie z kategorii „które z twoich dzieci jest najukochańsze?”. Nie mam sposobności, aby odpowiedzieć na nie tak bezpośrednio. Każdy z tych zespołów darzę innym uczuciem, z każdym wiąże się nieco inna historia. Prowadzi to do prostego wniosku, że każda z trzech wspomnianych formacji przynosi mi inny rodzaj satysfakcji i to jest piękne. Jednego dnia ucieszę się z charakterystycznej melodii ułożonej dla Sztyletów, drugiego radość sprawi brutalny riff stworzony na potrzeby Meat Nation, a jeszcze innym razem odkryję świetne rzeczy w stylistyce blackmetalowej z Towards the Unknown. Mowa tu o stylistyce, w której nigdy wcześniej nie miałem przyjemności tworzyć.

W Sztyletach i Meat Nation pełnisz także rolę tekściarza. O ile osnowa liryczna pierwszego z zespołów ma w sobie wiele z konwencji emo, tak druga z kapel stawia na bardzo agresywne i gniewne teksty związane z naszym społeczeństwem. Te uczucia buzują w tobie naprzemiennie, czy może jednak przybierasz jakąś pozę jako twórca?

Może to dla ciebie zabrzmieć banalnie, ale jednak mówimy tutaj o rodzaju emocji, które w pewnym stopniu wynikają z siebie. Gniew często rodzi się w wyniku smutku, frustracji czy bezradności, niemożności odnalezienia się w jakiejś sytuacji. Próbuję przez to przekazać, że gama ludzkich emocji jest na tyle szeroka, że bardzo łatwo dopasować dany rodzaj nastroju do któregoś z projektów. Warto też wspomnieć, że Meat Nation w nie tak dalekiej przeszłości było zespołem, który w nieco inny sposób podchodził do warstwy lirycznej. Jeszcze przy okazji „Sympatycznych młodych ludzi” nakładaliśmy maskę i serwowaliśmy teksty, w których trup ścielił się gęsto, a ja nie mam ochoty wracać do takiej konwencji. Teraz sprawa prezentuje się inaczej i – tutaj wracamy do istoty pytania – mogę stwierdzić, że liryki na „Ludziach złych” również są na swój sposób smutne. Weźmy chociażby „Pewnego leniwego popołudnia”, mówimy tu o manifeście człowieka zmarnowanego życiem, który nie wie, co dalej ze sobą zrobić, podobnie z „Widziałem”.

Dalej jednak próbuję dotrzeć, czy są to uczucia, które w tobie buzują, czy jednak jako twórca stajesz się kimś innym.

„Poeta cierpi za miliony, a około 13 uwiera go pęcherz” jak to kiedyś powiedział Andrzej Bursa. Wydaje mi się, że ta wypowiedź najcelniej sumuje temat (śmiech). Mówiąc poważniej: jako ludzie posiadamy inteligencję emocjonalną, dzięki której potrafimy obserwować to, co przeżywają inni ludzie (np. nasi najbliżsi), identyfikować się z tym i przelać całość na teksty. To, o czym właśnie mówię, ma bardzo konkretne przełożenie na Sztylety, gdzie, przyznam, nie wszystkie poruszane przeze mnie zagadnienia są efektem moich osobistych przeżyć. W Meat Nation z kolei wcielamy się w uciśniony, bliżej nieokreślony lud, który zwyczajnie demonstruje niezadowolenie pewnymi sprawami. Każdy może odnaleźć w tym cząstkę siebie.

Wcześniej wspomniałeś o kolejnym istotnym zagadnieniu – twórczym przeobrażeniu Meat Nation.

Człowiek nie ma wiecznie 18 lat, przez co naturalnym jest, że zaszła w naszych szeregach bardzo naturalna ewolucja muzyczno-personalna. Staliśmy się innymi ludźmi niż kilka lat temu, a więc i tematy, które bierzemy na tapet, uległy zmianie. Nie stawialiśmy przed sobą żadnego drogowskazu, sugerującego, gdzie mamy iść. Wszystko wynika z chęci bycia lepszym. Bycia lepszym tekściarzem, muzykiem.

Wycieczki w przeszłość Meat Nation budzą w tobie pewien rodzaj politowania? A może i wstydu?

Powiem tak: nasze teraźniejsze wcielenie to jednak suma wszystkich doświadczeń, także tych z przeszłości. Fakt, kilka lat temu Meat Nation był niesamowicie karykaturalny i do przesady przerysowany tekstowo, ale nie uważam, że jest w tym coś złego. Pod kątem lirycznym nasze starsze kawałki są dosyć sprawnie rozrysowane, a muzycznie też nie mówiłbym tu o niczym w kategoriach porażki. Jeśli już mam czegokolwiek się wstydzić, to swojego wokalu z tamtego czasu. O ile teraz jestem zadowolony z tego, jak operuję głosem, tak moje wcześniejsze dokonania w tej materii nie napawają mnie dumą.

Jak sądzisz, dlaczego estetyka thrashmetalowa, którą kiedyś w pewnym stopniu uprawialiście, przeżywa tak bolesne sinusoidy popularnościowe?

Nie zgadzam się żeby przeżywała sinusoidy. Mam wrażenie, że apogeum mody na thrash metal w Polsce – i nadmienię, że chodzi tu o obecne czasy – miało miejsce mniej więcej siedem lat temu. Był to taki okres, że nawet na małe koncerty lokalnych kapel tworzących w tym nurcie przychodziło po 300 osób. Oczywiście trwało to krótką chwilę, większość z tych osób nigdy później nie poszła na żaden koncert, ale możemy określić to jako bardzo intensywny, ale jednocześnie krótkoterminowy hype. Dodam jednak, że znacznie lepiej u nas miał się stoner. Może niektórzy pamiętają moment, gdy obecnie będący w kompletnym odwecie popularnościowym Stoned Jesus potrafił zapełnić całe Ucho (klub muzyczny w Gdyni mieszczący około 800 osób – przyp. red. ). Cała krótkoterminowość i chwilowość trendów na scenie wynika po prostu z tego, że nigdy nie wiesz, co będzie dalej. Nie wiesz, co wydarzy się za kilka dni. Jeden trend może wyprzeć drugi, to zupełnie naturalne. Ja na przykład zawsze chciałem grać punk rocka, ale z racji tego, że w momencie formowania się Meat Nation rządził thrash, musieliśmy w jakiś sposób w ten thrash pójść.

A jak czujesz się z rolą czynnego kompozytora w Towards the Unknown? Już wcześniej zauważyłeś, że jest to stylistyka kompletnie odmienna od tej, w której dotychczas się poruszałeś.

To prawda. Nie ukrywam, że musiałem się trochę przygotować i osłuchać z zespołami, które mają swoje korzenie w nowocześniejszych formach black metalu, aby wiedzieć, z czym to dokładnie się je. Przyznam ci, że trochę się przed tym broniłem, ponieważ moja wiedza o nurcie specjalnie szeroka nie jest, a ja też należę do ludzi, którzy nie mogą stać w miejscu i przynależeć do składu jakiejś formacji na zasadzie wegetowania, bez żadnego angażu. Nie mógłbym tak postąpić. Początkowo faktycznie byłem nieco sceptycznie nastawiony do swojego członkostwa w Towards the Unknown, ale im więcej odbyliśmy prób, im więcej kapel tworzących w stylistyce podobnej do naszej przesłuchałem, tym pewniej się poczułem.

Wspominasz, że przed przejściem do Towards the Unknown musiałeś osłuchać się z formacjami tworzącymi w bliźniaczych stylistykach. Dlaczego? Nie chciałeś wnieść od siebie czegoś zupełnie swojego, bez podpierania się metalowymi inspiracjami?

Wiesz, to nie jest do końca tak, że „musiałem”. Raczej byłem ciekaw, jak w tej szufladce radzą sobie inni, więc przesłuchałem różnych rzeczy, zacząłem je analizować i byłem zadowolony z efektów, a jednocześnie na bazie tego sam myślałem, co mógłbym wnieść do zespołu. Bo na przykład taką Furię znałem już wcześniej i do tej pory podoba mi się ich twórczość, raczej w takim podejściu do black metalu odnajduję się najlepiej. Norweska fala zespołów, jak na przykład Mayhem, zupełnie nie trafia w moje upodobania. A co do reszty twojego pytania: wejście w zespół blackmetalowy bez jakiegokolwiek pojęcia o black metalu byłoby ciekawe, ale… jednocześnie niemożliwe. W mojej opinii nie da się tworzyć muzyki z jakiegoś gatunku bez jej wcześniejszego zasmakowania i dokładniejszego osłuchania. Był w Gdańsku taki projekt muzyczny o nazwie Gówno. Grali punka, mimo że może niekoniecznie tkwili na tej scenie, ale jednak mieli o tym wszystkim jakąś wiedzę, co dawało nowe spojrzenie na pewien stary obraz, ale bez niezamierzonej groteski. Trzeba spojrzeć na to od takiej strony. Fajnym jest też fakt, że zespół Towards the Unknown to jedyna z trzech formacji, w których występuję, gdzie nie jestem wokalistą. Dzięki temu mogę bardziej skupić się na gitarze basowej i poprawie swoich umiejętności w zakresie gry na tym instrumencie. Zarówno tych technicznych, jak i kompozytorskich.

A jak ty, nie-metalowiec, postrzegasz bardzo eksploatowany nurt post-black metalu? Gatunkowi puryści patrzą na niego z przymrużonym okiem, duża część kieruje setki bluzg w jego stronę. A ty?

Z dużym zaciekawieniem i przyjemnością obserwuję tę scenę. Oczywiście, nie ma co się oszukiwać, tutaj też mówimy o swego rodzaju trendzie, ale jednak trendzie zupełnie innym niż wspominane w trakcie rozmowy thrash czy stoner. Rzecz, która fascynuje mnie w tych nowocześniejszych odmianach black metalu to przede wszystkim progres, jaki gatunek zaliczył na przestrzeni lat. Nikt nie boi się tu eksperymentować, wszyscy mają świadomość, jak odległe jest to od nagrań pionierów gatunku i bardzo dobrze. Uznaję takie podejście za najlepsze świadectwo rozwoju artystów.

A jak zapatrujesz się na nieco przestrzelony pogląd, według którego polska scena metalowa jest rzekomo najlepsza na świecie?

Dosyć trudno jest mi odnieść się do tego, czy można go uznać za słuszny, ponieważ nie jestem znawcą tej sceny i nie analizuję jej godzinami. Oczywiście biorąc pod uwagę samą ilość kapel w dowolnej odmianie metalu, już na starcie przegrywamy ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki ze względu na statystykę, aczkolwiek pod kątem samego poziomu mogę uznać, że jesteśmy w tym temacie bardzo dobrzy. Nie potraię jednak stwierdzić czy stoimy w czołówce.

Wobec tego na sam koniec powiedz mi proszę, jakie są plany wydawnicze zespołów Towards the Unknown, Meat Nation oraz Sztylety na rok 2020?

Szymon Szelewa: Pierwsze do studia wchodzą Sztylety, którym zabukowaliśmy już sesję nagraniową z myślą o pełnoprawnym wydawnictwie. Tytułu jeszcze nie mamy, ale mamy za to piosenki, więc jest dobrze. Następnie nagrywać będziemy z Towards the Unknown. Z racji tego, że jestem urodzonym pracoholikiem, sam chciałbym zrobić kilka rzeczy na boku. Ostatnio na przykład opublikowałem swoją rapową EP-kę, a na początku przyszłego roku prawdopodobnie podzielę się projektem utrzymanym w duchu country, w którego tworzeniu będzie brał udział m.in. przepytujący mnie redaktor.

Marcin Wielgus: Tak, jak wspomniał Szymon, mamy już główny zarys materiału ze Sztyletami. Mimo wszystko, nieco problematycznym jest to, że nasz gitarzysta, Łukasz (Orzeszko – przyp. red.), mieszka obecnie w Warszawie. Przydałoby się nam jeszcze dopracować te numery, ale wszystko pozostaje kwestią czasu. Co do Towards the Unknown sprawa ma się tak, że mamy przygotowane 6 numerów, które czasowo rozciągną się do mniej więcej 35 minut, więc można tu spokojnie mówić o naszym debiutanckim albumie. Mieliśmy też strasznie głupi pomysł na przyszykowanie splitu wszystkich trzech kapel, gdzie jedna coverowałaby drugą, ale zobaczymy, co z tego wyniknie. Ja sam z kolei chciałbym wydać trance’owy mixtape.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/11/74157346_418278142171663_7702978026664886272_n-800x600.jpg
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Na ile poważnie podchodzicie do tematu szczerości w muzyce której słuchacie? Jest ona tylko dodatkiem, który decyduje o wzroście poziomu danej płyty, czy może czymś koniecznym, "bo tak wypada"? W metalowym światku ta właśnie szczerość to bardzo intrygujący wątek, bo czysto teoretycznie metalowcy gorąco o nią zabiegają, ale tylko w sytuacjach, kiedy jest im to na rękę. Kiedy na przykład Paradise Lost odeszli od przesterowanych gitar, ci sami słuchacze, którzy pokochali "Icon", nie byli zbyt zadowoleni z "Host". Mimo że "Host" to płyta przesycona prawdą i osobistymi zawodami. Całkiem podobnie sytuacja wygląda z krążkami In Flames, gdzie fani bardzo głośno perorujący o unikaniu fałszu w muzyce, jakoś o tym zapominają z racji zawartości tychże, gdy te znajdują się poza radarem ich zainteresowań.

A właśnie za to In Flames należy się szacunek. Jedni z ojców melodyjnego death metalu ze Szwecji zbudowali swoją karierę na graniu wbrew temu, co życzą sobie fani, a w zgodzie ze swoimi upodobaniami i preferencjami. Moim zdaniem jest to godne podwójnego pogratulowania, jeśli pod uwagę wziąć fakt, jak wielkim - w skali muzyki metalowej - zespołem jest In Flames w porównaniu do np. ich kolegów z Dark Tranquillity. No, skoro temat szczerości bądź jej braku został rozpracowany, można zejść na ziemię i poddać analizie muzykę z "I, The Mask".

Chyba oczywistym jest, że nikt, kto nie zatrzymał się w eksplorowaniu twórczości tej formacji na "Clayman", nie robi sobie nadziei, że oto Friden i koledzy wrócą do death metalu zalanego toną melodii. Nic z tych rzeczy. Oni w tę muzykę zwyczajnie nie wierzą, a ja to w pełni rozumiem. Na takich "Come Clarity" czy "Sounds of a Playground Falling" nie znajduję zbyt wiele dla siebie, ale czuję, że nagrał je zespół, który doskonale wie, jaki efekt poszukiwań chce osiągnąć. Problem w tym, że nawet jak dla mnie poszukiwania zaszły zbyt daleko na "Siren Charms" i "Battles". Mimo że twórczość In Flames zawsze odznaczała się sporym naddatkiem słodyczy i kiczem w nie najlepszym guście, dwa wyżej wspomniane krążki przekroczyły pewną granicę. To trochę tak, jak z tą ambitną koleżanką w klasie, która podczas wykonania 'Barki' na ocenę podczas lekcji religii, wchodzi na taki poziom ekspresji i egzaltacji, że wszelka tolerancja i hamulce puszczają. In Flames chyba sami to zrozumieli, bo "I, the Mask" jest płytą znacznie bardziej wyważoną i wycyzelowaną od swoich poprzedniczek, wydanych na przestrzeni ostatnich kilku lat. W najlepszych momentach, kiedy nikt tutaj nikomu nie wmawia, że rozmawiamy o zespole deathmetalowym, "I, the Mask" brzmi jak mokry sen każdego, kto lubi szybkie ataki przesterowanych gitar w refrenach, przeplatane ckliwymi zwrotkami. Do układanki dochodzą jeszcze ballady, w których Szwedzi chyba już na dobre się wyspecjalizowali. Takie 'Stay With Me' oczywiście może zrazić ponadnormatywnym poziomem lukru w ramach samej zwrotki, ale im dalej w las, tym lepiej. Świetnie poprowadzona dramaturgia i ekspansja melodyjnych partii gitar konkretnie łapią za serce, a ja czuję, że to autentyczny przekaz, że nikt mnie nie chce nabrać. Nawet jeśli przesadzony, nawet jeśli niebezpiecznie wpadający do worka z napisem "kicz". In Flames grają tak, jak chcą grać, a skoro jeszcze są w stanie nawiązać emocjonalną więź z fanami, to tym lepiej. Nie jest też tak, że w całości kupuję "I, the Mask", bo pewne wątpliwości są i raczej pozostaną. Stężenie słodyczy w refrenach tych piosenek ('All the Pain' się kłania) czasami przekracza mój próg tolerancji, a kilka żwawych numerów udających, że In Flames tęskni za starymi czasami, też tutaj niekoniecznie pasuje.

"I, the Mask" niekoniecznie jest płytą, w której się zakochałem bądź taką, która w jednej chwili zasili pierwszą dziesiątkę moich ulubionych tegorocznych wydawnictw. Mimo to, czuję, że nagrał ją zespół, który doskonale wie, czego chce i nie musi kłaniać się w pas nikomu, nawet przy swoim niewątpliwie mainstreamowym statusie. Albumy takie, jak "I, the Mask", gdzie artyści konsekwentnie rozwijają swoje wizje, wolę tysiąc razy bardziej od setnego odgrzanego kotleta takiego Darkthrone. Bo o to w muzyce chodzi: patrzeć przed siebie, nie za siebie.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/06/in-flames-i-the-mask-cover-500x500.jpg
Artysta In Flames
Tytuł I, The Mask
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 1 marca 2019
Czas trwania 50 minut
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Emocje. Emocje to generalnie ciekawy wątek w szeroko pojmowanej muzyce, bez zatrzymywania się przy jakiejkolwiek stylistyce. To one są nośnikiem tego, co artysta chce nam powiedzieć. Jeśli nawiążemy z nim relację, zrozumiemy jego wewnętrzne boje, zostajemy z nim dłużej niż na jedną płytę czy singla. Śledzimy serie życiowych upadków bądź pełnych nadziei wzlotów. Próbujemy dociekać, jak bardzo utożsamiamy się z tekstami, czy więź z ich autorem pozostaje nietknięta, czy może jednak na odwrót. Czy płyta Y to wciąż ten sam poziom przekazywania uczuć, co płyta X? Zadajemy pytania, zostajemy z artystą, obserwujemy go, analizujemy, co się zmieniło. U The National zmieniło się wiele.

Wraz z premierą bardzo dobrej "Trouble Will Find Me" amerykańscy dżentelmeni formujący The National wyraźnie zmodyfikowali swój sposób opowiadania o emocjach. Wszystko stało się bardziej bezpośrednie, opisy życiowych niepowodzeń bardziej dotkliwe, muzyka kłuła w serce skuteczniej, przypominała o przykrych sytuacjach, które przeżyliśmy wszyscy. Z mniejszym naddatkiem metafor, generalizowania, opowiadania naokoło. Warstwa liryczna The National nabrała wyraźnie indywidualny sznyt, przez co jej odbieranie okazało się być znacznie intymniejszym przeżyciem niż kiedykolwiek wcześniej. Świadczy to oczywiście o twórczej ewolucji artystów. Nikt nie tkwi w sidłach młodzieńczej adolescencji, nikt nie udaje, że wszystko jest po staremu. Człowiek zmienia się z dnia na dzień i The National także. Czy to delikatna sugestia, wedle której próbuję wykazać, że oto panowie się starzeją? Bynajmniej, to dojrzewanie.

Każdy dojrzewa w sobie znanym tempie, przechodzi przez najróżniejsze sytuacje i ten stan rzeczy jest świetnie sportretowany na "I Am Easy to Find". Matt Berninger, nawet jeśli wzoruje się na historiach innych, mówi własnym głosem, jego opowieści wciąż zostają w głowie, pojedyncze wersy potrafią wywołać szybki opad szczęki. Nawet mimo tego, że przecież tutaj nikt o śpiewa o magii, smokach i wycieczkach w kosmos. To trywialne sprawy, codzienność w pigułce: życiowe dylematy, lęki, sercowe zawody. Ale życie człowieka to suma prostych spraw. Nawet najbardziej wybujałe opowieści o nieistniejącym świecie nie zastąpią poczucia zrozumienia związanego z tym, że ktoś czuje tak samo. Uwierzcie, każdy z nas kiedyś był bohaterem którejś z opowieści wokalisty The National. Kiedy w ‘Light Years’ słyszymy, że zawsze dzieliły nas lata świetlne, to tak było, wszyscy to wiemy, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, zwyczajnie kłamie. Niby takie proste, a skuteczne. Warto jednak odnotować, że nie tylko na gruncie szeroko pojętej liryki The National zmienił się. Od wcześniej wspomnianej "Trouble Will Find Me" zespół zakręcił potencjometr młodzieńczego rozedrgania w drugą stronę. Mniej w tym rockowej przebojowości "High Violet" czy gęstej atmosfery "Boxer". Piosenki stały się delikatnie unoszonymi bańkami mydlanymi, zespół coraz śmielej uciekał od typowo rockowego instrumentarium, chętniej zerkał w stronę elektroniki i w zasadzie tylko głos Matta Berningera był taki, jakim od zawsze był. "I Am Easy to Find" to dalszy ciąg ewolucji The National od strony muzycznej, tym razem podzielony na trzy strefy. Z jednej strony mamy więc konsekwentne pilotowanie ścieżki znanej chociażby ze "Sleep Well Beast". Dużo w tym elektroniki, leniwych loopów, gitary czy perkusja w zasadzie schodzą na dalszy plan. Druga strona to z kolei kilka wycieczek w przeszłość. ‘Rylan’, ‘Hey Rosey’ czy ‘Quiet Light’ tęsknią za - uwaga: paradoks - dynamiczną melancholią "High Violet", przypominają o tej niepodrabialnej melodyce. Ale chyba trzeci kierunek intryguje najbardziej, czyli nowości. Głównie featuringi. Ilość wokalistek udzielających się na "I Am Easy to Find" gościnnie zamyka się w okolicach kilkunastu, co samo w sobie zaskakuje, bo The National nigdy na taką ekspozycję innych znajomych nie stawiali. Featuringi wnoszą do płyty wiele, dają jej nowe życie. To nie to, co u większości rockowych zespołów, że dodatkowy piosenkarz ma mruknąć trzy słowa w refrenie i sobie pójść. W takim ‘Where Is Her Head’ - wyraźnie energicznym - ogólna werwa utworu spotyka się z kontrastem w postaci delikatnego głosu Eve Owen. Duże wrażenie robią również dobitnie gospelowe smaczki, jak chociażby w miniaturowym ‘Her Father in the Pool’ czy ‘Not in Kansas’.

Pamiętam, że po premierze "Sleep Well Beast" obraziłem się na The National. Bo zamulają, bo to nie "High Violet II", a bo coś tam jeszcze. Teraz obrazy nie ma. Na poziomie czysto emocjonalnym i muzycznym "I Am Easy to Find" jest "moją" płytą, a The National "moim" zespołem. Coś takiego to ogromna sprawa. Posłuchajcie tego albumu, oddajcie mu się bez reszty.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/the-national-i-am-easy-to-find-cover-500x500.jpg
Artysta The National
Tytuł I Am Easy To Find
Wydawca 4AD
Data premiery 17 maja 2019
Czas trwania 1 godz. 3 min.
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Gdzie właściwie przebiega granica dobrego smaku w muzyce metalowej? Co ją wyznacza? Kiedy zostaje przekraczana? A może w metalu nie istnieje w ogóle takie pojęcie jak dobry smak? Poddajmy to szybkiej analizie: ta stylistyka, niezależnie od odmiany, emanuje kiczem, a żeby to udowodnić wystarczy szybki przelot po historii gatunku. Mieliśmy Judas Priest w kamizelkach obitych odblaskowymi kwadracikami, blackmetalowców w zbrojach i czarnych golfach, thrashmetalowy pociąg do wszystkich odmian jeansu albo deathmetalowców, którzy udowodnili światu, że jednak są na świecie ludzie noszący bojówki moro. I wszystkie te odmiany rocka mają w sobie dużo z cyrku pod kątem samej warstwy muzycznej, co wymaga ponownego cofnięcia się do pionierów spod znaku heavy metalu. Patos, egzaltowane teksty, romantyzm w najgorszym z możliwych, rycerskim wydaniu - to w metalu mamy do dzisiaj. Ale jednak są takie zespoły, które balansują i udowadniają, że ten dobry smak w tej muzyce faktycznie istnieje. Należy do nich właśnie Grand Magus.

Szwedzka formacja, dowodzona przez niezmordowanego JB Christoffersona, zamajaczyła mi na horyzoncie w okolicach premiery „Triumph & Power”. Sama zawartość płyty, badana w ciemno, stanowczo zachęciła mnie do dalszej peregrynacji dyskografii zespołu, a dodatkowym czynnikiem z kategorii plusowych był skowyt fanów, że to już nie to samo, że gdzie podział się ten „ich” zespół. A ja paradoksalnie czuję, że to właśnie wraz z wydaniem dzisiaj już pięcioletniego krążka Grand Magus stał się „moim” zespołem. Bo ma w sobie to, o czym 90% reprezentantów klasycznie heavymetalowego nurtu zapomina: hamulce.

Tak, hamulce w takiej stylistyce są niezwykle ważne. To nie black metal, gdzie połowę wrażenia robi na tobie szerzej niezidentyfikowana dawka szaleństwa, tutaj całość podtrzymuje wspomniany patos, epickie zadęcie w melodyce i wysoce dostojna atmosfera. Ale właśnie, o co chodzi z tymi hamulcami? Ano o to, że Szwedzi doskonale wiedzą, kiedy przestać. Wiedzą, żeby nie forsować zaciekle skrajnych rozwiązań gitarowych, by nie wspinać się po szczytach żenady. Wokalista wie, że wcale nie musi udawać brakującego ogniwa między człowiekiem a delfinem, aby ułożyć świetne partie śpiewu i właśnie takie podejście jest największym plusem „Wolf God”. Grand Magus dobrze zdaje sobie sprawę z niezaprzeczalnie przebojowego potencjału heavy metalu i to on jest bazą tej płyty. Te wszystkie podniosłe partie gitar, celowe zwolnienia w refrenach, one nie są żadną trzecioligową muzyczną rekonstrukcją bitwy rycerskiej – wszystkie idealnie zdadzą egzamin z machania pięścią i tupania nogą podczas koncertów. Bo oszczędność środków wyrazu wspaniale wpływa na kompozycje z „Wolf God”. Czuć tutaj wspaniałe wyważenie wszystkich elementów, brak przeginania w jakąkolwiek stronę. Weźcie sobie taki ‘Spear Thrower’ z tym wyścigowym riffem na wejście. Typowa heavymetalowa kapela zmarnowałaby jego potencjał po pięciu sekundach, mamrocząc o smokach i wprowadzając udawane zwolnienia brzmiące jak upośledzone sieroty po doom metalu. A tutaj? A tutaj całość jedzie na hardrockowym silniku, a refren to już w ogóle taki cukiereczek, że jak nie śpiewacie go w swoim pokoju z niewidzialną gitarą, to ja nie wiem, co jest z wami nie tak. Oczywiście, przykładów jest znacznie więcej, jak chociażby ‘Brother of the Storm’ ze wspaniałą dramaturgią i wybitnie koncertowy utwór tytułowy, ale chodzi o esencję. A ta esencja w przypadku Grand Magus jest bardzo dobrze wycyzelowana i przemyślana.

Płakałbym z radości, gdyby heavy metal regularnie dostarczał mi tonę tak dobrych płyt jak „Wolf God” – dobrze napisanych, kipiących od hitów, robionych ze świadomością, że ta cała zabawna estetyka tekstowa i image w połączeniu z muzyką, to tylko jedne ze środków do celu, nie cel sam w sobie. Tak właśnie trzeba, oby więcej takich albumów.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/05/grand-magus-wolf-god-500x500.jpg
Artysta Grand Magus
Tytuł Wolf God
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 19 kwietnia 2019
Czas trwania 38 minut
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Kiedy niespełna dwa lata temu muzycy Katatonii ogłosili zawieszenie zespołu, wielu fanów depresyjnej muzyki Szwedów było wyjątkowo bliskich napadom padaczki i zawałowi serca. Ale tandem Nystrom-Renkse pozostał niewzruszony i kanalizował swoją energię w ramach innych przedsięwzięć. A teraz wrócili i już niedługo ruszają koncertować po Europie. Z racji powrotu formacji do żywych i wspomnianej wyżej trasy koncertowej mieliśmy przyjemność porozmawiać z enigmatycznym wokalistą Katatonii – Jonasem Renkse.

*

W specjalnym ogłoszeniu opublikowanym tuż przed zwieńczeniem trasy „Fallen Hearts of Europe” w 2017 roku, napisaliście, że zawieszacie Katatonię celem odpoczynku i przeanalizowania, co przyszłość ma do zaoferowania zespołowi. Wielu zastanawiało się czy faktycznie wrócicie. I wróciliście.

Jestem gorącym wyznawcą teorii, że wszystko ma swój czas. Mniej więcej w połowie roku 2017 czuliśmy, że najwyższa pora dać sobie chwilę na odpoczynek, ale równie zdeterminowani byliśmy kilka miesięcy temu, decydując się na wskrzeszenie formacji. Po prostu wiedzieliśmy, że teraz nadszedł odpowiedni moment, a przerwa w funkcjonowaniu pod tym szyldem dobrze nam zrobiła.

Czy namowy fanów do reaktywacji, których pojawiło się nadzwyczaj wiele na przestrzeni ostatniego roku, też miały swój wpływ na decyzję o powrocie zespołu?

Nie powiedziałbym, by wpłynęły na nas w jakikolwiek sposób. Jesteśmy zespołem, który działa zgodnie ze swoimi życzeniami, a nie zachciankami innych ludzi. Owszem, nie zrozum mnie źle, poświęcenie naszych fanów wywarło na nas ogromne wrażenie, ale to był jednak tylko dodatek, coś na zasadzie miłej niespodzianki.

Pierwszą rzeczą, którą Katatonia zrobi po reaktywacji, będzie mini-trasa koncertowa, na której będziecie odgrywali dziesięcioletnią już „Night Is the New Day” w całości. Skąd ten pomysł? „The Fall of Hearts” wciąż jest bardzo świeżym materiałem, nie mieliście ochoty dać mu kolejnej szansy?

Niekoniecznie. Na trasie promującej „The Fall of Hearts” zdążyliśmy zaprezentować wszystkie utwory z płyty wielokrotnie, nie pomijaliśmy niczego, nie stawialiśmy na prezentację staroci, uznając najnowszy materiał wyłącznie za pretekst do grania koncertów. „Night Is the New Day” to z kolei nieco zapomniana perełka w naszej dyskografii, więc 10-lecie jest wspaniałym momentem na jej odkurzenie. Przyznam, że nie możemy się doczekać!

Skoro już o rocznicach rozmawiamy – „Tonight’s Decision” kończy w tym roku 20 lat. Ten album był prawdziwym przełomem w waszej twórczości. Planujecie zagranie utworów z tego krążka na nadciągającej trasie?

Nie, powiedziałbym nawet, że nie było ku temu najdrobniejszych przymiarek. „Tonight’s Decision” jest świetnym albumem, ale obecne wcielenie Katatonii to nieco inna sprawa niż kiedyś, co powoduje, iż „Night Is the New Day” znacznie lepiej pasuje do naszej obecnej formuły tworzenia i grania koncertów.

Wasze muzyczne kariery po zawieszeniu Katatonii działały wyjątkowo prężnie. Ty i Anders (Nystrom, gitarzysta – przyp. red.) nagraliście nowy album z Bloodbath i ruszyliście w trasę koncertową, Niklas (Sandlin, basista – przyp. red.) zaprezentował swoje deathmetalowe fascynacje w LIK, a Daniel (Liljekvist – przyp.red.) zarejestrował partie perkusji na najnowszej płycie Craft. Czy te wszystkie projekty dodały wam siły i przywróciły tęsknotę za macierzystą formacją?

Tak, słusznie uważasz. Po pracy związanej z powyższymi szyldami odczuliśmy powiew świeżego powietrza i wpłynęło to na nas i Katatonię samą w sobie. W dodatku był to bardzo nam potrzebny moment relaksu i wyluzowania się od nieco poważniejszych spraw. Podsumowując: wszyscy dobrze na tym wyszliśmy.

„The Fall of Hearts” było nieco odmiennym wydawnictwem na tle waszych poprzednich dokonań. To wciąż ta sama melancholijna Katatonia, ale jakby nieco bardziej pozytywna, pokazująca słuchaczom światełko nadziei. Planujecie pilotować tę ścieżkę, komponując nowy materiał, czy niekoniecznie?

Każdy album Katatonii to pewien zapis i odzwierciedlenie naszych myśli, sytuacji emocjonalnej oraz innych rzeczy z powyższymi związanych. „The Fall of Hearts” była nieco bardziej skomplikowanym materiałem w ramach twórczości zespołu i bardzo dobrze. Robienie tej samej płyty dwa razy pod rząd mija się z celem, nie tak postrzegamy rozwój tej formacji. Oczywiście, nie powiedziałbym, że wymyślamy koło na nowo z każdym kolejnym rokiem, bo nie odczuwamy takiej potrzeby, musi być jakiś balans i tyle. A mówiąc o drugiej części pytania: sam nie wiem. Nie podjęliśmy żadnych kroków, jeśli o komponowaniu nowej muzyki mowa. Czas pokaże, co spłodzimy i jak to zabrzmi.

Tak, jak mówisz, Katatonia zawsze stawiała na rozwój i stopniowe poszerzanie swoich muzycznych wizji. Mimo to, obaj wiemy, że macie duży odsetek fanów życzących sobie, abyście wciąż nagrywali płyty w stylu „Last Fair Deal Gone Down”  czy „Viva Emptiness”. Nie wzbudza to w tobie irytacji?

W żadnym wypadku. Jestem dumny ze wszystkich płyt, które wydaliśmy z Katatonią. To jedna rzecz. A druga wygląda tak, że sam jestem fanem muzyki i na podstawie swoich doświadczeń spokojnie mogę powiedzieć, iż mam pewne ulubione etapy w twórczości swoich ulubionych artystów i sam mógłbym słuchać tych istotnych dla mnie wydawnictw bez końca. To zupełnie normalna i ludzka rzecz.

W ubiegłym roku zaśpiewałeś gościnnie kilka wersów na najnowszej płycie niemieckich post-metalowców z The Ocean. Ich muzyka jest oryginalna, ale jednak zawiera w sobie kilka elementów, z którymi jesteście kojarzeni także i wy. Czy ta współpraca dała tobie impuls i swego rodzaju inspirację do tworzenia?

Nie powiedziałbym, aczkolwiek The Ocean to grupa bardzo utalentowanych ludzi z talentem do pisania świetnej muzyki i bardzo jasno określonymi celami w tworzeniu. To wzbudza ogromny podziw, bez wątpienia, ponieważ dawno nie spotkałem tak kreatywnego, a jednocześnie stanowczego w swoich przedsięwzięciach zespołu. No i bardzo miło wspominam ich koncert w Berlinie, na którym miałem przyjemność pojawić się na scenie i dorzucić swoich parę groszy do wykonania numeru „Devonian:Nascent”, świetna sprawa.

Jak myślisz, była w Katatonii ta jedna osoba, która najbardziej podekscytowała się decyzją o reaktywacji?

Nie wiem, co odpowiedzieć, więc powiem, że nie mam pojęcia (śmiech). Wszyscy czuliśmy przyjemne podniecenie związane z przywróceniem Katatonii do świata żywych, każdy z nieco innych powodów. Tak to ujmę.

Powiedz, Jonas, jest szansa na zobaczenie was w Polsce przed końcem 2019 r.?

Na to pytanie także nie jestem w stanie odpowiedzieć, drogi przyjacielu (śmiech). Ale powiem ci, że wyczekuję powrotu do waszego kraju. Polska jest jednym z najlepszych państw, w jakich przyszło nam grać, publiczność zawsze wariuje i najczęściej zna teksty kawałków na pamięć. Sam chyba się domyślasz, że sprawia to ogromną przyjemność i daje poczucie, że pchanie tego wózka dalej ma sens.

Owszem, a teraz zmieńmy nieco temat. Wiem, że ty i Anders jesteście wielkimi fanami twórczości Marka Kozeleka (twórca takich projektów jak Red House Painters czy Sun Kil Moon – przyp.red.). Co sądzicie o jego płytach wydanych po świetnej „Benji”, kiedy to drastycznie zmienił swoją muzykę pod kątem stylistyki i tekstów?

Szczerze przyznam, że nie należę do zagorzałych fanów jego późniejszej twórczości, o której wspominasz. Mimo to, cały czas jestem na bieżąco z wieściami z jego obozu, najpewniej wynika to z sentymentu. Kozelek to mój ulubiony artysta wszechczasów, nawet nie potrafię określić, jak wiele szacunku do niego żywię. Owszem, obecnie nasze drogi nieco się rozmijają, ale cieszy, że człowiek cały czas komponuje, gra i ma bazę oddanych fanów. Zresztą wpadłem nawet na jego koncert w Sztokholmie kilka miesięcy temu.

I jak było?

Nieźle. Dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem (śmiech).

W jednym z wywiadów, których udzieliłeś podczas trasy promującej „Viva Emptiness” wyznałeś, że twoim marzeniem jest zwiedzenie całego świata. Czy teraz, 16 lat później, możesz spokojnie stwierdzić, że możesz odhaczyć ten cel ze swojej listy?

Cóż, na pewno zagrałem w większej ilości miejsc od tamtego czasu, to na pewno, ale czy zwiedziłem wszystkie zakątki świata, które zwiedzić chciałem? No, prawie.

Katatonia to taki zespół, który chyba nigdy nie doczekał się poziomu popularności, na jaki zasługiwał. Żałujesz pewnych decyzji podjętych przez was w dalszej bądź bliższej przeszłości?

Biznesowo? Jak najbardziej. Muzycznie? W życiu. Włożyliśmy w ten zespół ogromną część naszego życia i nagraliśmy muzykę, z której jesteśmy cholernie dumni. Miło wiedzieć, że możemy pozostawić po sobie tak fajną pamiątkę. A co do popularności… Obecnie na nią nie narzekamy, na koncerty przybywa sporo osób, płyty rozchodzą się w niezłych nakładach. Jest w porządku i oby było jak najdłużej!

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Jestem fanem muzyki deathmetalowej, ale nawet z perspektywy jej fascynata spokojnie mogę stwierdzić, że przeżywa ona pewien kryzys. Dzisiejsza scena tego gatunku raz po raz częstuje słuchacza setkami zakochanych w Sztokholmie klonów Dismember i Entombed. Jeśli z kolei ktoś woli słoneczne USA od Szwecji, to dostanie kserokopię dokonań Morbid Angel, Death bądź Immolation. Skoro o Death mowa, nietaktem byłoby pominięcie technicznej frakcji death metalu, gdzie stanowczo za duża ilość nut wcale nie dodaje kompozycjom wigoru. Człowiek ma prawo czuć się rozczarowanym, wiedząc, że w tej estetyce coraz mniejsza grupa wykonawców pamięta o dostarczaniu negatywnych emocji, z naciskiem na gniew. Na szczęście Venom Prison wiedzą, że tutaj chodzi przede wszystkim o strzał w zęby, bez jednoczesnego podszywania się pod innych wykonawców.

Najnowszy materiał brytyjskiego ansamblu już w ciągu pierwszych kilkudziesięciu sekund wymierzył mi serię bolesnych sierpów i po wszystkim zaśmiał się nonszalancko. Wynika to z faktu, że muzyka składająca się na “Samsara” nie polega na wytłuczeniu jak największej ilości dźwięków, bo tak należy. Baza tego wydawnictwa to niczym nieposkromiony gniew i pierwotna agresja, które decydują o intensywności i przede wszystkim poziomie wyprowadzanych przez zespół ciosów. Warsztat nie odgrywa tu najistotniejszej roli, ponieważ wszyscy wiemy, że dobrą piosenkę można napisać będąc średnio uzdolnionym pod kątem technicznym muzykiem. Nie żebym zarzucał Venom Prison kompozytorski prymitywizm, w żadnym wypadku. Po prostu pragnę zaznaczyć, że to pasja oraz chęć wyrządzenia słuchaczowi krzywdy czynią ten album tak dobrym i wyjątkowym. Ponadświetlna prędkość riffów, karkołomne wyczyny sekcji rytmicznej, tona hałasu? To wszystko tu jest, ale bez autentycznej nienawiści wobec bliźnich powyższe składowe nie robiłyby aż takiego wrażenia. Fermentująca agresja spaja je w jedno i nadaje mocy, której mogliby zespołowi pozazdrościć starzy deathmetalowi wyjadacze, którzy nagrywają muzykę, bo nagrywają i nic szczególnego za tym nie stoi. Tymczasem u Venom Prison sprawa ma się inaczej.

Deathmetalowe strzały sukcesywnie wbijają i tak zaniepokojonego już słuchacza w ziemię, a wielokrotne przebieżki po hardcore punkowym terytorium tylko wzmacniają siłę rażenia “Samsary”. Swoje robi też wspaniale zrównoważona produkcja. Kopalni gruzu tutaj nie uświadczycie, ale człowiek za konsoletą zadbał o to, aby całość emanowała brudem i surowością, tak przecież ważnymi w tej estetyce. Warto wspomnieć także o wokalnych wyczynach Larissy Stupar, bez której być może nie odbierałbym omawianego w tym tekście materiału tak samo. Jej lawirowanie między głębokim do przegięcia growlem i skrzekiem w wysokich rejestrach także wpływają na “Samsarę” jako całość. Głos tej wokalistki oraz upór w wypluwaniu swoich płuc jak najbardziej imponują (skojarzenia z Code Orange są tu na miejscu) i dodają płycie parę punktów w potencjometrze dziczy. Tak właśnie trzeba.

Dawno nie trafiłem na tak surową porcję death metalu gęstego od emocji, a jednocześnie nie spoglądającego w stronę kiczu, patosu czy nastoletniej naiwności. Venom Prison to obecnie w pełni ukształtowany zespół sztyletujący słuchaczy świetnie skrojonymi piosenkami. Prawdopodobnie jeden z najlepszych młodych reprezentantów metalu śmierci na chwilę obecną.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/venom_prison_samsara-500x500.jpg
Artysta Venom Prison
Tytuł Samsara
Wydawca Prosthetic Records
Data premiery 15 marca 2019
Czas trwania 00:42:00
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasz:
TUTAJ

Melodyjny death metal to taki gatunek, z którego “opłaca się” naśmiewać. A bo melodyka przywodząca na myśl wyjątkowo niskich lotów heavy metal, a bo produkcja za ładna, a bo to wszystko takie grzeczne. Tak, słyszeliśmy te wszystkie wytarte argumenty z milion razy. Pytanie tylko, czy metal zawsze musi być upaćkany w smole i zagrany najbrzydziej na świecie? No, nie musi. Muzyka Soilwork świetnym tego dowodem, bo Szwedzi już od początków działalności stawiają na wysoką jakość i precyzję w tworzeniu swoich produktów.

Czasami jednak zdarzało się, że pedantyczna dbałość o najdrobniejsze szczegóły niespecjalnie czyniła wydawnictwa Soilwork ciekawszymi. Wręcz przeciwnie. Kilka ostatnich płyt grupy raczej zmusza do ziewania za sprawą perfekcyjnych do granic patentów brzmieniowych, riffowej zabawy na zasadzie “ma być szybko, ale melodyjkę dorzuć!” i wyjątkowo tendencyjnych wokali Björna Strida. Jeśli myślicie, że przesadzam, polecam zaznajomienie się z dwupłytowym (sic!), trwającym prawie półtorej godziny “The Living Infinite”. Gwarancja zmęczenia materiału, przeładowania pomysłami i przesytu gwarantowane już po lekturze trzech pierwszych utworów.

No, ale to było parę lat temu. Do “Verkligheten” z kolei podchodziłem bez większych emocji, a już tym bardziej bez żadnych oczekiwań. Może dzięki temu podejściu szybko zaprzyjaźniłem się z krążkiem, a powracanie do takich numerów jak “The Wolves Are Back in Town” autentycznie dostarcza mi dużo radości. Oczywiście nie myślcie sobie, że oto na jedenastym albumie autorzy “Stabbing the Drama” zmienili formułę i wpuścili dużo świeżego powietrza do kompozycji. Nie, jest po staremu. Mamy więc całą kolekcję riffów ze skarbca riffów po szwedzku. Czasami kipiących od heavy metalu, momentami odurzonych thrash metalem, a w jeszcze innych przypadkach takich, co to przypominają o czasach świetności sztokholmskiej sceny deathmetalowej. No, ale z inną produkcją, wiadomo. Często w całość tej układanki wtyka się klawiszowe brzmienia a'la progresywny metal w zimowym swetrze, a Björn Strid na każdym kroku pokazuje, że lubi pokrzyczeć, ale jednocześnie żywi gorące uczucia do czystego głosu Ihsahna. Mimo odrestaurowania tych znanych już sztuczek nowy Soilwork porywa do tańca. A dlaczego? Cóż, tutaj w grę wchodzi ciężki do zdefiniowania pierwiastek energii, który się po prostu ma albo nie. Bo na przykład przy paru poprzednich produkcjach zespołu ciężko o niego było. A teraz brzmi to dużo lepiej. Może nie jak banda wkurzonych na świat nastolatków, ale kolesi, którzy umieją pisać dobre numery i rozsądnie wyważyć elementy agresji oraz melodii. Ja to kupuję w pełni, nawet mimo tego do przesady podniosłego refrenu w “Arrival”, przymykając oko na wyjątkowo rycerski nastrój “Full Moon Shoals” i nie obrażając się za przesadną dominację rozpoetyzowanej melodii w “Witan”. To są tylko drobne wady i detale, które nie przesłaniają świetnie wyśrubowanych riffów, dobrze rozpisanych wokali Strida (cóż on wyrabia w “Bleeder Despoiler”) czy ogólnego poziomu kompozycji bogatych w brzmieniowe smaczki i dużą ilość zadowalających zmian tematów muzycznych.

Powiem szczerze, że Soilwork w takim wydaniu jak na “Verkligheten” kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Niby po staremu, a jednak z mocniejszym silnikiem. Niby z dbałością o szczegóły, ale jednocześnie z odrobiną rock'n'rolla w tej całej układance. Dobra rzecz.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/03/soilwork-Verkligheten-450x450.jpg
Artysta Soilwork
Tytuł Verkligheten
Wydawca Nuclear Blast
Data premiery 11 stycznia 2019
Czas trwania 00:50:17
Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Zmiana. Nie jest to zjawisko, za którym przepadają fani metalu. Było tak 25 lat temu, kiedy thrashmetalowcy szli w stronę lżejszej estetyki, aby mieć co do gara włożyć, jest tak i teraz. A wbrew temu istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo, że metal to jedna z najbardziej rozgałęzionych stylistyk muzyki rozrywkowej w ogóle. Bo nie oszukujmy się, ta odmiana rocka to jeden wielki cyrk. Mamy tu rycerzy wymachujących szablą. Mamy anorektyków z wymalowanymi twarzami biegających po lesie. Mimo to, mamy też gros wykonawców, którzy ten cały hałas traktują jako bazę dźwiękowych poszukiwań, a nie główny cel tychże. I to właśnie oni wydają mi się najbardziej intrygujący. Nie ci udowadniający, że wydadzą z siebie najobrzydliwszy bulgot. Nie ci stawiający na maksymalną opasłość formy. W żadnym wypadku. To właśnie muzycy pokazujący środkowy palec swoim fanom i dryfujący po własnych orbitach wzbudzają u mnie największy szacunek. Bo nie patrzą za siebie, nie kalkulują, a słowa “koniunktura” na pewno nie znajdziecie w ich słowniku. Poniższy ranking to subiektywne zestawienie najlepszych materiałów stworzonych przez tych odważnych kompozytorów. Przez tych, dla których jawna świadomość komercyjnego upadku i bycia zelżonym przez słuchaczy nie znaczyła nic. Oto oni:

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/paradise-lost-host-1000x1000.jpg

Paradise Lost - Host

Paradise Lost od samego początku muzycznej działalności nie kłaniali się swoim wielbicielom w pas. Zaczynali od obskurnego death metalu. Podobało się? To dobrze, czas na zmianę. Później skutecznie wskrzesili unoszonego oparami marihuany ducha Black Sabbath, następnie stali się królami metalu gotyckiego (czego raczej się wstydzili), by potem znów zagrać fanom na nosach. Świadectwem muzycznej niezależności był przede wszystkim wydany w 1997 r. album “One Second”. Krążek bardziej rockowy niż metalowy, flirtujący z syntezatorami, mainstreamową estetyką i dziedzictwem Depeche Mode. Ale to dopiero początek. Bo dwa lata później okazał się “Host”, a po jego premierze już nikt nie miał wątpliwości, że Brytyjczycy sami byli sobie panami. Przynajmniej do czasu. Wydawnictwo wypuszczone na światło dzienne dwie dekady temu wywołało duży gniew wśród fanów kapeli. A bo gitar nie ma, bo to brzmi jak jakiś pop, bo zmiękli. Ale nie zmiękli. Wręcz przeciwnie, muzyka Paradise Lost nigdy wcześniej nie była tak naładowana emocjami i tak szczera. Synth-popowe beaty budzą niepokój, a gitarowe plamy budują specyficznie depresyjną atmosferę. Żeby było jeszcze weselej (albo smutniej) całość układanki dopełnia przejmujący wokal Nicka Holmesa, który pokazał, jak bardzo zmęczony jest życiem i jak bardzo nie zależy mu na łasce innych. Tak trzeba, wielki album.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/mayhem-the-grand-declaration-of-war-1000x1000.jpg

Mayhem - Grand Declaration of War

Jaki Mayhem jest, każdy widzi. Burzliwa historia składu, w której znajdziemy samobójstwo, zamordowanie jednego członka zespołu przez drugiego i naszyjniki z czaszki zmarłego kolegi to właściwie pamiątkowa pocztówka drugiej fali norweskiego black metalu z lat 90. A skoro mamy na stanie takie skrajne wydarzenia, to na usta aż pcha się słowo tak chętnie eksploatowane przez metalowców: “kult”. Kultowa była także zawartość debiutanckiego krążka ekipy z Oslo, “De Mysteriis Dom Sathanas”, który w zasadzie ustanowił standardy gatunku na długi czas. Ale po premierze rzeczonego krążka Mayhem już nie było. Wydawać by się mogło, że sczeźli na cmentarzu historii. Nic więc dziwnego, że ich powrót do żywych spotkał się z mało optymistycznym przyjęciem wśród fanów. No, bo kto to widział, żeby kapela sama odmitologizowała pewien krzywy obraz sceny blackmetalowej i ot tak sobie wracała. A panowie nie dość, że wrócili, to na swoim drugim pełnoprawnym materiale zaprezentowali zupełnie inne wcielenie zespołu, niż wcześniej. Bo “Grand Declaration of War” nie hołduje starym rozwiązaniom. Całość to jak najbardziej black metal, ale prowadzony irytującym, sztucznym (ale jakże fascynującym) brzmieniem perkusji, agresją przeplataną z pozornym spokojem przed burzą i wokalem Maniaca, który miał dwie wady: nie był Atillą, a w dodatku charakterystyczny skrzek uzupełniał wzniosłą melodeklamacją. Jeśli wzbogacimy to wyraźnymi naleciałościami muzyki industrialnej oraz zerkaniem w stronę elektroniki, mamy komplet. Mamy zawartość krążka niezwykle kontrowersyjnego w czasie premiery, ale jednocześnie porywającego, niesłychanie odważnego i opartego na bardzo dopracowanym koncepcie muzyczno-tekstowym. Za to ogromny szacunek. Zresztą sam nie wiem, czy do którejs płyty Mayhem wracam równie często, co do “Grand Declaration of War”.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/slayer-diabolus-in-musica-1000x1000.jpg

Slayer - Diabolus in Musica

Co, zdziwieni wyborem? Że jak to? Że przecież na Slayera nikt nigdy się nie obraził? Guzik prawda, bo po “Diabolus in Musica” na Kerry'ego Kinga i jego kolegów obraziło się sporo osób. Album pojawił się na półkach sklepowych w 1998 roku i spora część słuchaczy bardzo chciała, aby na nich został. A było tak dlatego, ponieważ Slayer wprowadził duże zmiany w swojej formule, nieco już skostniałej po “Divine Intervention”. Może nawet nie tyle skostniałej, co zbyt hermetycznej. Bo nie oszukujmy się, czy w stylistyce tnących jak żyleta riffów i rozpędzonego perkusisty dało się zrobić coś więcej? Dokonać przewrotu, drastycznych zmian? Nie, wystarczyło po prostu wjechać na inny tor i wpuścić nieco powietrza do własnego przedziału. “Diabolus in Musica” nie sprawia wątpliwości, kto ten album nagrał, ale budzi różne opinie z powodu tego, jak nagrał. Zamiast zdrowego thrash metalu łatwiej tutaj o średnie tempo. Zamiast pędzenia na oślep kreowanie psychodelicznej - jak na tę formację oczywiście - atmosfery. Nawet Tom Araya nie stawia tylko na krzyk. Czasami coś szepnie, czasami wręcz zarecytuje, ale wbrew pozorom to tylko wzmacnia poziom intensywności płyty. Nie wiesz, kiedy zleci na ciebie głaz i właśnie to jest najpiękniejsze.

http://metalurgia.net.pl/wp-content/uploads/2019/02/Katatonia-Discouraged-Ones-1000x1000.jpg

Katatonia - Discouraged Ones

OK, może nie jest to najbardziej kontrowersyjny album w tym zestawieniu, może nie wzbudził tak skrajnych reakcji jak powyższe typy, może. Ale warto zauważyć, że “Discouraged Ones” otworzył Katatonii drzwi do nowego pokoju, w którym Szwedzi - po licznych przemeblowaniach - rezydują do dzisiaj. Albo rezydowali, w końcu zawiesili działalność. No, żeby była jasność, rzućmy okiem na początki załogi Renksego i Nyströma. Zaczynali przecież od uroczo melodyjnego black/doom metalu z tysiącem rozwiązań zapożyczonych od Paradise Lost. Później skręcili w stronę death metalu, dosyć podobnego w schemacie: długie numery, eksploracja paru wyraźnych motywów i maksymalna oszczędność formy. Na “Discouraged Ones”, czyli trzeciej płycie formacji pewne elementy tej całości zostały zburzone i wrzucone do kosza, co nie wzbudziło zadowolenia każdego. Bo opisywana tutaj płyta jest przede wszystkim znacznie bardziej piosenkowa, większość utworów oscyluje raczej w okolicach trzech/czterech minut czasu trwania. Zniknął też growling, zniknął i muzyczny ciężar znany z poprzednich dokonań. Ale pojawił się ciężar emocjonalny. Zakręcenie potencjometru metalu na rzecz wycieczki w stronę rocka gotyckiego rozwinęło Katatonię jako zespół, a jej członków jako kompozytorów. Całe to wydawnictwo brzmi jak jeden wielki utwór z wyraźnym wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. A dlaczego? Bo na pierwszy rzut oka jest dosyć monotonne. Riffy takie podobne do siebie, perkusista (czyli sam Renkse) bez przerwy ogrywa jeden motyw, a wokalista (czyli znowu Renkse!) trochę fałszuje i w dodatku nie prezentuje powalających umiejętności. Rzecz jednak w tym, że właśnie dzięki rzekomym niedociągnięciom “Discouraged Ones” jest tak spójnym i zapadającym w pamięć albumem. Bardziej niż muzyka rolę odgrywa tutaj wykreowanie odpowiedniej atmosfery. Coś jakby końcówka kalendarzowego lata. To słońce teoretycznie wciąż świeci, ale zaraz jesień i wszystko umrze, wszystko marność.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej tekstów Łukasza:
TUTAJ

Dużą przyjemnością jest obserwowanie ewolucji duńskiej VOLI. Zaczynali jako niezbyt obiecujące dziecko Meshuggah przywiązane do melodii i nie przykuwali uwagi na dłużej. Ale pewne rzeczy na szczęście uległy zmianie. „Applause of a Distant Crowd” to w końcu stanowczy krok do przodu w twórczości Europejczyków. Kompozycje mają rozpoznawalny sznyt, a charakterystyczna chwytliwość poszczególnych numerów przyciąga już od pierwszych sekund spędzonych z krążkiem. Z racji niedawnej premiery najnowszego albumu VOLI i nadchodzącej trasy koncertowej u boku Haken porozmawiałem z perkusistą grupy, Adamem Janzim.

*

Jak wiele swoich marzeń spełniłeś?

Ciężko powiedzieć, wiesz? Powiedziałbym raczej, że w życiu chodzi nie tyle o spełnianie marzeń, co o realizację pewnych celów i stawianie sobie nowych wyzwań. Jeśli to robisz, uczestniczysz w swojej własnej, świetnej podróży. Mimo to, trzeba uważać, aby sama podróż nie stała się nazbyt monotonna!

Pytam o to z prostej przyczyny: kiedyś oglądałem cover jednego z utworów VOLI twojego autorstwa i z miejsca pomyślałem, „wow, koleś jest dobry”, a teraz nie dość, że dobry, to jeszcze stał się ich perkusistą!

Dziękuję za komplement! Oczywiście, jak się pewnie domyślasz, zasilenie szeregów VOLI było – wciąż jest – dla mnie ogromnym krokiem w przód i dowodem, że to wszystko ma sens. Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że to najlepszy element mojej podróży. Póki co.

Brzmi świetnie, ale czy zawsze jest tak różowo? Grasz w duńskim zespole, który jeszcze nie wyrósł na wielką gwiazdę, często ruszacie w trasy koncertowe, co pewnie wiąże się z finansową niestabilnością u każdego z was. A może się mylę?

Nie mylisz, bo każdy, w tym i my, napotyka w życiu na pewne przeszkody. Sztuką jednak jest te przeszkody pokonywać albo przynajmniej omijać, sam rozumiesz. Poza tym i tak jestem bardzo zadowolony. Gram muzykę z ludźmi, których uwielbiam, co od dawna było moim marzeniem. Ponadto poznałem masę nowych, często świetnych osób i ciężko mi narzekać. Oczywiście, wspomniane przez ciebie problemy w jakimś stopniu nas dotykają, ale to nawet dobrze. Dzięki nim czujemy się silniejsi, a odrobina stresu czyni bycie członkiem tej formacji ciekawszym. Warto jest zacisnąć zęby w wypadku niekomfortowych sytuacji, jeśli przyszłość wygląda optymistycznie.

Do VOLI dołączyłeś na niedługo przed rozpoczęciem sesji nagraniowych najnowszego krążka. Jak oceniłbyś swój wkład w jego powstanie? Odpowiadałeś tylko za nagranie i zaaranżowanie partii perkusyjnych, czy jednak coś namieszałeś przy komponowaniu?

Przy komponowaniu nie namieszałem, bo kiedy rozpocząłem swoje członkostwo w VOLI, cały materiał na „Applause of a Distant Crowd” był już napisany. Kiedy wchodziliśmy do studia, chłopaki zaprezentowali mi swoje szkice brzmienia i partii bębnów, a ja na ich bazie działałem już sam i modyfikowałem je tak, aby wszystko brzmiało odpowiednio. To wyjątkowo dobre i wnoszące doświadczenie. Z efektu jestem zadowolony i ja, i reszta, więc nic, tylko się cieszyć, nie?

Pewnie. Chciałbym też zauważyć, że „Applause of a Distant Crowd” to ogromny postęp w porównaniu do „Inmazes”. Piosenki są prostsze, stawiacie na przebojowość, a melodie zdają się odgrywać najistotniejszą rolę w waszej muzyce.

Zgadzam się z tobą. Najnowsza płyta to kolejny, zupełnie naturalny krok w ewolucji zespołu i jest to rzecz warta odnotowania. Słuchamy mnóstwo różnej muzyki  i tym razem daliśmy ponieść się wpływom oraz głosowi serca w stu procentach. Wiesz, kiedy już byłem gotowy do nagrania swoich partii, wszyscy zebraliśmy się w jednym miejscu i rozmawialiśmy o tym, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Pierwszą rzeczą, która uległa stanowczej zmianie, jest produkcja. Zdecydowaliśmy, że dobrze temu krążkowi zrobi opatrzenie go organicznym i naturalnym brzmieniem, które uwypukli jego najlepsze elementy. To nie jest tak, że odcinamy się od „Inmazes”, ale ten album już został nagrany, bezsensownym jest powtarzanie się.

Zauważyłem, że duża część młodych progmetalowych formacji z roku na rok robi wszystko, aby ich muzyka stawała się coraz melodyjniejsza i chwytliwsza. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?

To bardzo interesująca obserwacja. Szczerze? Nie potrafię ci powiedzieć, co tego powodem. Może chodzi o to, że muzycy chcą uczynić swoje dzieła rozpoznawalnymi w ramach gatunku, a obaj wiemy, że nie jest to nic zaskakującego. Bo widzisz, dla mnie chwytliwość nie wiąże się z ładnymi partiami wokalnymi, które można nucić podczas porannego golenia. Chodzi właśnie o chęć odciśnięcia własnego śladu na tej progmetalowej ścieżce, zrobienia czegoś wyrazistego, bez bycia posądzanym o podprowadzanie motywów tej czy innej kapeli. Chyba właśnie dlatego tak się dzieje.

Miałem też wspomnieć o bardzo przestrzennej produkcji „Applause of a Distant Crowd”, ale wyręczyłeś mnie w tym przy okazji swojej poprzedniej odpowiedzi…

Tak, „Inmazes” jest spoko i w ogóle, ale jednak produkcja tej płyty trochę kłuje w uszy pod kątem sterylności dźwięków. Nasz najnowszy materiał w ogóle nie potrzebuje takich zabiegów, bo naturalność odsłania jego największe atuty. No i w dodatku sami jesteśmy fani niezbyt skompresowanego, ciepłego brzmienia.

Na najnowszej płycie waszego autorstwa wiele jest momentów wyciszenia, które wyrażają chociażby „Ruby Pool” czy „Vertigo” o mocno balladowym sznycie. Z trudem przyszło wam skomponowanie tak odmiennych od waszej dotychczasowej twórczości utworów?

Nie, bo słuchamy naprawdę przeróżnej muzyki, co daje miejsce i na metal, i na chwilę spokoju. Pisanie i nagrywanie tych numerów przyszło nam raczej naturalnie, a efekt  zadowala. Osobiście, byłem najbardziej podekscytowany wlaśnie w chwilach, gdy „wbijałem” perkusję na potrzeby tych bardziej refleksyjnych utworów. Musiałem wtedy zwalniać tempo, zostawić odpowiednią ilość przestrzeni, a jednocześnie budować ten senny rytm. Super sprawa.

VOLA działa od prawie trzynastu lat, a jednak cały czas jesteście w gronie tych „obiecujących” kapel, nie gracie tras jako headlinerzy. Nie frustruje was to?

Nie frustruje, bo na wszystko jest w życiu czas i cierpliwość naprawdę popłaca. Na naszej ostatniej trasie (VOLA supportowała Monuments wraz z Kadinją i Atlas - przyp. red.) poznaliśmy masę wspaniałych osób, a samo podróżowanie po świecie z tak dobrą ekipą definitywnie nas wzbogaciło i zaostrzyło apetyt na ogrywanie swojej muzyki podczas koncertów. Wiesz, moim zdaniem nie powinno traktować się zespołów grających przed główną gwiazdą jako jakichś amatorów znikąd. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku, to nie są żadne zawody.

Wracając jeszcze do chwytliwości poruszanej w jednym z poprzednich pytań: twoje partie perkusyjne są jak najbardziej skomplikowane, ale jednak nie gmatwasz rytmu do granic możliwości.

Masz rację, bo też nie chodzi o to, aby komplikować muzykę do tego stopnia, by wychodził z niej jakiś dziwaczny i zupełnie niesłuchalny twór. Oczywiście, kiedy znajdzie się trochę miejsca, wrzucę jedno czy dwa przejścia więcej, ale moim głównym zadaniem jest praca nad tym, aby kręgosłup rytmiczny zespołu działał najlepiej jak się da. Wiesz, to trochę jak podczas rozmowy. Musisz mówić, ale też uważnie słuchać. Balans to niesłychanie potrzebna rzecz, uwierz mi.

Wielu wciąż postrzega VOLĘ jako jednego z wielu obywateli świata djentu, zgodziłbyś się z tym stwierdzeniem?

Nie zgodziłbym. Jeśli ktoś chce przypisywać nas do jednej szufladki stylistycznej, proszę bardzo, ale my to widzimy nieco inaczej. Oczywiście, gatunek, o którym mówisz, to jedna z naszych wielu inspiracji, więc rozumiem luźne skojarzenia, ale VOLA jako stuprocentowo djentowy zespół? Nie.

Zechciałbyś wyjaśnić, dlaczego djent cieszy się znacznie większą bazą fanów w USA niż na terenie Europy?

Chciałbym, ale nie wiem, co powiedzieć (śmiech). Może jest tam popularniejszy, ale wiem, że w Europie także istnieje zapotrzebowanie na taką muzykę. Potwierdzają to chociażby festiwale typu Euroblast czy UK Tech Fest.

Na sam koniec powiedz mi, jak to jest być progmetalowym Shią LaBeouf?

W sumie… Całkiem zabawnie (śmiech)! Dużo ludzi wspominało mi o tym podobieństwie do niego, ale jakoś nie potrafię go dostrzec.

Łukasz Brzozowski

Łukasz Brzozowski

Redaktor

Więcej od Łukasza:
TUTAJ